czas czytania:
Urodził się Jan Kochanowski
Kreśląc biografie wielkich pisarzy nieraz, często podświadomie, szukamy w nich rysu niezwykłości, indywidualności, osobnej ścieżki ich losów. To pewnie, nieuświadamiane nawet, dziedzictwo romantyzmu. Mamy kłopot, by patrzeć w ten sposób na Jana Kochanowskiego – jego życiorys jest absolutnie typowy dla drugiej połowy XVI wieku, okresu zwykle uważanego za „złoty wiek” Rzeczypospolitej. W tym słońcu południa lśni i Kochanowski – emblematyczny niemal szlachcic, dworzanin, ziemianin.
Wyjątkowość, która uczyniła go największym poetą nie tylko XVI-wiecznej Polski, lecz i całej Słowiańszczyzny, objawiła się w jego pisarskim dziele. Jego dokonania jako żołnierza, palestranta i urzędnika pozwalają nam studiować jego drogę życiową jako „typowego przedstawiciela swojego pokolenia i stanu”.
Wyjątkowość, która uczyniła go największym poetą nie tylko XVI-wiecznej Polski, lecz i całej Słowiańszczyzny, objawiła się w jego pisarskim dziele. Jego dokonania jako żołnierza, palestranta i urzędnika pozwalają nam studiować jego drogę życiową jako „typowego przedstawiciela swojego pokolenia i stanu”.
Jan Kochanowski – alpinista Kalijopy
Urodzony? W roku 1530, najpewniej, chociaż w pierwszej ćwierci jego biogramu najwięcej jest znaków zapytania przy datach. Rodzice – średniozamożna szlachta z terenów położonych w sercu Polski, na pograniczu Ziemi Sandomierskiej i Mazowsza. Ojciec, Piotr, prócz władania majątkiem ziemskim pełnił liczne urzędy, był między innymi komornikiem granicznym i sędzią ziemskim. Takie „urodzenie” wyznaczy horyzont i Janowi Kochanowskiemu – przez większość życia będzie się żywo troszczył o losy rodzinnego majątku. Najpierw dbając o losy spadku po śmierci ojca, potem – o jego sprawiedliwy podział między braci, pod koniec życia troszcząc się o jego pomnożenie, dokupując sąsiadujące z jego majątkiem wsie. Bardzo jest w tym akuratny, procesując się w miejscowych sądach bez pieniactwa, lecz na tyle wytrwale, by uzyskać swoje – i pokazując nam w jak gęstej sieci powiązań sąsiedzkich, regulacji prawnych, kompromisów rodzinnych znajdował się XVI-wieczny szlachcic.
Majątku starczyło Piotrowi Kochanowskiemu na wykształcenie siedmiu synów, w tym Jana. Dzieje nauki tego ostatniego to świetna próbka systemu edukacyjnego XVI wieku: najpierw – w majątku w Sycynie pod okiem preceptora, po którym zachowało się tylko zlatynizowane nazwisko Jan Silvius, potem w szkole prowadzonej przez benedyktynów w pobliskim Sieciechowie. Kilkunastolatek został wpisany, w roku 1544, do metryki Wydziału Artium Akademii Krakowskiej. Jak się przypuszcza, mury krakowskie opuścił po pięciu latach, by udać się na któryś z niemieckich uniwersytetów, przenikniętych duchem reformacji: do Lipska lub Wittembergi. Na pewno trafił do luterańskiego Królewca (w latach 1551–1552), stamtąd jednak rusza w przeciwnym kierunku, na najpopularniejszy wśród polskiej szlachty epoki renesansu szlak edukacyjny: Italiam! A konkretnie: do Padwy.
Wróci do niej jeszcze dwukrotnie, przerywając naukę na kilka miesięcy, by załatwiać w kraju interesy lub sprawy spadkowe: na pewno studiował w latach 1552–1555, wiemy również o jego kolejnych, kilkumiesięcznych pobytach, w roku 1556 i dwa lata później. Tę trzecią podróż zakończyła renesansowa Grand Tour: włóczęga do Florencji i Bolonii, a prawdopodobnie także Rzymu i Paryża.
Bezpośrednich świadectw z tych podróży zachowało się nie tak wiele: wpisy do ksiąg, świadectwa opłat, garść dedykacji i listów, echa wyboru na „konsyliarza” (formalnie lekarza, w tym czasie jednak była to już godność honorowa, świadcząca tylko o zaufaniu współziomków) nacji polskiej w Padwie. Świadectwem, do czego wrócimy za chwilę, jest gęsta tkanka odwołań i doświadczeń obecna w twórczości Kochanowskiego. „Pieśni” i „Treny” pisał człowiek renesansu, który napięcia i odkrycia ówczesnej kultury poznawał nie z drugiej ręki (jak zdarzało się w przypadku edukacji w ośrodkach prowincjonalnych) czy naskórkowo, przy okazji kilkutygodniowego poselstwa czy podróży. Przeciwnie, był w tej cywilizacji zanurzony.
Równie głęboko zanurzył się, na lata, w życie dworskie i polityczne. Tu świadectw mamy bez liku i, podobnie jak w przypadku wykształcenia czy spraw majątkowych poety, na podstawie jego losów można by pisać o ścieżkach kariery wykształconego XVI-wiecznego szlachcica, o cursus honorum obowiązującym w ówczesnej Rzeczpospolitej. Możne dwory – biskupów, wojewodów, senatorów – potrzebują dworzan, to niemal tautologia. U wojewody krakowskiego Jana Tarnowskiego, u Firlejów i Radziwiłłów, u biskupa Filipa Padniewskiego – wszędzie tam spotkać można uczonego męża, biegłego w italskim i łacinie, Jana Kochanowskiego. Tam też, zanim jeszcze zostaną wydane drukiem, krążą w odpisach jego fraszki, pieśni i erotyki.
Z tych dworów – w połowie roku 1563 zawędrował na dwór podkanclerzego Piotra Myszkowskiego, stamtąd zaś – na dwór króla Zygmunta Augusta. Brał udział w polowaniach, w kampaniach wojennych, w ingresach i otwarciach mostów, ale przede wszystkim – w sejmach. Również tych, które służyły wyborowi króla – brał udział w przetargach wokół kandydatury pierwszego władcy elekcyjnego, jest obecny podczas uroczystej koronacji Henryka Walezego w lutym 1574 roku, a w pół roku później, po porzuceniu przez tego ostatniego monarszego tronu, bierze udział w swoistym międzynarodowym pojedynku poetyckim, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, w pół tysiąclecia później – w slamie. W odpowiedzi na zjadliwą fraszkę Philippe’a Desportesa „Adieu à la Pologne” („Pożegnanie Polski”, utrzymane przez członka świty Walezego w nader jednak cierpkim tonie) pisze Kochanowski równie cierpką fraszkę „Gallo crocitanti”, czyli „Piejącemu [nad miarę] kogutowi”.
Pisarstwo obywatelskie Kochanowskiego to jednak nie tylko i nie przede wszystkim uszczypliwości i fraszki. Z tematów, które pojawiają się w jego „Pieśniach” czy próbie napisania rodzimej tragedii antycznej, jaką jest „Odprawa posłów greckich”, fantazja na motywach „Iliady”, można by ułożyć katalog najważniejszych problemów polityki zagranicznej i wewnętrznej Rzeczypospolitej połowy XVI wieku. Zagrożenie tatarskie („Pieśń o spustoszeniu Podola”) i moskiewskie, kandydatury francuskie i austriackie do polskiego tronu, „zniewieścienie” szlachty, uchylającej się zarówno po podatków, jak od wojaczki – to troski wzięte z Cycerona. W kolejnych „Pieśniach” poświęconych urodzie życia, ładowi świata podksiężycowego, smutkom przemijania – wtóruje mu Horacy.
Horacjańskich wątków będzie coraz więcej w miarę, jak poeta zwracać się będzie ku całkiem już osiadłemu i ziemiańskiemu życiu. Bywa jeszcze, podejmowany i słuchany, na dworze drugiego, nierównie lepiej zasłużonego dla Rzeczypospolitej króla elekcyjnego, Stefana Batorego, godność sekretarza królewskiego zachowa do końca życia, ale będzie ona już czysto tytularna: w 1575 Kochanowski kupuje wieś Chechły w pobliżu Czarnolasu, najprawdopodobniej w tym samym czasie żeni się z Dorotą Podlodowską. Nie oznacza to, by porzucił godności publiczne. Wymowne jest, że zmarł, goszcząc na naradzie senatorów Rzeczypospolitej w Lublinie, w sierpniu 1584, zabiegając o wyjaśnienie okoliczności śmierci swego szwagra w poselstwie do Porty Ottomańskiej. Ale w ostatniej dekadzie życia najwięcej pojawi się wątków, które obecne były i wcześniej, zbyt drobne, by obciążać nimi notę biograficzną, przecież wszechobecne: zwrot 4000 złotych pożyczki, zakup koni pod wierzch i dwóch łanów ziemi ornej, wydzierżawienie wioski i młyna… Jak starożytni Ateńczycy, przez stulecia mitologizowani, wynoszeni do godności wojowników, filozofów i atletów, zanim kolejne pokolenia badaczy ukazały ich jako zapobiegliwych hodowców świń, winorośli i cebuli – Jan Kochanowski jawi nam się, po odchyleniu nieco w bok oliwnego wieńca, jako ziemianin zatroskany o to, czy uda się w tym roku chmiel, czy dobrze nieść się będą gęsi i czy się zboże wykłosi.
Nie przynosi mu to ujmy. Naczytawszy się bukolik, dla których stworzył nawet w polszczyźnie synonim „skotopaska” (czyli „pieśń pasterzy”), takiego właśnie chciał życia: dworskiego, bywałego, podróżnego, lecz przede wszystkim – ziemiańskiego. Jego obraz, który sam nakreślił w „Pieśniach” i fraszkach, obraz trochę wyidealizowany – ziemianina, siedzącego z pełnym dzbanem, w gronie przyjaciół i rodziny, w cieniu stale przywoływanej w wierszach lipy – pozostanie dla literatury polskiej emblematyczny, jako obraz nie tylko ładu i dostatku XVI-wiecznej Rzeczypospolitej, ale i jako wizerunek człowieka spełnionego, wolnego od rozterek, od namysłu, jak jego życie mogłoby inaczej wyglądać, od alienacji. Może także dlatego jest dla nas wzorcowym „poetą renesansu”?
Nie tylko dlatego. Bardziej istotna jest długa lista jego lektur i dokonań. Naczytawszy się Marcjalisa, Wulgaty i greckich przekładów Biblii, Teokryta, Petrarki, Ronsarda – bez trudu sięgał po ich dykcję i ich koncepty, wyrażając je po polsku bez trudu, bez sztuczności, bez archaizmów ani latynizmów. Wypracowawszy zaś tę elastyczność języka, która pozwala pisać o wszystkich aspektach życia, niskich i wysokich, prywatnych i publicznych – opisuje złoty wiek Rzeczypospolitej jakby mimochodem, sięgając zarazem po wszystkie narzędzia i techniki poetyckie, jakie podpatrzył na studiach i w bibliotekach. „Przywilej początków, kiedy błyszczy każde zdania języka dotąd dziewiczego” – napisał o tym fenomenie Jan Błoński, wielki historyk literatury.
Kochanowski nie zadawala się pisaniem „katalogów”, jak wielu poetów-kronikarzy, poetów piszących to, co widzą. Doskonali formę, rymując horacjańskie carmina, tworząc dziesiątki nowych słów, które często zakorzenią się w polszczyźnie, jak „koziorożec”, „noworodek” czy „skrzypce”, a czasem kojarzyć się będą tylko z jego twórczością, jak niezapomniana „białoskrzydła” (czyli łódź pod pełnymi żaglami w prologu „Odprawy posłów greckich”). To my, rozkładając jego twórczość na dwuwersy, szukając smacznych detali, odnajdujemy w nim opisy pijaństw i gry w szachy, sianożęcia i obrzędów świętego Jana, podejmowania poselstw i szarży jazdy, zalotów i żałoby.
Zwykle bardzo wiele dzieli nas od poetów sprzed pięciu i pół wieku. Czczeni, wynoszeni na pomniki i tablice pamiątkowe, figurujący we wszystkich podręcznikach, tych dla szkoły podstawowej i dla studentów, czasem nawet szczerze lubiani i rozpoznawani także przez osoby nieobcujące na co dzień z literaturą, są jednak wyjątkowo tylko czytani przez grono szersze niż krąg specjalistów-filologów. „Odprawa posłów greckich” wyjątkowo tylko trafia na sceny i to raczej – w teatrach szkolnych. „EPITHALAMIUM Na wesele Ich M. Pana Jego M. Krysztofa Radziwiła, Książęcia na Birżach i z Dubinek, Hetmana Polnego i Podczaszego Księstwa Wielkiego Litewskiego (...) Jej M. Księżny Katarzyny Ostrowskiej, Wojewodzanki Kijowskiej etc..” rzeczywiście, czytają i cytują tylko specjaliści. Ale żarcik z fraszki „Na doktora Hiszpana” powraca do dziś w scenkach kabaretowych. Pochwałę, otwierającą zbiór „Pieśni” („Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary? / Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary? / Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie...”) – usłyszeć można do dziś śpiewaną na mszy w co drugim parafialnym kościele w Polsce; tym lepiej, skoro brzmi o tyle piękniej od niejednej sacrorymowanki. I wreszcie „Treny”: cykl wierszy opłakujących zmarłą w wieku dwóch i pół roku córeczkę, w wierszy, w których poeta stoi odarty z wszelkiej retoryki i italskiego poloru: zdruzgotany ojciec, któremu nie przynosi pocieszenia wizja Orszulki ani w Raju ani na Polach Elizejskich.
Nie jest to mało dla poety, być w ten sposób obecnym w świadomości czytelników po upływie pięciu i pół wieku.
Ilustracja: Portret Jana Kochanowskiego, drzeworyt Aleksandra Regulskiego według rysunku Józefa Buchbindera, Wikimedia commons, domena publiczna
Majątku starczyło Piotrowi Kochanowskiemu na wykształcenie siedmiu synów, w tym Jana. Dzieje nauki tego ostatniego to świetna próbka systemu edukacyjnego XVI wieku: najpierw – w majątku w Sycynie pod okiem preceptora, po którym zachowało się tylko zlatynizowane nazwisko Jan Silvius, potem w szkole prowadzonej przez benedyktynów w pobliskim Sieciechowie. Kilkunastolatek został wpisany, w roku 1544, do metryki Wydziału Artium Akademii Krakowskiej. Jak się przypuszcza, mury krakowskie opuścił po pięciu latach, by udać się na któryś z niemieckich uniwersytetów, przenikniętych duchem reformacji: do Lipska lub Wittembergi. Na pewno trafił do luterańskiego Królewca (w latach 1551–1552), stamtąd jednak rusza w przeciwnym kierunku, na najpopularniejszy wśród polskiej szlachty epoki renesansu szlak edukacyjny: Italiam! A konkretnie: do Padwy.
Wróci do niej jeszcze dwukrotnie, przerywając naukę na kilka miesięcy, by załatwiać w kraju interesy lub sprawy spadkowe: na pewno studiował w latach 1552–1555, wiemy również o jego kolejnych, kilkumiesięcznych pobytach, w roku 1556 i dwa lata później. Tę trzecią podróż zakończyła renesansowa Grand Tour: włóczęga do Florencji i Bolonii, a prawdopodobnie także Rzymu i Paryża.
Bezpośrednich świadectw z tych podróży zachowało się nie tak wiele: wpisy do ksiąg, świadectwa opłat, garść dedykacji i listów, echa wyboru na „konsyliarza” (formalnie lekarza, w tym czasie jednak była to już godność honorowa, świadcząca tylko o zaufaniu współziomków) nacji polskiej w Padwie. Świadectwem, do czego wrócimy za chwilę, jest gęsta tkanka odwołań i doświadczeń obecna w twórczości Kochanowskiego. „Pieśni” i „Treny” pisał człowiek renesansu, który napięcia i odkrycia ówczesnej kultury poznawał nie z drugiej ręki (jak zdarzało się w przypadku edukacji w ośrodkach prowincjonalnych) czy naskórkowo, przy okazji kilkutygodniowego poselstwa czy podróży. Przeciwnie, był w tej cywilizacji zanurzony.
Równie głęboko zanurzył się, na lata, w życie dworskie i polityczne. Tu świadectw mamy bez liku i, podobnie jak w przypadku wykształcenia czy spraw majątkowych poety, na podstawie jego losów można by pisać o ścieżkach kariery wykształconego XVI-wiecznego szlachcica, o cursus honorum obowiązującym w ówczesnej Rzeczpospolitej. Możne dwory – biskupów, wojewodów, senatorów – potrzebują dworzan, to niemal tautologia. U wojewody krakowskiego Jana Tarnowskiego, u Firlejów i Radziwiłłów, u biskupa Filipa Padniewskiego – wszędzie tam spotkać można uczonego męża, biegłego w italskim i łacinie, Jana Kochanowskiego. Tam też, zanim jeszcze zostaną wydane drukiem, krążą w odpisach jego fraszki, pieśni i erotyki.
Z tych dworów – w połowie roku 1563 zawędrował na dwór podkanclerzego Piotra Myszkowskiego, stamtąd zaś – na dwór króla Zygmunta Augusta. Brał udział w polowaniach, w kampaniach wojennych, w ingresach i otwarciach mostów, ale przede wszystkim – w sejmach. Również tych, które służyły wyborowi króla – brał udział w przetargach wokół kandydatury pierwszego władcy elekcyjnego, jest obecny podczas uroczystej koronacji Henryka Walezego w lutym 1574 roku, a w pół roku później, po porzuceniu przez tego ostatniego monarszego tronu, bierze udział w swoistym międzynarodowym pojedynku poetyckim, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, w pół tysiąclecia później – w slamie. W odpowiedzi na zjadliwą fraszkę Philippe’a Desportesa „Adieu à la Pologne” („Pożegnanie Polski”, utrzymane przez członka świty Walezego w nader jednak cierpkim tonie) pisze Kochanowski równie cierpką fraszkę „Gallo crocitanti”, czyli „Piejącemu [nad miarę] kogutowi”.
Pisarstwo obywatelskie Kochanowskiego to jednak nie tylko i nie przede wszystkim uszczypliwości i fraszki. Z tematów, które pojawiają się w jego „Pieśniach” czy próbie napisania rodzimej tragedii antycznej, jaką jest „Odprawa posłów greckich”, fantazja na motywach „Iliady”, można by ułożyć katalog najważniejszych problemów polityki zagranicznej i wewnętrznej Rzeczypospolitej połowy XVI wieku. Zagrożenie tatarskie („Pieśń o spustoszeniu Podola”) i moskiewskie, kandydatury francuskie i austriackie do polskiego tronu, „zniewieścienie” szlachty, uchylającej się zarówno po podatków, jak od wojaczki – to troski wzięte z Cycerona. W kolejnych „Pieśniach” poświęconych urodzie życia, ładowi świata podksiężycowego, smutkom przemijania – wtóruje mu Horacy.
Horacjańskich wątków będzie coraz więcej w miarę, jak poeta zwracać się będzie ku całkiem już osiadłemu i ziemiańskiemu życiu. Bywa jeszcze, podejmowany i słuchany, na dworze drugiego, nierównie lepiej zasłużonego dla Rzeczypospolitej króla elekcyjnego, Stefana Batorego, godność sekretarza królewskiego zachowa do końca życia, ale będzie ona już czysto tytularna: w 1575 Kochanowski kupuje wieś Chechły w pobliżu Czarnolasu, najprawdopodobniej w tym samym czasie żeni się z Dorotą Podlodowską. Nie oznacza to, by porzucił godności publiczne. Wymowne jest, że zmarł, goszcząc na naradzie senatorów Rzeczypospolitej w Lublinie, w sierpniu 1584, zabiegając o wyjaśnienie okoliczności śmierci swego szwagra w poselstwie do Porty Ottomańskiej. Ale w ostatniej dekadzie życia najwięcej pojawi się wątków, które obecne były i wcześniej, zbyt drobne, by obciążać nimi notę biograficzną, przecież wszechobecne: zwrot 4000 złotych pożyczki, zakup koni pod wierzch i dwóch łanów ziemi ornej, wydzierżawienie wioski i młyna… Jak starożytni Ateńczycy, przez stulecia mitologizowani, wynoszeni do godności wojowników, filozofów i atletów, zanim kolejne pokolenia badaczy ukazały ich jako zapobiegliwych hodowców świń, winorośli i cebuli – Jan Kochanowski jawi nam się, po odchyleniu nieco w bok oliwnego wieńca, jako ziemianin zatroskany o to, czy uda się w tym roku chmiel, czy dobrze nieść się będą gęsi i czy się zboże wykłosi.
Nie przynosi mu to ujmy. Naczytawszy się bukolik, dla których stworzył nawet w polszczyźnie synonim „skotopaska” (czyli „pieśń pasterzy”), takiego właśnie chciał życia: dworskiego, bywałego, podróżnego, lecz przede wszystkim – ziemiańskiego. Jego obraz, który sam nakreślił w „Pieśniach” i fraszkach, obraz trochę wyidealizowany – ziemianina, siedzącego z pełnym dzbanem, w gronie przyjaciół i rodziny, w cieniu stale przywoływanej w wierszach lipy – pozostanie dla literatury polskiej emblematyczny, jako obraz nie tylko ładu i dostatku XVI-wiecznej Rzeczypospolitej, ale i jako wizerunek człowieka spełnionego, wolnego od rozterek, od namysłu, jak jego życie mogłoby inaczej wyglądać, od alienacji. Może także dlatego jest dla nas wzorcowym „poetą renesansu”?
Nie tylko dlatego. Bardziej istotna jest długa lista jego lektur i dokonań. Naczytawszy się Marcjalisa, Wulgaty i greckich przekładów Biblii, Teokryta, Petrarki, Ronsarda – bez trudu sięgał po ich dykcję i ich koncepty, wyrażając je po polsku bez trudu, bez sztuczności, bez archaizmów ani latynizmów. Wypracowawszy zaś tę elastyczność języka, która pozwala pisać o wszystkich aspektach życia, niskich i wysokich, prywatnych i publicznych – opisuje złoty wiek Rzeczypospolitej jakby mimochodem, sięgając zarazem po wszystkie narzędzia i techniki poetyckie, jakie podpatrzył na studiach i w bibliotekach. „Przywilej początków, kiedy błyszczy każde zdania języka dotąd dziewiczego” – napisał o tym fenomenie Jan Błoński, wielki historyk literatury.
Kochanowski nie zadawala się pisaniem „katalogów”, jak wielu poetów-kronikarzy, poetów piszących to, co widzą. Doskonali formę, rymując horacjańskie carmina, tworząc dziesiątki nowych słów, które często zakorzenią się w polszczyźnie, jak „koziorożec”, „noworodek” czy „skrzypce”, a czasem kojarzyć się będą tylko z jego twórczością, jak niezapomniana „białoskrzydła” (czyli łódź pod pełnymi żaglami w prologu „Odprawy posłów greckich”). To my, rozkładając jego twórczość na dwuwersy, szukając smacznych detali, odnajdujemy w nim opisy pijaństw i gry w szachy, sianożęcia i obrzędów świętego Jana, podejmowania poselstw i szarży jazdy, zalotów i żałoby.
Zwykle bardzo wiele dzieli nas od poetów sprzed pięciu i pół wieku. Czczeni, wynoszeni na pomniki i tablice pamiątkowe, figurujący we wszystkich podręcznikach, tych dla szkoły podstawowej i dla studentów, czasem nawet szczerze lubiani i rozpoznawani także przez osoby nieobcujące na co dzień z literaturą, są jednak wyjątkowo tylko czytani przez grono szersze niż krąg specjalistów-filologów. „Odprawa posłów greckich” wyjątkowo tylko trafia na sceny i to raczej – w teatrach szkolnych. „EPITHALAMIUM Na wesele Ich M. Pana Jego M. Krysztofa Radziwiła, Książęcia na Birżach i z Dubinek, Hetmana Polnego i Podczaszego Księstwa Wielkiego Litewskiego (...) Jej M. Księżny Katarzyny Ostrowskiej, Wojewodzanki Kijowskiej etc..” rzeczywiście, czytają i cytują tylko specjaliści. Ale żarcik z fraszki „Na doktora Hiszpana” powraca do dziś w scenkach kabaretowych. Pochwałę, otwierającą zbiór „Pieśni” („Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary? / Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary? / Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie...”) – usłyszeć można do dziś śpiewaną na mszy w co drugim parafialnym kościele w Polsce; tym lepiej, skoro brzmi o tyle piękniej od niejednej sacrorymowanki. I wreszcie „Treny”: cykl wierszy opłakujących zmarłą w wieku dwóch i pół roku córeczkę, w wierszy, w których poeta stoi odarty z wszelkiej retoryki i italskiego poloru: zdruzgotany ojciec, któremu nie przynosi pocieszenia wizja Orszulki ani w Raju ani na Polach Elizejskich.
Nie jest to mało dla poety, być w ten sposób obecnym w świadomości czytelników po upływie pięciu i pół wieku.
Wojciech Stanisławski
Ilustracja: Portret Jana Kochanowskiego, drzeworyt Aleksandra Regulskiego według rysunku Józefa Buchbindera, Wikimedia commons, domena publiczna