Narodziny lokalnej demokracji –
rocznica pierwszych wolnych wyborów
samorządowych
w III Rzeczypospolitej
czas czytania:
Rewolucja 1989 r. stworzyła Polakom szansę na odrodzenie demokratycznego państwa. Dlatego tak ważne były wybory samorządowe, które odbyły się 27 maja 1990. Były pierwszym krokiem na drodze do odbudowy lokalnej demokracji po blisko pół wieku rządów komunistycznych.
II wojna światowa i zajęcie terytorium Polski przez wojska niemieckie położyły kres istnieniu samorządu terytorialnego. Nie udało się go odbudować także po wojnie, ponieważ komunistyczne władze zamierzały wprowadzić jak najściślejszą kontrolę życia społecznego. W 1950 r. wprowadzono kilkupoziomowy systemem tzw. rad narodowych. W rzeczywistości były one nie tylko terenowymi strukturami władzy państwowej, ale też pozostawały podporządkowane rządzącej komunistycznej monopartii – Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Przez kilka powojennych dekad wyrugowano wiedzę o tym, czym jest samorząd i demokracja lokalna.
Idea samorządności powróciła do debaty publicznej na początku lat osiemdziesiątych, dzięki rewolucji „Solidarności”. W 1980 r., po gigantycznych strajkach które ogarnęły cały kraj, komunistyczne władze zawarły z protestującymi porozumienia. Na ich mocy robotnicy stworzyli „Solidarność”. Był to nie tylko związek zawodowy zajmujący się sprawami pracowniczymi i socjalnymi. Związkowi eksperci, często zaangażowani wcześniej w działalność opozycji demokratycznej, przygotowywali program kompleksowej przebudowy socjalistycznego państwa. Jednym z elementów tych reform miało być stopniowe odtwarzanie samorządu. Postulat ten był realizacją idei praw człowieka, ale także pierwszym krokiem na drodze zmiany systemu komunistycznego. Żaden z liderów „Solidarności” nie liczył na to, że można pozbawić władzy komunistów, którzy mieli do swojej dyspozycji milicję oraz wojsko. A nawet gdyby i one stanęły by po stronie opozycji, to i tak armie innych państw komunistycznych – z sowiecką na czele – były gotowe interweniować zbrojnie w obronie ustroju, podobnie jak to było na Węgrzech w 1956 r. czy w Czechosłowacji w 1968. „Solidarność” miała jednak nadzieję, że budowa demokracji oddolnej powoli reformować państwo bez obawy przed militarną interwencją.
Podczas swojego pierwszego ogólnopolskiego zjazdu, jesienią 1981 r. „Solidarność” uchwaliła swój wielki program: Samorządna Rzeczpospolita. Szczególny nacisk położono w nim na odtwarzanie mechanizmów demokracji przy jednoczesnym ograniczaniu władzy partii komunistycznej:
Kilka tygodni później władze związku przedstawiły pomysły na zmiany ordynacji wyborczej do rad narodowych, po czym wezwały swoich członków do organizowania lokalnych grup, wyłaniania swoich kandydatów oraz tworzenia programów wyborczych. Decyzje te przyjęto jednak niedługo przed wprowadzeniem stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. W obawie przed postępującą rewolucją, władze zdecydowały się uwięzić czołowych działaczy związków zawodowych, wyprowadzić na ulicę wojsko i zaprowadzić wojskową dyktaturę. Na jej czele stanął generał Wojciech Jaruzelski, pełniący jednocześnie funkcje szefa partii komunistycznej, premiera oraz ministra obrony narodowej. Stan wojenny był antytezą demokracji i samorządności. Dopiero w 1989 r. idea samorządu ponownie stała się przedmiotem politycznych debat.
W konsekwencji kompromisu Okrągłego Stołu, w czerwcu 1989 r. „Solidarność”, dzięki częściowo wolnym wyborom, wprowadziła swoich reprezentantów do parlamentu. W izbie niższej (Sejmie) zajęli 35 proc. miejsc. W izbie wyższej (Senacie) dokładnie 99 proc. Generał Jaruzelski był zaskoczony skalą sukcesu „Solidarności”. Tymczasem Obywatelski Klub Parlamentarny, zrzeszający parlamentarzystów wywodzących się z list „Solidarności”, starał się podążać za ciosem. Bronisław Geremek, przewodniczący Klubu, największy nacisk położył na trzy postulaty: udzielenie „Solidarności” dostępu do środków masowego przekazu, odtworzenie niezależnego sądownictwa oraz zmianę prawa o samorządzie lokalnym i rozpisanie wyborów. „Proces demokratyzacji ma być prowadzony od dołu” – tłumaczył. Był to powrót do idei z sprzed stanu wojennego: granice wolności i demokracji trzeba poszerzać od podstaw, bazując na społecznościach lokalnych. Realizacja tych żądań stała się bardziej realna po tym, kiedy w obliczu słabnącej pozycji partii komunistycznej „Solidarność” przeforsowała swojego kandydata na premiera. Został nim Tadeusz Mazowiecki, długoletni doradca przewodniczącego związku – Lecha Wałęsy. Nowy premier w swoim expose wygłoszonym 24 sierpnia 1989 r. jasno opowiedział się za projektem odbudowy samorządu terytorialnego i zapowiedział, że powoła do tego zadania ministra bez teki.
Cała jesień 1989 r. upłynęła pod znakiem zmian na szczytach władzy. Nowy premier sformował gabinet i stopniowo poszerzał zakres swojej władzy. Komuniści znaleźli się w defensywie, której kulminacyjnym momentem było rozwiązanie PZPR. Jednak rewolucja w „wielkiej polityce” nie miała swojego odzwierciedlenia na poziomie lokalnym – tam przy władzy pozostawały kliki, które rządziły od lat. Jeden z czołowych polityków obozu solidarnościowego nawoływał swoich kolegów: „to co się dzieje tutaj na szczeblu centralnym, te wszystkie zmiany demokratyzacyjne nie są uwzględniane tam na dole. I w moim przekonaniu ta nomenklatura, ta [komunistyczna] mafia, te różnego rodzaju układy muszą być rozbite przez wybory samorządowe”.
Siłą, która starała się dokonywać zmian na poziome lokalnym były Komitety Obywatelskie. Były to terenowe struktury „Solidarności”, które powoływano w celu przygotowania kampanii przed wyborami parlamentarnymi w czerwcu 1989 r. Po ich przeprowadzeniu wiele Komitetów się nie rozwiązało, dając zaczątek ruchowi społecznemu. Co ciekawe, ich powyborcza mobilizacja nie spotkała się wcale z ciepłym przyjęciem ze strony kierownictwa „Solidarności”. Władze związkowe były bardziej zainteresowane tworzeniem scentralizowanej struktury niż współpracą z niezależnym i rozdrobnionym ruchem społecznym. Społecznej mobilizacji nie można już jednak było zatrzymać.
W październiku 1989 r. działało około 500 Komitetów, w grudniu 1989 r. – już ponad tysiąc. Socjolog społeczności lokalnych Bohdan Jałowiecki oceniał wówczas, że
Komitety starały się wymuszać na władzach lokalnych przyśpieszenie zmian, także personalnych, jednak bez przeprowadzenia nowych wyborów ich ręce były związane. Dlatego Komitety zaczęły mocniej naciskać na premiera i kierownictwo „Solidarności” w tej sprawie.
Premier Mazowiecki nie tylko nie pozostał głuchy na te wezwanie ale uznawał je za w pełni uzasadnione. Był przekonany, że budowa lokalnego samorządu jest jednym z najważniejszych wyzwań politycznych stojących przed jego gabinetem. Musiał znaleźć odpowiedniego człowieka do przeprowadzenia tej trudnej reformy. Wybór padł na profesora Jerzego Regulskiego, przez całe lata osiemdziesiąte prowadzącego niezależne badania nad systemem samorządowym. Jego zdaniem opozycja przesadnie koncentrowała się na budowie społeczeństwa obywatelskiego:
Okazało się jednak, że szuflada Regulskiego nie była całkowicie pusta. Co więcej, w 1989 r. zasiadł w Senacie, gdzie pełnił funkcję przewodniczącego komisji samorządowej przygotowującej założenia przyszłej reformy. Co więcej, był tez założycielem Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, stawiającej sobie za cel opracowanie kompleksowego programu reformy. Inicjatywą tę wspierał politycznie ambasador USA w Warszawie John Davies, a dofinansowały ją w m.in. British Batory Fund (5 tys. funtów) oraz National Endowment for Democracy (42 tys. dolarów). Mazowiecki powierzył Regulskiemu funkcję pełnomocnika rządu ds. reformy samorządu terytorialnego. Sam nominowany wspomniał początki:
„Miałem więc startować z siekierą na Księżyc. Ale wiedziałem, że najważniejsze jest zacząć”.
Regulski skompletował zespół i rozpoczął prace nad koncepcją reformy. Jako osoba mająca wiele kontaktów wśród lokalnych działaczy „Solidarności”, potwierdzał intuicje premiera. Wskazywał na to, że za szybkim przeprowadzeniem wyborów przemawiają takie argumenty jak: rosnąca presja społeczna, powszechne sygnalizowanie nadużywania władzy przez lokalne układy dążące do uzyskania korzyści materialnych oraz brak legitymacji aktualnych władz do sprawowania władzy. Wskazywał, że optymalnym terminem na przeprowadzenie wyborów jest czerwiec 1990 r. Między innymi te analizy pchnęły premiera do szybszego działania. Było to niemałe zaskoczenie, chyba nawet dla Regulskiego, który wspomniał po latach:
Na początku stycznia 1990 r. Mazowiecki zebrał grono swoich najbliższych doradców – wspólnie uznali, że trzeba przyśpieszyć reformy polityczne. Premier tłumaczył:
Klarował, że te reforma samorządu jest szansą na aktywizację społeczeństwa i włączenie go w proces budowy demokracji. Zdecydowana postawa Mazowieckiego w tej sprawie była wręcz zadziwiająca.
Kiedy premier przedstawił swoją decyzję na posiedzeniu Rady Ministrów 15 stycznia 1990 r., zaskoczeni byli nawet członkowie jego gabinetu. Jacek Kuroń, minister pracy i polityki socjalnej oraz wieloletni opozycjonista ostrzegał:
Na pewno było to duże wyzwanie. Jerzy Regulski wspominał po latach: „Cała administracja rządowa […] była przeciwna. Oni blokowali wszystko”. Premier pozostał jednak przy swoim zdaniu. Klamka z resztą zapadła – o pomyśle został uprzedzony także prezydent Jaruzelski i przewodniczący „Solidarności” Lech Wałęsa. Ten drugi ogłosił to nawet publicznie jako swoją inicjatywę. Nie można już było się wycofać.
W kolejnych tygodniach dzięki współpracy rządu oraz Senatu, udało się stworzyć prawne ramy reformy. Na początku marca 1990 r. parlament uchwalił nowelizację konstytucji, wprowadzającą rozdział o samorządzie terytorialnym. W kolejnych tygodniach wypracowano nowe rozwiązania prawne regulujące ustrój oraz podział zadań i kompetencji miedzy administrację rządową i samorząd. Jak wspominał Regulski:
Dzięki temu uzyskano efekt synergii, a dzięki patronatowi premiera Mazowieckiego i marszałka senatu Andrzej Stelmachowskiego, pakiet zmian udało się uchwalić wręcz błyskawicznie.
Podstawową jednostką samorządu była gmina – jej mieszańcy mieli prawo wybierania rad, które następnie wyłaniały władze wykonawcze. Wybory lokalne zaplanowano na 27 maja 1990 r. Faworytem były Komitety Obywatelskie. Wystawiły one prawie 42 tysiące kandydatów na radnych (30 procent wszystkich ubiegających się o mandat). Powszechna potrzeba zmian i społeczne zaufanie przełożyło się na wyniki – co drugi wybrany radny był związany z „Solidarnością”, natomiast jedną czwartą stanowili kandydaci niezależni. Jedyne co mogło rozczarowywać to frekwencja – niewiele ponad 40 procent.
Wybory z 1990 r. położyły fundamenty pod odrodzenie się lokalnej demokracji. Z jednej strony były gigantyczną zmianą w funkcjonowaniu państwa. Sto tysięcy osób zostało przesuniętych z administracji rządowej do samorządowej, a setki przedsiębiorstw państwowych oraz miliony nieruchomości znalazło się pod zarządem gmin. Z drugiej strony był to moment, gdy do lokalnej polityki weszło wielu dawnych działaczy opozycji demokratycznej, którzy nawet do dziś działają na rzecz swoich społeczności. Niestety, cieniem na reformie położyły się późniejsze konflikty w łonie „Solidarności”. Gdy w końcu 1990 r. Tadeusz Mazowiecki ustąpił ze stanowiska premiera, jego ekipa do spraw reformy samorządowej została zwolniona, choć planowała korekty i dalszy rozwój swojego projektu. Jerzy Regulski, główny twórca sukcesu reformy, zwykł po latach przypominać: „mam poczucie niedokończenia”.
Idea samorządności powróciła do debaty publicznej na początku lat osiemdziesiątych, dzięki rewolucji „Solidarności”. W 1980 r., po gigantycznych strajkach które ogarnęły cały kraj, komunistyczne władze zawarły z protestującymi porozumienia. Na ich mocy robotnicy stworzyli „Solidarność”. Był to nie tylko związek zawodowy zajmujący się sprawami pracowniczymi i socjalnymi. Związkowi eksperci, często zaangażowani wcześniej w działalność opozycji demokratycznej, przygotowywali program kompleksowej przebudowy socjalistycznego państwa. Jednym z elementów tych reform miało być stopniowe odtwarzanie samorządu. Postulat ten był realizacją idei praw człowieka, ale także pierwszym krokiem na drodze zmiany systemu komunistycznego. Żaden z liderów „Solidarności” nie liczył na to, że można pozbawić władzy komunistów, którzy mieli do swojej dyspozycji milicję oraz wojsko. A nawet gdyby i one stanęły by po stronie opozycji, to i tak armie innych państw komunistycznych – z sowiecką na czele – były gotowe interweniować zbrojnie w obronie ustroju, podobnie jak to było na Węgrzech w 1956 r. czy w Czechosłowacji w 1968. „Solidarność” miała jednak nadzieję, że budowa demokracji oddolnej powoli reformować państwo bez obawy przed militarną interwencją.
Podczas swojego pierwszego ogólnopolskiego zjazdu, jesienią 1981 r. „Solidarność” uchwaliła swój wielki program: Samorządna Rzeczpospolita. Szczególny nacisk położono w nim na odtwarzanie mechanizmów demokracji przy jednoczesnym ograniczaniu władzy partii komunistycznej:
„Związek spodziewa się, że w przyszłości kontrolę tę będzie sprawował odrodzony Sejm i rady narodowe, a także samorządy pracownicze”.
Kilka tygodni później władze związku przedstawiły pomysły na zmiany ordynacji wyborczej do rad narodowych, po czym wezwały swoich członków do organizowania lokalnych grup, wyłaniania swoich kandydatów oraz tworzenia programów wyborczych. Decyzje te przyjęto jednak niedługo przed wprowadzeniem stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. W obawie przed postępującą rewolucją, władze zdecydowały się uwięzić czołowych działaczy związków zawodowych, wyprowadzić na ulicę wojsko i zaprowadzić wojskową dyktaturę. Na jej czele stanął generał Wojciech Jaruzelski, pełniący jednocześnie funkcje szefa partii komunistycznej, premiera oraz ministra obrony narodowej. Stan wojenny był antytezą demokracji i samorządności. Dopiero w 1989 r. idea samorządu ponownie stała się przedmiotem politycznych debat.
W konsekwencji kompromisu Okrągłego Stołu, w czerwcu 1989 r. „Solidarność”, dzięki częściowo wolnym wyborom, wprowadziła swoich reprezentantów do parlamentu. W izbie niższej (Sejmie) zajęli 35 proc. miejsc. W izbie wyższej (Senacie) dokładnie 99 proc. Generał Jaruzelski był zaskoczony skalą sukcesu „Solidarności”. Tymczasem Obywatelski Klub Parlamentarny, zrzeszający parlamentarzystów wywodzących się z list „Solidarności”, starał się podążać za ciosem. Bronisław Geremek, przewodniczący Klubu, największy nacisk położył na trzy postulaty: udzielenie „Solidarności” dostępu do środków masowego przekazu, odtworzenie niezależnego sądownictwa oraz zmianę prawa o samorządzie lokalnym i rozpisanie wyborów. „Proces demokratyzacji ma być prowadzony od dołu” – tłumaczył. Był to powrót do idei z sprzed stanu wojennego: granice wolności i demokracji trzeba poszerzać od podstaw, bazując na społecznościach lokalnych. Realizacja tych żądań stała się bardziej realna po tym, kiedy w obliczu słabnącej pozycji partii komunistycznej „Solidarność” przeforsowała swojego kandydata na premiera. Został nim Tadeusz Mazowiecki, długoletni doradca przewodniczącego związku – Lecha Wałęsy. Nowy premier w swoim expose wygłoszonym 24 sierpnia 1989 r. jasno opowiedział się za projektem odbudowy samorządu terytorialnego i zapowiedział, że powoła do tego zadania ministra bez teki.
Cała jesień 1989 r. upłynęła pod znakiem zmian na szczytach władzy. Nowy premier sformował gabinet i stopniowo poszerzał zakres swojej władzy. Komuniści znaleźli się w defensywie, której kulminacyjnym momentem było rozwiązanie PZPR. Jednak rewolucja w „wielkiej polityce” nie miała swojego odzwierciedlenia na poziomie lokalnym – tam przy władzy pozostawały kliki, które rządziły od lat. Jeden z czołowych polityków obozu solidarnościowego nawoływał swoich kolegów: „to co się dzieje tutaj na szczeblu centralnym, te wszystkie zmiany demokratyzacyjne nie są uwzględniane tam na dole. I w moim przekonaniu ta nomenklatura, ta [komunistyczna] mafia, te różnego rodzaju układy muszą być rozbite przez wybory samorządowe”.
Siłą, która starała się dokonywać zmian na poziome lokalnym były Komitety Obywatelskie. Były to terenowe struktury „Solidarności”, które powoływano w celu przygotowania kampanii przed wyborami parlamentarnymi w czerwcu 1989 r. Po ich przeprowadzeniu wiele Komitetów się nie rozwiązało, dając zaczątek ruchowi społecznemu. Co ciekawe, ich powyborcza mobilizacja nie spotkała się wcale z ciepłym przyjęciem ze strony kierownictwa „Solidarności”. Władze związkowe były bardziej zainteresowane tworzeniem scentralizowanej struktury niż współpracą z niezależnym i rozdrobnionym ruchem społecznym. Społecznej mobilizacji nie można już jednak było zatrzymać.
W październiku 1989 r. działało około 500 Komitetów, w grudniu 1989 r. – już ponad tysiąc. Socjolog społeczności lokalnych Bohdan Jałowiecki oceniał wówczas, że
„Komitety Obywatelskie są słabo ustrukturalizowane wewnętrznie i nie mają zdecydowanego oblicza politycznego. Czynnikiem spajającym jest przede wszystkim, przynajmniej werbalnie, etos Solidarności, pragnienie głębokich zmian w życiu społecznym i walka ze starym porządkiem personifikowanym poprzednio przez partię komunistyczną, a obecnie przez nomenklaturę”.
Komitety starały się wymuszać na władzach lokalnych przyśpieszenie zmian, także personalnych, jednak bez przeprowadzenia nowych wyborów ich ręce były związane. Dlatego Komitety zaczęły mocniej naciskać na premiera i kierownictwo „Solidarności” w tej sprawie.
Premier Mazowiecki nie tylko nie pozostał głuchy na te wezwanie ale uznawał je za w pełni uzasadnione. Był przekonany, że budowa lokalnego samorządu jest jednym z najważniejszych wyzwań politycznych stojących przed jego gabinetem. Musiał znaleźć odpowiedniego człowieka do przeprowadzenia tej trudnej reformy. Wybór padł na profesora Jerzego Regulskiego, przez całe lata osiemdziesiąte prowadzącego niezależne badania nad systemem samorządowym. Jego zdaniem opozycja przesadnie koncentrowała się na budowie społeczeństwa obywatelskiego:
„Ten sposób myślenia w długiej perspektywie miał poważny mankament: całkowity brak refleksji nad reformą państwa. Nie jest przypadkiem, że i reforma Balcerowicza, i nasza samorządowa wyszły spoza środowisk opozycyjnych. Mainstream szedł w innym kierunku. I gdy w 1989 r. nagle się okazało, że opozycja demokratyczna ma brać udział w rządzeniu, sytuacja była dramatyczna. Szuflady były puste”.
Okazało się jednak, że szuflada Regulskiego nie była całkowicie pusta. Co więcej, w 1989 r. zasiadł w Senacie, gdzie pełnił funkcję przewodniczącego komisji samorządowej przygotowującej założenia przyszłej reformy. Co więcej, był tez założycielem Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, stawiającej sobie za cel opracowanie kompleksowego programu reformy. Inicjatywą tę wspierał politycznie ambasador USA w Warszawie John Davies, a dofinansowały ją w m.in. British Batory Fund (5 tys. funtów) oraz National Endowment for Democracy (42 tys. dolarów). Mazowiecki powierzył Regulskiemu funkcję pełnomocnika rządu ds. reformy samorządu terytorialnego. Sam nominowany wspomniał początki:
„Miałem więc startować z siekierą na Księżyc. Ale wiedziałem, że najważniejsze jest zacząć”.
Regulski skompletował zespół i rozpoczął prace nad koncepcją reformy. Jako osoba mająca wiele kontaktów wśród lokalnych działaczy „Solidarności”, potwierdzał intuicje premiera. Wskazywał na to, że za szybkim przeprowadzeniem wyborów przemawiają takie argumenty jak: rosnąca presja społeczna, powszechne sygnalizowanie nadużywania władzy przez lokalne układy dążące do uzyskania korzyści materialnych oraz brak legitymacji aktualnych władz do sprawowania władzy. Wskazywał, że optymalnym terminem na przeprowadzenie wyborów jest czerwiec 1990 r. Między innymi te analizy pchnęły premiera do szybszego działania. Było to niemałe zaskoczenie, chyba nawet dla Regulskiego, który wspomniał po latach:
„Podstawową zasadą działania rządu Mazowieckiego – we wszystkich sferach poza gospodarką – była ostrożność […] Jedyny wyjątek stanowiła reforma samorządowa”.
Na początku stycznia 1990 r. Mazowiecki zebrał grono swoich najbliższych doradców – wspólnie uznali, że trzeba przyśpieszyć reformy polityczne. Premier tłumaczył:
„Wchodzimy w wielki okres reformy państwa […]. To państwo zarówno poprzez powstanie samorządu, jak i przez reformę administracji państwowej zostanie zmienione. Zostanie zmienione na szczeblach podstawowych […] zostaną zbudowane jej najistotniejsze i najmocniejsze fundamenty”.
Klarował, że te reforma samorządu jest szansą na aktywizację społeczeństwa i włączenie go w proces budowy demokracji. Zdecydowana postawa Mazowieckiego w tej sprawie była wręcz zadziwiająca.
Kiedy premier przedstawił swoją decyzję na posiedzeniu Rady Ministrów 15 stycznia 1990 r., zaskoczeni byli nawet członkowie jego gabinetu. Jacek Kuroń, minister pracy i polityki socjalnej oraz wieloletni opozycjonista ostrzegał:
„nie można jednocześnie zrobić chaosu gospodarczego, administracyjnego i każdego innego. żadnej sprawy nikt nigdzie nie będzie mógł załatwić […] decyzja o tym, żeby na jedną rewolucję nałożyć drugą rewolucję jednocześnie bez przygotowania to to jest dla mnie szaleńcza decyzja”.
Na pewno było to duże wyzwanie. Jerzy Regulski wspominał po latach: „Cała administracja rządowa […] była przeciwna. Oni blokowali wszystko”. Premier pozostał jednak przy swoim zdaniu. Klamka z resztą zapadła – o pomyśle został uprzedzony także prezydent Jaruzelski i przewodniczący „Solidarności” Lech Wałęsa. Ten drugi ogłosił to nawet publicznie jako swoją inicjatywę. Nie można już było się wycofać.
W kolejnych tygodniach dzięki współpracy rządu oraz Senatu, udało się stworzyć prawne ramy reformy. Na początku marca 1990 r. parlament uchwalił nowelizację konstytucji, wprowadzającą rozdział o samorządzie terytorialnym. W kolejnych tygodniach wypracowano nowe rozwiązania prawne regulujące ustrój oraz podział zadań i kompetencji miedzy administrację rządową i samorząd. Jak wspominał Regulski:
„wtedy powstał niejako triumwirat, właściwie cztery osoby były. Ja jako pełnomocnik rządu, Jerzy Stępień jako pełnomocnik komisji wsparty przez Mirosława Kuleszę i Walerian Pańko z komisji nadzwyczajnej sejmowej”.
Dzięki temu uzyskano efekt synergii, a dzięki patronatowi premiera Mazowieckiego i marszałka senatu Andrzej Stelmachowskiego, pakiet zmian udało się uchwalić wręcz błyskawicznie.
Podstawową jednostką samorządu była gmina – jej mieszańcy mieli prawo wybierania rad, które następnie wyłaniały władze wykonawcze. Wybory lokalne zaplanowano na 27 maja 1990 r. Faworytem były Komitety Obywatelskie. Wystawiły one prawie 42 tysiące kandydatów na radnych (30 procent wszystkich ubiegających się o mandat). Powszechna potrzeba zmian i społeczne zaufanie przełożyło się na wyniki – co drugi wybrany radny był związany z „Solidarnością”, natomiast jedną czwartą stanowili kandydaci niezależni. Jedyne co mogło rozczarowywać to frekwencja – niewiele ponad 40 procent.
Wybory z 1990 r. położyły fundamenty pod odrodzenie się lokalnej demokracji. Z jednej strony były gigantyczną zmianą w funkcjonowaniu państwa. Sto tysięcy osób zostało przesuniętych z administracji rządowej do samorządowej, a setki przedsiębiorstw państwowych oraz miliony nieruchomości znalazło się pod zarządem gmin. Z drugiej strony był to moment, gdy do lokalnej polityki weszło wielu dawnych działaczy opozycji demokratycznej, którzy nawet do dziś działają na rzecz swoich społeczności. Niestety, cieniem na reformie położyły się późniejsze konflikty w łonie „Solidarności”. Gdy w końcu 1990 r. Tadeusz Mazowiecki ustąpił ze stanowiska premiera, jego ekipa do spraw reformy samorządowej została zwolniona, choć planowała korekty i dalszy rozwój swojego projektu. Jerzy Regulski, główny twórca sukcesu reformy, zwykł po latach przypominać: „mam poczucie niedokończenia”.
dr Tomasz Kozłowski