Google Arts & Culture
Polowanie
na „Solidarność”
czas czytania:
Była noc z 12 na 13 grudnia 1981 roku. W Stoczni Gdańskiej im. Lenina dobiegały właśnie końca obrady Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Nagle wśród uczestników zebrania rozeszła się informacja, że przestały działać teleksy i telefony. Około północy Lech Wałęsa i Andrzej Krupiński zamknęli posiedzenie. Związkowi delegaci zaczęli się rozchodzić. Nie wiedzieli, że w całej Polsce zaczął się stan wojenny.
Długa noc Generała
Obrady Komisji Krajowej w Gdańsku stanowiły dla Służby Bezpieczeństwa prawdziwą gratkę, gdyż w przeddzień wprowadzenia stanu wojennego praktycznie całe kierownictwo „Solidarności” zgromadziło się w jedynym miejscu. Wystarczyło otoczyć stocznię i aresztować delegatów. Plan zatrzymania kierownictwa związku Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przygotowywało zresztą już od dawna. Operacji nadano kryptonim „Jodła”. Przygotowując się do jej realizacji, gdańska Służba Bezpieczeństwa opracowała osobny plan aresztowania członków Komisji Krajowej – o kryptonimie „Mewa”.
Na kilka godzin przed wprowadzeniem stanu wojennego założenia operacji „Mewa” zreferował swoim podwładnym płk Sylwester Paszkiewicz. Plan miał dwa warianty: ryzykowny i ostrożny. Wariant ryzykowny zakładał przerwanie obrad Komisji Krajowej i bezpośredni atak na stocznię. Wariant ostrożny zakładał natomiast odczekanie do końca obrad i wyłapanie działaczy związkowych w domach i hotelach.
Z zachowanych dokumentów wynika, że do realizacji „Mewy” skierowano ponad 1300 funkcjonariuszy MO i SB, co dawało proporcję trzynastu funkcjonariuszy MSW na jednego członka Komisji Krajowej. Świadczyło to znaczeniu, jakie przywiązywały do tej operacji władze PRL. Rozmach akcji mógł też oznaczać, że kierownictwo MSW spodziewało się czynnego oporu ze strony działaczy „Solidarności”. Zapewne dlatego płk Paszkiewicz nie odważył się zaatakować stoczni i wybrał ostrożniejszy wariant planu. Z punktu widzenia SB było to rozwiązanie bezpieczniejsze, w rzeczywistości jednak dawało członkom władz związkowych szansę na ucieczkę.
Solidarnościowi delegaci zakwaterowani byli w dwóch hotelach. Trzynaście osób nocowało w gdańskim hotelu Monopol, a dziewięćdziesiąt pięć – w sopockim Grand Hotelu. W tym miejscu wypada doprecyzować, że Komisja Krajowa liczyła 107, a nie 108 członków, a część delegatów w ogóle nie nocowała w hotelach, gdyż na co dzień mieszkała w Trójmieście. SB wyłapywała ich oddzielnie w ramach akcji „Jodła”.
Plan akcji „Mewa” był dość prosty. Milicjanci mieli otoczyć hotele, a następnie wejść do środka, opanować korytarze i centrale telefoniczne. Potem miały się zacząć aresztowania. Akcją w Monopolu dowodził mjr Ryszard Berdys, aresztowaniami w Grand Hotelu – mjr Zdzisław Sobański.
Akcję w Monopolu rozpoczęto około godziny 2.00 i trwała ona do godziny 3.15. W jej trakcie zatrzymano m.in. wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej Stanisława Wądołowskiego i członka prezydium Komisji Krajowej Janusza Onyszkiewicza.
Na kilka godzin przed wprowadzeniem stanu wojennego założenia operacji „Mewa” zreferował swoim podwładnym płk Sylwester Paszkiewicz. Plan miał dwa warianty: ryzykowny i ostrożny. Wariant ryzykowny zakładał przerwanie obrad Komisji Krajowej i bezpośredni atak na stocznię. Wariant ostrożny zakładał natomiast odczekanie do końca obrad i wyłapanie działaczy związkowych w domach i hotelach.
Z zachowanych dokumentów wynika, że do realizacji „Mewy” skierowano ponad 1300 funkcjonariuszy MO i SB, co dawało proporcję trzynastu funkcjonariuszy MSW na jednego członka Komisji Krajowej. Świadczyło to znaczeniu, jakie przywiązywały do tej operacji władze PRL. Rozmach akcji mógł też oznaczać, że kierownictwo MSW spodziewało się czynnego oporu ze strony działaczy „Solidarności”. Zapewne dlatego płk Paszkiewicz nie odważył się zaatakować stoczni i wybrał ostrożniejszy wariant planu. Z punktu widzenia SB było to rozwiązanie bezpieczniejsze, w rzeczywistości jednak dawało członkom władz związkowych szansę na ucieczkę.
Solidarnościowi delegaci zakwaterowani byli w dwóch hotelach. Trzynaście osób nocowało w gdańskim hotelu Monopol, a dziewięćdziesiąt pięć – w sopockim Grand Hotelu. W tym miejscu wypada doprecyzować, że Komisja Krajowa liczyła 107, a nie 108 członków, a część delegatów w ogóle nie nocowała w hotelach, gdyż na co dzień mieszkała w Trójmieście. SB wyłapywała ich oddzielnie w ramach akcji „Jodła”.
Plan akcji „Mewa” był dość prosty. Milicjanci mieli otoczyć hotele, a następnie wejść do środka, opanować korytarze i centrale telefoniczne. Potem miały się zacząć aresztowania. Akcją w Monopolu dowodził mjr Ryszard Berdys, aresztowaniami w Grand Hotelu – mjr Zdzisław Sobański.
Akcję w Monopolu rozpoczęto około godziny 2.00 i trwała ona do godziny 3.15. W jej trakcie zatrzymano m.in. wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej Stanisława Wądołowskiego i członka prezydium Komisji Krajowej Janusza Onyszkiewicza.
Gen. Wojciech Jaruzelski w studiu telewizyjnym przed odczytaniem przemówienia o wprowadzeniu stanu wojennego, 13.12.1981 r. (Wojskowa Agencja Fotograficzna)
Największą akcją przeprowadzoną tej nocy przez MSW były aresztowania w sopockim Grand Hotelu. Wzięło w niej udział co najmniej 948 funkcjonariuszy MO i SB. Jak wspominał Lech Dymarski: „Wychodząc z baru, zderzyłem się z człowiekiem, który bardzo przejęty zapytał, czy jestem z Komisji Krajowej «Solidarności». Po czym poprowadził mnie do frontowego okna, a tam na zewnątrz – sprzętu i ludzi uzbrojonych tyle, jakby odbywały się manewry. [...] Więc spytałem tego człowieka: – Czy tu się da kędyś spieprzyć? I poszliśmy do innego okna, w stronę plaży – tam też desant. Człowiek wtedy odpowiedział spokojnie: – Nie, w tej sytuacji nikt stąd nie ucieknie”.
Przebywający w hotelu związkowcy znaleźli się w potrzasku. „Błyskawicznie znaleźliśmy się na górze – wspominał Krzysztof Czabański. – Widok z okna na plażę nie był zachęcający: łokieć przy łokciu stali milicjanci uzbrojeni po zęby, w hełmach i z wielkimi tarczami”. Hotel był otoczony podwójnym kordonem milicji. Zdaniem Czabańskiego w tej dramatycznej chwili działacze związkowi zastanawiali się tylko nad jednym: ci za oknem to Polacy czy Rosjanie?
Nieco inaczej zapamiętała ten moment hotelowa recepcjonistka Bożena Murawska: „Niektórzy członkowie «Solidarności» zauważyli, że hotel został otoczony. Jeden z nich z telefonu przy recepcji zadzwonił do baru nocnego i opowiadał to komuś ze śmiechem i rozbawieniem. Nikt się tym nie przejął. Bawiono się nadal”.
Przebywający w hotelu związkowcy znaleźli się w potrzasku. „Błyskawicznie znaleźliśmy się na górze – wspominał Krzysztof Czabański. – Widok z okna na plażę nie był zachęcający: łokieć przy łokciu stali milicjanci uzbrojeni po zęby, w hełmach i z wielkimi tarczami”. Hotel był otoczony podwójnym kordonem milicji. Zdaniem Czabańskiego w tej dramatycznej chwili działacze związkowi zastanawiali się tylko nad jednym: ci za oknem to Polacy czy Rosjanie?
Nieco inaczej zapamiętała ten moment hotelowa recepcjonistka Bożena Murawska: „Niektórzy członkowie «Solidarności» zauważyli, że hotel został otoczony. Jeden z nich z telefonu przy recepcji zadzwonił do baru nocnego i opowiadał to komuś ze śmiechem i rozbawieniem. Nikt się tym nie przejął. Bawiono się nadal”.
Lech Dymarski wspominał również: „Wróciłem do baru, gdzie była jeszcze grupa naszych, i zanim zdążyłem potwierdzić informację na ucho Tadeuszowi Mazowieckiemu (który wpierw zareagował słowami: «Co pan powie... a dużo ich jest?»), siedząca przy barze nocna niewiasta przestała chichotać, wypuściła kieliszek z okrzykiem: «O Jezu!» i uciekła. W ciągu minuty na sali została tylko «Solidarność» – nocny element rutynowo zbiegł. W tym czasie powoli, nierówno wygasała orkiestra, ale po krótkim czasie jej trzeźwy lider zarządził: – Grać, jakby się nic nie stało!”. Atmosfera panująca w hotelowym barze zaczynała przypominać ostatnie chwile rejsu Titanica.
„Upływały minuty – wspominał Tadeusz Mazowiecki – a wraz z nimi oswojenie się z sytuacją, która ma nastąpić; takie, jakie następuje w tej krótkiej chwili, kiedy mysz widzi czającego się kota. Do mojego pokoju przyszło kilkanaście osób. […] Siedzieliśmy, czekając na rozwój wypadków. Od czasu do czasu podchodziłem do okna”.
W Grand Hotelu znalazł się też Karol Modzelewski, który po latach wspominał:
„Upływały minuty – wspominał Tadeusz Mazowiecki – a wraz z nimi oswojenie się z sytuacją, która ma nastąpić; takie, jakie następuje w tej krótkiej chwili, kiedy mysz widzi czającego się kota. Do mojego pokoju przyszło kilkanaście osób. […] Siedzieliśmy, czekając na rozwój wypadków. Od czasu do czasu podchodziłem do okna”.
W Grand Hotelu znalazł się też Karol Modzelewski, który po latach wspominał:
Ledwie wszedłem do pokoju, ujrzałem przez okno, jak podjeżdżają nyski i wzdłuż ulicy ustawiają się rzędem milicjanci w mundurach «moro», kaskach i z pistoletami maszynowymi. Rzuciłem się na korytarz, skąd okna wychodziły na plażę, ale tam też zobaczyłem funkcjonariuszy rozstawionych co metr i przytupujących z zimna na śniegu. Zrezygnowany, zajrzałem piętro wyżej do obszernego pokoju Tadeusza Mazowieckiego. Zastałem tam poza gospodarzem spore grono kolegów, którzy z powagą dyskutowali, co też może oznaczać otoczenie hotelu przez ZOMO. Zapytałem, czy ktoś chce wziąć prysznic. Spojrzeli na mnie okrągłymi ze zdumienia oczami i zaprzeczyli. «To może ja» – powiedziałem i wszedłem do łazienki. Nie zachowałem się ładnie wobec kolegów. Z nich wszystkich tylko ja znałem regulamin więzienny i wiedziałem, że łaźnia jest raz na tydzień. Zdążyłem wziąć prysznic, zanim do pokoju weszło ZOMO.
Funkcjonariusze MSW znali rozkład pomieszczeń. Do zatrzymania jednego członka „krajówki” wyznaczono po trzech funkcjonariuszy: esbeka w cywilnym ubraniu i dwóch milicjantów. „Gdy będące w pokoju osoby nie chciały otworzyć drzwi, zagrożono im, że zostaną wyważone. Wtedy to bez oporu drzwi otwierano” – zanotowano w raporcie SB. Jak wspominał Tadeusz Mazowiecki: „Po trzeciej nastąpiło krótkie ostre pukanie w drzwi pokoju i bez czekania na odpowiedź – wejście. Nie umiem już odtworzyć sobie, ilu ich było. W każdym razie w pokoju zaroiło się od umundurowanych, uzbrojonych ludzi, którzy objęli nas kołem i otoczyli. Zjawiło się też kilku cywilnych, z których jeden robił wrażenie wydającego polecenia. Wykonywane czynności wydawały się absurdalne i gdyby nie cała groza sytuacji, byłyby śmieszne: otwieranie szafy, szuflad, balkonu, zaglądanie pod łóżka. Padło nawet bodajże pytanie, czy nie ma ktoś broni”. Po ustaleniu personaliów zaczęto aresztowania.
Założono mi kajdanki – wspominał Mazowiecki – a gruby, wysoki, barczysty milicjant wziął moją torbę i lekko, jakby za rękę mnie podtrzymując, skierował na korytarz ku wyjściu. Tu stali jeden przy drugim uzbrojeni w hełmy wraz z zasłonami, pałki i broń. Im bliżej schodów, tym było ich coraz więcej, coraz gęściej. Szedłem tym szpalerem równo i spokojnie, czułem na sobie ich wzrok. Na dole drzwi «Grand Hotelu» były otwarte; za nimi jako przedłużenie szpaleru, którym mnie prowadzono, widać było zbitych w gromadę, jeden przy drugim, ludzi w hełmach, pośrodku zostawiona droga wolna.
Aresztowanych poprowadzono do samochodów i przewieziono na komendę MO przy ulicy Kurkowej w Gdańsku. Tam umieszczono ich w piwnicy. Jak wspominał Henryk Wujec: „Siedzieliśmy pod ścianami ponurzy, nie wiedząc, co się stanie. W którymś momencie przeszył mnie dreszcz: zobaczyłem sprowadzanego, skutego Mazowieckiego. To przekraczało moją wyobraźnię, wielokrotnie byliśmy zatrzymywani, wsadzani na tzw. dołki, skuci – wiadomo ekstrema, ale Mazowiecki! To prawie tak, jakbym zobaczył Prymasa w kajdankach”.
Nocne aresztowanie było dla wielu działaczy „Solidarności” bolesną traumą, której nierzadko towarzyszył autentyczny lęk o własne życie.
Nocne aresztowanie było dla wielu działaczy „Solidarności” bolesną traumą, której nierzadko towarzyszył autentyczny lęk o własne życie.
Sukces komunistycznej bezpieki?
Realizacja operacji „Mewa” nie obyła się bez pewnych trudności. Wskutek przerwania łączności telefonicznej kierujący obławą w Grand Hotelu mjr Sobański nie otrzymał rozkazu od płk. Paszkiewicza. Jego ludzie czekali na rozkaz i marzli na trzaskającym mrozie. W końcu zniecierpliwiony Sobański podjął samowolną decyzję o rozpoczęciu akcji. Sytuację skomplikował jednak fakt, że personel hotelowy starał się ukryć niektóre osoby. W rezultacie, funkcjonariusze MSW zmuszeni zostali do przeszukania całego hotelu, pokój po pokoju. Wydłużyło to operację aż do godziny 5.15.
Jakie były rezultaty obławy? W zachowanych dokumentach są rozbieżności. Z podsumowania operacji „Mewa”, sporządzonego przez mjr. Kazimierza Kaziszyna, wynika, że aresztowano zaledwie trzydzieści siedem osób spośród stu czternastu figurujących na liście przeznaczonych do internowania. Raporty mjr. Romana Guzikowskiego wspominają zaś o pięćdziesięciu dwóch zatrzymanych osobach, z których zwolniono dziesięć, a czterdzieści dwie internowano. Podobnie było z działaczami związkowymi na stałe zameldowanymi w Trójmieście. W ramach prowadzonej równolegle do „Mewy” akcji „Jodła” planowano aresztować 120 osób, lecz większości z nich nie zastano w domach i funkcjonariuszom MSW udało się zatrzymać tylko około 40 działaczy (m.in. Andrzeja Gwiazdę i Lecha Wałęsę).
Obławę na członków władz „Solidarności” trudno uznać za zwycięstwo bezpieki. Już 13 grudnia 1981 roku o godzinie 3.30 gen. Władysław Ciastoń wysłał do podległych sobie komendantów wojewódzkich MO następujące polecenie: „W związku z tym, że wielu przewidzianych w operacji «Jodła» członków Komisji Krajowej i innych działaczy przebywających w Gdańsku nie udało się dotychczas zatrzymać, należy podjąć działania w celu zatrzymania ich w rejonie miejsca zamieszkania”. Polowanie na „Solidarność” trwało nadal.
Do końca 1981 roku aresztowania uniknęło dwudziestu siedmiu członków „krajówki”. Na wolności przebywało więc przeszło 25 procent składu osobowego najwyższego kierownictwa „Solidarności”. Wśród ukrywających się działaczy znalazło się co najmniej sześciu członków prezydium Komisji Krajowej: Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Andrzej Konarski, Mirosław Krupiński, Eugeniusz Szumiejko i Jan Waszkiewicz. Aresztowania uniknęli przede wszystkim ci działacze, którzy nocą z 12 na 13 grudnia 1981 roku zrezygnowali z noclegu w trójmiejskich hotelach i od razu po zakończeniu obrad w Stoczni Gdańskiej wyjechali do swoich regionów. Część z nich w ostatniej chwili dostała informację o szykującej się obławie. Zbigniew Bujak i Władysław Frasyniuk nie wrócili do Grand Hotelu. Z kolei Eugeniusz Szumiejko i Andrzej Konarski wymknęli się z kotła, zastawionego pod Monopolem. Z ulicznej łapanki w pobliżu stoczni wymknął się Bogdan Lis, który wspominał potem, że nierozpoznany przeszedł tuż obok milicyjnego patrolu z plikiem solidarnościowych dokumentów pod pachą. Ciekawy był też przypadek Zbigniewa Romaszewskiego, który do godziny 5.00 przebywał na dworcu kolejowym w Gdyni. Potem wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy i tuż przed Warszawą wyskoczył z pociągu.
Jakie były rezultaty obławy? W zachowanych dokumentach są rozbieżności. Z podsumowania operacji „Mewa”, sporządzonego przez mjr. Kazimierza Kaziszyna, wynika, że aresztowano zaledwie trzydzieści siedem osób spośród stu czternastu figurujących na liście przeznaczonych do internowania. Raporty mjr. Romana Guzikowskiego wspominają zaś o pięćdziesięciu dwóch zatrzymanych osobach, z których zwolniono dziesięć, a czterdzieści dwie internowano. Podobnie było z działaczami związkowymi na stałe zameldowanymi w Trójmieście. W ramach prowadzonej równolegle do „Mewy” akcji „Jodła” planowano aresztować 120 osób, lecz większości z nich nie zastano w domach i funkcjonariuszom MSW udało się zatrzymać tylko około 40 działaczy (m.in. Andrzeja Gwiazdę i Lecha Wałęsę).
Obławę na członków władz „Solidarności” trudno uznać za zwycięstwo bezpieki. Już 13 grudnia 1981 roku o godzinie 3.30 gen. Władysław Ciastoń wysłał do podległych sobie komendantów wojewódzkich MO następujące polecenie: „W związku z tym, że wielu przewidzianych w operacji «Jodła» członków Komisji Krajowej i innych działaczy przebywających w Gdańsku nie udało się dotychczas zatrzymać, należy podjąć działania w celu zatrzymania ich w rejonie miejsca zamieszkania”. Polowanie na „Solidarność” trwało nadal.
Do końca 1981 roku aresztowania uniknęło dwudziestu siedmiu członków „krajówki”. Na wolności przebywało więc przeszło 25 procent składu osobowego najwyższego kierownictwa „Solidarności”. Wśród ukrywających się działaczy znalazło się co najmniej sześciu członków prezydium Komisji Krajowej: Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Andrzej Konarski, Mirosław Krupiński, Eugeniusz Szumiejko i Jan Waszkiewicz. Aresztowania uniknęli przede wszystkim ci działacze, którzy nocą z 12 na 13 grudnia 1981 roku zrezygnowali z noclegu w trójmiejskich hotelach i od razu po zakończeniu obrad w Stoczni Gdańskiej wyjechali do swoich regionów. Część z nich w ostatniej chwili dostała informację o szykującej się obławie. Zbigniew Bujak i Władysław Frasyniuk nie wrócili do Grand Hotelu. Z kolei Eugeniusz Szumiejko i Andrzej Konarski wymknęli się z kotła, zastawionego pod Monopolem. Z ulicznej łapanki w pobliżu stoczni wymknął się Bogdan Lis, który wspominał potem, że nierozpoznany przeszedł tuż obok milicyjnego patrolu z plikiem solidarnościowych dokumentów pod pachą. Ciekawy był też przypadek Zbigniewa Romaszewskiego, który do godziny 5.00 przebywał na dworcu kolejowym w Gdyni. Potem wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy i tuż przed Warszawą wyskoczył z pociągu.
„Solidarność” za kratami
Aresztowanych związkowców przewożono do ośrodków internowania. W całym kraju było ich około pięćdziesięciu. Wciąż nie sporządzono kompletnej listy osób internowanych w skali całej Polski. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że w samym województwie gdańskim z powodów politycznych internowano co najmniej 373 osoby. W okresie całego stanu wojennego internowano w Polsce około 10 tys. osób. Zamykano jednak nie tylko działaczy związkowych. Wśród internowanych znaleźli się także pospolici przestępcy, a nawet kilkudziesięciu byłych działaczy partyjnych, na czele z byłym I sekretarzem KC PZPR Edwardem Gierkiem i byłym premierem PRL Piotrem Jaroszewiczem.
Czas, jaki internowani spędzali w ośrodkach, bywał bardzo różny. Kierowcę i asystenta Lecha Wałęsy, Mieczysława Wachowskiego, zwolniono już 13 grudnia 1981 r. Jednym z najdłużej internowanych działaczy „Solidarności” był Andrzej Gwiazda, który został aresztowany w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. W kolejnych ośrodkach odosobnienia spędził ponad rok, po czym bez jakiegokolwiek wyroku sądowego przeniesiono go do Centralnego Aresztu Śledczego, z którego wyszedł dopiero na mocy amnestii z 22 lipca 1984 roku. Po latach Gwiazda zwrócił uwagę, że z czasem reżim w obozach internowania został złagodzony, co było efektem zarówno protestów osób internowanych, jak i presji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Mimo to spokój ducha w tak ekstremalnych warunkach potrafiły zachować tylko osoby bardzo silne psychicznie lub zahartowane wcześniejszymi aresztowaniami.
Czas, jaki internowani spędzali w ośrodkach, bywał bardzo różny. Kierowcę i asystenta Lecha Wałęsy, Mieczysława Wachowskiego, zwolniono już 13 grudnia 1981 r. Jednym z najdłużej internowanych działaczy „Solidarności” był Andrzej Gwiazda, który został aresztowany w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku. W kolejnych ośrodkach odosobnienia spędził ponad rok, po czym bez jakiegokolwiek wyroku sądowego przeniesiono go do Centralnego Aresztu Śledczego, z którego wyszedł dopiero na mocy amnestii z 22 lipca 1984 roku. Po latach Gwiazda zwrócił uwagę, że z czasem reżim w obozach internowania został złagodzony, co było efektem zarówno protestów osób internowanych, jak i presji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża. Mimo to spokój ducha w tak ekstremalnych warunkach potrafiły zachować tylko osoby bardzo silne psychicznie lub zahartowane wcześniejszymi aresztowaniami.
Służba Bezpieczeństwa wykorzystywała wszelkie sposoby, aby złamać osoby internowane. Co dziesiąty z internowanych działaczy „Solidarności” z województwa gdańskiego został zarejestrowany jako tajny współpracownik SB. Większość z nich podpisała deklarację współpracy w „internacie” – jak nazywano ośrodki internowania – albo już po jego opuszczeniu. Wśród internowanych znaleźli się też byli tajni współpracownicy oraz kilku aktualnie zarejestrowanych agentów. Być może zamknięto ich po to, żeby donosili na współwięźniów. Trudno powiedzieć coś więcej na ten temat, gdyż dokumenty zostały w większości zniszczone na przełomie lat 80. i 90. XX wieku.
Piotr Brzeziński