Życie codzienne stanu wojennego - Muzeum Historii Polski w Warszawie SKIP_TO
Wizyta w muzeum Przejdź do sklepu

Życie codzienne stanu wojennego

czas czytania:
Czołgi T-55 podczas stanu wojennego w Zbąszyniu
Nie było „Teleranka”, nie było Kongresu Kultury, nie było telefonów, programów radiowych, koncertów – stan wojenny przeciął codzienność mieszkańców Polski; przecinał ją w różnych miejscach i sferach, zależnie od miejsca osoby i grupy.

Dystrybucja i kontrola wydawała się zresztą główną metodą zapanowania nad chaosem. Brakowało bowiem niemal wszystkiego. Tłumy gromadziły się przed sklepami, gdy „rzucano” herbatę i kawę, masło i wędliny, cukier i czekoladę, proszek do prania i pastę do zębów. System kartkowy nie wystarczał, by uregulować popyt i podaż, wprowadzono więc zasadę rejestrowania kartek tylko w jednym sklepie. Nie dość wprawni w „robieniu łokciami”, nie korzystający z „dojść” i znajomości, nie posiadający walut obcych – zadowalać się musieli w najtrudniejszych miesiącach stanu wojennego masłem roślinnym, proszkiem do zębów, kawą zbożową, szarym mydłem. Wszystko to zresztą „wystane”. Były to realia przypominające wojenną i tużpowojenną mizerię utrwaloną we wspomnieniach z dzieciństwa średniego pokolenia Zachodu. Nieliczni przyjezdni z Francji czy Niemiec, pojawiający się w PRL stanu wojennego, z tym właśnie mogli porównać zgrzebną rzeczywistość, jaką zastawali. Było to zjawisko szokujące w środku Europy, żyjącej pokojowo od trzydziestu kilku lat. Wyjaśnienie rozmiarów katastrofy było trudne zarówno dla zachodnich dziennikarzy, jak szarych obywateli PRL. Co się dzieje z towarem? Czy jest rzeczywiście, jak głosiła propaganda, rozkupywany przez spekulantów? Czy, jak skłonna była wierzyć ulica, magazynowany na wypadek prawdziwej wojny, czy może wywożony za granicę? Tak czy owak, w zagranicy – w Zachodzie – pokładała nadzieje znaczna część obywateli, oczekując na żywność i odzież. Szczególnego znaczenia nabrały paczki: te przysyłane z Niemiec, rozdzielane przez Kościół, te od rodzin z lepiej zaopatrzonych miast i regionów Polski, te przygotowywane w zakładach pracy na święta, te rozdawane przedszkolakom jako prezenty od dzieci z ZSRR. Tę ostatnią akcję zorganizowano w 1983 r. Dzieci dostały plastikowe zegary i matrioszki, wewnątrz których kryły się pięknie opakowane czekoladki.
Obwieszczenie WRON o wprowadzeniu stanu wojennego powiększ
Obwieszczenie WRON o wprowadzeniu stanu wojennego
Wikimedia Commons
Demonstracja uliczna powiększ
Stan wojenny w Polsce 1981-1983
Wikimedia Commons

Także i to zjawisko nie było nowe. Socjolog Stefan Nowak sformułował w latach siedemdziesiątych diagnozę, wedle której społeczeństwo polskie cechowało się rozziewem między „familizmem”, czyli silnym skupieniem na kręgu rodziny i znajomych, a ogólnym poczuciem przynależności do wspólnoty narodowej. Brakowało struktur pośrednich – stowarzyszeniowych, regionalnych, lokalnych, tworzących „małe ojczyzny”. Niski poziom usług, zaopatrzenia, infrastruktury miast, pustynie nowych osiedli mieszkaniowych, degradacja „niczyjej” przestrzeni publicznej – wszystko to skłaniało do spędzania czasu w domu, skupiania się na jego urządzaniu, na telewizji. Zjawisko nazywano domatorstwem. Lata stanu wojennego mogły mu tylko sprzyjać. „Udomowienie” codzienności wiązało się z odstręczającym charakterem przestrzeni publicznej, zarówno w sensie politycznym, jak materialnym. „Ulica przestała istnieć. Ulica umarła. Brnę przez zeskorupiałe grudy śniegu, rzadkie lampy nie rozpraszają ciemności, mruga samotna jarzeniówka pustej wystawy. Idę, ślizgając się, główną ulicą zupełnie sam – brodaty, samotny pan w kożuchu, w czapie nasuniętej na oczy. Polska to dziś najsmutniejszy kraj samotnych, uciekających od siebie ludzi” - pisał Grzegorz Musiał w Bydgoszczy 14 stycznia 1982 r.

Mający do dyspozycji początkowo tylko jeden program TV, następnie dwa, mieszkańcy Polski – także ci najniechętniej nastawieni do reżimu – telewizję oglądali, a zjawisko manifestacyjnych spacerów w czasie dziennika wieczornego, świadczące o oporze wobec jego kłamstwa, miało charakter przejściowy. Wieczorami miasta zamieniały się w kwadraciki okien, bijących niebieskawym blaskiem. Jak w piosence „Lombardu” z 1983 r.: „Już z ogonków wycofały się / Frasobliwe kolejek madonny / Do kapliczek powracają, gdzie / Telewizor z prognozą pogody / Szklana pogoda / Szyby niebieskie od telewizorów / Szklana pogoda / Szklanka naciąga bez humoru / Szklana pogoda”.
1/4

PowiązaneMateriały