Sławomir Mrożek – kowboj i dadaista
czas czytania:
Był trudniejszy do tłumaczenia niż najbardziej hermetyczni poeci, bo odwoływał się do tkanki dowcipu, lokalnych absurdów i osobliwości. Pomimo to trafił na sceny całego świata, stając się jednym z najbardziej znanych polskich pisarzy XX wieku. Gorzkawy, ironiczny, bezwzględny wobec siebie: Sławomir Mrożek.
Noty encyklopedyczne, porządkując liczne dokonania Sławomira Mrożka określają go, obok zaszczytnych tytułów „dramatopisarza”, „eseisty” i „rysownika”, również mianem „satyryka”. Zawsze budziło to mój sprzeciw, poczucie głębokiego niedopasowania terminu do rzeczywistych dokonań. „Satyryk” w realiach komunistycznej Polski był zazwyczaj osobą budzącą niesmak i politowanie: wobec rygorystycznych zapisów cenzury i monopolu wydawniczego państwa zmuszony był milczeć o łamaniu prawa i opresyjnych rządach. Zamiast tego w kółko piętnował te same, dozwolone przez cenzurę przywary społeczne, czyli lenistwo biurokratów, opryskliwość kelnerów, rozpustę, bumelanctwo i dewocję, z czasem, gdy sytuacja materialna Polaków się poprawiła, uzupełniając to jeszcze o piractwo drogowe. Tego rodzaju „satyrycy”, sami nie wiedząc, czy na dobrą sprawę są twórcami, czy wysuniętą szpicą frontu propagandowego, nierzadko po jakimś czasie zapijali się z goryczy na śmierć. Chyba, że warstwa ochronna samozachwytu okazała się silniejsza – wówczas żyli wygodnie do końca swoich dni.
Sławomir Mrożek miał dwa debiuty. Pierwszy, 20-letniego reportera-propagandzisty, miał miejsce w roku 1950, w apogeum stalinizmu: był to reportaż „Młode miasto”, poświęcony budowniczym Nowej Huty, komunistycznego kombinatu metalurgicznego na obrzeżach Krakowa. Propagandowy, spiżowy tekst nie był już później wznawiany, ale nie dlatego by autor, wzorem wielu literatów, po latach wyparł się swojego zaangażowania – albo przemilczając je w czambuł, albo dokonawszy w latach tzw. odwilży, czyli w roku 1956 i okolicach, rytualnych przeprosin. Nie: rozliczenie Mrożka ze swoim zaangażowaniem w komunizm, jakiego dokonał po latach na stronach autobiografii „Baltazar” jest może najuczciwszym, najbardziej bezwzględnym, jakiego dokonano w polskiej literaturze. Po prostu, tamten reportaż, choć cieszył się kilkutygodniowym rozgłosem i dał dwudziestolatkowi posadę w dzienniku, z perspektywy czasu nie różni się od innych właściwych epoce. Bombastyczny, choć z ładną kadencją zdań, doskonale bezosobowy. „Między dwoma brzegami – rokiem 1949 i 1955 – rozpięto już olbrzymi most na sześciu przęsłach: świetną konstrukcję planu sześcioletniego” – te słowa mógłby napisać prawie każdy młody, zdolny.
Na tym nie koniec wiwisekcji.
W ten sposób Mrożek po latach rozliczył się ze swoim zaangażowaniem, zabierając zarazem głos w żywej i spornej do dziś kwestii tego, na ile istotny dla akcesu do obozu władzy komunistycznej była ideowa fascynacja marksizmem i ideą „konieczności historycznej”, historical inevtability Isaiaha Berlina. Nie było – twierdzi Mrożek – fascynacji Heglem. Była fascynacja potęgą, nieuchronnością – a jednocześnie złożone gry ambicji, samozachwytu i marzenie o zakorzenieniu w powojennym grząskim gruncie.
Drugi debiut Mrożka miał miejsce trzy lata później – tom opowiadań „Półpancerze praktyczne” zobaczył światło dzienne w 1953. Prawdopodobnie zawiązanie fabuły tytułowego opowiadania kazało kolejnym autorom podręczników i encyklopedystom przykleić autorowi łatkę „satyryka”. Opowiadanie było bowiem na pozór pogodną satyrą na niedostatki centralnie sterowanego handlu, który nie był przecież zainteresowany czymś takim, jak rzeczywisty popyt, nie znał takich zjawisk jak reklama czy badanie rynku. W dużym miejskim sklepie pojawia się „z Centrali” transport półpancerzy – czyli tłoczonego ze stali elementu zbroi niezbędnego XVII-wiecznym husarzom, chcącym osłonić się przed wymierzoną w ich pierś strzałą czy kopią, lecz doskonale niepotrzebnego nikomu w trzysta lat później. Ekspedienci są w nie lada kłopocie – towar przysłany przez Centralę trzeba wszak sprzedać! Rzecz kończy się jednak happy endem: dzięki odwołaniu się do snobizmu, ciułactwa i zapobiegliwości ludzkiej udało się stworzyć absurdalną „modę” na noszenie półpancerzy, które rozsprzedano w mgnieniu oka.
23-letni Mrożek nie słyszał prawdopodobnie o nadrealistach ani o dadaistach – ale koncept, na którym zostało zbudowane całe opowiadanie, czyli pudło napierśników pojawiające się w szarym i pustym sklepie odzieżowym połowy lat 50. ma w sobie moc pierwszych ready-mades Marcela Duchampa. Kilka innych opowiadań w tym samym zbiorku w równie drapieżny sposób ukazuje czysty, nieograniczany niczym absurd egzystencji, nieprzystawalność zachowań, słów i stylów do rzeczywistych sytuacji. To się czytało, zwłaszcza, że w kilka lat po „Półpancerzach…” zbiorów opowiadań, powieści i sztuk Mrożka było już tuzin. Zabawna i wieloznaczna jest myśl, że różnych odbiorców śmieszyło w tych tekstach co innego. Czytelnicy polscy, którzy nie mieli ani możliwości (cenzura!), ani cierpliwości, by czytać powstające na Zachodzie analizy, wskazujące na elementarny brak racjonalności w życiu społecznym czy gospodarczym realnego socjalizmu, otrzymywali w opowiadaniach i sztukach pisarza sugestię tego stanu rzeczy. Sugestię na tyle czytelną, że szczególnie jaskrawe absurdy codzienności określano przez wiele lat frazą „To jest jak z Mrożka”.
Krytycy i reżyserzy w krajach położonych po drugiej stronie żelaznej kurtyny wpisali dokonania dramaturga w nurt „teatru absurdu”, zestawiając go z Ionesco, Beckettem czy Toporem – i wystawiając jego sztuki na tych samych scenach. Największą karierę zrobiło „Tango”, już w dwa lata po opublikowaniu w Polsce (1964) wystawiane przez Royal Shakespeare Company, grane na największych scenach i festiwalach teatralnych świata przez kolejnych kilkadziesiąt lat. W swoim kraju współtworzył więc język potoczny, jego nazwisko stało się częścią obiegowej frazy, natomiast w świecie ceniono go jako twórcę awangardowego, opisującego nowe doświadczenia.
Każdy rodzi się samorodnym talentem i nie sposób wyprowadzić estetyki i filozofii Mrożka z jego rodowodu czy „tła historycznego”. Można jednak zastanowić się przez chwilę nad tym, w jaki sposób doświadczał, już jako dziecko, dramatów historii. Urodził się przed 90 laty w gospodarnej wiosce w Małopolsce, w rodzinie chłopsko-urzędniczej, podzielonej pochodzeniem i aspiracjami. Synowie takich rodzin grawitowali zwykle ku uczelniom, redakcjom i wydawcom odległego o kilkadziesiąt kilometrów Krakowa. Najważniejsza polska sztuka teatralna XX wieku, czyli „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego z roku 1901, traktuje właśnie o takim zderzeniu w jednej izbie, na jednej uroczystości rodzinnej panów (surdut, cwikier) i chłopów (sukmana, pawie piórko u czapki). Jedni i drudzy zasilą za pół wieku imaginarium Mrożka, na stałe wejdą do rysowanego przezeń korowodu absurdalnych postaci.
Sam Mrożek nie stał się jednak częścią panoramy „Wesela”. Już koniec jego dzieciństwa przypadł
na czas II wojny światowej, w trakcie której doszło do odwrócenia wielu hierarchii. Przemiana ta kontynuowana była po roku 1945, gdy nowe władze w Polsce postanowiły, zgodnie z doktryną, forsownie industrializować kraj i zmieniać jego strukturę społeczną. Mrożek w Krakowie końca lat 40., z rodziny rozbitej za sprawą wczesnej śmierci matki pisarza, bezradnej wobec spowodowanej wojną nędzy, był, mówiąc kolokwialnie, „do wzięcia”. I nie przypadkiem otrzymał zaproszenie do napisania reportażu z wielkiej budowy socjalizmu w Nowej Hucie.
Dociekliwość i dystans uchroniły go od tego zaangażowania – jak i od wielu kolejnych. Zastanawiając się nad jego dorobkiem i drogą życiową w kilka lat po jego śmierci łatwiej zauważyć, jak duży dystans zachowywał wobec swoich dokonań, jak kwestionował wszelkie próby bardziej heroicznej o nim narracji. Dystans osobisty to jedno – wielu ludzi ceni go sobie, co nie przeszkadza im rozwijać pawiego ogona w tekstach i wywiadach. Mrożek, ze swoją powściągliwością, półsłówkami i niechęcią do dzielenia się anegdotami ze swojego życia był udręką dla dziennikarzy, biografów i entuzjastycznych uczestników życia towarzyskiego. Milczał na rautach, o niektórych ciężkich doświadczeniach rodzinnych opowiedział dopiero we wspomnianej wyżej autobiografii; o innych nigdy. Kilkuzdaniowy „List otwarty”, opublikowany 28 sierpnia 1968 roku, w którym Mrożek protestował przeciw agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację był najkrótszy wśród publikowanych w tym czasie przez polskich intelektualistów, którzy mieli kontakt z mediami w wolnym świecie, oświadczeń:
Żadnych wielkich słów, żadnych odwołań do wielkich tekstów kultury, żadnego podkreślania roli swojego „ja”. Tych sześć zdań (za które Mrożek zapłacił zresztą kilkuletnim zakazem wjazdu do kraju i zdjęciem jego sztuk (w tym „Tanga”) ze sceny w Polsce i wszystkich pozostałych krajach obozu socjalistycznego były takie, jak większość jego deklaracji w sprawach publicznych: skromne, ale stanowcze. Rzekłbyś – stereotypowy rewolwerowiec, nie intelektualista. „Cnoty kowbojskie” cenił zresztą bardzo, podobnie jak Leopold Tyrmand, inny emigrant z PRL, z którym Mrożek przyjaźnił się i korespondował przez wiele lat. „Umarł jakby rażony kulą w serce. Tak, jak umierali szeryfowie w starych, dobrych amerykańskich westernach” – napisał w 1985 roku, w epitafium po śmierci Tyrmanda.
Niecodzienną, pozornie ambiwalentną postawę „skromnej dumy” zachowywał również, komentując
w rzadkich wywiadach swoje rosnące z latami dzieło. Nigdy nie udało się go pochwycić na narcyzmie, celebrowaniu swojego dzieła czy usprawiedliwianiu swoich młodzieńczych zaangażowań. Deklarował się jako „rzemieślnik”, wykonujący swoją pracę możliwie zgrabnie i celnie. Ta niezależność i skromność pozwoliła mu zarazem w jednakowym stopniu akceptować swoje utwory z różnych półek, od hermetycznych dramatów po rysowane najprostszą możliwą kreską żarciki rysunkowe z jednozdaniową pointą.
Sławomir Mrożek miał dwa debiuty. Pierwszy, 20-letniego reportera-propagandzisty, miał miejsce w roku 1950, w apogeum stalinizmu: był to reportaż „Młode miasto”, poświęcony budowniczym Nowej Huty, komunistycznego kombinatu metalurgicznego na obrzeżach Krakowa. Propagandowy, spiżowy tekst nie był już później wznawiany, ale nie dlatego by autor, wzorem wielu literatów, po latach wyparł się swojego zaangażowania – albo przemilczając je w czambuł, albo dokonawszy w latach tzw. odwilży, czyli w roku 1956 i okolicach, rytualnych przeprosin. Nie: rozliczenie Mrożka ze swoim zaangażowaniem w komunizm, jakiego dokonał po latach na stronach autobiografii „Baltazar” jest może najuczciwszym, najbardziej bezwzględnym, jakiego dokonano w polskiej literaturze. Po prostu, tamten reportaż, choć cieszył się kilkutygodniowym rozgłosem i dał dwudziestolatkowi posadę w dzienniku, z perspektywy czasu nie różni się od innych właściwych epoce. Bombastyczny, choć z ładną kadencją zdań, doskonale bezosobowy. „Między dwoma brzegami – rokiem 1949 i 1955 – rozpięto już olbrzymi most na sześciu przęsłach: świetną konstrukcję planu sześcioletniego” – te słowa mógłby napisać prawie każdy młody, zdolny.
„Ten tekst był arcydziełem złego pisania, czyli pisania nieprawdy – wymierzy Mrożek sprawiedliwość sobie samemu po ponad pół wieku. – Chodziłem, usiłując nabyć oko reportera. Wpatrywałem się w kopiących rowy junaków ze Służby Polsce, rozebranych do pasa – bo pogoda była jak marzenie – w spłowiałych, jednakowych furażerkach i takich samych szerokich spodniach. Ale nie znalazłem w nich nic ciekawego ani szczególnego. […] Z pewną ulgą wróciłem do Krakowa tą samą ciężarówką […] A jednak w parę dni później napisałem mój reportaż i sam się zachwyciłem tym, jaki byłem zdolny. Napisałem go na zasadzie totalnego, symetrycznego odwrócenia tego, czego nie lubiłem najbardziej, na to, co rzekomo lubiłem. A zadziwiające jest to, że napisałem ten reportaż bez odrobiny cynizmu”.
Na tym nie koniec wiwisekcji.
„W wiele lat później – dodaje dramaturg w tym samym szkicu – już na emigracji oglądałem telewizję. Była to historyczna już emisja filmu Leni Riefenstahl o Hitlerze sprzed wojny, na cześć którego urządzono Parteitag w Norymberdze. Nagle nadstawiłem uszu i odkryłem dalekie echa tamtego czasu. Junacy, jeszcze nie żołnierze, ale już młodzi ludzie, w sportowych podkoszulkach, maszerowali kamie, bez broni, ale z łopatami. Nastrój uroczysty i poważny, w przededniu wydarzeń o niesłychanej wadze, ale na razie cicho, sza. Coś mi on przypomniał. Nieznośna dętość tego wszystkiego była śmieszna i odrażająca”.
W ten sposób Mrożek po latach rozliczył się ze swoim zaangażowaniem, zabierając zarazem głos w żywej i spornej do dziś kwestii tego, na ile istotny dla akcesu do obozu władzy komunistycznej była ideowa fascynacja marksizmem i ideą „konieczności historycznej”, historical inevtability Isaiaha Berlina. Nie było – twierdzi Mrożek – fascynacji Heglem. Była fascynacja potęgą, nieuchronnością – a jednocześnie złożone gry ambicji, samozachwytu i marzenie o zakorzenieniu w powojennym grząskim gruncie.
Drugi debiut Mrożka miał miejsce trzy lata później – tom opowiadań „Półpancerze praktyczne” zobaczył światło dzienne w 1953. Prawdopodobnie zawiązanie fabuły tytułowego opowiadania kazało kolejnym autorom podręczników i encyklopedystom przykleić autorowi łatkę „satyryka”. Opowiadanie było bowiem na pozór pogodną satyrą na niedostatki centralnie sterowanego handlu, który nie był przecież zainteresowany czymś takim, jak rzeczywisty popyt, nie znał takich zjawisk jak reklama czy badanie rynku. W dużym miejskim sklepie pojawia się „z Centrali” transport półpancerzy – czyli tłoczonego ze stali elementu zbroi niezbędnego XVII-wiecznym husarzom, chcącym osłonić się przed wymierzoną w ich pierś strzałą czy kopią, lecz doskonale niepotrzebnego nikomu w trzysta lat później. Ekspedienci są w nie lada kłopocie – towar przysłany przez Centralę trzeba wszak sprzedać! Rzecz kończy się jednak happy endem: dzięki odwołaniu się do snobizmu, ciułactwa i zapobiegliwości ludzkiej udało się stworzyć absurdalną „modę” na noszenie półpancerzy, które rozsprzedano w mgnieniu oka.
23-letni Mrożek nie słyszał prawdopodobnie o nadrealistach ani o dadaistach – ale koncept, na którym zostało zbudowane całe opowiadanie, czyli pudło napierśników pojawiające się w szarym i pustym sklepie odzieżowym połowy lat 50. ma w sobie moc pierwszych ready-mades Marcela Duchampa. Kilka innych opowiadań w tym samym zbiorku w równie drapieżny sposób ukazuje czysty, nieograniczany niczym absurd egzystencji, nieprzystawalność zachowań, słów i stylów do rzeczywistych sytuacji. To się czytało, zwłaszcza, że w kilka lat po „Półpancerzach…” zbiorów opowiadań, powieści i sztuk Mrożka było już tuzin. Zabawna i wieloznaczna jest myśl, że różnych odbiorców śmieszyło w tych tekstach co innego. Czytelnicy polscy, którzy nie mieli ani możliwości (cenzura!), ani cierpliwości, by czytać powstające na Zachodzie analizy, wskazujące na elementarny brak racjonalności w życiu społecznym czy gospodarczym realnego socjalizmu, otrzymywali w opowiadaniach i sztukach pisarza sugestię tego stanu rzeczy. Sugestię na tyle czytelną, że szczególnie jaskrawe absurdy codzienności określano przez wiele lat frazą „To jest jak z Mrożka”.
Krytycy i reżyserzy w krajach położonych po drugiej stronie żelaznej kurtyny wpisali dokonania dramaturga w nurt „teatru absurdu”, zestawiając go z Ionesco, Beckettem czy Toporem – i wystawiając jego sztuki na tych samych scenach. Największą karierę zrobiło „Tango”, już w dwa lata po opublikowaniu w Polsce (1964) wystawiane przez Royal Shakespeare Company, grane na największych scenach i festiwalach teatralnych świata przez kolejnych kilkadziesiąt lat. W swoim kraju współtworzył więc język potoczny, jego nazwisko stało się częścią obiegowej frazy, natomiast w świecie ceniono go jako twórcę awangardowego, opisującego nowe doświadczenia.
Każdy rodzi się samorodnym talentem i nie sposób wyprowadzić estetyki i filozofii Mrożka z jego rodowodu czy „tła historycznego”. Można jednak zastanowić się przez chwilę nad tym, w jaki sposób doświadczał, już jako dziecko, dramatów historii. Urodził się przed 90 laty w gospodarnej wiosce w Małopolsce, w rodzinie chłopsko-urzędniczej, podzielonej pochodzeniem i aspiracjami. Synowie takich rodzin grawitowali zwykle ku uczelniom, redakcjom i wydawcom odległego o kilkadziesiąt kilometrów Krakowa. Najważniejsza polska sztuka teatralna XX wieku, czyli „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego z roku 1901, traktuje właśnie o takim zderzeniu w jednej izbie, na jednej uroczystości rodzinnej panów (surdut, cwikier) i chłopów (sukmana, pawie piórko u czapki). Jedni i drudzy zasilą za pół wieku imaginarium Mrożka, na stałe wejdą do rysowanego przezeń korowodu absurdalnych postaci.
Sam Mrożek nie stał się jednak częścią panoramy „Wesela”. Już koniec jego dzieciństwa przypadł
na czas II wojny światowej, w trakcie której doszło do odwrócenia wielu hierarchii. Przemiana ta kontynuowana była po roku 1945, gdy nowe władze w Polsce postanowiły, zgodnie z doktryną, forsownie industrializować kraj i zmieniać jego strukturę społeczną. Mrożek w Krakowie końca lat 40., z rodziny rozbitej za sprawą wczesnej śmierci matki pisarza, bezradnej wobec spowodowanej wojną nędzy, był, mówiąc kolokwialnie, „do wzięcia”. I nie przypadkiem otrzymał zaproszenie do napisania reportażu z wielkiej budowy socjalizmu w Nowej Hucie.
Dociekliwość i dystans uchroniły go od tego zaangażowania – jak i od wielu kolejnych. Zastanawiając się nad jego dorobkiem i drogą życiową w kilka lat po jego śmierci łatwiej zauważyć, jak duży dystans zachowywał wobec swoich dokonań, jak kwestionował wszelkie próby bardziej heroicznej o nim narracji. Dystans osobisty to jedno – wielu ludzi ceni go sobie, co nie przeszkadza im rozwijać pawiego ogona w tekstach i wywiadach. Mrożek, ze swoją powściągliwością, półsłówkami i niechęcią do dzielenia się anegdotami ze swojego życia był udręką dla dziennikarzy, biografów i entuzjastycznych uczestników życia towarzyskiego. Milczał na rautach, o niektórych ciężkich doświadczeniach rodzinnych opowiedział dopiero we wspomnianej wyżej autobiografii; o innych nigdy. Kilkuzdaniowy „List otwarty”, opublikowany 28 sierpnia 1968 roku, w którym Mrożek protestował przeciw agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację był najkrótszy wśród publikowanych w tym czasie przez polskich intelektualistów, którzy mieli kontakt z mediami w wolnym świecie, oświadczeń:
„Jestem pisarzem polskim, nie emigrantem, członkiem Związku Literatów Polskich. Wobec czynnego udziału Rządu PRL w zbrojnej agresji na Czeską Socjalistyczną Republikę Ludową i okupacji wojskowej tego kraju, oświadczam, co następuje: Protestuję przeciwko tej akcji. Jestem solidarny ze wszystkimi Czechami i Słowakami, którzy się tej akcji sprzeciwiają. Szczególnie z moimi towarzyszami, pisarzami czeskimi i słowackimi, którzy są prześladowani i więzieni”.
Żadnych wielkich słów, żadnych odwołań do wielkich tekstów kultury, żadnego podkreślania roli swojego „ja”. Tych sześć zdań (za które Mrożek zapłacił zresztą kilkuletnim zakazem wjazdu do kraju i zdjęciem jego sztuk (w tym „Tanga”) ze sceny w Polsce i wszystkich pozostałych krajach obozu socjalistycznego były takie, jak większość jego deklaracji w sprawach publicznych: skromne, ale stanowcze. Rzekłbyś – stereotypowy rewolwerowiec, nie intelektualista. „Cnoty kowbojskie” cenił zresztą bardzo, podobnie jak Leopold Tyrmand, inny emigrant z PRL, z którym Mrożek przyjaźnił się i korespondował przez wiele lat. „Umarł jakby rażony kulą w serce. Tak, jak umierali szeryfowie w starych, dobrych amerykańskich westernach” – napisał w 1985 roku, w epitafium po śmierci Tyrmanda.
Niecodzienną, pozornie ambiwalentną postawę „skromnej dumy” zachowywał również, komentując
w rzadkich wywiadach swoje rosnące z latami dzieło. Nigdy nie udało się go pochwycić na narcyzmie, celebrowaniu swojego dzieła czy usprawiedliwianiu swoich młodzieńczych zaangażowań. Deklarował się jako „rzemieślnik”, wykonujący swoją pracę możliwie zgrabnie i celnie. Ta niezależność i skromność pozwoliła mu zarazem w jednakowym stopniu akceptować swoje utwory z różnych półek, od hermetycznych dramatów po rysowane najprostszą możliwą kreską żarciki rysunkowe z jednozdaniową pointą.
„Wielokrotnie podkreślano niesłychaną, niemal niepojętą i trudną do ogarnięcia skalę jego twórczych możliwości – napisał o Mrożku jego krakowski przyjaciel i badacz jego twórczości, prof. Tadeusz Nyczek: – „Bo to i rysunki, którym pozostał wierny chyba najdłużej; i groteskowo-filozofująca proza, […]; i dramaty, najsłynniejsza część dorobku; i scenariusze filmowe, z których dwa zrealizował sam jako reżyser; i publicystyka eseistyczno-felietonowa najwyższej znów próby, i nawet błahostki, zabawki literackie, jak głośne w stanie wojennym »Donosy«, wydane potem w Londynie w 1983. Natomiast rok 2004 to odkrycie Mrożka epistolografa. [...] Wszystko razem składa się na niezwykły doprawdy portret autorski. Nawet nie idzie o to, że Mrożek potrafi z równą biegłością napisać znakomity analityczny esej o »Popiele i diamencie«, co komedię filozoficzną o trzech głodomorach na tratwie. Chodzi o pewien wewnętrzny akt odwagi, pański gest wolnego twórcy: proszę, stać mnie i na to - podpisywać własnym nazwiskiem rzeczy zarówno najpoważniejsze, co najbłahsze”.
dr Wojciech Stanisławski