Tego, co naprawdę działo się w głowie generała, nie da się dziś odtworzyć z dokumentów ani stenogramów. Niewątpliwie chciał zastosować logikę munduru – dyscyplinę, hierarchię i rozkazy. Nie przyszedł, by prowadzić polityczne debaty, ale by zaprowadzić porządek. Czy rzeczywiście od pierwszego dnia zmierzał w kierunku stanu wojennego? Czy decyzja zapadła już wtedy, gdy składał przysięgę w Sejmie?
Generał w swoim
expose, zwrócił się do „Solidarności” z apelem o „trzy pracowite miesiące – dziewięćdziesiąt spokojnych dni”. Obiecywał, że w tym czasie jego rząd wypracuje mechanizmy współdziałania ze społeczeństwem i uspokoi sytuację w kraju. Nie padły jednak deklaracje nowej wielkiej ugody politycznej ani bezpośrednie zaproszenie do formalnych negocjacji. Mimo to w praktyce gabinet Jaruzelskiego zaczął wysyłać do związku sygnały gotowości do kompromisu.
Rzeczywiście, pod jego politycznym parasolem wicepremier Mieczysław Rakowski oraz minister do spraw związków zawodowych Stanisław Ciosek doprowadzili do zakończenia protestów studenckich – rząd wyraził zgodę na zarejestrowanie Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Zawarto także kompromis z protestującymi rolnikami, którzy domagali się legalizacji NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”. Te porozumienia miały charakter rzeczywistych ustępstw i nosiły znamiona autentycznego kompromisu. Władze wyraźnie dążyły do czasowego odprężenia i wygaszenia najostrzejszych konfliktów.
Do symbolicznego momentu doszło także podczas spotkania Rakowskiego z Lechem Wałęsą. Nie znamy dokładnego przebiegu rozmowy, lecz wszystko wskazuje na to, że padła tam propozycja wzajemnego „kroku w tył”: władza miała ograniczyć presję, jeśli „Solidarność” złagodzi ton. Efekty były natychmiastowe. W notatce skierowanej do I sekretarza Stanisława Kani zapisano: „Tuż po rozmowie, zarówno wczoraj, jak i dzisiaj, Wałęsa aktywnie włącza się w wygaszanie konfliktów”.
Nie znaczy to, że Jaruzelski był gołąbkiem pokoju. Przygotowania do stanu wojennego nadal szły pełną parą. Pułkownik Ryszard Kukliński wskazywał nawet, że przyśpieszyły. Jaruzelski, zgodnie ze swoją naturą kunktatorskiego polityka, zabezpieczał się na każdą okoliczność. Szykował stan wojenny, ale jednocześnie próbował osiągnąć jakieś nowe porozumienie z kierownictwem „Solidarności”. Ostatecznie decyzje podjęto za niego. W marcu 1981 r. doszło do pobicia działaczy „Solidarności” w Bydgoszczy. Wynikiem tego incydentu był kolejny kryzys na linii władze – związek, który pogrzebał jakiekolwiek szanse na koegzystencję.
Przez krótką chwilę Polska znalazła się na rozdrożu. Jedna droga prowadziła ku powolnemu, trudnemu kompromisowi, druga ku logice stanu wyjątkowego i wojskowego porządku. Jaruzelski próbował początkowo iść obiema naraz. Ale zegar zaczął odliczać czas do stanu wojennego, a „90 spokojnych dni” zapisało się w historii jako jedna z najbardziej gorzkich politycznych obietnic.
Tomasz Kozłowski