Zapomniane
kary śmierci
w stanie wojennym
czas czytania:
Stan wojenny, wprowadzony w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r., oznaczał wiele zmian w funkcjonowaniu kraju, w tym „wymiaru sprawiedliwości” wykorzystywanego w Polsce Ludowej do zwalczania prawdziwych i domniemanych władz wrogów komunistycznych. Nie inaczej było oczywiście w stanie wojennym. W tym właśnie celu bardzo mocno rozszerzono kompetencje prokuratury oraz sądownictwa wojskowego.
Wprowadzono tryb przyspieszony i doraźny, z najniższą przewidzianą karą zasadniczą trzech lat pozbawienia wolności. Zdecydowanie zaostrzono sankcje karne – za odmowę wykonania rozkazu w jednostce zmilitaryzowanej, czyli w niektórych zakładach pracy (m.in. w kopalniach, ale też np. w Polskim Radiu i Telewizji Polskiej), mogła być to nawet kara śmierci. Miało to służyć zastraszeniu niepokornej części społeczeństwa.
Wysokie wyroki dla opornych
Takiej kary ostatecznie nie orzeczono, co nie oznacza, że nie ferowano czasem surowych, wręcz drakońskich wyroków. Najwyższy z nich w przypadku „przestępstwa” zorganizowania strajku po wprowadzeniu stanu wojennego zapadł przed Sądem Marynarki Wojennej w Gdyni w procesie pracowników Wyższej Szkoły Morskiej w tym mieście. Zorganizowali oni strajk okupacyjny na tej uczelni – zmilitaryzowanej po 13 grudnia. Ewę Kubasiewicz skazano na karę 10 lat więzienia, Jerzego Kowalczyka i Władysława Trzcińskiego na 9 lat, Cezarego Godziuka na 6 lat, Wiesławę Kwiatkowską, Jarosława Skowronka, Sławomira Sadowskiego i Krzysztofa Jankowskiego na 5 lat, a Marka Czachora na 3 lata. Nie zmieniło sytuacji to, że protest zakończył się dobrowolnym odstąpieniem od akcji strajkowej po rozmowach z dyrekcją, co pozwalało – w myśl prawa stanu wojennego – nawet na odstąpienie od wymierzania kary.
Surowość wyroków wynikała z wytycznych władz. Podczas jednej z narad sędziów orzekających w sprawach karnych minister sprawiedliwości Sylwester Zawadzki mówił:
Surowość wyroków wynikała z wytycznych władz. Podczas jednej z narad sędziów orzekających w sprawach karnych minister sprawiedliwości Sylwester Zawadzki mówił:
Nie można patrzeć na orzeczenia z punktu widzenia fachowca, specjalisty od prawa karnego – każdy wyrok przedstawiany jest społeczeństwu jako oręż walki. Wyroki łagodne traktowane są jako bojkot władzy. Jeżeli wyrok uniewinniający traktowany jest jako przejaw słabości władzy – trzeba to brać pod uwagę.
Prowadziło to do kuriozalnych orzeczeń z jeszcze bardziej przedziwnymi ich uzasadnieniami. Skazanie Patrycjusza Kosmowskiego na 6 lat pozbawienia wolności – mimo braku dowodów winy – Sąd Wojewódzki w Bielsku-Białej uzasadniał w następujący sposób: „nieprawdopodobnym jest, by oskarżony [...] w jednej chwili zdecydował, że należy zaniechać wszelkiej działalności związkowej”.
Kary śmierci
dla szpiegów
i zdrajców
Oprócz nakładania nierzadko drakońskich sankcji – szczególnie w pierwszych tygodniach i miesiącach stanu wojennego (nagłaśnianych zresztą skrupulatnie przez peerelowską propagandę) na działaczy „Solidarności” i opozycji, którzy nie zaprzestali swojej działalności po 13 grudnia 1981 r. – przystąpiono również do rozprawy ze szpiegami i zdrajcami. Zarówno tymi prawdziwymi, jak i urojonymi. To właśnie z tego powodu w stanie wojennym na karę śmierci skazano sześć osób. W tym gronie znaleźli się: Henryk Bogulak, Waldemar Mazurkiewicz, Jerzy Sumiński, Zdzisław Najder, Zdzisław Rurarz i Romuald Spasowski. Przy czym trzej pierwsi byli funkcjonariuszami peerelowskiego aparatu bezpieczeństwa, którzy zdradzili ludową ojczyznę.
Mazurkiewicz oficjalnie był (od 1978 r.) pracownikiem stałego przedstawicielstwa PRL przy Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku, faktycznie zaś wieloletnim, doświadczonym funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa (z ponad piętnastoletnim stażem), wykorzystywanym do pracy na Zachodzie jako szyfrant. Jego zdrada – w listopadzie 1980 r. przeszedł na stronę Amerykanów – spowodowała m.in. konieczność zmiany systemu szyfrowego PRL w łączności z zagranicą. Bogulak natomiast był formalnie pracownikiem ambasady polskiej w Paryżu, a faktycznie kierowcą w Departamencie I MSW (wywiadzie), wykorzystywanym podczas akcji zagranicznych. W lipcu 1982 r. poprosił o azyl polityczny i rozpoczął współpracę z wywiadem francuskim. Henryk Bogulak i Waldemar Mazurkiewicz mieli w sumie „sprzedać” wywiadowi zachodniemu około stu pracowników polskiego wywiadu i kontrwywiadu, a więc spowodować niebagatelne straty dla cywilnej bezpieki. Z kolei Sumiński był oficerem kontrwywiadu wojskowego (notabene zaufanym samego Czesława Kiszczaka), który zdezerterował w czerwcu 1981 r. – wyjechał z kraju maluchem do Wiednia, gdzie przekazał Amerykanom wiele cennych danych i dokumentów (m.in. na temat peerelowskiego wywiadu w Republice Federalnej Niemiec). Bogulak został początkowo skazany (w marcu 1983 r.) na karę 25 lat więzienia, którą Izba Wojskowa Sądu Najwyższego zmieniła (w maju tegoż roku) na karę śmierci, Mazurkiewiczowi „czapę” zasądzono w kwietniu 1982 r., Sumińskiemu zaś w lutym 1983 r.
Nieco inaczej przedstawiała się sprawa pozostałej trójki. Najder był działaczem opozycji, a Rurarz i Spasowski byli polskimi dyplomatami. Dzieliło ich wiele, a łączyło tylko jedno – wszyscy oni w związku z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego poprosili o azyl na Zachodzie. Zdzisław Najder był m.in. współzałożycielem w 1976 r. Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, a w latach kolejnych autorem wielu jego tekstów programowych. Po powstaniu „Solidarności” zaangażował się w jej działalność. W listopadzie 1981 r. wyjechał do Anglii, gdzie po wprowadzeniu stanu wojennego zdecydował się zostać, uprzedzony przez władze brytyjskie, że jest poszukiwany w PRL. W styczniu 1982 r. uzyskał azyl polityczny, a w kwietniu tegoż roku objął stanowisko dyrektora Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, został też doradcą Biura Koordynacyjnego NSZZ „Solidarność” za Granicą w Brukseli. W maju 1983 r. Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego skazał go na karę śmierci za rzekome szpiegostwo. W uzasadnieniu tego najwyższego możliwego wyroku pisano:
Obiektywnie stwierdzić należy, że nie ma dowodów na to, że osk[arżony] Najder współpracował z wywiadem amerykańskim od 25 lat, choć praktycznie nie jest to wykluczone.
Zdzisław Rurarz był wieloletnim pracownikiem polskiej dyplomacji, a na początku lat siedemdziesiątych doradcą ekonomicznym I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Edwarda Gierka. W lutym 1981 r. został mianowany ambasadorem PRL w Japonii. Dziesięć dni po formalnym wprowadzeniu stanu wojennego opuścił ambasadę i poprosił władze amerykańskie o azyl polityczny. Szkody spowodowane „dezercją” Rurarza tak podsumowało MSW:
Informacje przekazane […] przedstawicielom władz japońskich, a następnie amerykańskim służbom specjalnym, jego wypowiedzi w Kongresie USA oraz w czasie spotkań w ośrodkach antypolskich, wystąpienia radiowo-telewizyjne i wywiady prasowe przynoszą niepowetowane szkody polityczne i gospodarcze, godzą w najbardziej żywotne interesy PRL, w tym w zakresie obronności i bezpieczeństwa państwa.
Trudno się temu zresztą dziwić, skoro były ambasador przekazał Amerykanom sporo informacji na temat ówczesnej sytuacji w Polsce, w tym ujawnił znane sobie szczegóły przygotowań do stanu wojennego (m.in. bardzo zaawansowaną przymiarkę do jego wprowadzenia w marcu 1981 r. – w trakcie tzw. kryzysu bydgoskiego – kiedy to MSZ wysłał nawet do polskich placówek dyplomatycznych szyfrogram z wytycznymi w razie podjęcia takich decyzji). W liście otwartym, wystosowanym do Wojciecha Jaruzelskiego, stwierdził on, że ten „ma duszę zdrajcy i mentalność mordercy”, a „wydając rozkaz użycia Wojska Polskiego przeciwko polskiemu narodowi” zapewnił sobie „miejsce w naszej krwawej historii jako oprawca tegoż narodu”. W tej sytuacji wyrok mógł być tylko jeden – „czapa”. Zapadł on w grudniu 1982 r.
Rurarz nie był jednak pierwszym ambasadorem PRL, który „zdezerterował” po 13 grudnia 1981 r. Cztery dni przed nim uczynił to inny wielokrotny ambasador PRL Romuald Spasowski, który sprawował wówczas tę funkcję w Waszyngtonie. Kilka miesięcy później – w sierpniu 1982 r. – został on, co ciekawe, skazany „jedynie” na karę 15 lat pozbawienia wolności. Tak „łagodny” wymiar kary w jego przypadku wynikał z tego, że „Trybuna Ludu” (organ KC PZPR) w dzień po jego ucieczce (20 grudnia) poinformowała, że „od pewnego czasu […] cierpiał na okresowe stany depresji, w związku z czym został […] odwołany do kraju”. Jednak ostatecznie „akt zdrady zasługujący na powszechną pogardę i potępienie” popełniony przez „rzekomego patriotycznego kontestatora”, który „za judaszowe srebrniki wyrzekł się swej ojczyzny” – jak grzmiał 21 grudnia 1981 r. podczas konferencji prasowej w Interpressie rzecznik prasowy Ministerstwa Spraw Zagranicznych Andrzej Konopacki – został „odpowiednio” ukarany. W wyniku rewizji Naczelnej Prokuratury Wojskowej Izba Wojskowa Sądu Najwyższego skazała w październiku 1982 r. Spasowskiego na karę śmierci.
Oczywiście wszystkie te kary śmierci zostały orzeczone zaocznie. Niewykluczone jednak, że – zwłaszcza w przypadku Bogulaka, Mazurkiewcza i Sumińskiego – przymierzano się do ich wykonania. Tak w końcu było np. – na co wskazują poszlaki – z Ryszardem Kuklińskim, skazanym w maju 1984 r. Nie sposób na koniec nie przypomnieć, że zarówno Najder (w 1989 r.), jak i obaj byli ambasadorowie (Rurarz i Spasowski – w 1990 r.) zostali w wolnej, demokratycznej Polsce uniewinnieni i oczyszczeni z zarzutów. Podobnie zresztą jak wiele innych osób niesłusznie skazanych w stanie wojennym przez peerelowski „wymiar sprawiedliwości”.
Grzegorz Majchrzak