„Wesele” Stanisława Wyspiańskiego
czas czytania:
16 marca 1901 roku krakowski Teatr Miejski stał się miejscem narodowego wstrząsu. „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego, inspirowane autentycznym ślubem poety Lucjana Rydla z chłopką Jadwigą Mikołajczykówną, okazało się czymś znacznie więcej niż teatralną sensacją. Było bezlitosnym, a zarazem hipnotyzującym portretem Polaków: ich marzeń, lęków, mitów i niemocy. Dramat, który narodził się z konkretu, przemówił językiem symbolu i na 125 lat zdefiniował polską wyobraźnię historyczną i kulturową.
Inspiracja
„Wesele” Wyspiańskiego nie jest bynajmniej fantazją bez pokrycia w rzeczywistości – punkt wyjścia stanowiło autentyczne wydarzenie. W listopadzie 1900 roku krakowską śmietankę towarzyską zelektryzowała wieść o nietypowym małżeństwie: poeta Lucjan Rydel ożenił się z chłopką Jadwigą Mikołajczykówną. Ślub odbył się 20 listopada 1900 w kościele Mariackim w Krakowie, a wesele – w bronowickiej chacie należącej do Włodzimierza Tetmajera, malarza i zarazem szwagra pana młodego. Tetmajer sam 10 lat wcześniej poślubił chłopkę (siostrę panny młodej) i osiadł na wsi, toteż jego dworek stał się miejscem spotkań krakowskiej inteligencji z lokalnym chłopstwem. Wesele Rydla trwało cztery dni i stało się towarzyskim ewenementem. Przy stołach zasiedli obok siebie państwo z miasta (literaci, artyści, profesorowie we frakach i gorsetach) oraz gospodarze z Bronowic w ludowych sukmanach.
Na weselu tym obecny był Stanisław Wyspiański – sam również w pewnym sensie „chłopoman”, bo zafascynowany kulturą wsi. Świadkowie wspominają, że podczas zabawy Wyspiański zachowywał się nietypowo jak na gościa weselnego: nie tańczył ani nie ucztował, lecz stał z boku i uważnie obserwował. Pisarz Tadeusz Boy-Żeleński, również uczestnik wesela, relacjonował: „Pamiętam go jak dziś, jak szczelnie zapięty w swój czarny tużurek, stał całą noc oparty o futrynę drzwi, patrząc swoimi stalowymi, niesamowitymi oczyma. Obok wrzało weselisko (...), a tu (...) raz po raz dolatywał jego uszu strzęp rozmowy. I tam ujrzał i usłyszał swoją sztukę”. Rzeczywiście, Wyspiański chłonął autentyczne dialogi, zachowania i napięcia między gośćmi – to wszystko w ciągu następnych miesięcy przetworzył na materiał literacki.
Ślub poety z chłopką sam w sobie stanowił sensację. Ówcześnie takie mezalianse bywały krytykowane przez mieszczan jako przejaw „chłopomanii”, czyli mody inteligencji na idealizowanie ludu. Matka Lucjana Rydla początkowo nie była zachwycona wyborem synowej z nizin społecznych. Jednak w kręgach artystycznych młodopolskich fascynacja wsią była na porządku dziennym – uważano, że w ludzie tkwią pierwotne siły narodu, autentyczna kultura i moralna odnowa. Wesele w Bronowicach stało się więc symbolem zbratania dwóch klas: inteligencji i chłopstwa. Jednocześnie samo przyjęcie obnażyło bariery mentalne między tymi grupami – drobne zgrzyty, nieporozumienia, wzajemne stereotypy. To właśnie ten kulturowy kontrast zaintrygował Wyspiańskiego.
Na weselu tym obecny był Stanisław Wyspiański – sam również w pewnym sensie „chłopoman”, bo zafascynowany kulturą wsi. Świadkowie wspominają, że podczas zabawy Wyspiański zachowywał się nietypowo jak na gościa weselnego: nie tańczył ani nie ucztował, lecz stał z boku i uważnie obserwował. Pisarz Tadeusz Boy-Żeleński, również uczestnik wesela, relacjonował: „Pamiętam go jak dziś, jak szczelnie zapięty w swój czarny tużurek, stał całą noc oparty o futrynę drzwi, patrząc swoimi stalowymi, niesamowitymi oczyma. Obok wrzało weselisko (...), a tu (...) raz po raz dolatywał jego uszu strzęp rozmowy. I tam ujrzał i usłyszał swoją sztukę”. Rzeczywiście, Wyspiański chłonął autentyczne dialogi, zachowania i napięcia między gośćmi – to wszystko w ciągu następnych miesięcy przetworzył na materiał literacki.
Ślub poety z chłopką sam w sobie stanowił sensację. Ówcześnie takie mezalianse bywały krytykowane przez mieszczan jako przejaw „chłopomanii”, czyli mody inteligencji na idealizowanie ludu. Matka Lucjana Rydla początkowo nie była zachwycona wyborem synowej z nizin społecznych. Jednak w kręgach artystycznych młodopolskich fascynacja wsią była na porządku dziennym – uważano, że w ludzie tkwią pierwotne siły narodu, autentyczna kultura i moralna odnowa. Wesele w Bronowicach stało się więc symbolem zbratania dwóch klas: inteligencji i chłopstwa. Jednocześnie samo przyjęcie obnażyło bariery mentalne między tymi grupami – drobne zgrzyty, nieporozumienia, wzajemne stereotypy. To właśnie ten kulturowy kontrast zaintrygował Wyspiańskiego.
Pocztówka ze spektaklu „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego, wyd. Stefan Wierusz Niemojowski, Lwów 1901 (Polona)
Od autentyku do dramatu
Po hucznym weselisku w Bronowicach Wyspiański przystąpił do pracy literackiej z niezwykłą energią. Zaledwie w ciągu trzech miesięcy powstał pełny tekst dramatu inspirowanego tym wydarzeniem. Pod koniec lutego 1901 roku autor zaprezentował swój utwór po raz pierwszy – na prywatnym odczycie w salonie państwa Kotarbińskich. Józef Kotarbiński, dyrektor Teatru Miejskiego w Krakowie, był gospodarzem tego spotkania. Wyspiański własnoręcznie odczytał zebranym swoją nową sztukę zatytułowaną „Wesele”.
Początkowo nawet sam dyrektor Kotarbiński nie dowierzał, by z tego pomysłu wyszło coś scenicznie wartościowego. Tekst wydał mu się dziwny, pełen symboliki i chaotycznych dialogów. Aktorzy żartowali z niezrozumiałych fragmentów. Rozchodził się dowcip, że „Wesele” to dramat o zgubnych skutkach alkoholizmu. Rzeczywiście, utwór Wyspiańskiego wymykał się realizmowi – wprowadzał elementy fantastyczne, zjawy, symbole – co dla zespołu teatralnego przyzwyczajonego do realizmu było szokujące. Mimo tych początkowych drwin, próby do spektaklu rozpoczęto.
Wyspiański codziennie przychodził na próby, ale nie narzucał swojej interpretacji – stał z boku, pozwalając aktorom samodzielnie szukać sensów. Reżyserem przedstawienia został Adolf Walewski, choć mówiono później, że „sztuka reżyserowała się sama”, tak silny był ładunek inscenizacyjny zawarty w tekście.
Początkowo nawet sam dyrektor Kotarbiński nie dowierzał, by z tego pomysłu wyszło coś scenicznie wartościowego. Tekst wydał mu się dziwny, pełen symboliki i chaotycznych dialogów. Aktorzy żartowali z niezrozumiałych fragmentów. Rozchodził się dowcip, że „Wesele” to dramat o zgubnych skutkach alkoholizmu. Rzeczywiście, utwór Wyspiańskiego wymykał się realizmowi – wprowadzał elementy fantastyczne, zjawy, symbole – co dla zespołu teatralnego przyzwyczajonego do realizmu było szokujące. Mimo tych początkowych drwin, próby do spektaklu rozpoczęto.
Wyspiański codziennie przychodził na próby, ale nie narzucał swojej interpretacji – stał z boku, pozwalając aktorom samodzielnie szukać sensów. Reżyserem przedstawienia został Adolf Walewski, choć mówiono później, że „sztuka reżyserowała się sama”, tak silny był ładunek inscenizacyjny zawarty w tekście.
Wyspiański zaprojektował również scenografię: z pozoru realistyczną izbę chłopską, lecz z przemyślaną grą świateł, które wydobywały poszczególne plany akcji. W dekoracji izby weselnej znalazły się autentyczne rekwizyty z epoki: krzyżowane szable, obrazy przedstawiające Wernyhorę i Kościuszkę (takie, jakie rzeczywiście wisiały w bronowickiej chacie Tetmajera).
„Wesele” ma budowę trójaktową i oryginalną kompozycję. Akt I przedstawia gwar weselnej izby realistycznie – rozmowy gości, potańcówkę, flirty i sprzeczki. Akt II wprowadza elementy niezwykłe: tuż po północy na wesele przybywają zaproszone żartem przez poetę postacie fantastyczne – widma i upiory z polskiej historii i ze świata wewnętrznych strachów bohaterów. Akt III splata obie konwencje: goście weselni, już po zabawie, pod wpływem czarów Chochoła popadają w zbiorowy trans – zaczynają wykonywać mechaniczny, hipnotyczny taniec w milczeniu, ignorując wezwania do czynu. Chocholi taniec ma wymowę gorzko symboliczną: przedstawia zniewolenie ducha narodu, który nie potrafi się przebudzić do walki o wolność.
„Wesele” ma budowę trójaktową i oryginalną kompozycję. Akt I przedstawia gwar weselnej izby realistycznie – rozmowy gości, potańcówkę, flirty i sprzeczki. Akt II wprowadza elementy niezwykłe: tuż po północy na wesele przybywają zaproszone żartem przez poetę postacie fantastyczne – widma i upiory z polskiej historii i ze świata wewnętrznych strachów bohaterów. Akt III splata obie konwencje: goście weselni, już po zabawie, pod wpływem czarów Chochoła popadają w zbiorowy trans – zaczynają wykonywać mechaniczny, hipnotyczny taniec w milczeniu, ignorując wezwania do czynu. Chocholi taniec ma wymowę gorzko symboliczną: przedstawia zniewolenie ducha narodu, który nie potrafi się przebudzić do walki o wolność.
Premiera
Dzień 16 marca 1901 roku w Krakowie zapowiadał się wyjątkowo. Prapremiera „Wesela” stała się wydarzeniem sezonu. Już od tygodni w mieście wrzało – wszyscy chcieli zobaczyć ten tajemniczy spektakl, w którym podobno „scena miała pokazać narodowi głębię jego zbiorowej duszy”. Teatr Miejski (dzisiejszy Teatr im. Słowackiego) przyozdobiono i oświetlono jak na wielkie święto. Swoją drogą był to pierwszy budynek w Krakowie z oświetleniem elektrycznym, co dodawało blasku premierowej nocy.
Na widowni zasiadła cała elita Krakowa: artyści, literaci, profesorowie uniwersytetu, urzędnicy, a także zwykli ciekawscy mieszczanie. Przybyło wielu autentycznych uczestników pamiętnego wesela bronowickiego – m.in. sam Lucjan Rydel z żoną. Mieli oni zobaczyć siebie na scenie w krzywym zwierciadle dramatu.
Spektakl rozpoczął się punktualnie o 19:00 przy pełnej sali. Co więcej, dla dodania autentyzmu Wyspiański zaangażował do przedstawienia prawdziwą kapelę z Bronowic Małych – tę samą, która grała na weselu Rydla! Zespół ludowych muzykantów przygrywał na żywo do tańców i przyśpiewek na scenie. Spotęgowało to wrażenie, że publika przeniosła się do wiejskiej chaty.
Na widowni zasiadła cała elita Krakowa: artyści, literaci, profesorowie uniwersytetu, urzędnicy, a także zwykli ciekawscy mieszczanie. Przybyło wielu autentycznych uczestników pamiętnego wesela bronowickiego – m.in. sam Lucjan Rydel z żoną. Mieli oni zobaczyć siebie na scenie w krzywym zwierciadle dramatu.
Spektakl rozpoczął się punktualnie o 19:00 przy pełnej sali. Co więcej, dla dodania autentyzmu Wyspiański zaangażował do przedstawienia prawdziwą kapelę z Bronowic Małych – tę samą, która grała na weselu Rydla! Zespół ludowych muzykantów przygrywał na żywo do tańców i przyśpiewek na scenie. Spotęgowało to wrażenie, że publika przeniosła się do wiejskiej chaty.
Po I akcie reakcje widowni były bardzo zróżnicowane. Część publiczności siedziała oniemiała, próbując zrozumieć sens dziwnych dialogów. Inni byli podekscytowani i zachwyceni nową formą. Podobno w przerwie po pierwszym akcie na korytarzu teatralnym doszło do zabawnej sceny: pewna znana dama miała z rezygnacją westchnąć „Ach, jakież to nudne!”, na co młody krytyk Stanisław Nowaczyński wrzasnął jej prosto w twarz: „Małpa!” i popędził z powrotem na widownię. Opinie w przerwie były więc skrajne. Część widzów brała sztukę za komedię obyczajową i cieszyła się przede wszystkim skandalizującym „rozpoznawaniem” plotkarskich aluzji. Inni jednak przeczuwali arcydzieło.
W II akcie, gdy na scenie pojawiły się pierwsze zjawy, sala wstrzymała oddech. Stopniowo do wszystkich dotarło, że oglądają coś więcej niż tylko satyrę na znajomych z towarzystwa. Historyczne duchy wprowadziły podniosły, niesamowity klimat. Gdy ukazał się widmowy Hetman (widmo zdrajcy Branickiego) i padła aluzja, że to ów targowiczanin, część publiczności była w szoku. W tym momencie ostentacyjnie opuścił teatr hrabia Stanisław Tarnowski, konserwatywny profesor i wnuk przywołanego w dramacie Branickiego. Większość widowni chłonęła jednak przedstawienie z rosnącym przejęciem.
W II akcie, gdy na scenie pojawiły się pierwsze zjawy, sala wstrzymała oddech. Stopniowo do wszystkich dotarło, że oglądają coś więcej niż tylko satyrę na znajomych z towarzystwa. Historyczne duchy wprowadziły podniosły, niesamowity klimat. Gdy ukazał się widmowy Hetman (widmo zdrajcy Branickiego) i padła aluzja, że to ów targowiczanin, część publiczności była w szoku. W tym momencie ostentacyjnie opuścił teatr hrabia Stanisław Tarnowski, konserwatywny profesor i wnuk przywołanego w dramacie Branickiego. Większość widowni chłonęła jednak przedstawienie z rosnącym przejęciem.
Kulminacja nastąpiła w III akcie. Gdy wybrzmiały ostatnie takty muzyki, a na scenie ukazał się oniryczny Chochoł kołyszący się w tańcu, kurtyna opadła. Przez chwilę panowała zupełna cisza – publiczność była jak w transie. Po kilkunastu sekundach eksplodowały jednak oklaski – długie, frenetyczne brawa. Ludzie zerwali się z miejsc. Lucjan Rydel podobno stał blady, powtarzając tylko: „Wspaniałe, wspaniałe!”. Owacje zdawały się nie mieć końca. Wywoływano autora, lecz Wyspiański gdzieś przepadł – wymknął się z teatru tylnym wyjściem tuż po zakończeniu spektaklu. Reżyser Walewski i aktorzy kilkakrotnie kłaniali się publiczności.
Polaków portret własny
Następnego dnia w Krakowie wszyscy mówili o premierze „Wesela”. Salony huczały od dyskusji, prasa drukowała pierwsze recenzje. Jeden z krytyków pisał, że „myślą przewodnią tej sztuczki jest zachęcić inteligencję, aby się zbliżała do ludu” – dostrzegając społeczne przesłanie utworu. Jednak najbardziej entuzjastyczne recenzje wskazywały na głębię narodową dzieła. Feliks Koneczny na łamach „Przeglądu Polskiego” stwierdzał: „Na przedstawieniu byliśmy pod czarem poezji, mówiono nam o niepodległości i porwano nam tym duszę (...) wszyscy ulegliśmy hipnozie autora. On w imieniu nas wszystkich potrafił przemówić i powiedzieć, że czekamy na hasło złotego rogu”. Rzeczywiście, finałowa scena – zagubienie złotego rogu (symbolu wezwania do powstania) i chocholi taniec – została odczytana jako metafora narodowej niemocy, która poruszyła widownię do głębi.
Szczególnie znaczącą rolę odegrał artykuł pióra Rudolfa Starzewskiego (czyli pierwowzoru Dziennikarza). Starzewski, sportretowany nieco ironicznie w dramacie, stanął na wysokości zadania – napisał entuzjastyczną recenzję, która walnie przyczyniła się do sukcesu „Wesela”. To właśnie on nazwał dramat Wyspiańskiego „Polaków portretem własnym” i porównał całą akcję do trwającego od ponad wieku dziwnego weseliska, na którym rozgrywa się los Polski. Interpretacja uznająca, że Bronowice to Polska w pigułce, szybko zyskała popularność.
Warto wspomnieć, że cenzura austriacka wprawdzie dopuściła wystawienie „Wesela”, ale początkowo usunęła z tekstu kilka fragmentów uznanych za zbyt śmiałe politycznie lub obyczajowo. Wycięto m.in. niektóre kwestie o narodowych zrywach. Jednak prasa krakowska natychmiast wydrukowała te ocenzurowane ustępy. Skandal cenzorski sprawił, że już 3 kwietnia 1901 władze wycofały się z większości ingerencji – przywrócono prawie cały tekst. To pokazuje, że społeczeństwo szybko uznało „Wesele” za swoją własność i nie chciało zgodzić się na żadne okrojenie jego wymowy.
Premiera okazała się spektakularnym sukcesem. Przedstawienie grano 153 razy z rzędu na krakowskiej scenie – aż do 1927 roku utrzymano w repertuarze pierwotną inscenizację z 1901. Było to wówczas absolutnym rekordem. Co więcej, sztuka szybko trafiła na sceny innych miast galicyjskich (we Lwowie wystawiono „Wesele” już w tym samym roku). W zaborze rosyjskim dramat długo był zakazany (carska cenzura nie dopuściła go ze względu na wywrotową wymowę), ale czytano go potajemnie. W niepodległej Polsce „Wesele” stało się lekturą obowiązkową, w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Szczególnie znaczącą rolę odegrał artykuł pióra Rudolfa Starzewskiego (czyli pierwowzoru Dziennikarza). Starzewski, sportretowany nieco ironicznie w dramacie, stanął na wysokości zadania – napisał entuzjastyczną recenzję, która walnie przyczyniła się do sukcesu „Wesela”. To właśnie on nazwał dramat Wyspiańskiego „Polaków portretem własnym” i porównał całą akcję do trwającego od ponad wieku dziwnego weseliska, na którym rozgrywa się los Polski. Interpretacja uznająca, że Bronowice to Polska w pigułce, szybko zyskała popularność.
Warto wspomnieć, że cenzura austriacka wprawdzie dopuściła wystawienie „Wesela”, ale początkowo usunęła z tekstu kilka fragmentów uznanych za zbyt śmiałe politycznie lub obyczajowo. Wycięto m.in. niektóre kwestie o narodowych zrywach. Jednak prasa krakowska natychmiast wydrukowała te ocenzurowane ustępy. Skandal cenzorski sprawił, że już 3 kwietnia 1901 władze wycofały się z większości ingerencji – przywrócono prawie cały tekst. To pokazuje, że społeczeństwo szybko uznało „Wesele” za swoją własność i nie chciało zgodzić się na żadne okrojenie jego wymowy.
Premiera okazała się spektakularnym sukcesem. Przedstawienie grano 153 razy z rzędu na krakowskiej scenie – aż do 1927 roku utrzymano w repertuarze pierwotną inscenizację z 1901. Było to wówczas absolutnym rekordem. Co więcej, sztuka szybko trafiła na sceny innych miast galicyjskich (we Lwowie wystawiono „Wesele” już w tym samym roku). W zaborze rosyjskim dramat długo był zakazany (carska cenzura nie dopuściła go ze względu na wywrotową wymowę), ale czytano go potajemnie. W niepodległej Polsce „Wesele” stało się lekturą obowiązkową, w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Pocztówka ze spektaklu „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego, wyd. Stefan Wierusz Niemojowski, Lwów 1901 (Polona)
Losy „Wesela”
Od czasu premiery w 1901 roku „Wesele” nie schodzi z afiszy polskich teatrów i co pokolenie przeżywa nowe interpretacje. W okresie międzywojennym wystawiano je ku pokrzepieniu serc, a i w okresie PRL sztuka Wyspiańskiego była często grana. Wykorzystywano jej metafory jako aluzje do społecznego odrętwienia pod rządami komunistycznymi. Każdy reżyser starał się wydobyć z arcydzieła coś aktualnego. W 1973 roku Andrzej Wajda przeniósł „Wesele” na ekran w głośnej adaptacji filmowej. „Wesele” Wajdy zdobyło uznanie i utrwaliło wizerunki bohaterów (rola Ewy Ziętek jako Panny Młodej czy Daniela Olbrychskiego jako Pana Młodego zapadły w pamięć). W filmie tym Czesław Niemen użyczył głosu Chochołowi, śpiewając przejmującą melodię w finale.
W XXI wieku polscy reżyserzy nadal sięgają po ten dramat, nierzadko uwspółcześniając go. W 2017 roku „Wesele” zostało wybrane jako lektura Narodowego Czytania – ogólnopolskiej akcji pod patronatem Prezydenta RP, podczas której cała Polska wspólnie czyta klasykę literatury. Ten wybór potwierdza szczególne miejscu utworu w narodowej świadomości.
W XXI wieku polscy reżyserzy nadal sięgają po ten dramat, nierzadko uwspółcześniając go. W 2017 roku „Wesele” zostało wybrane jako lektura Narodowego Czytania – ogólnopolskiej akcji pod patronatem Prezydenta RP, podczas której cała Polska wspólnie czyta klasykę literatury. Ten wybór potwierdza szczególne miejscu utworu w narodowej świadomości.
„Wesele” zdobyło także sławę za granicą. Choć jest to tekst silnie zakorzeniony w polskich realiach, doczekał się licznych tłumaczeń na inne języki – m.in. angielski, francuski, niemiecki, rosyjski, czeski, słowacki, węgierski, czy hebrajski. Utwór jest wystawiany na scenach europejskich jako ciekawy przykład dramatu symbolistycznego początku XX wieku. Porównywany bywa do takich dzieł jak „Sen nocy listopadowej” Strindberga czy symboliczne dramaty Maeterlincka, choć zachowujący własny, unikalny styl.
Przeszło sto lat po premierze trudno przecenić wpływ „Wesela” na polską kulturę. Jest to utwór kanoniczny – omawiany w szkołach, cytowany przez polityków i publicystów, wciąż obecny w teatrze, filmie i sztukach wizualnych. Niektóre zwroty z dramatu stały się częścią języka potocznego. Sam Chochoł urósł do rangi symbolu kulturowego. Podobnie jak przestroga przed utratą „złotego rogu”, ostrzegająca kolejne pokolenia przed zaprzepaszczaniem historycznych szans.
Przeszło sto lat po premierze trudno przecenić wpływ „Wesela” na polską kulturę. Jest to utwór kanoniczny – omawiany w szkołach, cytowany przez polityków i publicystów, wciąż obecny w teatrze, filmie i sztukach wizualnych. Niektóre zwroty z dramatu stały się częścią języka potocznego. Sam Chochoł urósł do rangi symbolu kulturowego. Podobnie jak przestroga przed utratą „złotego rogu”, ostrzegająca kolejne pokolenia przed zaprzepaszczaniem historycznych szans.
Piotr Pokrzywiński