Wolność
na barykadach
czas czytania:
Wydarzenia, które miały miejsce na ulicach Łodzi pod koniec czerwca 1905 roku, rozeszły się echem nie tylko w Europie, ale i na świecie. Korespondent „New York Timesa” pisał, że „naród polski nigdy nie zapomni” o ludziach, którzy zginęli w trakcie walk barykadowych trwających na ulicach Łodzi. Okazuje się, że jednak zapomniał. Powstanie łódzkie, nazywane niekiedy także czerwcowym albo po prostu walkami barykadowymi na ulicach Łodzi, poza „polskim Manchesterem” w zasadzie nie funkcjonuje w pamięci zbiorowej. A był to pierwszy na taką skalę i drugi, po masakrze na placu Grzybowskim w Warszawie w 1904 roku, zryw zbrojny polskiego społeczeństwa przeciw zaborcy od czasów powstania styczniowego. Choćby z tego powodu warto przypomnieć, co stało się w czerwcu 1905 roku.
Pierwsze miesiące rewolucji
Rewolucja, która od stycznia 1905 roku rozlała się po Cesarstwie Rosyjskim i Królestwie Polskim, zataczała coraz szersze kręgi. Nie był to już tylko zryw robotniczy, ale ruch, który objął także inne warstwy społeczeństwa. Najpoważniejsza sytuacja panowała, rzecz jasna, w ośrodkach przemysłowych, gdzie kolejne fale strajków i manifestacji wyznaczały bieg dziejów. Robotnicy, którzy domagali się spraw z naszego punktu widzenia elementarnych, jak ośmiogodzinny dzień pracy, płatne urlopy czy opieka medyczna, początkowo wygrywali negocjacje z pracodawcami. Solidarność pomiędzy różnymi grupami zawodowymi sprawiała, że protesty te odnosiły spore sukcesy, a struktury partyjne PPS, SDKPiL i Bundu rosły w siłę, przeradzając się w organizacje masowe. Dochodziło jednak również do aktów przemocy. Demonstracje w święto 1 Maja, rozpędzone siłą, przyniosły ofiary i pokazały, że carat nie zamierza się zmienić. Nawet niewielka iskra mogła doprowadzić do dramatu. W Łodzi, mieście będącym tak naprawdę gigantyczną bombą zegarową, iskier takich było aż nadto. Gdy po kumulacji protestów na początku maja wydawało się, że lato upłynie w spokojniejszej atmosferze, nieoczekiwanie doszło do najbardziej krwawego epizodu rewolucji 1905-1907 na ziemiach polskich.
Wydarzenia czerwcowe
Łódź nawet na tle wielkich ośrodków przemysłowych była miastem dość nietypowym. Nie posiadała rozwiniętych przestrzeni publicznych, a nieliczne parki nie wystarczały, żeby zaspokoić potrzeby rozrywkowe i wypoczynkowe mieszkańców miasta. Dlatego udawali się oni w dni wolne poza miasto, gdzie organizowano także majówki. Stałym miejscem takich eskapad był Las Łagiewnicki, który do dziś stanowi zielone płuca Łodzi. 18 czerwca robotnicy wracający do miasta napotkali na swej drodze niewielki oddział złożony z kozaków. Doszło do ostrzelania i rozpędzenia pochodu. Pięć osób straciło życie. Pogrzeby zabitych w dniu 20 czerwca przerodziły się w wielką uroczystość, w której wzięło udział nawet 50 tysięcy osób. Miały one jednoznacznie wydźwięk polityczny, a w tłumie bez trudu można było wypatrzyć czerwone sztandary oraz usłyszeć przemowy agitatorów i rewolucyjne pieśni.
Podobne polityczne akordy zdarzały się już od dawna, tym razem jednak skala zaskoczyła carskich dostojników odpowiadających za bezpieczeństwo w mieście. Jednym z nich był policmajster Hilary (Hilarion) Chrzanowski, postać wyjątkowo odrażająca, charakteryzująca się – jak to zwykle bywa w przypadku renegatów – olbrzymią służalczością wobec władzy. Jak pisze Tadeusz Bogalecki, Chrzanowski wpadł w panikę, a w raporcie do gubernatora przedstawił swoją sytuację jako rozpaczliwą. Podobnie myśleli niektórzy z wielkich przemysłowców. Dwaj z nich, Alfred Biedermann i Juliusz Kunitzer, błagali wręcz w Piotrkowie o interwencję w mieście. Carat, który upatrywał w każdym proteście ośmieszenia swojego majestatu, nie mógł dopuścić do dalszego narastania buntu. Było jasne, że kolejne manifestacje spotkają się ze zdecydowaną reakcją.
Podobne polityczne akordy zdarzały się już od dawna, tym razem jednak skala zaskoczyła carskich dostojników odpowiadających za bezpieczeństwo w mieście. Jednym z nich był policmajster Hilary (Hilarion) Chrzanowski, postać wyjątkowo odrażająca, charakteryzująca się – jak to zwykle bywa w przypadku renegatów – olbrzymią służalczością wobec władzy. Jak pisze Tadeusz Bogalecki, Chrzanowski wpadł w panikę, a w raporcie do gubernatora przedstawił swoją sytuację jako rozpaczliwą. Podobnie myśleli niektórzy z wielkich przemysłowców. Dwaj z nich, Alfred Biedermann i Juliusz Kunitzer, błagali wręcz w Piotrkowie o interwencję w mieście. Carat, który upatrywał w każdym proteście ośmieszenia swojego majestatu, nie mógł dopuścić do dalszego narastania buntu. Było jasne, że kolejne manifestacje spotkają się ze zdecydowaną reakcją.
Tymczasem pojawiła się wieść, że oprócz pięciu chrześcijańskich ofiar starcia z 18 czerwca potajemnie pochowano jeszcze dwóch żydowskich robotników. Wieczorem 21 czerwca mieszkańcy miasta tłumnie wyszli na ulicę. Zdaniem niektórych protestowało nawet 70 tysięcy osób, co by znaczyło, że co piąty mieszkaniec Łodzi pojawił się na Piotrkowskiej. Inni wskazują, że uczestników spontanicznego protestu było znacznie mniej. Na pewno ich liczba robiła ogromne wrażenie. Ta wielotysięczna manifestacja, której jedynym celem było spontaniczne wyrażenie sprzeciwu wobec tuszowania liczby ofiar, została zaatakowana około godziny 21.00 w rejonie skrzyżowania Piotrkowskiej z ulicami Pustą i Karola (dziś Żwirki i Wigury). Doszło do masakry, w której według oficjalnych raportów zginąć miało 21 osób, 8 zostało rannych, a 10 stratowanych. Wiadomo jednak, że liczby te były wielokrotnie wyższe, zwłaszcza że znaczna część rannych nie zgłosiła się do szpitali po pomoc. Robotnicze miasto zawrzało gniewem.
W partiach zapanowała konsternacja. Etatowi działacze stronnictw socjalistycznych, dotąd głównie teoretyzujący o rewolucji, teraz musieli zmierzyć się z żywiołem w postaci rebelii na ulicach wielkiego miasta. Wielu z nich nie zdało tego testu. Inni, jak obecny wówczas w Łodzi Walery Sławek, pesymistycznie zapatrywali się na rozwój wypadków. Polska Partia Socjalistyczna, posiadająca w swych szeregach osoby najbardziej kompetentne do kierowania akcją oraz trochę broni, postanowiła zachować się ostrożnie i nie eskalować konfliktu. Na próżno. SDKPiL ogłosiła strajk generalny na 23 czerwca. Tymczasem wieczorem 22 czerwca na ulicach miasta zaczęły samorzutnie powstawać pierwsze barykady, które z czasem miały się stać symbolem czerwcowych wydarzeń. Jak podkreślał historyk Władysław Lech Karwacki, „żadna z partii nie wezwała mas do walk typu barykadowego ani do powstania”.
W partiach zapanowała konsternacja. Etatowi działacze stronnictw socjalistycznych, dotąd głównie teoretyzujący o rewolucji, teraz musieli zmierzyć się z żywiołem w postaci rebelii na ulicach wielkiego miasta. Wielu z nich nie zdało tego testu. Inni, jak obecny wówczas w Łodzi Walery Sławek, pesymistycznie zapatrywali się na rozwój wypadków. Polska Partia Socjalistyczna, posiadająca w swych szeregach osoby najbardziej kompetentne do kierowania akcją oraz trochę broni, postanowiła zachować się ostrożnie i nie eskalować konfliktu. Na próżno. SDKPiL ogłosiła strajk generalny na 23 czerwca. Tymczasem wieczorem 22 czerwca na ulicach miasta zaczęły samorzutnie powstawać pierwsze barykady, które z czasem miały się stać symbolem czerwcowych wydarzeń. Jak podkreślał historyk Władysław Lech Karwacki, „żadna z partii nie wezwała mas do walk typu barykadowego ani do powstania”.
A jednak do niego doszło. Pozrywano chodniki, bruki posłużyły jako budulec barykad, podobnie jak wozy ze śmieciami, słupy czy latarnie. Takich barykad wzniesiono w całej Łodzi około stu, z czego najwięcej w ścisłym centrum miasta, przy obecnych ulicach: Pomorskiej, Rewolucji 1905 roku, Wschodniej, Narutowicza, Jaracza. Pojawiły się także i na samej Piotrkowskiej. Sporo zbudowano ich też na Starym Mieście oraz Bałutach. Zdecydowanie mniej w nieco zamożniejszej południowej części miasta. Choć wojsko i Kozacy zdobywali je z łatwością, pozwalały one jednak bardzo słabo uzbrojonym bojowcom, dysponującym na ogół tylko browningami i butelkami zapalającymi, na podejmowanie walk z posiadającymi ogromną przewagę Rosjanami. Barykady eliminowały także kawalerię, co nieco odsuwało w czasie nieuchronną klęskę. Mieszkańcom zaś dawały poczucie dumy z powodu samego faktu ich wznoszenia, a jednocześnie minimalny choćby wzrost bezpieczeństwa. Na barykadach zginęło mniej osób niż na ulicach miasta, gdzie też dochodziło do walk. Nie brakowało także przypadkowych ofiar, poległych w następstwie rykoszetów czy bestialstwa carskich siepaczy. Z pełną premedytacją strzelali oni do każdego, kto wiedziony ciekawością chciał przyglądać się wydarzeniom w mieście z własnego okna. Niesienie pomocy rannym oznaczało ryzykowanie życia.
Pacyfikacja przebiegała bardzo sprawnie. Tadeusz Bogalecki trafnie zwraca uwagę, że nawet najlepiej zbudowana barykada była bezskuteczna, gdy ludzie uzbrojeni w najlepszym razie w pistolety i rewolwery stawali naprzeciw najeżonego karabinami wojska. Do 26 czerwca sytuacja w mieście została całkowicie opanowana. Ze źródeł oficjalnych wiemy, że tylko 23 czerwca zabito 164 powstańców, a raniono 150. Jednak urzędowy komunikat, który po tych wydarzeniach opublikowała polska prasa, podawał i tak szokującą dla ówczesnej opinii publicznej liczbę 151 zabitych i 234 rannych. Łącznie w trakcie walk barykadowych mogło zginąć około 250-500 osób. Była to, trzeba przyznać, bardzo demokratyczna danina krwi. Wśród zabitych dominowali ludzie młodzi, a zdarzały się nawet dzieci, głównie robotnicy, ale także pracownicy rzemiosła czy handlu. Jeden z dziennikarzy podawał, że zabito 343 Żydów i 218 chrześcijan. Cześć ich pamięci!
Znaczenie łódzkiej rebelii
Szok wywołany wydarzeniami w Łodzi był na tyle duży, że dyskutowano o nich nawet na posiedzeniu niemieckiego rządu. Może daleko było do złowrogiego pytania „wejść czy nie wejść”, zadawanego w Berlinie w trakcie powstania styczniowego, ale widmo nie tyle rewolucji socjalistycznej, ile kolejnego polskiego buntu znów krążyło nad monarchicznymi dworami zaborców. Gdy jednak porzucimy na chwilę podniosły ton, przynależny bohaterom poległym w walce z caratem, warto podkreślić, że wydarzenia z czerwca 1905 roku pokazały, iż walka zbrojna winna być ostatecznością, poprzedzoną odpowiednim przygotowaniem. To dzięki wydarzeniom w Łodzi powstał Wydział Spiskowo-Bojowy PPS, zdominowany przez dążących do powstania narodowego stronników Józefa Piłsudskiego. Ale rozłam wewnątrz polskiego socjalizmu, skoncentrowany przecież od początku wokół kwestii zasadności i sposobu walki o niepodległość, powoli stawał się nieuchronny.
Dla zorientowanej na reformy polityczne inteligencji Królestwa, która pomimo cenzury żywo dyskutowała o wydarzeniach w Łodzi, winny one stanowić dowód, że na realne zmiany w Rosji carów nie ma co liczyć. A jednak walka o podstawowe hasła tamtego okresu – takie jak autonomia i samorząd dla Królestwa, polonizacja szkół czy wolność słowa i stowarzyszeń – toczyła się nadal. Do upadku rewolucji było wciąż jeszcze bardzo daleko.
Dla zorientowanej na reformy polityczne inteligencji Królestwa, która pomimo cenzury żywo dyskutowała o wydarzeniach w Łodzi, winny one stanowić dowód, że na realne zmiany w Rosji carów nie ma co liczyć. A jednak walka o podstawowe hasła tamtego okresu – takie jak autonomia i samorząd dla Królestwa, polonizacja szkół czy wolność słowa i stowarzyszeń – toczyła się nadal. Do upadku rewolucji było wciąż jeszcze bardzo daleko.
Dla Łodzi wydarzenia z czerwca 1905 roku były przez lata tym, czym są wydarzenia z 1956 roku dla Poznania czy z 1970 dla Wybrzeża. W międzywojniu pielęgnowano mit rewolucji 1905 roku jako jednej z odsłon ukończonej sukcesem walki przeciw zaborcom. Wielu uczestników tych wydarzeń, czy to biernych jak Aleksander Mogilnicki, czy to czynnych jak Aleksy Rżewski, rozpoczęło wówczas swoje kariery polityczne, które uformowały ich jako ludzi i jako polityków. Od nieco ponad dekady pamięć o powstaniu łódzkim wzrasta i jest pielęgnowana w Łodzi. Nigdy zresztą nie została całkowicie wyrugowana z lokalnej pamięci historycznej. Warto, by o wydarzeniach tych dowiedziała się szerzej także polska publiczność.
Kamil Śmiechowski