Artykuły
Historia współczesna po 1989
Społeczeństwo
Cywilizacja
Nauczyciele
Dorośli
Licealiści
Studenci
Meblowanie niepodległej
III Rzeczypospolitej
czas czytania:
Rozmowa z profesorem Antonim Dudkiem
Jeżeli chodzi o meblowanie nowej, niepodległej III Rzeczypospolitej, ogólny bilans jego działań wypada pozytywnie.
Michał Przeperski: 12 września 1989 r., powstał w Polsce rząd Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera od końca II wojny światowej. Jak ważne było to wydarzenie?
Antoni Dudek: Niezmiernie ważne – po obradach Okrągłego Stołu i wyborach czerwcowych, możemy je uznać za kolejny etap destrukcji systemu realnego socjalizmu. Ten proces jeszcze się wówczas nie skończył, ale powstał precedens, bo na czele rządu stanął niekomunista. Co prawda w jego składzie byli przedstawiciele PZPR i jej dawnych partii sojuszniczych, ale aż 12 z 24 tek objęli przedstawiciele Solidarności, czyli niedawnej nielegalnej antykomunistycznej opozycji. To rzecz zupełnie niesłychana. W ten sposób powstał rząd okresu przejściowego, w polskich warunkach trwającego moim zdaniem do pierwszych w pełni demokratycznych wyborów z 27 października 1991 r. W tym czasie zrodziła się suwerenna III Rzeczpospolita.
Rząd Mazowieckiego nie tylko symbolicznie rozpoczął odsuwanie komunistów od władzy, ale też przypadła mu rola określenia fundamentów ustrojowych nowego państwa.
Rzeczywiście, w wielu obszarach mu się to udało. Paradoksalnie najtrwalsze okazały się zmiany w tych sferach, na które na pierwszy rzut oka zwracamy najmniejszą uwagę. Spójrzmy choćby na wymiar sprawiedliwości: żadna inna struktura zbudowana przez rząd Mazowieckiego nie przetrwała tak długo – w niewiele zmienionej postaci przetrwała w praktyce do 2015 roku.
Ale rządowi Mazowieckiego najbardziej zapamiętano reformę gospodarczą.
Bo i była ona bardzo radykalna, fundamentalnie przeorała Polską gospodarkę, ale też do rozwiązań ekonomicznych wprowadzono później wiele modyfikacji. Tymczasem o ile raz zakonserwowana struktura organizacyjna wymiaru sprawiedliwości utrzymała się przez ćwierć wieku, o tyle decyzje Leszka Balcerowicza były niejednokrotnie zmieniane, choć wytyczony przez niego kierunek zmian gospodarczych jest w gruncie rzeczy kontynuowany do dzisiaj.
Zasadnicze znaczenie miały też decyzje rządu Mazowieckiego w zakresie polityki zagranicznej.
Był to pierwszy rząd, który rozpoczął proces strategicznej reorientacji politycznej. Nie zdążył on co prawda wyprowadzić Polski ani z Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, ani z Układu Warszawskiego, ale to właśnie na przełomie 1989 i 1990 roku zostały przerzucone pierwsze nici porozumienia Polski z Zachodem, co znalazło swój epilog w wejściu do NATO i do Unii Europejskiej. Wówczas zaczęły się kontakty z Amerykanami tak na oficjalnym szczeblu międzypaństwowym, jak i na szczeblu służb specjalnych. Za tym poszło porozumienie z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, a dalej – z Europejską Wspólnotą Gospodarczą na temat stowarzyszenia, co rozpoczyna rząd Mazowieckiego, a finalizują jego następcy. Równocześnie trwa bardzo ostrożne, ale konsekwentne odcinanie się od Wschodu. To daje nam właściwy obraz tego, co zmienił rząd Mazowieckiego: w polityce gospodarczej, zagranicznej i w administracji państwowej zostały przestawione zwrotnice.
We wrześniu 1989 Polska jest regionalnym liderem zmian, ale po kilku miesiącach, w początku roku 1990, sprawy wyglądają inaczej. Mur Berliński runął, partia komunistyczna na Węgrzech się rozwiązała, a czechosłowackim prezydentem jest Václav Havel. Dlaczego zmiany w Polsce zwolniły?
To przede wszystkim konsekwencja istnienia duetu Mazowiecki – Wojciech Jaruzelski. Co jeszcze ciekawsze, najbardziej konsekwentnym hamulcowym jest tu solidarnościowy premier Mazowiecki, który panicznie boi się „recydywy sił starego systemu”. Głównym gwarantem tego, że do tej recydywy nie dojdzie, jest dla niego postkomunistyczny prezydent Jaruzelski. Ten ostatni dość szybko zgłasza swoją gotowość do odejścia ze stanowiska, ale premier te pomysły stopuje, na co poważny wpływ ma przybierający na sile konflikt Mazowieckiego z Lechem Wałęsą. Wreszcie, Mazowiecki panicznie obawiał się, że Polska zostanie sama wobec zjednoczonych Niemiec, bez gwarancji naszej zachodniej granicy. To wszystko powodowało, że Mazowiecki bardzo bał się radykalnych zmian politycznych.
Tymczasem wprowadzane reformy ekonomiczne miały bardzo poważny zasięg.
Mazowiecki słabo orientował się w ekonomicznych szczegółach, ale rozumiał, że ich koszty społeczne będą bardzo poważne. Stąd też jego niechęć do otwierania kolejnych politycznych frontów, np. działań dekomunizacyjnych. Nie było to działanie pozbawione sensu, wszak Polska, spośród wszystkich krajów postkomunistycznych była w najgorszej sytuacji ekonomicznej, de facto była bankrutem. W kolejnych miesiącach 1990 r. Mazowiecki stał się jednak bardziej skory do wprowadzania zmian, zwłaszcza pod wpływem nacisku Wałęsy i opinii publicznej, w drugiej połowie roku 1990.
Ale czy o tempie zmian szef rządu decydował jednoosobowo?
Z pewnością, gdy decydował się na radykalniejsze posunięcie, to ono następowało. Przykładem może być sprawa majątku RSW „Prasa-Książka-Ruch”, ogromnego koncernu poligraficzno-medialnego, przez lata kontrolowanego przez PZPR. Postkomuniści pragnęli w majestacie prawa utrwalić swoją kontrolę nad tym bogatym przedsiębiorstwem, co doprowadziło Mazowieckiego do wściekłości. Na jego żądanie w ciągu jednego weekendu przygotowano projekt ustawy o nacjonalizacji całego majątku RSW i Sejm natychmiast ją przegłosował. Zatem gdy chciał, Mazowiecki potrafił być dynamiczny.
Lech Wałęsa, legendarny lider Solidarności i charyzmatyczna polityczna figura – dlaczego to on wywierał nacisk na rząd, który bez jego poparcia zapewne w ogóle by nie powstał?
Konflikt pomiędzy Mazowieckim a Wałęsą zaczął się po powołaniu nowego rządu, bowiem Wałęsa szybko poczuł się odsunięty, pozbawiony jakiegokolwiek wpływu na bieg wydarzeń politycznych. I jeszcze do końca roku 1989 mogło się wydawać, że faktycznie nie przyszedł czas na realizację jego marzeń o prezydenturze. Ale kiedy w Rumunii obalono Nicolae Ceaușescu, a w Pradze szefem państwa został Havel, to Wałęsa zrozumiał, że zmiany polityczne mogą już iść znacznie dalej i Jaruzelski powinien odejść ze stanowiska. Tego nie chciał Mazowiecki, obawiając się ambicji Wałęsy. Gdyby obu politykom udało się porozumieć, historia mogłaby potoczyć się inaczej. Ale otoczenie premiera było jedno z pierwszych środowisk, w którym upadł mit charyzmatycznego ludowego trybuna, i heroicznego bohatera.
Wałęsa w roku 1980 a Wałęsa w 1990 – to ciągle tak samo silny polityczny mit?
O, w tym drugim wypadku znacznie silniejszy. Nastroje społeczne były w tym względzie absolutnie czytelne: Wałęsa był zdecydowanie najbardziej popularnym politykiem w Polsce i dlatego jesienią 1990 r. w cuglach wygrał powszechne wybory prezydenckie. Ale też większość Polaków znała Wałęsę z najjaśniejszej strony: jako człowieka, któremu hołdują wielcy tego świata, który przemawia w amerykańskim Kongresie, który jest żywym symbolem upadku komunizmu w całym regionie. Natomiast słabiej widoczne było to, że nie miał on kompetencji do sprawowania jakiegokolwiek urzędu, a zwłaszcza urzędu głowy państwa. Jest bardzo mało prawdopodobne, by Wałęsa w ogóle przeczytał konstytucję zanim został prezydentem. Dowodzą tego choćby jego pomysły z 1991 r., gdy zaproponował, że będzie jednocześnie sprawował funkcję prezydenta i premiera. Nie zmienia to faktu, że obóz Mazowieckiego popełnił fatalny błąd, po prostu odpychając Wałęsę, bo ten stał się on walcem, który przejechał po premierze.
Ale już nie po wszystkich jego ministrach. Wielu z nich, z Leszkiem Balcerowiczem na czele, świetnie odnalazło się w kolejnym polskim gabinecie, powstałym w styczniu 1991 r. z Janem Krzysztofem Bieleckim jako premierem.
Co więcej, trudno wskazać istotniejsze różnice w polityce Mazowieckiego i Bieleckiego, z dwoma może ważniejszymi wyjątkami. Rząd Bieleckiego znacznie bardziej stanowczo podnosił problem obecności wojsk radzieckich w Polsce i energicznie sprzeciwił się powstaniu tzw. RWPG-bis. Rząd Mazowieckiego próbując wyplątać się z członkostwa w Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, opowiedział się bowiem za powołaniem tzw. Organizacji Współpracy Gospodarczej, która miała skupiać europejskie państwa dawnego bloku sowieckiego. Polska, nie chcąc drażnić Kremla, wyraziła początkowo zainteresowanie tym projektem, natomiast Czechosłowacja i, zwłaszcza, Węgry były temu kategorycznie przeciwne. Ten pomysł udało się utrącić w początku 1991 r.
Jeśli chodzi o pozostałe kierunki polityki dominowała kontynuacja. Polityką międzynarodową kierowali ci sami ludzie; gospodarką – podobnie. Nie dość zresztą, że wicepremier Balcerowicz był w tym gabinecie jedynym wicepremierem, to Bielecki został premierem tylko dlatego, że Balcerowicz kategorycznie odmówił objęcia tej funkcji, pragnąc skupić się w całości na gospodarce. W sferze polityki wewnętrznej też nie pojawił się przełom: nie wdrożono choćby ani dekomunizacji, ani lustracji.
To ostatnie musiało być sporym zawodem dla popierających Wałęsę radykałów, którzy liczyli na obiecywane przez niego „przyspieszenie”.
Rzeczywiście, Wałęsa zadowolił się zajęciem miejsca Jaruzelskiego – nie planował żadnych szerzej zakrojonych zmian. To właśnie wtedy stał się obiektem ataków związanych ze swoją współpracą ze Służbą Bezpieczeństwa w latach 70. Próbowano stworzyć wrażenie, że Wałęsa oszukał naród, że wciąż jest kontrolowany przez ludzi dawnego układu, którzy udaremniają szerzej zakrojone zmiany.
Dlaczego zatem Wałęsa poprzestał na deklaracjach?
Jedni mają prostą odpowiedź: bo szantażowano go teczką TW „Bolka”, ja natomiast uważam, że sprawa jest znacznie bardziej złożona. W moim przekonaniu Wałęsa nie dawał się szantażować już od połowy lat 70., natomiast jako prezydent chciał po prostu rządzić i nie mieć kłopotów. Skoro objął władzę, a przedstawiciele wojska zaczęli mu oddawać honory i na wyprzódki mu schlebiać, to dlaczego miałby ich wyrzucać? Tym bardziej jeszcze, że na ich miejsce nie było właściwie innych kandydatów. Co więcej, współpraca Bieleckiego i Wałęsy układała się świetnie w znacznej mierze dlatego, że ten pierwszy bez zastrzeżeń przyjmował polityczny prymat tego drugiego. To zresztą zbudowało w prezydencie przekonanie, że jest on zwierzchnikiem premiera, który realizuje jego polecenia. Dopiero gdy powstał rząd Jana Olszewskiego, okazało się że taka sytuacja jest nie do utrzymania.
Rząd Bieleckiego trwał do jesieni 1991, kiedy doszło wreszcie do pierwszych w pełni demokratycznych wyborów. Dlaczego doszło do nich tak późno?
Rząd Bieleckiego miał być gabinetem przejściowym do wyborów, planowanych za najdalej pół roku. Spór prezydenta z sejmem o kształt ordynacji wyborczej spowodował jednak, że wszystko to znacznie się przeciągnęło. Oczywiście Wałęsie – pochodzącemu z wyborów powszechnych – wygodnie było konfrontować się z Sejmem wybranym w niedemokratyczny sposób w czerwcu 1989, ale też dla wszystkich było jasne, że taka sytuacja nie może trwać bez końca. Gdy 27 października 1991 r. doszło do wyborów, frekwencja wyborcza okazała się zaskakująco niska (nieco powyżej 43 proc.), co zresztą pokazało skalę społecznego zniechęcenia po półtora roku wprowadzania reform Planu Balcerowicza.
Efektem pierwszych wolnych wyborów w III RP był ogromnie rozdrobniony parlament, z 24 partiami, z czego najsilniejsza Unia Demokratyczna miała raptem 62 posłów (w 460-osobowym Sejmie). Karty miał rozdawać Prezydent.
Tak się wydawało, ale nieoczekiwanie pojawił się Jan Olszewski i na początku grudnia 1991 r. wygrał głosowanie nominujące go na premiera. Na skutek nieprzychylnej postawy Wałęsy, który zadeklarował, że z takim premierem współpracować nie będzie, Olszewski podał się do dymisji, ale Sejm tę dymisję odrzucił.
I tak sformowany został rząd Jana Olszewskiego od początku znajdował się w konflikcie z Wałęsą.
Jedyną szansą dla Olszewskiego było zbudowanie większościowej koalicji, ale sam premier widział to inaczej. Uważał, że nie musi budować koalicji, ponieważ stworzony przez niego gabinet jest niezastępowalny, a zatem gdy upadnie, to będą przedterminowe wybory, czego posłowie nie zaryzykują. W maju 1992 r. było już jednak jasne, że ten rząd nie miał żadnych szans na dalsze funkcjonowanie. Szukał jedynie pretekstu, by upaść z hukiem.
Czy tak należy patrzeć na sławetną „noc teczek” z 4 na 5 czerwca 1992 roku, gdy opublikowanie informacji o tajnych współpracownikach Służby Bezpieczeństwa piastujących najwyższe funkcje państwowe doprowadziło do przesilenia?
W istocie rzeczy tak, szczególnie że budowana po latach legenda rządu Jana Olszewskiego nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Nie był to rząd żadnych poważniejszych zmian, machina państwowa wprawiona w ruch przez rządy Mazowieckiego i Bieleckiego w najlepsze poruszała się dalej po tych samych torach. Poza słowami, których padało wówczas niemało, trudno znaleźć jakąś konkretną zmianę w sferze działań. Nie jest bowiem np. prawdą, że to rząd Olszewskiego po raz pierwszy otwarcie mówił o polskich aspiracjach do NATO – pierwszy był Jan Krzysztof Bielecki we wrześniu 1991 r. Zresztą gdy sam Olszewski pojechał do USA w kwietniu 1992 r., to jego pronatowskie deklaracje nie bardzo kogokolwiek obchodziły, bo gospodarze zdawali sobie sprawę z tego, że jego rząd lada chwila upadnie.
Ostatnim rządem, jaki udało się sformować siłom politycznym wywodzącym się z Solidarności był rząd Hanny Suchockiej, powstały latem 1992 r.
Był to w znacznej mierze kolejny rząd kontynuacji, który jeżeli próbował odciąć się od czegoś, to raczej od dziedzictwa rządu Olszewskiego, i to też raczej w sferze werbalnej. Natomiast był to ostatni rząd, w którym próbowano odtworzyć szerokie porozumienie ugrupowań postsolidarnościowych – poza Porozumieniem Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Ten rząd ma na koncie kilka sensownych zmian systemowych, na czele z wprowadzeniem podatku VAT, który zresztą okazał się poważnym sukcesem.
Czy znowu decydującą rolę w destrukcji ostatniego rządu solidarnościowego odegrał Lech Wałęsa?
Ówczesny prezydent nie był wprost źle nastawiony do tego rządu, nie można mówić o wojnie, jak w przypadku rządu Olszewskiego. Wałęsie nie podobało się jednak, że ten rząd jest zbyt niezależny od niego. Był zdania, że Polsce potrzebny jest system prezydencki, i wierzył że jeśli rozwiąże parlament, to w kolejnych wyborach zwycięży partia, tworzona pod jego auspicjami. Innymi słowy, w najlepsze wierzył w swoją popularność z końca roku 1990 i, jak się okazało, srodze się mylił. Jego Bezpartyjny Blok Wspierania Reform w wyborach z września 1993 r. uzyskał raptem 16 mandatów.
W ten paradoksalny sposób Wałęsa utorował postkomunistom drogę do władzy.
Z pewnością nie było to świadome, ale rzeczywiście tak się stało. Polacy byli zmęczeni sytuacją gospodarczą i zawiedzeni poziomem elit solidarnościowych. To wszystko spowodowało wzrost sympatii wobec partii postkomunistycznych. Decydujący był wszakże inny czynnik: obóz solidarnościowy był ze sobą śmiertelnie pokłócony: 35 proc. głosów oddanych na rozbite partie postsolidarnościowe przepadło, ponieważ nie przekroczyły one progu wyborczego. Zwycięzcy z roku 1993 – postkomunistyczne Sojusz Lewicy Demokratycznej i Polskie Stronnictwo Ludowe – osiągnęły odpowiednio ok. 21 i ok. 16 proc. głosów. Zjednoczone siły postsolidarnościowe mogłyby zatem utrzymać władzę, ale tak się nie stało.
Epilog tej historii przyniosła jesień 1995 r., gdy Lech Wałęsa przegrał wybory prezydenckie z przywódcą postkomunistów Aleksandrem Kwaśniewskim.
Rzeczywiście, od jesieni 1993 r. Wałęsa mógł już tylko bezradnie obserwować własne spadające notowania i rosnące poparcie dla lewicy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że obóz solidarnościowy zupełnie pogubił się w walce o władzę, podczas gdy wcale nie musiał jej stracić. Okazał się jednak zbyt podzielony, katastrofalnie skłócony. Po latach zaskakuje to tym bardziej, że jeżeli chodzi o meblowanie nowej, niepodległej III Rzeczypospolitej, ogólny bilans jego działań wypada pozytywnie.
Rozmawiał Michał Przeperski
Fotografia: Profesor Antoni Dudek (Cezary Piwowarski. CC-BY-SA-4.0)
Antoni Dudek: Niezmiernie ważne – po obradach Okrągłego Stołu i wyborach czerwcowych, możemy je uznać za kolejny etap destrukcji systemu realnego socjalizmu. Ten proces jeszcze się wówczas nie skończył, ale powstał precedens, bo na czele rządu stanął niekomunista. Co prawda w jego składzie byli przedstawiciele PZPR i jej dawnych partii sojuszniczych, ale aż 12 z 24 tek objęli przedstawiciele Solidarności, czyli niedawnej nielegalnej antykomunistycznej opozycji. To rzecz zupełnie niesłychana. W ten sposób powstał rząd okresu przejściowego, w polskich warunkach trwającego moim zdaniem do pierwszych w pełni demokratycznych wyborów z 27 października 1991 r. W tym czasie zrodziła się suwerenna III Rzeczpospolita.
Rząd Mazowieckiego nie tylko symbolicznie rozpoczął odsuwanie komunistów od władzy, ale też przypadła mu rola określenia fundamentów ustrojowych nowego państwa.
Rzeczywiście, w wielu obszarach mu się to udało. Paradoksalnie najtrwalsze okazały się zmiany w tych sferach, na które na pierwszy rzut oka zwracamy najmniejszą uwagę. Spójrzmy choćby na wymiar sprawiedliwości: żadna inna struktura zbudowana przez rząd Mazowieckiego nie przetrwała tak długo – w niewiele zmienionej postaci przetrwała w praktyce do 2015 roku.
Ale rządowi Mazowieckiego najbardziej zapamiętano reformę gospodarczą.
Bo i była ona bardzo radykalna, fundamentalnie przeorała Polską gospodarkę, ale też do rozwiązań ekonomicznych wprowadzono później wiele modyfikacji. Tymczasem o ile raz zakonserwowana struktura organizacyjna wymiaru sprawiedliwości utrzymała się przez ćwierć wieku, o tyle decyzje Leszka Balcerowicza były niejednokrotnie zmieniane, choć wytyczony przez niego kierunek zmian gospodarczych jest w gruncie rzeczy kontynuowany do dzisiaj.
Zasadnicze znaczenie miały też decyzje rządu Mazowieckiego w zakresie polityki zagranicznej.
Był to pierwszy rząd, który rozpoczął proces strategicznej reorientacji politycznej. Nie zdążył on co prawda wyprowadzić Polski ani z Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, ani z Układu Warszawskiego, ale to właśnie na przełomie 1989 i 1990 roku zostały przerzucone pierwsze nici porozumienia Polski z Zachodem, co znalazło swój epilog w wejściu do NATO i do Unii Europejskiej. Wówczas zaczęły się kontakty z Amerykanami tak na oficjalnym szczeblu międzypaństwowym, jak i na szczeblu służb specjalnych. Za tym poszło porozumienie z Międzynarodowym Funduszem Walutowym, a dalej – z Europejską Wspólnotą Gospodarczą na temat stowarzyszenia, co rozpoczyna rząd Mazowieckiego, a finalizują jego następcy. Równocześnie trwa bardzo ostrożne, ale konsekwentne odcinanie się od Wschodu. To daje nam właściwy obraz tego, co zmienił rząd Mazowieckiego: w polityce gospodarczej, zagranicznej i w administracji państwowej zostały przestawione zwrotnice.
We wrześniu 1989 Polska jest regionalnym liderem zmian, ale po kilku miesiącach, w początku roku 1990, sprawy wyglądają inaczej. Mur Berliński runął, partia komunistyczna na Węgrzech się rozwiązała, a czechosłowackim prezydentem jest Václav Havel. Dlaczego zmiany w Polsce zwolniły?
To przede wszystkim konsekwencja istnienia duetu Mazowiecki – Wojciech Jaruzelski. Co jeszcze ciekawsze, najbardziej konsekwentnym hamulcowym jest tu solidarnościowy premier Mazowiecki, który panicznie boi się „recydywy sił starego systemu”. Głównym gwarantem tego, że do tej recydywy nie dojdzie, jest dla niego postkomunistyczny prezydent Jaruzelski. Ten ostatni dość szybko zgłasza swoją gotowość do odejścia ze stanowiska, ale premier te pomysły stopuje, na co poważny wpływ ma przybierający na sile konflikt Mazowieckiego z Lechem Wałęsą. Wreszcie, Mazowiecki panicznie obawiał się, że Polska zostanie sama wobec zjednoczonych Niemiec, bez gwarancji naszej zachodniej granicy. To wszystko powodowało, że Mazowiecki bardzo bał się radykalnych zmian politycznych.
Tymczasem wprowadzane reformy ekonomiczne miały bardzo poważny zasięg.
Mazowiecki słabo orientował się w ekonomicznych szczegółach, ale rozumiał, że ich koszty społeczne będą bardzo poważne. Stąd też jego niechęć do otwierania kolejnych politycznych frontów, np. działań dekomunizacyjnych. Nie było to działanie pozbawione sensu, wszak Polska, spośród wszystkich krajów postkomunistycznych była w najgorszej sytuacji ekonomicznej, de facto była bankrutem. W kolejnych miesiącach 1990 r. Mazowiecki stał się jednak bardziej skory do wprowadzania zmian, zwłaszcza pod wpływem nacisku Wałęsy i opinii publicznej, w drugiej połowie roku 1990.
Ale czy o tempie zmian szef rządu decydował jednoosobowo?
Z pewnością, gdy decydował się na radykalniejsze posunięcie, to ono następowało. Przykładem może być sprawa majątku RSW „Prasa-Książka-Ruch”, ogromnego koncernu poligraficzno-medialnego, przez lata kontrolowanego przez PZPR. Postkomuniści pragnęli w majestacie prawa utrwalić swoją kontrolę nad tym bogatym przedsiębiorstwem, co doprowadziło Mazowieckiego do wściekłości. Na jego żądanie w ciągu jednego weekendu przygotowano projekt ustawy o nacjonalizacji całego majątku RSW i Sejm natychmiast ją przegłosował. Zatem gdy chciał, Mazowiecki potrafił być dynamiczny.
Lech Wałęsa, legendarny lider Solidarności i charyzmatyczna polityczna figura – dlaczego to on wywierał nacisk na rząd, który bez jego poparcia zapewne w ogóle by nie powstał?
Konflikt pomiędzy Mazowieckim a Wałęsą zaczął się po powołaniu nowego rządu, bowiem Wałęsa szybko poczuł się odsunięty, pozbawiony jakiegokolwiek wpływu na bieg wydarzeń politycznych. I jeszcze do końca roku 1989 mogło się wydawać, że faktycznie nie przyszedł czas na realizację jego marzeń o prezydenturze. Ale kiedy w Rumunii obalono Nicolae Ceaușescu, a w Pradze szefem państwa został Havel, to Wałęsa zrozumiał, że zmiany polityczne mogą już iść znacznie dalej i Jaruzelski powinien odejść ze stanowiska. Tego nie chciał Mazowiecki, obawiając się ambicji Wałęsy. Gdyby obu politykom udało się porozumieć, historia mogłaby potoczyć się inaczej. Ale otoczenie premiera było jedno z pierwszych środowisk, w którym upadł mit charyzmatycznego ludowego trybuna, i heroicznego bohatera.
Wałęsa w roku 1980 a Wałęsa w 1990 – to ciągle tak samo silny polityczny mit?
O, w tym drugim wypadku znacznie silniejszy. Nastroje społeczne były w tym względzie absolutnie czytelne: Wałęsa był zdecydowanie najbardziej popularnym politykiem w Polsce i dlatego jesienią 1990 r. w cuglach wygrał powszechne wybory prezydenckie. Ale też większość Polaków znała Wałęsę z najjaśniejszej strony: jako człowieka, któremu hołdują wielcy tego świata, który przemawia w amerykańskim Kongresie, który jest żywym symbolem upadku komunizmu w całym regionie. Natomiast słabiej widoczne było to, że nie miał on kompetencji do sprawowania jakiegokolwiek urzędu, a zwłaszcza urzędu głowy państwa. Jest bardzo mało prawdopodobne, by Wałęsa w ogóle przeczytał konstytucję zanim został prezydentem. Dowodzą tego choćby jego pomysły z 1991 r., gdy zaproponował, że będzie jednocześnie sprawował funkcję prezydenta i premiera. Nie zmienia to faktu, że obóz Mazowieckiego popełnił fatalny błąd, po prostu odpychając Wałęsę, bo ten stał się on walcem, który przejechał po premierze.
Ale już nie po wszystkich jego ministrach. Wielu z nich, z Leszkiem Balcerowiczem na czele, świetnie odnalazło się w kolejnym polskim gabinecie, powstałym w styczniu 1991 r. z Janem Krzysztofem Bieleckim jako premierem.
Co więcej, trudno wskazać istotniejsze różnice w polityce Mazowieckiego i Bieleckiego, z dwoma może ważniejszymi wyjątkami. Rząd Bieleckiego znacznie bardziej stanowczo podnosił problem obecności wojsk radzieckich w Polsce i energicznie sprzeciwił się powstaniu tzw. RWPG-bis. Rząd Mazowieckiego próbując wyplątać się z członkostwa w Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, opowiedział się bowiem za powołaniem tzw. Organizacji Współpracy Gospodarczej, która miała skupiać europejskie państwa dawnego bloku sowieckiego. Polska, nie chcąc drażnić Kremla, wyraziła początkowo zainteresowanie tym projektem, natomiast Czechosłowacja i, zwłaszcza, Węgry były temu kategorycznie przeciwne. Ten pomysł udało się utrącić w początku 1991 r.
Jeśli chodzi o pozostałe kierunki polityki dominowała kontynuacja. Polityką międzynarodową kierowali ci sami ludzie; gospodarką – podobnie. Nie dość zresztą, że wicepremier Balcerowicz był w tym gabinecie jedynym wicepremierem, to Bielecki został premierem tylko dlatego, że Balcerowicz kategorycznie odmówił objęcia tej funkcji, pragnąc skupić się w całości na gospodarce. W sferze polityki wewnętrznej też nie pojawił się przełom: nie wdrożono choćby ani dekomunizacji, ani lustracji.
To ostatnie musiało być sporym zawodem dla popierających Wałęsę radykałów, którzy liczyli na obiecywane przez niego „przyspieszenie”.
Rzeczywiście, Wałęsa zadowolił się zajęciem miejsca Jaruzelskiego – nie planował żadnych szerzej zakrojonych zmian. To właśnie wtedy stał się obiektem ataków związanych ze swoją współpracą ze Służbą Bezpieczeństwa w latach 70. Próbowano stworzyć wrażenie, że Wałęsa oszukał naród, że wciąż jest kontrolowany przez ludzi dawnego układu, którzy udaremniają szerzej zakrojone zmiany.
Dlaczego zatem Wałęsa poprzestał na deklaracjach?
Jedni mają prostą odpowiedź: bo szantażowano go teczką TW „Bolka”, ja natomiast uważam, że sprawa jest znacznie bardziej złożona. W moim przekonaniu Wałęsa nie dawał się szantażować już od połowy lat 70., natomiast jako prezydent chciał po prostu rządzić i nie mieć kłopotów. Skoro objął władzę, a przedstawiciele wojska zaczęli mu oddawać honory i na wyprzódki mu schlebiać, to dlaczego miałby ich wyrzucać? Tym bardziej jeszcze, że na ich miejsce nie było właściwie innych kandydatów. Co więcej, współpraca Bieleckiego i Wałęsy układała się świetnie w znacznej mierze dlatego, że ten pierwszy bez zastrzeżeń przyjmował polityczny prymat tego drugiego. To zresztą zbudowało w prezydencie przekonanie, że jest on zwierzchnikiem premiera, który realizuje jego polecenia. Dopiero gdy powstał rząd Jana Olszewskiego, okazało się że taka sytuacja jest nie do utrzymania.
Rząd Bieleckiego trwał do jesieni 1991, kiedy doszło wreszcie do pierwszych w pełni demokratycznych wyborów. Dlaczego doszło do nich tak późno?
Rząd Bieleckiego miał być gabinetem przejściowym do wyborów, planowanych za najdalej pół roku. Spór prezydenta z sejmem o kształt ordynacji wyborczej spowodował jednak, że wszystko to znacznie się przeciągnęło. Oczywiście Wałęsie – pochodzącemu z wyborów powszechnych – wygodnie było konfrontować się z Sejmem wybranym w niedemokratyczny sposób w czerwcu 1989, ale też dla wszystkich było jasne, że taka sytuacja nie może trwać bez końca. Gdy 27 października 1991 r. doszło do wyborów, frekwencja wyborcza okazała się zaskakująco niska (nieco powyżej 43 proc.), co zresztą pokazało skalę społecznego zniechęcenia po półtora roku wprowadzania reform Planu Balcerowicza.
Efektem pierwszych wolnych wyborów w III RP był ogromnie rozdrobniony parlament, z 24 partiami, z czego najsilniejsza Unia Demokratyczna miała raptem 62 posłów (w 460-osobowym Sejmie). Karty miał rozdawać Prezydent.
Tak się wydawało, ale nieoczekiwanie pojawił się Jan Olszewski i na początku grudnia 1991 r. wygrał głosowanie nominujące go na premiera. Na skutek nieprzychylnej postawy Wałęsy, który zadeklarował, że z takim premierem współpracować nie będzie, Olszewski podał się do dymisji, ale Sejm tę dymisję odrzucił.
I tak sformowany został rząd Jana Olszewskiego od początku znajdował się w konflikcie z Wałęsą.
Jedyną szansą dla Olszewskiego było zbudowanie większościowej koalicji, ale sam premier widział to inaczej. Uważał, że nie musi budować koalicji, ponieważ stworzony przez niego gabinet jest niezastępowalny, a zatem gdy upadnie, to będą przedterminowe wybory, czego posłowie nie zaryzykują. W maju 1992 r. było już jednak jasne, że ten rząd nie miał żadnych szans na dalsze funkcjonowanie. Szukał jedynie pretekstu, by upaść z hukiem.
Czy tak należy patrzeć na sławetną „noc teczek” z 4 na 5 czerwca 1992 roku, gdy opublikowanie informacji o tajnych współpracownikach Służby Bezpieczeństwa piastujących najwyższe funkcje państwowe doprowadziło do przesilenia?
W istocie rzeczy tak, szczególnie że budowana po latach legenda rządu Jana Olszewskiego nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. Nie był to rząd żadnych poważniejszych zmian, machina państwowa wprawiona w ruch przez rządy Mazowieckiego i Bieleckiego w najlepsze poruszała się dalej po tych samych torach. Poza słowami, których padało wówczas niemało, trudno znaleźć jakąś konkretną zmianę w sferze działań. Nie jest bowiem np. prawdą, że to rząd Olszewskiego po raz pierwszy otwarcie mówił o polskich aspiracjach do NATO – pierwszy był Jan Krzysztof Bielecki we wrześniu 1991 r. Zresztą gdy sam Olszewski pojechał do USA w kwietniu 1992 r., to jego pronatowskie deklaracje nie bardzo kogokolwiek obchodziły, bo gospodarze zdawali sobie sprawę z tego, że jego rząd lada chwila upadnie.
Ostatnim rządem, jaki udało się sformować siłom politycznym wywodzącym się z Solidarności był rząd Hanny Suchockiej, powstały latem 1992 r.
Był to w znacznej mierze kolejny rząd kontynuacji, który jeżeli próbował odciąć się od czegoś, to raczej od dziedzictwa rządu Olszewskiego, i to też raczej w sferze werbalnej. Natomiast był to ostatni rząd, w którym próbowano odtworzyć szerokie porozumienie ugrupowań postsolidarnościowych – poza Porozumieniem Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Ten rząd ma na koncie kilka sensownych zmian systemowych, na czele z wprowadzeniem podatku VAT, który zresztą okazał się poważnym sukcesem.
Czy znowu decydującą rolę w destrukcji ostatniego rządu solidarnościowego odegrał Lech Wałęsa?
Ówczesny prezydent nie był wprost źle nastawiony do tego rządu, nie można mówić o wojnie, jak w przypadku rządu Olszewskiego. Wałęsie nie podobało się jednak, że ten rząd jest zbyt niezależny od niego. Był zdania, że Polsce potrzebny jest system prezydencki, i wierzył że jeśli rozwiąże parlament, to w kolejnych wyborach zwycięży partia, tworzona pod jego auspicjami. Innymi słowy, w najlepsze wierzył w swoją popularność z końca roku 1990 i, jak się okazało, srodze się mylił. Jego Bezpartyjny Blok Wspierania Reform w wyborach z września 1993 r. uzyskał raptem 16 mandatów.
W ten paradoksalny sposób Wałęsa utorował postkomunistom drogę do władzy.
Z pewnością nie było to świadome, ale rzeczywiście tak się stało. Polacy byli zmęczeni sytuacją gospodarczą i zawiedzeni poziomem elit solidarnościowych. To wszystko spowodowało wzrost sympatii wobec partii postkomunistycznych. Decydujący był wszakże inny czynnik: obóz solidarnościowy był ze sobą śmiertelnie pokłócony: 35 proc. głosów oddanych na rozbite partie postsolidarnościowe przepadło, ponieważ nie przekroczyły one progu wyborczego. Zwycięzcy z roku 1993 – postkomunistyczne Sojusz Lewicy Demokratycznej i Polskie Stronnictwo Ludowe – osiągnęły odpowiednio ok. 21 i ok. 16 proc. głosów. Zjednoczone siły postsolidarnościowe mogłyby zatem utrzymać władzę, ale tak się nie stało.
Epilog tej historii przyniosła jesień 1995 r., gdy Lech Wałęsa przegrał wybory prezydenckie z przywódcą postkomunistów Aleksandrem Kwaśniewskim.
Rzeczywiście, od jesieni 1993 r. Wałęsa mógł już tylko bezradnie obserwować własne spadające notowania i rosnące poparcie dla lewicy. Trudno oprzeć się wrażeniu, że obóz solidarnościowy zupełnie pogubił się w walce o władzę, podczas gdy wcale nie musiał jej stracić. Okazał się jednak zbyt podzielony, katastrofalnie skłócony. Po latach zaskakuje to tym bardziej, że jeżeli chodzi o meblowanie nowej, niepodległej III Rzeczypospolitej, ogólny bilans jego działań wypada pozytywnie.
Rozmawiał Michał Przeperski
Fotografia: Profesor Antoni Dudek (Cezary Piwowarski. CC-BY-SA-4.0)