27 marca 1981 roku miał miejsce największy w historii protest zorganizowany przez Solidarność. W czterogodzinnej akcji ostrzegawczej wzięło udział ponad 2,5 miliona pracowników z zakładów w całej Polsce. Była to próba przed gigantycznym strajkiem generalnym, do którego nigdy nie doszło.
W lutym 1981 roku powołano nowy rząd, na czele którego stanął gen. Wojciech Jaruzelski. Premier prowadził dwutorową politykę: kontynuował przygotowania do stanu wojennego, a zarazem szukał porozumienia z Solidarnością. Nie miał innego wyjścia, bo za każdym razem, kiedy władze próbowały zepchnąć związek do defensywy, ten odpowiadał społeczną mobilizacją. W październiku 1980 roku na wezwanie kierownictwa Solidarności protestowało 1,3 miliona osób, w styczniu 1981 – kilkaset tysięcy. Jaruzelski nie chciał dopuścić do kolejnej eskalacji.
Jednym z głównych punktów zapalnych pozostawała kwestia zagwarantowania prawa rolników indywidualnych do zrzeszania się w związkach zawodowych. Władze – pod presją Kremla – odmawiały rejestracji Solidarności Wiejskiej. Konflikt ten generował napięcia lokalne, które rząd próbował rozładować. W połowie marca osiągnięto jednak punkt krytyczny. 16 marca 1981 roku działacze Solidarności zajęli w Bydgoszczy budynek Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i rozpoczęli okupację.
Krajowa Komisja Porozumiewawcza – kierująca całą Solidarnością – poparła ich działania. Prezydium Komisji oświadczyło, że „działania rolników bydgoskich podjęte są w obronie ich słusznych praw, leżących w sferze obowiązującego prawodawstwa. Akcje samoobrony rolników indywidualnych nie mogą być zatem traktowane jako naruszanie rozejmu społecznego”. Sprawa lokalnego protestu zaczęła nabierać ogólnokrajowego znaczenia.
Prowokacyjne pobicie
Prawdziwy przełom nastąpił jednak 19 marca, kiedy podczas sesji bydgoskiej Wojewódzkiej Rady Narodowej delegacja związku pod przewodnictwem Jana Rulewskiego próbowała omówić postulaty rolników indywidualnych. Kiedy związkowców nie dopuszczono do głosu, odmówili opuszczenia budynku. Dalszy przebieg wydarzeń do dziś budzi kontrowersje. Milicja użyła siły, aby usunąć protestujących – niektórych dotkliwie pobiła.
Zanim użyto siły, władze podjęły próbę rozwiązania sytuacji polubownie. Stanisław Ciosek, minister ds. związków zawodowych dzwonił w tej sprawie do Lecha Wałęsy. Karol Modzelewski, ówczesny rzecznik prasowy Solidarności, wspominał:
Zwykle bardzo opanowany i zrównoważony, [Ciosek] był tym razem wyraźnie zdenerwowany. Mówił tak, jakby chciał dać do zrozumienia więcej, niż mógł powiedzieć otwartym tekstem: «Panie przewodniczący, w siedzibie Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy jest w tej chwili Rulewski z grupą działaczy związkowych. Niech pan koniecznie tam zadzwoni i postara się skłonić ich do opuszczenia budynku. Proszę mi wierzyć, to bardzo ważne i bardzo pilne».
Senator Jan Rulewski, fot. Sławomir Kaczorek, 2010 r. (Senat RP, domena publiczna)
Wałęsa zadzwonił, jednak Rulewski nie ustąpił. Do akcji wkroczyła milicja, a brutalność interwencji stała się katalizatorem ogólnokrajowego kryzysu. Ocena tych wydarzeń pozostaje przedmiotem sporów historyków. Krzysztof Osiński skłaniał się ku tezie o niekontrolowanej eskalacji. Andrzej Paczkowski zwracał uwagę na zbieżność czasową z manewrami Układu Warszawskiego i rozważał, czy nie była to próba generalna przed rozprawą ze związkiem. Andrzej Friszke podkreślał, że decyzja o interwencji zapadła na najwyższym szczeblu, choć jej autorzy mogli nie przewidzieć użycia przemocy i tego, że sytuacja wymknie się spod politycznej kontroli.
Przez lata powtarzano również hipotezy o prowokacji inspirowanej przez zwolenników siłowej konfrontacji w Biurze Politycznym: Tadeusza Grabskiego, Stefana Olszowskiego oraz ministra spraw wewnętrznych gen. Mirosława Milewskiego. Niewydane dzienniki Mieczysława Rakowskiego, ówczesnego wicepremiera, rzucają na sprawę dodatkowe światło. W 1992 roku, pytany o pobicie Rulewskiego, stwierdził: „Wykluczyłem możliwość, że [Milewski] działał na własną rękę. Był zbyt cwany, żeby się nie ubezpieczyć”. W rozmowie ze Stanisławem Kanią, który w marcu 1981 roku stał na czele PZPR, usłyszał jednak: „Przecież kilka dni temu rozmawialiśmy o tym i powiedziałem ci wyraźnie, że decyzję wydał Wojciech [Jaruzelski]”. Rakowski przyznał mu rację. Wszystko wskazuje na to, że decyzja o usunięciu okupujących została podjęta na najwyższym szczeblu władzy, jednak najprawdopodobniej nie doszacowano politycznych konsekwencji takiego posunięcia.
Napięcie rośnie
Do Bydgoszczy przyjechał Lech Wałęsa ze współpracownikami. Po kilku godzinach Prezydium Krajowej Komisji Porozumiewawczej wydało komunikat – określiło zaistniałą sytuację jako „atak na związek”. Informacja o pobiciu, wzmocniona kolportażem fotografii poturbowanych działaczy, wywołała falę oburzenia w całym kraju. W samym regionie bydgoskim strajk rozpoczęło 30 tys. osób.
Kierownictwo partyjne szybko zdało sobie sprawę, jak poważna jest sytuacja. I Sekretarz KC PZPR Stanisław Kania tłumaczył swoim współpracownikom: „sytuacja rozwija się groźnie i przeciw nam. Głosi się, że władza zerwała czas pokoju”. Uaktywnili się członkowie Biura Politycznego, którzy byli zwolennikami wprowadzenia stanu wojennego, a Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zostało postawione w stan gotowości.
W rządowych i partyjnych gabinetach nadal dominowali jednak politycy przekonani o konieczności poszukiwania kompromisu, na czele ze Stanisławem Kanią. Wspierał go Rakowski, który podkreślał, że „nie wszystkie środki pokojowe wyczerpano”. Premier Jaruzelski górnolotnie deklarował: „Uważam, że należy podjąć wszystkie możliwe kroki, które jeszcze nie zostały uruchomione, wyczerpać absolutnie wszystkie środki dla rozwiązania konfliktu. To nasz obowiązek wobec narodu i świata”.
Sytuacja pozostawała napięta. MSW oceniało, że mobilizacja członków Solidarności przypomina przygotowania do konfrontacji, być może do strajku generalnego. Sytuację pogarszał fakt, że w tym czasie odbywały się manewry wojsk Układu Warszawskiego. Wystarczyła iskra, a sytuacja wymknęłaby się spod kontroli. Obie strony poszukiwały kompromisu. Wałęsa spotkał się z Jaruzelskim.
Obaj dążyli do uspokojenia sytuacji, odżegnywali się od sięgnięcia po najgroźniejszą broń w arsenale. Rząd miał powstrzymać się od wprowadzenia stanu wojennego, związek miał nie zarządzać strajku generalnego. „Kłopot polegał jednak na tym – wskazywał Andrzej Paczkowski – iż ani jeden, ani drugi z rozmówców nie był samodzierżcą w swoim obozie”. Stało się to szczególnie widoczne w czasie posiedzenia Krajowej Komisji Porozumiewawczej, na której ustalano strategię Solidarności.
Strajk ostrzegawczy
Karol Modzelewski wspominał napiętą atmosferę tamtego posiedzenia:
Na sali obrad panowała temperatura wrzenia i nieufność wobec Wałęsy oraz doradców podejrzewanych o ugodowe nastawianie wobec rządu i manipulatorskie intencje. Większość parła do niezwłocznego proklamowania strajku generalnego.
W głosowaniu zdecydowano, że 27 marca odbędzie się strajk ostrzegawczy, traktowany jako próba przed zaplanowanym na 31 marca strajkiem generalnym. Jedynym ustępstwem, jakie udało się wynegocjować Wałęsie i umiarkowanej części kierownictwa, było zastrzeżenie, że akcja zostanie odwołana w przypadku zawarcia porozumienia z rządem.
Strajk ostrzegawczy był manifestacją siły związku. Krzysztof Osiński i Jarosław Rybarczyk oceniali, że „do protestu przystąpiły przede wszystkim załogi największych zakładów pracy, w mniejszym zakresie strajkowały zaś małe i średnie przedsiębiorstwa”. Jednak nawet szacunki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wskazywały na to, że w proteście wzięło udział około 2,6 miliona pracowników. Inne źródła podawały jeszcze wyższe szacunki. Niezależnie od tego, ile osób ostatecznie się przyłączyło, był to największy strajk w historii Solidarności.
Komitet Centralny z niepokojem odnotował, że w proteście brali udział liczni członkowie PZPR. Poparcie odzwierciedlały badania opinii publicznej: „Po niemal powszechnie aprobowanych strajkach na Wybrzeżu z sierpnia 1980 r. społeczna akceptacja następnych strajków wykazywała pewną tendencję spadkową” – pisano w raporcie OBOP. „Strajk ostrzegawczy z 27 marca br. zyskał ponownie wyższą akceptację opinii publicznej”. Za usprawiedliwiony uznało go 73 procent badanych, a 85 procent oceniało, że Solidarność starała się rozwiązać sytuację konfliktową bez sięgania po broń strajkową. W odbiorze społecznym odpowiedzialność za eskalację sporu spoczywała więc na władzach.
Rząd i Solidarność ponownie zasiadły do rozmów 30 marca, na dzień przed planowanym strajkiem generalnym. Lech Wałęsa i jego najbliżsi współpracownicy znaleźli się w sytuacji szczególnie trudnej. W całym kraju krążyły pogłoski o możliwej interwencji wojsk Układu Warszawskiego, a kierownictwo partyjne wykorzystywało to zagrożenie jako istotny argument w toczonych negocjacjach.
Atmosferę presji dobrze oddaje wspomnienie Tadeusza Mazowieckiego, wówczas doradcy kierownictwa związku. Relacjonował on swoją rozmowę z wicepremierem Rakowskim: „powiedział [...], że może nadejść moment, kiedy nie będziemy obaj [z Rakowskim] internowani, tylko obaj rozwaleni”. W czasie spotkania delegacji Solidarności z członkami ekipy rządowej padły sugestie, że jeżeli nie dojdzie do porozumienia, władze zastosują „rozwiązanie siłowe”.
Nad przepaścią
Liderzy Solidarności podejmowali decyzje pod silną presją, świadomi politycznej odpowiedzialności, jaka na nich spoczywała. Ostatecznie rozmowy zakończyły się kompromisem, nazwanym później „porozumieniem warszawskim”. Rząd zobowiązał się do „pełnego przedstawienia wydarzeń w Bydgoszczy w telewizji przez przedstawicieli Solidarności”, a także do przeprowadzenia śledztwa „mającego na celu ustalenie i pociągnięcie do odpowiedzialności karnej sprawców pobicia”. Zapowiedziano również podjęcie prac nad ustawą umożliwiającą legalizację związków zawodowych rolników indywidualnych – kwestii, od której rozpoczął się cały konflikt. Był to wymierny sukces Solidarności.
Sposób zakończenia kryzysu wywołał jednak poważne kontrowersje wewnątrz związku. Krytycy podnosili, że decyzja o odwołaniu strajku generalnego nie została przegłosowana przez Krajową Komisję Porozumiewawczą, co oznaczało naruszenie zasad wewnętrznej demokracji. Obrady KKP w dniach 31 marca – 1 kwietnia 1981 roku miały wyjątkowo burzliwy przebieg. Lecha Wałęsę oskarżano niemal o zapędy dyktatorskie. W geście protestu Karol Modzelewski zrezygnował z funkcji rzecznika prasowego Solidarności. Do dymisji podał się również wiceprzewodniczący związku Andrzej Gwiazda, jednak jego rezygnacja nie została przyjęta.
Po latach Karol Modzelewski zwracał uwagę na społeczne konsekwencje odwołania strajku generalnego:
W momencie strajku ostrzegawczego 27 marca 1981 r. Solidarność była u szczytu potęgi, a obóz rządzący tracił poparcie własnej bazy i znajdował się w politycznym osamotnieniu. Był to kulminacyjny moment rewolucji. My, działacze z regionów, biwakujący w fabrykach wytypowanych na flagowe okręty wielkiego strajku, czuliśmy niemal fizycznie determinację otaczającej nas i gotowej pójść za nami rzeszy robotników […]. Dla tych ludzi, gotujących się do największej bitwy swojego życia, rozkaz demobilizacji musiał być wstrząsem, zwłaszcza że decyzję tę podjęto za ich plecami w trybie sprzecznym z ustaleniami sprzed paru dni.
W jego ocenie odwołanie największej w historii Solidarności mobilizacji osłabiło morale części działaczy i zmieniło dynamikę relacji między społeczeństwem a władzą. Był to moment, w którym Solidarność zobaczyła pełnię własnej siły i zarazem granice swojej sprawczości w obowiązujących realiach geopolitycznych. Władza ustąpiła taktycznie, związek – odpowiedzialnie lub zachowawczo – wycofał się z konfrontacji. Utraconej inicjatywy nie odzyskał już aż do wprowadzenia stanu wojennego.