Chociaż po oświadczeniu Biura Politycznego sytuacja zaczęła się uspokajać, do stabilizacji było jeszcze daleko. Pojawiły się swego rodzaju wstrząsy wtórne, będące między innymi pokłosiem ustępstw wobec włókniarek.
Pracownicy łódzkiego Zakładu Sprzętu Motoryzacyjnego zagrozili podjęciem akcji protestacyjnej, domagając się „wypłacenia 150 złotych, tak jak włókniarzom” – odnotowała Służba Bezpieczeństwa. W Zakładzie Przemysłu Terenowego w Brzezinach robotnicy rzeczywiście przerwali pracę, pytając, dlaczego nie otrzymali dodatków „jak w przemyśle lekkim”. Podobne napięcia pojawiły się także w Zakładach Maszyn Drogowych w Pabianicach, Pabianickiej Fabryce Papieru oraz w innych przedsiębiorstwach regionu.
Wstrząsy wtórne mają jednak to do siebie, że są jedynie cieniem pierwotnego kataklizmu. Tak było i tym razem. Dane zbiorcze Ministerstwa Spraw Wewnętrznych pokazują wyraźnie, że luty był momentem przesilenia. Szacunki różnią się, ale wedle raportu partyjnego: „przerwało pracę około 54–55 tys. robotników na ogólną ilość 92,5 tys. zatrudnionych, co stanowi ponad 60 procent. W 12 zakładach, głównie bawełnianych, objętych prawie w całości strajkiem, przerwało pracę blisko 45 tys., tj. około 88 procent zatrudnionych”. Na tle kraju skala ta była uderzająca. Wedle raportu MSW w całej Polsce odnotowano w tym gorącym okresie 231 wystąpień zbiorowych z udziałem około 127 tysięcy osób. Żaden inny ośrodek nie zbliżył się do Łodzi pod względem koncentracji i natężenia strajków.
Nie było tu dramatycznych starć ani ofiar śmiertelnych. Była za to determinacja tysięcy kobiet, które odmówiły pracy w najgorzej opłacanym sektorze gospodarki. To ona przesądziła o decyzji cofnięcia podwyżek cen. W ten sposób łódzkie włókniarki zapisały się w historii PRL nie jako tło wielkich wydarzeń, lecz jako ich główne bohaterki.
Tomasz Kozłowski