Suwerenna rewolucja 3 maja
czas czytania:
Rozmowa Richardem Butterwickiem, angielskim historykiem, autorem wydanej po polsku monografii Sejmu Czteroletniego
Sejm Czteroletni, a zwłaszcza Konstytucja 3 maja pokazała, do czego Polacy są zdolni: że potrafią wyciągnąć wnioski z błędów przeszłości i naprawić państwo, czerpiąc pomysły zarówno z własnych, jak i z cudzych doświadczeń, że są w stanie stworzyć coś naprawdę pożytecznego i wiekopomnego.
Tomasz Wiścicki: W tytule Pańskiej książki poświęconej Sejmowi Czteroletniemu pojawia się określenie „polska rewolucja”. Aczkolwiek takie określenie można znaleźć w źródłach, jednak nie jest ono właściwie używane na określenie czasów Sejmu Wielkiego i uchwalenia Konstytucji 3 maja – ani w mowie potocznej, ani w historiografii. Dlaczego posłużył się Pan tym określeniem?
Richard Butterwick: Jedną z przyczyn takiego wyboru jest po prostu to, żeby zaciekawić czytelnika, skłonić go do zadawania pytań. W źródłach, i to rozmaitych, w różnych językach, widać, że „pokojowa” czy „łagodna” rewolucja trzeciomajowa była przeciwstawiana przez wielu ludzi w Europie gwałtownej rewolucji francuskiej. Również cały okres Sejmu Czteroletniego nazywano „polską rewolucją”. Skoro więc takie określenie występuje w źródłach – czemu nie wprowadzić go w obieg, czemu nie skłonić czytelnika do zastanowienia?
Co do historiografii – prawda, że znam tylko jedną książkę, gdzie to określenie funkcjonuje
w odniesieniu do roku 1788, ale za to jest to jedna z najlepszych prac, jakie kiedykolwiek napisano
o tym okresie – „Drugi rozbiór Polski” Roberta Howarda Lorda. Ostatnio pisała o „rewolucji” 3 maja 1791 roku Anna Grześkowiak-Krwawicz.
Co to znaczy rewolucja? To każda zmiana bardzo znacząca i bardzo szybka. Sejm Czteroletni miał olbrzymie znaczenie dla przemian politycznych, społecznych, kulturowych, obyczajowych w ciągu czterech lat, nawet jeśli część tego, co zostało zmienione, przywróciła kontrrewolucja. Gdyby nie ona, Sejm byłby początkiem zmian jeszcze większych, bardziej znaczących – także w stylu uprawiania polityki, która w warunkach suwerennych jest zupełnie inna niż wcześniej. Dlatego wydaje mi się, że to jest naprawdę rewolucja – użycie tego słowa nie jest nadużyciem.
Kładzie Pan akcent na odzyskanie w tym okresie suwerenności przez Polskę?
Tak, odzyskanie suwerenności u początków Sejmu Czteroletniego umożliwiało rewolucję. Można było zmienić kraj w sposób rewolucyjny, aczkolwiek pokojowy właśnie dlatego, że to był kraj suwerenny
i decyzje mogły być w nim podejmowane przez sejmujących, a nie na podstawie negocjacji z obcymi dyplomatami i dworami.
W tle Pańskich rozważań związanych z kwestią Kościoła w czasach Sejmu Czteroletniego jest oświecenie. Jakie były w warunkach polskich wzajemne relacje między Kościołem i oświeceniem? Według stereotypu, mającego zresztą mocne oparcie zwłaszcza w sytuacji francuskiej, pozostają one wobec siebie w wyraźniej opozycji: oświecenie było wrogiem Kościoła – Kościół był wrogiem oświecenia. Wiadomo, że w krajach anglosaskich wyglądało to zupełnie inaczej. A jak było to w Polsce? Jak Kościół w Polsce wpłynął na kształt polskiego oświecenia, a jak oświecenie wpłynęło na kształt Kościoła w Polsce?
W warunkach polskich trudno byłoby zrozumieć oświecenie bez uwzględnienia roli Kościoła, ale też polski Kościół został przez oświecenie dotknięty. Wśród ludzi Kościoła byli tacy, jak na przykład biskup Skarszewski, którzy nawet gdy atakowali oświecenie, robili to w oświecony sposób, czyli oświeceniowym językiem, według oświeceniowych pojęć. Zwalczali oświecenie jego własną bronią. Istnieje całe spektrum postaw: od antykatolickiego oświecenia, poprzez oświecenie katolickie, aż
do oświeconego katolicyzmu, a nawet oświeceniowego antyoświecenia.
Mamy też do czynienia z pewną ewolucją w czasie. W połowie XVIII wieku oświecenie w Polsce to przede wszystkim reforma szkolna, podejmowana przez pijarów, jezuitów, teatynów, misjonarzy. Jest to oświecenie zdecydowanie zdominowane przez duchownych. Po pierwszym rozbiorze, po kasacie jezuitów, w dalszym ciągu oświecenie współpracuje z ludźmi Kościoła. Rozejście przychodzi
po rozbiorach i po doświadczeniach rewolucji francuskiej. Po przełomie dechrystianizacji i – w polskim przypadku – po wstrząsie rozbiorów księdzu już nie wypadało być masonem, a przed rozbiorami to jak najbardziej uchodziło.
Wpływ rewolucji francuskiej na to zjawisko jest oczywisty, ale dlaczego wiąże Pan to z rozbiorami?
Ponieważ rozbiory można było interpretować – jak na przykład czynił to Jan Paweł Woronicz – jako karę Boską dla grzesznego narodu za grzechy XVIII wieku: rozwiązłych obyczajów, ale też sceptycyzmu filozoficznego. Jest taki fragment w Panu Tadeuszu, w którym. Podkomorzy wspomina: „Była to maskarada, zapustna swawola, Po której miał przyjść wkrótce wielki post – niewola!”
(I 433–434).
W warunkach lat dwudziestych XIX wieku w Polsce już bardzo trudno o katolickie oświecenie czy oświecony katolicyzm – choćby „Podróż do Ciemnogrodu” Stanisława Kostki Potockiego to już krytyka bezpardonowa, jego kościelni antagoniści nie pozostawali mu dłużni. Nie znaczy to oczywiście, że
w czasach Sejmu Czteroletniego nie ma napięć i radykalnego ataku na pozycje kościelne ani katolickiej opozycji antyoświeceniowej.
W swej książce zajmuje się też Pan mechanizmami politycznymi, które decydowały o podjęciu konkretnych decyzji. Czy Pańskim zdaniem sposób dochodzenia do decyzji, które zapadły
w czasie Sejmu Wielkiego, także był rewolucyjny, czy też tę rewolucję wypracowywano środkami pochodzącymi z poprzedniej epoki?
Posłowie, senatorowie, a także publiczność czasów Sejmu Czteroletniego na pewno odziedziczyli zasób wartości i konwencji, które składały się na pewną kulturę polityczną, ale w warunkach suwerenności mogła ona podlegać bardzo szybkim zmianom. Nowością na pewno było znaczne osłabienie więzi protekcji magnackiej, królewskiej czy obcych mocarstw. Podejmowanie zasadniczych decyzji w sposób emocjonalny na oczach publiczności to zupełnie nowa jakość. Nie oznacza to całkowitego przekreślenia znaczenia zakulisowych manewrów, które miały doprowadzić
do postawienia pod obrady konkretnych kwestii, ale to znaczenie maleje.
Oprócz tego decyzje Sejmu musiały uzyskać akceptację na prowincji. To szlachta na sejmikach wybierała posłów i uchwalała dla nich instrukcje. I aczkolwiek w niektórych kwestiach – na przykład sukcesji tronu – Warszawa ignorowała prowincję, musiała zadbać o to, aby przynajmniej przekonać ją do przyjętych rozwiązań. To bardzo umacniało pozycję posła, który mógł się powołać na swoją instrukcję. Mamy więc do czynienia ze splotem perspektywy prowincjonalnej i metropolitalnej.
Sejmiki roku 1788 i 1790 roku w o wiele mniejszym stopniu niż poprzednie były podległe kontroli królewskiej czy magnackiej. Nastąpiła emancypacja przynajmniej średnich warstw narodu szlacheckiego. Ustanowienie Komisji Podatkowych i Komisji Porządkowych Cywilno-Wojskowych podczas Sejmu Czteroletniego też dało szansę paru tysiącom mężów szanowanych w swoich okolicach łączyć naród z sejmem i wziąć odpowiedzialność za porządek na miejscu. Włączenie tych ludzi do tego ogólnonarodowego dzieła też świadczy o powszechności tej rewolucji.
Jaki był skutek emancypacji średniej szlachty? W jakim kierunku pchnęło to przebieg wydarzeń?
Z jednej strony to pomagało królowi, bo oratorzy ze stronnictwa królewskiego sięgali po najbardziej demagogiczne chwyty, żeby deprecjonować arystokratyczną anarchię i zachęcić zwykłą szlachtę do widzenia w królu obrońcy swobód przed gnębiącymi i korumpującymi magnatami. Z drugiej strony – wielu prowincjonalnych posłów czuło się upoważnionymi do wygłoszenia własnego sądu, bez oglądania się na protektora. Istniała niezwykła swoboda wypowiedzi zarówno na sejmie,
jak i w publicystyce. Dzięki temu polityka uzyskiwała charakter zbiorowy, można powiedzieć – masowy.
Ciśnie się na usta pytanie, jak to wszystko było w ogóle możliwe. Kontrast między symbolicznymi czasami saskimi, okresem ogólnej gnuśności, i niebywałym wykwitem energii obywatelskiej jest szokujący. Jak mogło dojść do tak niebywałego przebudzenia w ostatnich – jak się później okazało, niestety – latach istnienia I Rzeczypospolitej?
Niewątpliwie przyczyniła się do tego lepsza edukacja, chociażby w kolegiach jezuickich i pijarskich –
w mniejszym stopniu w szkołach organizowanych przez Komisję Edukacji Narodowej, bo tylko najmłodsi zdążyli do nich chodzić, ale cała atmosfera wobec reformy edukacyjnej zachęcała do swobodniejszego myślenia. Istotna była też gospodarcza prosperity, która szczególnie na południowym wschodzie Rzeczypospolitej nabrała siły w latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych XVIII wieku. Oprócz tego, coraz bardziej zadłużeni magnaci już nie utrzymywali tak bardzo licznych orszaków dworskich, mieli więc mniej do zaoferowania coraz pewniejszej sobie średniej szlachcie. Nie brakowało też zachęt do odnowy płynących od tronu.
Ale też to wszystko stało się możliwe do pomyślenia, kiedy nastąpił powrót do polityki w suwerennych warunkach. Nie można już było zrzucić winy na nikogo – trzeba było wziąć odpowiedzialność
za Rzeczpospolitą. Owszem, przez dwa lata posłowie musieli się wygadać i strawili mnóstwo czasu, natomiast w zaskakująco szybkim czasie przyjęto tę odpowiedzialność za Rzeczpospolitą i zrobiono mnóstwo dobrego. To była niesłychanie szybka szkoła uczenia się polityki.
Ta suwerenność stała się możliwa w wyniku koniunktury międzynarodowej?
Tak jest – w wyniku wojny między Imperium Rosyjskim a Imperium Osmańskim. Kiedy na początku Sejmu Czteroletniego stało się jasne, że Rosja jest zajęta wojną, a z kolei pojawiła się oferta sojuszu ze strony Prus, wielu nabrało pewności, że można się nie bać ambasady rosyjskiej i iść za głosem serc. Czasem prowadziło to do decyzji bardzo emocjonalnych i nieprzemyślanych, jednak stopniowo się uczono, wyciągano wnioski. Kiedy więc stało się jasne, że Rosja przynajmniej na razie nie jest
w stanie zmusić Polaków do posłuchu, możliwy okazał się ten niesłychanie szybki rozkwit. Wtedy cała właściwie kultura została upolityczniona. Nie było już zwykłej beletrystyki ani sztuk teatralnych –
do teatru chodziło się dla polityki.
Choć historycy generalnie nie lubią pytań, co by było gdyby, chciałbym zapytać, jak Pan się odnosi do tezy, która ostatnio powróciła w związku z rocznicą Konstytucji 3 maja – że w istocie była ona przyczyną klęski i upadku Polski, ponieważ sprowokowała interwencję Rosji. Gdyby do niej nie doszło, moglibyśmy liczyć na przetrwanie państwa polskiego do czasów napoleońskich, co pozwoliłoby Polsce istnieć przez XIX wiek...
W odróżnieniu od większości moich kolegów, bardzo lubię gdybać... Coś w takim scenariuszu jest: można sobie wyobrazić, że gdyby nie podniesiono buntu przeciw Rosji na początku Sejmu Czteroletniego i trzymano się protekcji Katarzyny, to jakaś część Polski – może jeszcze bardziej uszczuplona – przetrwałaby do panowania Pawła, który robił wszystko na złość swojej matce, więc pewnie nie dopuściłby do ostatecznego rozbioru. Gdyby istniała jakaś Polska w czasach napoleońskich, to zasada legitymizmu działałaby na jej korzyść i może mielibyśmy cos podobnego
do Królestwa Polskiego po Kongresie Wiedeńskim. To wszystko jest możliwe. Inna rzecz, że pod koniec XIX wieku pewnie i tak doszłoby do pewnej rusyfikacji, bo nawet Finowie, którzy byli niesłychanie lojalni wobec Rosji przez cały XIX wiek – pomagali w stłumieniu Powstania Listopadowego – byli poddani rusyfikacji pod koniec tego stulecia.
Inna rzecz, że fala społecznych emocji na początku Sejmu Czteroletniego była tak silna, że trudno sobie wyobrazić, by w ogóle nie wzięto ich pod uwagę. To samo zresztą dotyczy Insurekcji Kościuszkowskiej, może w jeszcze bardziej tragiczny sposób. Można jednak powiedzieć, że bunt
i zrzucenie rosyjskiej gwarancji na początku Sejmu oraz uchwalenie konstytucji z dziedziczną sukcesją tronu, choćby nawet od razu zaoferowano go Konstantemu, było takim wyzwaniem, którego Katarzyna nie mogła ścierpieć, i w ten sposób to mogło przyspieszyć koniec państwa.
Czy jednak z tego powodu nie warto było tego robić? Jest przecież również możliwe, że koniunktura
w sprawach międzynarodowych doprowadziłaby i tak do rozbioru Polski, choćby ze względu na rekompensatę za prowadzenie wojny przeciwko rewolucyjnej Francji, co istotnie było uzasadnieniem odstąpienia Prusom części polskich ziem podczas drugiego rozbioru i Austriakom podczas trzeciego. Gdyby doszło do ostatecznego rozbioru Rzeczypospolitej polsko-litewskiej bez takiego zrywu, bez takiego dokonania jak Sejm Czteroletni, historykom nadwornym państw zaborczych o wiele byłoby łatwiej uzasadnić, że ten naród nie zasłużył na przetrwanie. Tymczasem Sejm Czteroletni, a zwłaszcza Konstytucja 3 maja pokazała, do czego Polacy są zdolni: że potrafią wyciągnąć wnioski z błędów przeszłości i naprawić państwo, czerpiąc pomysły zarówno z własnych, jak i z cudzych doświadczeń, że są w stanie stworzyć coś naprawdę pożytecznego i wiekopomnego. I to zadaje kłam twierdzeniom, że nieuleczalną wadą narodową Polaków jest anarchia. Z takiej perspektywy dziejowej można powiedzieć: tak, było warto.
Richard Butterwick (od niedawna Butterwick-Pawlikowski) studiował historię na Uniwersytecie Cambridge (Queens’ College), wykładowca School of Slavonic and East European Studies na University College London. Zajmuje się historią Rzeczypospolitej Obojga Narodów i ziem polsko-litewskich pod zaborami. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się także na kwestiach związanych z oświeceniem i antyoświeceniem, stosunkach między Kościołem katolickim a państwem w XVIII i na początku XIX wieku, dziejami Sejmu Czteroletniego oraz postaciami i poglądami króla Stanisława Augusta oraz prymasa Michała Jerzego Poniatowskiego. Jest m.in. autorem książki Poland's Last King and English Culture: Stanisław August Poniatowski 1732–1798 (1998) (wyd. polskie: Stanisław August a kultura angielska, 2000). Jego praca Polska rewolucja a Kościół katolicki 1788–1792, wydana wspólnie przez Muzeum Historii Polski i Arcana (skrócona wersja angielska:
The Polish Revolution and the Catholic Church, 1788-1792, Oxford 2012), została uznana za pierwszą pełną monografię Sejmu Czteroletniego.
Richard Butterwick: Jedną z przyczyn takiego wyboru jest po prostu to, żeby zaciekawić czytelnika, skłonić go do zadawania pytań. W źródłach, i to rozmaitych, w różnych językach, widać, że „pokojowa” czy „łagodna” rewolucja trzeciomajowa była przeciwstawiana przez wielu ludzi w Europie gwałtownej rewolucji francuskiej. Również cały okres Sejmu Czteroletniego nazywano „polską rewolucją”. Skoro więc takie określenie występuje w źródłach – czemu nie wprowadzić go w obieg, czemu nie skłonić czytelnika do zastanowienia?
Co do historiografii – prawda, że znam tylko jedną książkę, gdzie to określenie funkcjonuje
w odniesieniu do roku 1788, ale za to jest to jedna z najlepszych prac, jakie kiedykolwiek napisano
o tym okresie – „Drugi rozbiór Polski” Roberta Howarda Lorda. Ostatnio pisała o „rewolucji” 3 maja 1791 roku Anna Grześkowiak-Krwawicz.
Co to znaczy rewolucja? To każda zmiana bardzo znacząca i bardzo szybka. Sejm Czteroletni miał olbrzymie znaczenie dla przemian politycznych, społecznych, kulturowych, obyczajowych w ciągu czterech lat, nawet jeśli część tego, co zostało zmienione, przywróciła kontrrewolucja. Gdyby nie ona, Sejm byłby początkiem zmian jeszcze większych, bardziej znaczących – także w stylu uprawiania polityki, która w warunkach suwerennych jest zupełnie inna niż wcześniej. Dlatego wydaje mi się, że to jest naprawdę rewolucja – użycie tego słowa nie jest nadużyciem.
Kładzie Pan akcent na odzyskanie w tym okresie suwerenności przez Polskę?
Tak, odzyskanie suwerenności u początków Sejmu Czteroletniego umożliwiało rewolucję. Można było zmienić kraj w sposób rewolucyjny, aczkolwiek pokojowy właśnie dlatego, że to był kraj suwerenny
i decyzje mogły być w nim podejmowane przez sejmujących, a nie na podstawie negocjacji z obcymi dyplomatami i dworami.
W tle Pańskich rozważań związanych z kwestią Kościoła w czasach Sejmu Czteroletniego jest oświecenie. Jakie były w warunkach polskich wzajemne relacje między Kościołem i oświeceniem? Według stereotypu, mającego zresztą mocne oparcie zwłaszcza w sytuacji francuskiej, pozostają one wobec siebie w wyraźniej opozycji: oświecenie było wrogiem Kościoła – Kościół był wrogiem oświecenia. Wiadomo, że w krajach anglosaskich wyglądało to zupełnie inaczej. A jak było to w Polsce? Jak Kościół w Polsce wpłynął na kształt polskiego oświecenia, a jak oświecenie wpłynęło na kształt Kościoła w Polsce?
W warunkach polskich trudno byłoby zrozumieć oświecenie bez uwzględnienia roli Kościoła, ale też polski Kościół został przez oświecenie dotknięty. Wśród ludzi Kościoła byli tacy, jak na przykład biskup Skarszewski, którzy nawet gdy atakowali oświecenie, robili to w oświecony sposób, czyli oświeceniowym językiem, według oświeceniowych pojęć. Zwalczali oświecenie jego własną bronią. Istnieje całe spektrum postaw: od antykatolickiego oświecenia, poprzez oświecenie katolickie, aż
do oświeconego katolicyzmu, a nawet oświeceniowego antyoświecenia.
Mamy też do czynienia z pewną ewolucją w czasie. W połowie XVIII wieku oświecenie w Polsce to przede wszystkim reforma szkolna, podejmowana przez pijarów, jezuitów, teatynów, misjonarzy. Jest to oświecenie zdecydowanie zdominowane przez duchownych. Po pierwszym rozbiorze, po kasacie jezuitów, w dalszym ciągu oświecenie współpracuje z ludźmi Kościoła. Rozejście przychodzi
po rozbiorach i po doświadczeniach rewolucji francuskiej. Po przełomie dechrystianizacji i – w polskim przypadku – po wstrząsie rozbiorów księdzu już nie wypadało być masonem, a przed rozbiorami to jak najbardziej uchodziło.
Wpływ rewolucji francuskiej na to zjawisko jest oczywisty, ale dlaczego wiąże Pan to z rozbiorami?
Ponieważ rozbiory można było interpretować – jak na przykład czynił to Jan Paweł Woronicz – jako karę Boską dla grzesznego narodu za grzechy XVIII wieku: rozwiązłych obyczajów, ale też sceptycyzmu filozoficznego. Jest taki fragment w Panu Tadeuszu, w którym. Podkomorzy wspomina: „Była to maskarada, zapustna swawola, Po której miał przyjść wkrótce wielki post – niewola!”
(I 433–434).
W warunkach lat dwudziestych XIX wieku w Polsce już bardzo trudno o katolickie oświecenie czy oświecony katolicyzm – choćby „Podróż do Ciemnogrodu” Stanisława Kostki Potockiego to już krytyka bezpardonowa, jego kościelni antagoniści nie pozostawali mu dłużni. Nie znaczy to oczywiście, że
w czasach Sejmu Czteroletniego nie ma napięć i radykalnego ataku na pozycje kościelne ani katolickiej opozycji antyoświeceniowej.
W swej książce zajmuje się też Pan mechanizmami politycznymi, które decydowały o podjęciu konkretnych decyzji. Czy Pańskim zdaniem sposób dochodzenia do decyzji, które zapadły
w czasie Sejmu Wielkiego, także był rewolucyjny, czy też tę rewolucję wypracowywano środkami pochodzącymi z poprzedniej epoki?
Posłowie, senatorowie, a także publiczność czasów Sejmu Czteroletniego na pewno odziedziczyli zasób wartości i konwencji, które składały się na pewną kulturę polityczną, ale w warunkach suwerenności mogła ona podlegać bardzo szybkim zmianom. Nowością na pewno było znaczne osłabienie więzi protekcji magnackiej, królewskiej czy obcych mocarstw. Podejmowanie zasadniczych decyzji w sposób emocjonalny na oczach publiczności to zupełnie nowa jakość. Nie oznacza to całkowitego przekreślenia znaczenia zakulisowych manewrów, które miały doprowadzić
do postawienia pod obrady konkretnych kwestii, ale to znaczenie maleje.
Oprócz tego decyzje Sejmu musiały uzyskać akceptację na prowincji. To szlachta na sejmikach wybierała posłów i uchwalała dla nich instrukcje. I aczkolwiek w niektórych kwestiach – na przykład sukcesji tronu – Warszawa ignorowała prowincję, musiała zadbać o to, aby przynajmniej przekonać ją do przyjętych rozwiązań. To bardzo umacniało pozycję posła, który mógł się powołać na swoją instrukcję. Mamy więc do czynienia ze splotem perspektywy prowincjonalnej i metropolitalnej.
Sejmiki roku 1788 i 1790 roku w o wiele mniejszym stopniu niż poprzednie były podległe kontroli królewskiej czy magnackiej. Nastąpiła emancypacja przynajmniej średnich warstw narodu szlacheckiego. Ustanowienie Komisji Podatkowych i Komisji Porządkowych Cywilno-Wojskowych podczas Sejmu Czteroletniego też dało szansę paru tysiącom mężów szanowanych w swoich okolicach łączyć naród z sejmem i wziąć odpowiedzialność za porządek na miejscu. Włączenie tych ludzi do tego ogólnonarodowego dzieła też świadczy o powszechności tej rewolucji.
Jaki był skutek emancypacji średniej szlachty? W jakim kierunku pchnęło to przebieg wydarzeń?
Z jednej strony to pomagało królowi, bo oratorzy ze stronnictwa królewskiego sięgali po najbardziej demagogiczne chwyty, żeby deprecjonować arystokratyczną anarchię i zachęcić zwykłą szlachtę do widzenia w królu obrońcy swobód przed gnębiącymi i korumpującymi magnatami. Z drugiej strony – wielu prowincjonalnych posłów czuło się upoważnionymi do wygłoszenia własnego sądu, bez oglądania się na protektora. Istniała niezwykła swoboda wypowiedzi zarówno na sejmie,
jak i w publicystyce. Dzięki temu polityka uzyskiwała charakter zbiorowy, można powiedzieć – masowy.
Ciśnie się na usta pytanie, jak to wszystko było w ogóle możliwe. Kontrast między symbolicznymi czasami saskimi, okresem ogólnej gnuśności, i niebywałym wykwitem energii obywatelskiej jest szokujący. Jak mogło dojść do tak niebywałego przebudzenia w ostatnich – jak się później okazało, niestety – latach istnienia I Rzeczypospolitej?
Niewątpliwie przyczyniła się do tego lepsza edukacja, chociażby w kolegiach jezuickich i pijarskich –
w mniejszym stopniu w szkołach organizowanych przez Komisję Edukacji Narodowej, bo tylko najmłodsi zdążyli do nich chodzić, ale cała atmosfera wobec reformy edukacyjnej zachęcała do swobodniejszego myślenia. Istotna była też gospodarcza prosperity, która szczególnie na południowym wschodzie Rzeczypospolitej nabrała siły w latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych XVIII wieku. Oprócz tego, coraz bardziej zadłużeni magnaci już nie utrzymywali tak bardzo licznych orszaków dworskich, mieli więc mniej do zaoferowania coraz pewniejszej sobie średniej szlachcie. Nie brakowało też zachęt do odnowy płynących od tronu.
Ale też to wszystko stało się możliwe do pomyślenia, kiedy nastąpił powrót do polityki w suwerennych warunkach. Nie można już było zrzucić winy na nikogo – trzeba było wziąć odpowiedzialność
za Rzeczpospolitą. Owszem, przez dwa lata posłowie musieli się wygadać i strawili mnóstwo czasu, natomiast w zaskakująco szybkim czasie przyjęto tę odpowiedzialność za Rzeczpospolitą i zrobiono mnóstwo dobrego. To była niesłychanie szybka szkoła uczenia się polityki.
Ta suwerenność stała się możliwa w wyniku koniunktury międzynarodowej?
Tak jest – w wyniku wojny między Imperium Rosyjskim a Imperium Osmańskim. Kiedy na początku Sejmu Czteroletniego stało się jasne, że Rosja jest zajęta wojną, a z kolei pojawiła się oferta sojuszu ze strony Prus, wielu nabrało pewności, że można się nie bać ambasady rosyjskiej i iść za głosem serc. Czasem prowadziło to do decyzji bardzo emocjonalnych i nieprzemyślanych, jednak stopniowo się uczono, wyciągano wnioski. Kiedy więc stało się jasne, że Rosja przynajmniej na razie nie jest
w stanie zmusić Polaków do posłuchu, możliwy okazał się ten niesłychanie szybki rozkwit. Wtedy cała właściwie kultura została upolityczniona. Nie było już zwykłej beletrystyki ani sztuk teatralnych –
do teatru chodziło się dla polityki.
Choć historycy generalnie nie lubią pytań, co by było gdyby, chciałbym zapytać, jak Pan się odnosi do tezy, która ostatnio powróciła w związku z rocznicą Konstytucji 3 maja – że w istocie była ona przyczyną klęski i upadku Polski, ponieważ sprowokowała interwencję Rosji. Gdyby do niej nie doszło, moglibyśmy liczyć na przetrwanie państwa polskiego do czasów napoleońskich, co pozwoliłoby Polsce istnieć przez XIX wiek...
W odróżnieniu od większości moich kolegów, bardzo lubię gdybać... Coś w takim scenariuszu jest: można sobie wyobrazić, że gdyby nie podniesiono buntu przeciw Rosji na początku Sejmu Czteroletniego i trzymano się protekcji Katarzyny, to jakaś część Polski – może jeszcze bardziej uszczuplona – przetrwałaby do panowania Pawła, który robił wszystko na złość swojej matce, więc pewnie nie dopuściłby do ostatecznego rozbioru. Gdyby istniała jakaś Polska w czasach napoleońskich, to zasada legitymizmu działałaby na jej korzyść i może mielibyśmy cos podobnego
do Królestwa Polskiego po Kongresie Wiedeńskim. To wszystko jest możliwe. Inna rzecz, że pod koniec XIX wieku pewnie i tak doszłoby do pewnej rusyfikacji, bo nawet Finowie, którzy byli niesłychanie lojalni wobec Rosji przez cały XIX wiek – pomagali w stłumieniu Powstania Listopadowego – byli poddani rusyfikacji pod koniec tego stulecia.
Inna rzecz, że fala społecznych emocji na początku Sejmu Czteroletniego była tak silna, że trudno sobie wyobrazić, by w ogóle nie wzięto ich pod uwagę. To samo zresztą dotyczy Insurekcji Kościuszkowskiej, może w jeszcze bardziej tragiczny sposób. Można jednak powiedzieć, że bunt
i zrzucenie rosyjskiej gwarancji na początku Sejmu oraz uchwalenie konstytucji z dziedziczną sukcesją tronu, choćby nawet od razu zaoferowano go Konstantemu, było takim wyzwaniem, którego Katarzyna nie mogła ścierpieć, i w ten sposób to mogło przyspieszyć koniec państwa.
Czy jednak z tego powodu nie warto było tego robić? Jest przecież również możliwe, że koniunktura
w sprawach międzynarodowych doprowadziłaby i tak do rozbioru Polski, choćby ze względu na rekompensatę za prowadzenie wojny przeciwko rewolucyjnej Francji, co istotnie było uzasadnieniem odstąpienia Prusom części polskich ziem podczas drugiego rozbioru i Austriakom podczas trzeciego. Gdyby doszło do ostatecznego rozbioru Rzeczypospolitej polsko-litewskiej bez takiego zrywu, bez takiego dokonania jak Sejm Czteroletni, historykom nadwornym państw zaborczych o wiele byłoby łatwiej uzasadnić, że ten naród nie zasłużył na przetrwanie. Tymczasem Sejm Czteroletni, a zwłaszcza Konstytucja 3 maja pokazała, do czego Polacy są zdolni: że potrafią wyciągnąć wnioski z błędów przeszłości i naprawić państwo, czerpiąc pomysły zarówno z własnych, jak i z cudzych doświadczeń, że są w stanie stworzyć coś naprawdę pożytecznego i wiekopomnego. I to zadaje kłam twierdzeniom, że nieuleczalną wadą narodową Polaków jest anarchia. Z takiej perspektywy dziejowej można powiedzieć: tak, było warto.
* * *
Richard Butterwick (od niedawna Butterwick-Pawlikowski) studiował historię na Uniwersytecie Cambridge (Queens’ College), wykładowca School of Slavonic and East European Studies na University College London. Zajmuje się historią Rzeczypospolitej Obojga Narodów i ziem polsko-litewskich pod zaborami. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się także na kwestiach związanych z oświeceniem i antyoświeceniem, stosunkach między Kościołem katolickim a państwem w XVIII i na początku XIX wieku, dziejami Sejmu Czteroletniego oraz postaciami i poglądami króla Stanisława Augusta oraz prymasa Michała Jerzego Poniatowskiego. Jest m.in. autorem książki Poland's Last King and English Culture: Stanisław August Poniatowski 1732–1798 (1998) (wyd. polskie: Stanisław August a kultura angielska, 2000). Jego praca Polska rewolucja a Kościół katolicki 1788–1792, wydana wspólnie przez Muzeum Historii Polski i Arcana (skrócona wersja angielska:
The Polish Revolution and the Catholic Church, 1788-1792, Oxford 2012), została uznana za pierwszą pełną monografię Sejmu Czteroletniego.