Google Arts & Culture
Artykuły
PRL 1944–1989
II wojna światowa 1939-1945
Społeczeństwo
Biografie
Nauczyciele
Dorośli
Licealiści
Studenci
Chciał być polskim de Gaulle’em
czas czytania:
Zaraz po przegłosowaniu kandydatury Wojciecha Jaruzelskiego na nowego premiera cały Sejm zaniósł się oklaskami. „Już dawno ta sala takich braw nie słyszała”, zanotował Mieczysław Rakowski, opisując wydarzenia z 11 lutego 1981 roku. W czasie swojego expose nowy szef rządu zaapelował o porozumienie, ale potajemnie kontynuował przygotowania do stanu wojennego.
„Jestem żołnierzem” – rozpoczął swoje sejmowe przemówienie generał Jaruzelski – „każdy powierzony mi obowiązek traktuję jako służbę. Służbę narodowi i socjalistycznej Polsce. Z taką też myślą podejmuję trudne zadania prezesa Rady Ministrów”. Jeszcze kilka lat wcześniej nikt nie spodziewałby się, że ten raczej niepozorny oficer zostanie jedną z najważniejszych osób w państwie.
Życie Jaruzelskiego miało potoczyć się inaczej. W 1939 r. ukończył gimnazjum zakonu Marianów na warszawskich Bielanach, był członkiem Związku Harcerstwa Polskiego. Wojna zmieniła trajektorię jego życia. W 1941 r. razem z rodziną został deportowany na Syberię, dwa lata później wcielony do wojska i skierowany do Szkoły Oficerskiej 1 Korpusu Sił Zbrojnych w Riazaniu. To był początek jego wojskowej kariery, która prowadziła od dowódcy plutonu, przez oficera zwiadu, aż do stanowiska szefa sztabu, wiceministra i wreszcie ministra obrony narodowej.
Życie Jaruzelskiego miało potoczyć się inaczej. W 1939 r. ukończył gimnazjum zakonu Marianów na warszawskich Bielanach, był członkiem Związku Harcerstwa Polskiego. Wojna zmieniła trajektorię jego życia. W 1941 r. razem z rodziną został deportowany na Syberię, dwa lata później wcielony do wojska i skierowany do Szkoły Oficerskiej 1 Korpusu Sił Zbrojnych w Riazaniu. To był początek jego wojskowej kariery, która prowadziła od dowódcy plutonu, przez oficera zwiadu, aż do stanowiska szefa sztabu, wiceministra i wreszcie ministra obrony narodowej.
Odkąd w 1968 r. został ministrem, systematycznie budował swoją pozycję polityczną. W pierwszej kolejności umocnił kontrolę nad armią: promował swoich zaufanych ludzi, pozbywał się rywali. Pielęgnował także kontakty z sowieckimi towarzyszami. Dzięki temu był nie do ruszenia. Wojsko było instytucją silnie zintegrowaną ze strukturami Układu Warszawskiego – tak długo jak Krem był z niego zadowolony, pozycja Jaruzelskiego była bezpieczna.
Kiedy latem 1980 roku przez kraj przetoczyła się fala strajków, nieunikniona stała się dymisja dotychczasowego I Sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka. Nazwisko Jaruzelskiego pojawiało się wśród potencjalnych następców. Piotr Kostikow z Wydziału Zagranicznego KC KPZR miał nadzieję, że to właśnie generał obejmie schedę: „widziałem [na tym stanowisku] tylko jednego człowieka: Jaruzelskiego. Nie dlatego, że miał do dyspozycji siłę armii, a za plecami mocne wsparcie zaprzyjaźnionych z nim dowódców i polityków radzieckich. Wyobrażałem sobie, że jest on zdolny odegrać rolę nowego Piłsudskiego. […] Cały czas się zastanawiałem: czy Wojciech się odważy?”.
Jaruzelski się jednak nie zdecydował. Nie był to pierwszy przypadek, kiedy tego gorącego lata 1980 roku generał wykonał taktyczny odwrót. Na chwilę przed swoim politycznym upadkiem Gierek był bliski zaproponowania mu stanowiska premiera. Kiedy chciał odwołać dotychczasowego szefa rządu, Edwarda Babiucha, zaprosił do siebie kilka osób, w tym Jaruzelskiego.
Kiedy latem 1980 roku przez kraj przetoczyła się fala strajków, nieunikniona stała się dymisja dotychczasowego I Sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka. Nazwisko Jaruzelskiego pojawiało się wśród potencjalnych następców. Piotr Kostikow z Wydziału Zagranicznego KC KPZR miał nadzieję, że to właśnie generał obejmie schedę: „widziałem [na tym stanowisku] tylko jednego człowieka: Jaruzelskiego. Nie dlatego, że miał do dyspozycji siłę armii, a za plecami mocne wsparcie zaprzyjaźnionych z nim dowódców i polityków radzieckich. Wyobrażałem sobie, że jest on zdolny odegrać rolę nowego Piłsudskiego. […] Cały czas się zastanawiałem: czy Wojciech się odważy?”.
Jaruzelski się jednak nie zdecydował. Nie był to pierwszy przypadek, kiedy tego gorącego lata 1980 roku generał wykonał taktyczny odwrót. Na chwilę przed swoim politycznym upadkiem Gierek był bliski zaproponowania mu stanowiska premiera. Kiedy chciał odwołać dotychczasowego szefa rządu, Edwarda Babiucha, zaprosił do siebie kilka osób, w tym Jaruzelskiego.
„Gierek zaproponował, aby razem zastanowić się nad kandydaturą nowego premiera i nad ewentualnymi zmianami w rządzie. Powiedział, że każdy z obecnych tu może być brany pod uwagę” – wspominał sekretarz KC Józef Pińkowski. – „Najpierw niemal wszyscy wypowiedzieli się za kandydaturą Jaruzelskiego. On jednak odmówił, motywując to tym, że jest wojskowym, a w pracy premiera dominują sprawy ekonomiczne i socjalne. Ponadto zwrócił uwagę, że wysunięcie w tej chwili wojskowego na szefa rządu może być źle odebrane przez społeczeństwo”.
Jaruzelski dwa razy wykonał ten sam manewr – zrezygnował z walki o najwyższe stanowiska. Skutkiem tego na czele partii stanął Stanisław Kania, jego polityczny sojusznik. Premierem został Józef Pińkowski, bezbarwny aparatczyk specjalizujący się w zagadnieniach gospodarczych. Sytuacja szybko zaczęła go przerastać.
Jaruzelski dwa razy wykonał ten sam manewr – zrezygnował z walki o najwyższe stanowiska. Skutkiem tego na czele partii stanął Stanisław Kania, jego polityczny sojusznik. Premierem został Józef Pińkowski, bezbarwny aparatczyk specjalizujący się w zagadnieniach gospodarczych. Sytuacja szybko zaczęła go przerastać.
Wojciechu – musisz!
Jesienią 1980 r. i na początku 1981 r. rząd był nieustannie krytykowany przez „Solidarność”, musiał się mierzyć z kolejnymi protestami i strajkami. Kreml był niezadowolony – domagał się siłowej rozprawy ze zbuntowanym społeczeństwem. Premier spotykał się z powszechną krytyką, także wewnątrz partii. Ostatecznie nawet Kania zaczął manifestować swoją nieprzychylność względem niego. Otwarcie powiedział Pińkowskiemu, że musi dojść do zmiany na stanowisku premiera. Ten się nawet nie bronił: „Odpowiedziałem, że chętnie, jak to już poprzednio mówiłem, złożę rezygnację z tej funkcji. Byłem potwornie zmęczony”.
Kania szukał następcy, pierwszy na liście był Jaruzelski. Generał nie mógł po raz kolejny odrzucić propozycji. Witalij Pawłow, szef rezydentury KGB doskonale zorientowany w kulisach peerelowskiej sceny politycznej, wspominał: „sam Jaruzelski zrozumiał, że dalsze odmawianie przyjęcia teki premiera zostanie uznane za przejaw politycznego tchórzostwa. Generał zgodził się zostać premierem, zachowując jednocześnie stanowisko ministra obrony”.
Wyglądało to tak, jakby Jaruzelski podjął decyzję pod polityczną presją. A może kryło się za tym coś więcej? Generał dużo ugrał – stanął na czele rządu, ale jednocześnie pozostał ministrem obrony narodowej. Nie porzucił wojska dla polityki. Zachował zwierzchność nad armią, która była fundamentem jego władzy. Jaruzelski był politycznym kunktatorem – przed podjęciem ostatecznej decyzji maksymalnie podwyższył stawkę i zgarnął sporą wygraną.
Kaźmierz Barcikowski, wieloletni członek Biura Politycznego oraz zastępca generała w Radzie Państwa, miał swoją teorię na temat sposobu działania Jaruzelskiego:
Kania szukał następcy, pierwszy na liście był Jaruzelski. Generał nie mógł po raz kolejny odrzucić propozycji. Witalij Pawłow, szef rezydentury KGB doskonale zorientowany w kulisach peerelowskiej sceny politycznej, wspominał: „sam Jaruzelski zrozumiał, że dalsze odmawianie przyjęcia teki premiera zostanie uznane za przejaw politycznego tchórzostwa. Generał zgodził się zostać premierem, zachowując jednocześnie stanowisko ministra obrony”.
Wyglądało to tak, jakby Jaruzelski podjął decyzję pod polityczną presją. A może kryło się za tym coś więcej? Generał dużo ugrał – stanął na czele rządu, ale jednocześnie pozostał ministrem obrony narodowej. Nie porzucił wojska dla polityki. Zachował zwierzchność nad armią, która była fundamentem jego władzy. Jaruzelski był politycznym kunktatorem – przed podjęciem ostatecznej decyzji maksymalnie podwyższył stawkę i zgarnął sporą wygraną.
Kaźmierz Barcikowski, wieloletni członek Biura Politycznego oraz zastępca generała w Radzie Państwa, miał swoją teorię na temat sposobu działania Jaruzelskiego:
Chciał władzy, coraz większej. Parł do niej konsekwentnie. Ale równocześnie wmawiał wszystkim, że on jej nie chce. Za każdym razem powtarzała się ta sama scena: wielogodzinne rozmowy przekonujące go, by przyjął awans. Droczy się, przekonuje, żeby poszukać innego kandydata. Nigdy jednak kategorycznie nie odmówił. Te »opory« przed wzięciem władzy w swoje ręce, służyły mu później do udowadniania, iż wszystko działo się jakoby wbrew jego woli.
Nie powinniśmy nabierać się na tę grę – Jaruzelski nie zaszedłby tak wysoko w wojsku, gdyby nie jego ambicja i umiejętność politycznego lawirowania. Nigdy nie mówił tego publicznie, ale najbliżsi współpracownicy wskazywali, że jego wzorem był francuski prezydent i wojskowy – Charles de Gaulle. Michał Janiszewski, generał, wieloletni szef gabinetu Jaruzelskiego i jego prawa ręka, komentował po latach: „de Gaulle – to był jego wzór. Podziwiał w nim to, że potrafił aktywność polityczną połączyć z moralnością. Sądzę, że nawet na swój sposób rywalizował z nim. Chciał się sprawdzać. Być godny szacunku i twardy. Wielki”.
Jednym z argumentów podnoszonych przeciwko kandydaturze Jaruzelskiego był fakt, że jest on czynnym wojskowym. Premier w mundurze? To wzbudzało skojarzenia z groteskowymi przywódcami republik bananowych. Nie była to jednak sytuacja niespotykana w powojennej historii Europy. We Francji prezydentem był wspomniany de Gaulle. Nawet w Stanach Zjednoczonych wybrano na najwyższy urząd Eisenhowera. Takie przypadki zdarzały się też w „demokracjach ludowych”. Generał Nikołaj Bułganin, wieloletni minister obrony, został premierem Związku Sowieckiego. Generał Ludvík Svoboda objął w 1968 r. stanowisko prezydenta Czechosłowacji. Postawienie wojskowego na czele nowego polskiego rządu oznaczało dla każdej siły politycznej co innego.
Jednym z argumentów podnoszonych przeciwko kandydaturze Jaruzelskiego był fakt, że jest on czynnym wojskowym. Premier w mundurze? To wzbudzało skojarzenia z groteskowymi przywódcami republik bananowych. Nie była to jednak sytuacja niespotykana w powojennej historii Europy. We Francji prezydentem był wspomniany de Gaulle. Nawet w Stanach Zjednoczonych wybrano na najwyższy urząd Eisenhowera. Takie przypadki zdarzały się też w „demokracjach ludowych”. Generał Nikołaj Bułganin, wieloletni minister obrony, został premierem Związku Sowieckiego. Generał Ludvík Svoboda objął w 1968 r. stanowisko prezydenta Czechosłowacji. Postawienie wojskowego na czele nowego polskiego rządu oznaczało dla każdej siły politycznej co innego.
Premier w mundurze
Dla partii Jaruzelski był niezapisaną kartą. Mieczysław Rakowski, który objął stanowisko wicepremiera w nowym rządzie, notował w swoim dzienniku: „Myślę, że w tych trudnych czasach postawienie wojskowego na tym stanowisku nie jest złym posunięciem. Generał jest postacią prawie nieznaną, nieco tajemniczą, ale to dobrze”. Podobnie Pińkowski, ustępujący ze stanowiska premiera, widział w swoim następcy kogoś kto „jawił się dla obu skrzydeł partii jako niekontrowersyjny kandydat. Tak też kształtowano jego wizerunek polityczny w społeczeństwie. Stał, jak gdyby z boku, neutralnie, a wszyscy patrząc na niego z różnych punktów widzenia, pokładali w nim swoje nadzieje”.
Kreml przyjął wybór Jaruzelskiego na premiera z wyraźnym zadowoleniem. Liczono zapewne, że wojskowy – w przeciwieństwie do „zwykłego” polityka – okaże się bardziej zdecydowany w rozprawie z „Solidarnością”. Leonid Breżniew nie krył satysfakcji, określając Jaruzelskiego mianem „dobrego, mądrego towarzysza”. Wszystko wskazuje na to, że sowieckie kierownictwo postrzegało awans generała jako krok w stronę rozwiązania, którego od dawna oczekiwało – wprowadzenia stanu wojennego.
Kreml przyjął wybór Jaruzelskiego na premiera z wyraźnym zadowoleniem. Liczono zapewne, że wojskowy – w przeciwieństwie do „zwykłego” polityka – okaże się bardziej zdecydowany w rozprawie z „Solidarnością”. Leonid Breżniew nie krył satysfakcji, określając Jaruzelskiego mianem „dobrego, mądrego towarzysza”. Wszystko wskazuje na to, że sowieckie kierownictwo postrzegało awans generała jako krok w stronę rozwiązania, którego od dawna oczekiwało – wprowadzenia stanu wojennego.
Kościół podszedł do sprawy ambiwalentnie. Prymas Stefan Wyszyński tłumaczył w czasie posiedzenie Rady Głównej Episkopatu:
Postulowanie na premiera gen. Jaruzelskiego nosi w sobie posmak militaryzacji rządu. Tłumaczy się, że jednak jest to człowiek taki, któremu można zaufać, że umiał zachować swoje stanowisko, bo nie dopuścił do tego, żeby wojsko było użyte do walki z robotnikami. Można to uważać za jego zasługę. Może to jest waśnie ten atut, który się chce wykorzystać w tej sytuacji dzisiejszej, w której głównym zadaniem jest, by ocalić kraj. Jest w tym pewien posmak militaryzacji, a może nawet pewnego zagrożenia społeczeństwa: patrzcie, panowie, wojsko stoi na czele.
Dla zwykłych obywateli, funkcjonujących w realiach chronicznych niedoborów rynkowych, napięć społecznych i rosnącej presji międzynarodowej, taki krok nie musiał być postrzegany jako szczególnie kontrowersyjny. Armia cieszyła się wówczas w społeczeństwie stosunkowo dużym zaufaniem. Wiele osób miało jeszcze świeże doświadczenia wojenne, a dla młodego pokolenia mężczyzn powszechnym elementem biografii była zasadnicza służba wojskowa.
Jaruzelski zdawał sobie sprawę, że partia komunistyczna w Polsce utraciła społeczne zaufanie, podczas gdy wojsko wciąż cieszyło się znacznym autorytetem. Ten kontrast podkreślał w rozmowach z sowieckimi przywódcami, tłumacząc im socjotechniczne zabiegi związane z wprowadzeniem stanu wojennego. Jeden z członków sowieckiego Politbiura wspominał:
Jaruzelski zdawał sobie sprawę, że partia komunistyczna w Polsce utraciła społeczne zaufanie, podczas gdy wojsko wciąż cieszyło się znacznym autorytetem. Ten kontrast podkreślał w rozmowach z sowieckimi przywódcami, tłumacząc im socjotechniczne zabiegi związane z wprowadzeniem stanu wojennego. Jeden z członków sowieckiego Politbiura wspominał:
Jaruzelski mówi, że zamierza zwrócić się z odezwą do społeczeństwa polskiego. Ale w swej odezwie nie będzie mówić o partii, lecz zwróci się do społeczeństwa, odwołując się do jego uczuć patriotycznych. Jaruzelski mówi o konieczności proklamowania dyktatury wojskowej, tak jak to było za Piłsudskiego, wskazując przy tym, że społeczeństwo polskie zrozumie to lepiej niż cokolwiek innego.
Stracona szansa?
Tego, co naprawdę działo się w głowie generała, nie da się dziś odtworzyć z dokumentów ani stenogramów. Niewątpliwie chciał zastosować logikę munduru – dyscyplinę, hierarchię i rozkazy. Nie przyszedł, by prowadzić polityczne debaty, ale by zaprowadzić porządek. Czy rzeczywiście od pierwszego dnia zmierzał w kierunku stanu wojennego? Czy decyzja zapadła już wtedy, gdy składał przysięgę w Sejmie?
Generał w swoim expose, zwrócił się do „Solidarności” z apelem o „trzy pracowite miesiące – dziewięćdziesiąt spokojnych dni”. Obiecywał, że w tym czasie jego rząd wypracuje mechanizmy współdziałania ze społeczeństwem i uspokoi sytuację w kraju. Nie padły jednak deklaracje nowej wielkiej ugody politycznej ani bezpośrednie zaproszenie do formalnych negocjacji. Mimo to w praktyce gabinet Jaruzelskiego zaczął wysyłać do związku sygnały gotowości do kompromisu.
Rzeczywiście, pod jego politycznym parasolem wicepremier Mieczysław Rakowski oraz minister do spraw związków zawodowych Stanisław Ciosek doprowadzili do zakończenia protestów studenckich – rząd wyraził zgodę na zarejestrowanie Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Zawarto także kompromis z protestującymi rolnikami, którzy domagali się legalizacji NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”. Te porozumienia miały charakter rzeczywistych ustępstw i nosiły znamiona autentycznego kompromisu. Władze wyraźnie dążyły do czasowego odprężenia i wygaszenia najostrzejszych konfliktów.
Do symbolicznego momentu doszło także podczas spotkania Rakowskiego z Lechem Wałęsą. Nie znamy dokładnego przebiegu rozmowy, lecz wszystko wskazuje na to, że padła tam propozycja wzajemnego „kroku w tył”: władza miała ograniczyć presję, jeśli „Solidarność” złagodzi ton. Efekty były natychmiastowe. W notatce skierowanej do I sekretarza Stanisława Kani zapisano: „Tuż po rozmowie, zarówno wczoraj, jak i dzisiaj, Wałęsa aktywnie włącza się w wygaszanie konfliktów”.
Nie znaczy to, że Jaruzelski był gołąbkiem pokoju. Przygotowania do stanu wojennego nadal szły pełną parą. Pułkownik Ryszard Kukliński wskazywał nawet, że przyśpieszyły. Jaruzelski, zgodnie ze swoją naturą kunktatorskiego polityka, zabezpieczał się na każdą okoliczność. Szykował stan wojenny, ale jednocześnie próbował osiągnąć jakieś nowe porozumienie z kierownictwem „Solidarności”. Ostatecznie decyzje podjęto za niego. W marcu 1981 r. doszło do pobicia działaczy „Solidarności” w Bydgoszczy. Wynikiem tego incydentu był kolejny kryzys na linii władze – związek, który pogrzebał jakiekolwiek szanse na koegzystencję.
Przez krótką chwilę Polska znalazła się na rozdrożu. Jedna droga prowadziła ku powolnemu, trudnemu kompromisowi, druga ku logice stanu wyjątkowego i wojskowego porządku. Jaruzelski próbował początkowo iść obiema naraz. Ale zegar zaczął odliczać czas do stanu wojennego, a „90 spokojnych dni” zapisało się w historii jako jedna z najbardziej gorzkich politycznych obietnic.
Generał w swoim expose, zwrócił się do „Solidarności” z apelem o „trzy pracowite miesiące – dziewięćdziesiąt spokojnych dni”. Obiecywał, że w tym czasie jego rząd wypracuje mechanizmy współdziałania ze społeczeństwem i uspokoi sytuację w kraju. Nie padły jednak deklaracje nowej wielkiej ugody politycznej ani bezpośrednie zaproszenie do formalnych negocjacji. Mimo to w praktyce gabinet Jaruzelskiego zaczął wysyłać do związku sygnały gotowości do kompromisu.
Rzeczywiście, pod jego politycznym parasolem wicepremier Mieczysław Rakowski oraz minister do spraw związków zawodowych Stanisław Ciosek doprowadzili do zakończenia protestów studenckich – rząd wyraził zgodę na zarejestrowanie Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Zawarto także kompromis z protestującymi rolnikami, którzy domagali się legalizacji NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”. Te porozumienia miały charakter rzeczywistych ustępstw i nosiły znamiona autentycznego kompromisu. Władze wyraźnie dążyły do czasowego odprężenia i wygaszenia najostrzejszych konfliktów.
Do symbolicznego momentu doszło także podczas spotkania Rakowskiego z Lechem Wałęsą. Nie znamy dokładnego przebiegu rozmowy, lecz wszystko wskazuje na to, że padła tam propozycja wzajemnego „kroku w tył”: władza miała ograniczyć presję, jeśli „Solidarność” złagodzi ton. Efekty były natychmiastowe. W notatce skierowanej do I sekretarza Stanisława Kani zapisano: „Tuż po rozmowie, zarówno wczoraj, jak i dzisiaj, Wałęsa aktywnie włącza się w wygaszanie konfliktów”.
Nie znaczy to, że Jaruzelski był gołąbkiem pokoju. Przygotowania do stanu wojennego nadal szły pełną parą. Pułkownik Ryszard Kukliński wskazywał nawet, że przyśpieszyły. Jaruzelski, zgodnie ze swoją naturą kunktatorskiego polityka, zabezpieczał się na każdą okoliczność. Szykował stan wojenny, ale jednocześnie próbował osiągnąć jakieś nowe porozumienie z kierownictwem „Solidarności”. Ostatecznie decyzje podjęto za niego. W marcu 1981 r. doszło do pobicia działaczy „Solidarności” w Bydgoszczy. Wynikiem tego incydentu był kolejny kryzys na linii władze – związek, który pogrzebał jakiekolwiek szanse na koegzystencję.
Przez krótką chwilę Polska znalazła się na rozdrożu. Jedna droga prowadziła ku powolnemu, trudnemu kompromisowi, druga ku logice stanu wyjątkowego i wojskowego porządku. Jaruzelski próbował początkowo iść obiema naraz. Ale zegar zaczął odliczać czas do stanu wojennego, a „90 spokojnych dni” zapisało się w historii jako jedna z najbardziej gorzkich politycznych obietnic.
Tomasz Kozłowski