czas czytania:
Wodowanie ORP „Błyskawica”
w Wielkiej Brytanii
Z dr. Maciejem Franzem o polskiej flocie wojennej rozmawia Wojciech Kozłowski
Wojciech Kozłowski: Skąd się wzięła polska flota wojenna po I wojnie światowej?
Dr Maciej Franz: Pojawienie się floty wojennej po I wojnie światowej było procesem naturalnym. Polska miała flotę wojenną w okresie I Rzeczypospolitej, odrodzenie państwa stało się więc automatycznie impulsem do odrodzenia się floty. Początek flocie wojennej dał słynny dekret Naczelnika Państwa nr 155 z listopada 1918 r. Jej podstawą były niewielkie okręty – torpedowce przejęte po likwidowanej pełnomorskiej flocie niemieckiej. Później powstawały plany budowy kolejnych jednostek. Flota była właściwie tworzona od zera, dopiero wraz z przejęciem skrawka wybrzeża przyszły marzenia o stworzeniu floty z prawdziwego zdarzenia.
Czy przyjęto konkretną strategię budowy floty? Czy były na to środki?
W czasach I Rzeczypospolitej nie słynęliśmy z podbojów morskich, a flota tworzona była dopiero w XVII w. na potrzeby zmagań ze Szwecją. Nie mieliśmy zatem wielkich tradycji morskich.Flota siedemnastowieczna, a także wcześniejsza, kaperska, z czasów Kazimierza Jagiellończyka czy później Zygmunta Augusta, były powoływane do wykonania konkretnych zadań. Nigdy nie było związanych z nimi planów strategicznych. Pod tym względem II Rzeczpospolita jest bardzo podobna – nigdy nie było całościowego programu rozwoju floty. Jeśli powstawały plany, to zupełnie nierealne, na przykład budowy krążowników czy nawet większych okrętów na Bałtyku, i nigdy nie odzwierciedlały nie tylko możliwości finansowych państwa, ale także jego potrzeb.
W praktyce plany rozbudowy floty dostosowywano do posiadanych zasobów. Nigdy nie rezerwowano środków na budowę okrętów – po prostu nieraz udawało się przepchnąć jakieś zamówienie, choćby na „Wicher”, „Burzę”, „Błyskawicę”, „Grom” czy okręty podwodne. Dopiero później pojawiła się koncepcja współfinansowania projektów przez składki społeczne na fundusz powołany specjalnie do tego celu. Brak strategii sprawił jednak, że skład floty polskiej we wrześniu 1939 r. był tak przypadkowy.
Czy pieniądze, których przecież było tak niewiele, były wydawane rozsądnie?
To zawsze pozostaje w sferze ocen. W Wielkiej Brytanii w 1939 r. zaczęto (ale nigdy tego nie ukończono) budowę ścigaczy torpedowych, których miało być przeszło trzydzieści. Budowa dwóch pierwszych ścigaczy kosztowała jednak mniej niż 1/3 wydatków na konstrukcję „Błyskawicy” czy „Gromu”.
A właśnie ocena przydatności tak dużych jednostek w obronie Wybrzeża w 1939 r. jest sporna. Z jednej strony istniała bowiem potrzeba organizacji floty obronnej, z drugiej zamyślano stworzyć także flotę odstraszającą. Temu miały służyć duże jednostki, takie jak „Grom” i „Błyskawica”. Niemieckie teorie, że były to krążowniki torpedowe, mile łechtały polską dumę narodową. Tworzyło to obraz potężnej floty dla skromnego jednak wybrzeża, któremu de facto bardziej przydałyby się stawiacze min czy też wspomniane ścigacze torpedowe.
Co możemy powiedzieć o wartości „Błyskawicy”?
Wraz z bliźniaczym ORP „Grom” były to przepiękne jednostki, jedne z piękniejszych okrętów tego okresu. Miały one pełnić rolę liderów floty – potężne niszczyciele o wyporności ponad 2000 ton, znakomicie uzbrojone, bardzo drogie, daleko wykraczające poza potrzeby Morza Bałtyckiego, w momencie wejścia do służby na pewno największe w swej klasie na tym akwenie.
O tym, że były to pod każdym względem dobre, okręty świadczy szlak bojowy „Błyskawicy”, która była wielokrotnie przezbrajana. Zdolność okrętu do przystosowywania do różnych warunków była znakomitą cechą tej jednostki. Jeszcze w 1944 r. była ona równorzędna z potężnymi niszczycielami brytyjskimi. Także jej długoletnia służba powojenna świadczy o tym, że ten okręt został znakomicie zaprojektowany i zbudowany. Jeśli chcieliśmy mieć jednostki najwyższej klasy, to „Błyskawica” i „Grom” właśnie takie były.
Dla czego zwrócono się z tym zamówieniem właśnie do stoczni brytyjskiej?
Najpierw zwróciliśmy się do strony francuskiej, ale projekt przez nią przedstawiony nam nie odpowiadał. Okazało się też, że zbudowane wcześniej „Wicher” i „Burza” bardzo szybko się starzały. Już przed wojną były zresztą projekty modernizacji tych jednostek – upodobnienia ich do dużo nowocześniejszych „Błyskawicy” i „Gromu”. Dlatego w 1933 r., kiedy ogłaszano przetarg na budowę dwóch dalszych niszczycieli, kierownictwo Marynarki Wojennej, uzyskawszy nieodpowiadającą zapotrzebowaniom ofertę francuską, postanowiło wystąpić z ofertą do stoczni White’a, która ostatecznie zaprojektowała dla nas te dwa okręty. Są to od początku do końca projekty brytyjskie, stworzone specjalnie dla strony polskiej, oparte na doświadczeniach brytyjskich, choć całkowicie oryginalne i nigdy niepowielone.
Jakie były plany użycia floty polskiej u progu II wojny światowej?
Trzy najbardziej wartościowe jednostki („Błyskawica”, „Grom” i „Burza”) odpłynęły do Wielkiej Brytanii w ramach operacji „Pekin” tuż przed wybuchem wojny. Do obrony wybrzeża pozostawiono jednostki, które uznano za konieczne.
Na wypadek wojny przygotowano plany operacji minowej „Rurka”, w której główną rolę miał odegrać stawiacz min „Gryf” – największa polska jednostka we wrześniu 1939 r. – oraz dywizjon minowców, a także operacji „Worek”, czyli rozlokowania okrętów podwodnych na wodach Zatoki Gdańskiej i w jej pobliżu. O ile plan minowy wydaje się zasadny i należy żałować, że nie został zrealizowany, o tyle plan działań okrętów podwodnych jest wyraźnie defensywny, a więc absolutnie nieodpowiadający klasie tych okrętów. W efekcie nie wykorzystano wszystkich możliwości, które te okręty dawały.
Sprawą, którą się często pomija, a która jest absolutnie zasadnicza, był brak możliwości zapewnienia okrętom swobody działania na polskim wybrzeżu. Podstawą byłoby uzyskanie panowania w powietrzu nad polskimi portami wojennymi, co przy braku lotnictwa morskiego było po prostu niemożliwe. Trwanie w portach musiało skończyć się tak, jak się skończyło, czyli wyłączeniem zasadniczych jednostek do 3 września. Pozostawały tylko jednostki minowe, które chroniły się w mniejszych portach.
We wrześniu 1939 r. przewaga niemiecka była ogromna, a dodatkowo brakowało chyba odwagi w prowadzeniu działań wojennych, zwłaszcza w odniesieniu do okrętów podwodnych, które były jednostkami nowoczesnymi i miały znakomicie wyszkolone załogi. Zasadniczym problemem jest zatem nieumiejętność wykorzystania polskiej floty wojennej, a plan odesłania okrętów, który budził tyle emocji, okazał się jak najbardziej zasadny – dzięki temu flota przetrwała i prowadziła później walkę do 1945 r.
dr Maciej Franz – historyk wojskowości, pracownik Instytutu Historii UAM, znawca dziejów wojen morskich XIX i XX w.
Ilustracja: Błyskawica po trzymiesięcznym remoncie w stoczni Nauta podchodzi na swoje stałe miejsce w Basenie Prezydenta (fot. Antoni Dubowicz, 2 stycznia 2012 r.), Wikimedia commons, domena publiczna
Dr Maciej Franz: Pojawienie się floty wojennej po I wojnie światowej było procesem naturalnym. Polska miała flotę wojenną w okresie I Rzeczypospolitej, odrodzenie państwa stało się więc automatycznie impulsem do odrodzenia się floty. Początek flocie wojennej dał słynny dekret Naczelnika Państwa nr 155 z listopada 1918 r. Jej podstawą były niewielkie okręty – torpedowce przejęte po likwidowanej pełnomorskiej flocie niemieckiej. Później powstawały plany budowy kolejnych jednostek. Flota była właściwie tworzona od zera, dopiero wraz z przejęciem skrawka wybrzeża przyszły marzenia o stworzeniu floty z prawdziwego zdarzenia.
Czy przyjęto konkretną strategię budowy floty? Czy były na to środki?
W czasach I Rzeczypospolitej nie słynęliśmy z podbojów morskich, a flota tworzona była dopiero w XVII w. na potrzeby zmagań ze Szwecją. Nie mieliśmy zatem wielkich tradycji morskich.Flota siedemnastowieczna, a także wcześniejsza, kaperska, z czasów Kazimierza Jagiellończyka czy później Zygmunta Augusta, były powoływane do wykonania konkretnych zadań. Nigdy nie było związanych z nimi planów strategicznych. Pod tym względem II Rzeczpospolita jest bardzo podobna – nigdy nie było całościowego programu rozwoju floty. Jeśli powstawały plany, to zupełnie nierealne, na przykład budowy krążowników czy nawet większych okrętów na Bałtyku, i nigdy nie odzwierciedlały nie tylko możliwości finansowych państwa, ale także jego potrzeb.
W praktyce plany rozbudowy floty dostosowywano do posiadanych zasobów. Nigdy nie rezerwowano środków na budowę okrętów – po prostu nieraz udawało się przepchnąć jakieś zamówienie, choćby na „Wicher”, „Burzę”, „Błyskawicę”, „Grom” czy okręty podwodne. Dopiero później pojawiła się koncepcja współfinansowania projektów przez składki społeczne na fundusz powołany specjalnie do tego celu. Brak strategii sprawił jednak, że skład floty polskiej we wrześniu 1939 r. był tak przypadkowy.
Czy pieniądze, których przecież było tak niewiele, były wydawane rozsądnie?
To zawsze pozostaje w sferze ocen. W Wielkiej Brytanii w 1939 r. zaczęto (ale nigdy tego nie ukończono) budowę ścigaczy torpedowych, których miało być przeszło trzydzieści. Budowa dwóch pierwszych ścigaczy kosztowała jednak mniej niż 1/3 wydatków na konstrukcję „Błyskawicy” czy „Gromu”.
A właśnie ocena przydatności tak dużych jednostek w obronie Wybrzeża w 1939 r. jest sporna. Z jednej strony istniała bowiem potrzeba organizacji floty obronnej, z drugiej zamyślano stworzyć także flotę odstraszającą. Temu miały służyć duże jednostki, takie jak „Grom” i „Błyskawica”. Niemieckie teorie, że były to krążowniki torpedowe, mile łechtały polską dumę narodową. Tworzyło to obraz potężnej floty dla skromnego jednak wybrzeża, któremu de facto bardziej przydałyby się stawiacze min czy też wspomniane ścigacze torpedowe.
Co możemy powiedzieć o wartości „Błyskawicy”?
Wraz z bliźniaczym ORP „Grom” były to przepiękne jednostki, jedne z piękniejszych okrętów tego okresu. Miały one pełnić rolę liderów floty – potężne niszczyciele o wyporności ponad 2000 ton, znakomicie uzbrojone, bardzo drogie, daleko wykraczające poza potrzeby Morza Bałtyckiego, w momencie wejścia do służby na pewno największe w swej klasie na tym akwenie.
O tym, że były to pod każdym względem dobre, okręty świadczy szlak bojowy „Błyskawicy”, która była wielokrotnie przezbrajana. Zdolność okrętu do przystosowywania do różnych warunków była znakomitą cechą tej jednostki. Jeszcze w 1944 r. była ona równorzędna z potężnymi niszczycielami brytyjskimi. Także jej długoletnia służba powojenna świadczy o tym, że ten okręt został znakomicie zaprojektowany i zbudowany. Jeśli chcieliśmy mieć jednostki najwyższej klasy, to „Błyskawica” i „Grom” właśnie takie były.
Dla czego zwrócono się z tym zamówieniem właśnie do stoczni brytyjskiej?
Najpierw zwróciliśmy się do strony francuskiej, ale projekt przez nią przedstawiony nam nie odpowiadał. Okazało się też, że zbudowane wcześniej „Wicher” i „Burza” bardzo szybko się starzały. Już przed wojną były zresztą projekty modernizacji tych jednostek – upodobnienia ich do dużo nowocześniejszych „Błyskawicy” i „Gromu”. Dlatego w 1933 r., kiedy ogłaszano przetarg na budowę dwóch dalszych niszczycieli, kierownictwo Marynarki Wojennej, uzyskawszy nieodpowiadającą zapotrzebowaniom ofertę francuską, postanowiło wystąpić z ofertą do stoczni White’a, która ostatecznie zaprojektowała dla nas te dwa okręty. Są to od początku do końca projekty brytyjskie, stworzone specjalnie dla strony polskiej, oparte na doświadczeniach brytyjskich, choć całkowicie oryginalne i nigdy niepowielone.
Jakie były plany użycia floty polskiej u progu II wojny światowej?
Trzy najbardziej wartościowe jednostki („Błyskawica”, „Grom” i „Burza”) odpłynęły do Wielkiej Brytanii w ramach operacji „Pekin” tuż przed wybuchem wojny. Do obrony wybrzeża pozostawiono jednostki, które uznano za konieczne.
Na wypadek wojny przygotowano plany operacji minowej „Rurka”, w której główną rolę miał odegrać stawiacz min „Gryf” – największa polska jednostka we wrześniu 1939 r. – oraz dywizjon minowców, a także operacji „Worek”, czyli rozlokowania okrętów podwodnych na wodach Zatoki Gdańskiej i w jej pobliżu. O ile plan minowy wydaje się zasadny i należy żałować, że nie został zrealizowany, o tyle plan działań okrętów podwodnych jest wyraźnie defensywny, a więc absolutnie nieodpowiadający klasie tych okrętów. W efekcie nie wykorzystano wszystkich możliwości, które te okręty dawały.
Sprawą, którą się często pomija, a która jest absolutnie zasadnicza, był brak możliwości zapewnienia okrętom swobody działania na polskim wybrzeżu. Podstawą byłoby uzyskanie panowania w powietrzu nad polskimi portami wojennymi, co przy braku lotnictwa morskiego było po prostu niemożliwe. Trwanie w portach musiało skończyć się tak, jak się skończyło, czyli wyłączeniem zasadniczych jednostek do 3 września. Pozostawały tylko jednostki minowe, które chroniły się w mniejszych portach.
We wrześniu 1939 r. przewaga niemiecka była ogromna, a dodatkowo brakowało chyba odwagi w prowadzeniu działań wojennych, zwłaszcza w odniesieniu do okrętów podwodnych, które były jednostkami nowoczesnymi i miały znakomicie wyszkolone załogi. Zasadniczym problemem jest zatem nieumiejętność wykorzystania polskiej floty wojennej, a plan odesłania okrętów, który budził tyle emocji, okazał się jak najbardziej zasadny – dzięki temu flota przetrwała i prowadziła później walkę do 1945 r.
dr Maciej Franz – historyk wojskowości, pracownik Instytutu Historii UAM, znawca dziejów wojen morskich XIX i XX w.
Ilustracja: Błyskawica po trzymiesięcznym remoncie w stoczni Nauta podchodzi na swoje stałe miejsce w Basenie Prezydenta (fot. Antoni Dubowicz, 2 stycznia 2012 r.), Wikimedia commons, domena publiczna