czas czytania:
Pogrom kielecki
Po zakończeniu II wojny światowej znaleźli się w Kielcach Żydzi – ci, którzy mieszkali tam przed 1939 r., i ci, którzy przygotowywali się do wyjazdu do Palestyny. Pierwsi wrócili do swoich domów, a drudzy zostali skupieni w jednym miejscu – w domu przy ulicy Planty 7, gdzie mieścił się Komitet Żydowski. Od pewnego czasu w Kielcach rozpowszechniały się pogłoski o porwanych dzieciach i mordach rytualnych, których mieli się dopuszczać na nich Żydzi.
Wieczorem 3 lipca na komisariat przy ulicy Sienkiewicza w Kielcach przyszedł pijany szewc Walenty Błaszczyk, którego syn zaginął parę dni wcześniej. Stwierdził on, że chłopiec właśnie uciekł z piwnicy, w której przetrzymywali go Żydzi. 1 lipca syn Błaszczyka wskoczył za miastem na furmankę i pojechał ponad dwadzieścia kilometrów do wsi, w której mieszkał, zanim przeprowadził się do Kielc. W tym czasie jego ojciec zgłosił zaginięcie syna na milicji. Aby uniknąć kary za oddalenie się od domu, Henio Błaszczyk prawdopodobnie wymyślił historię o porwaniu przez Żydów.
Nazajutrz po złożeniu zeznań Błaszczykowie udali się wraz z sąsiadem Janem Dygnarowiczem na komisariat. Po drodze – obok budynku Komitetu Żydowskiego na ulicy Planty 7 – chłopiec pytany przez Dygnarowicza miał wskazać Żyda w zielonym kapeluszu, który jakoby dał mu parę dni wcześniej paczuszkę z poleceniem dostarczenia jej do budynku przy ulicy Planty. Tam Żydzi mieli chłopca schwytać i uwięzić w piwnicy. Zeznał to na komisariacie, po czym pod budynek Komitetu został wysłany patrol milicji, który przyprowadził po chwili Kalmana Singera – owego Żyda w zielonym kapeluszu. Seweryn Kahane – przewodniczący kieleckiej gminy żydowskiej – próbował interweniować, ale został odesłany z kwitkiem, a Singer został pobity przez milicjanta.
Tymczasem pod budynkiem Komitetu zaczęli zbierać się ludzie. Sierżant Edmund Zagórski wysłał wkrótce również drugi patrol dla sprawdzenia, w której piwnicy miał przebywać chłopiec. 14 milicjantów udało się na ulicę Planty wraz z Błaszczykami. Funkcjonariusze mówili po drodze, że idą otoczyć dom, gdzie są przetrzymywane polskie dzieci. Było ok. 9.30. Dom został otoczony i przeszukany. Tłum, który zgromadził się przed budynkiem, liczył już kilkadziesiąt osób. Major Kazimierz Gwiazdowicz wysłał kolejny partol z poleceniem rozpędzenia tłumu. Tymczasem mjr Władysław Sobczyński, szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, stwierdzając, że jest to sprawa polityczna, nakazał odwołanie milicjantów spod budynku. Między 9.30 a 10.00 funkcjonariusze WUBP oraz siedmiu milicjantów pod dowództwem oficera bezpieczeństwa, kpt. Jana Muchy, udało się na Planty, Błaszczyków zaś odprowadzono do Urzędu Bezpieczeństwa.
Tłum stawał się coraz bardziej agresywny i domagał się wpuszczenia osób cywilnych do środka. Kapitan Mucha i Albert Grynabaum z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach poprosili szefa WUBP o przysłanie wojska, które zachowało się dosyć biernie, gdy prowokatorzy rzucili kamieniami w okna. Ludzie zaczęli dobijać się do wejścia i wraz z grupą wojskowych z MO, KBW i żandarmerii wtargnęli do budynku. Żołnierze i milicjanci wyprowadzali ludzi z domu, strzelali do nich bądź ich bili lub oddawali w ręce zgromadzonych gapiów.
Siły porządkowe przysłane na miejsce nie zdołały zapanować nad tłumem, natomiast nastroje przenosiły się na inne ulice, gdzie Żydów bito i obrzucano kamieniami. Około 12.30 pod budynek Komitetu Żydowskiego przybyli robotnicy z huty, uzbrojeni z łomy, kije i kamienie i na nowo rozpoczęło się mordowanie i rabowanie ludzi. Dopiero pojawienie się oddziału wojska, który oddał kilka salw, umożliwiło opanowanie sytuacji, można było zabrać z budynku rannych i zabitych. Ofiarą stała się także rodzina Abrama i Reginy Fischów i ich trzymiesięczne dziecko. Nie mieszkali na Plantach, zostali zamordowani poza miejscem pogromu.
W wyniku wydarzeń kieleckich śmierć poniosły 42 osoby, a ponad 40 zostało rannych. Polska Partia Robotnicza o zorganizowanie pogromu oskarżyła konspirację. Z kolei Polskie Stronnictwo Ludowe sugerowało, że inicjatorem był Urząd Bezpieczeństwa, który chciał odwrócić uwagę od fałszowania wyników referendum. Z tzw. raportu biskupa Kaczmarka (współczesnego tym wydarzeniom) i najnowszych badań IPN wynika, że pogrom mógł mieć charakter spontanicznego wybuchu wrogości do Żydów. Do tej pory nie wyjaśniono w pełni wydarzeń kieleckich. Bezpośrednio po pogromie ponad 60 tys. Żydów uciekło z Polski do alianckich obozów przesiedleńczych w Niemczech.
Ilustracja: Pogrzeb ofiar zajść w Kielcach, Filmoteka Narodowa, CC-BY-NC
Nazajutrz po złożeniu zeznań Błaszczykowie udali się wraz z sąsiadem Janem Dygnarowiczem na komisariat. Po drodze – obok budynku Komitetu Żydowskiego na ulicy Planty 7 – chłopiec pytany przez Dygnarowicza miał wskazać Żyda w zielonym kapeluszu, który jakoby dał mu parę dni wcześniej paczuszkę z poleceniem dostarczenia jej do budynku przy ulicy Planty. Tam Żydzi mieli chłopca schwytać i uwięzić w piwnicy. Zeznał to na komisariacie, po czym pod budynek Komitetu został wysłany patrol milicji, który przyprowadził po chwili Kalmana Singera – owego Żyda w zielonym kapeluszu. Seweryn Kahane – przewodniczący kieleckiej gminy żydowskiej – próbował interweniować, ale został odesłany z kwitkiem, a Singer został pobity przez milicjanta.
Tymczasem pod budynkiem Komitetu zaczęli zbierać się ludzie. Sierżant Edmund Zagórski wysłał wkrótce również drugi patrol dla sprawdzenia, w której piwnicy miał przebywać chłopiec. 14 milicjantów udało się na ulicę Planty wraz z Błaszczykami. Funkcjonariusze mówili po drodze, że idą otoczyć dom, gdzie są przetrzymywane polskie dzieci. Było ok. 9.30. Dom został otoczony i przeszukany. Tłum, który zgromadził się przed budynkiem, liczył już kilkadziesiąt osób. Major Kazimierz Gwiazdowicz wysłał kolejny partol z poleceniem rozpędzenia tłumu. Tymczasem mjr Władysław Sobczyński, szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, stwierdzając, że jest to sprawa polityczna, nakazał odwołanie milicjantów spod budynku. Między 9.30 a 10.00 funkcjonariusze WUBP oraz siedmiu milicjantów pod dowództwem oficera bezpieczeństwa, kpt. Jana Muchy, udało się na Planty, Błaszczyków zaś odprowadzono do Urzędu Bezpieczeństwa.
Tłum stawał się coraz bardziej agresywny i domagał się wpuszczenia osób cywilnych do środka. Kapitan Mucha i Albert Grynabaum z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa w Kielcach poprosili szefa WUBP o przysłanie wojska, które zachowało się dosyć biernie, gdy prowokatorzy rzucili kamieniami w okna. Ludzie zaczęli dobijać się do wejścia i wraz z grupą wojskowych z MO, KBW i żandarmerii wtargnęli do budynku. Żołnierze i milicjanci wyprowadzali ludzi z domu, strzelali do nich bądź ich bili lub oddawali w ręce zgromadzonych gapiów.
Siły porządkowe przysłane na miejsce nie zdołały zapanować nad tłumem, natomiast nastroje przenosiły się na inne ulice, gdzie Żydów bito i obrzucano kamieniami. Około 12.30 pod budynek Komitetu Żydowskiego przybyli robotnicy z huty, uzbrojeni z łomy, kije i kamienie i na nowo rozpoczęło się mordowanie i rabowanie ludzi. Dopiero pojawienie się oddziału wojska, który oddał kilka salw, umożliwiło opanowanie sytuacji, można było zabrać z budynku rannych i zabitych. Ofiarą stała się także rodzina Abrama i Reginy Fischów i ich trzymiesięczne dziecko. Nie mieszkali na Plantach, zostali zamordowani poza miejscem pogromu.
W wyniku wydarzeń kieleckich śmierć poniosły 42 osoby, a ponad 40 zostało rannych. Polska Partia Robotnicza o zorganizowanie pogromu oskarżyła konspirację. Z kolei Polskie Stronnictwo Ludowe sugerowało, że inicjatorem był Urząd Bezpieczeństwa, który chciał odwrócić uwagę od fałszowania wyników referendum. Z tzw. raportu biskupa Kaczmarka (współczesnego tym wydarzeniom) i najnowszych badań IPN wynika, że pogrom mógł mieć charakter spontanicznego wybuchu wrogości do Żydów. Do tej pory nie wyjaśniono w pełni wydarzeń kieleckich. Bezpośrednio po pogromie ponad 60 tys. Żydów uciekło z Polski do alianckich obozów przesiedleńczych w Niemczech.
M.G.-K.
Ilustracja: Pogrzeb ofiar zajść w Kielcach, Filmoteka Narodowa, CC-BY-NC