Zamach majowy, czyli wojna domowa po polsku
czas czytania:
Przewrót majowy to jeden z najbardziej dramatycznych momentów w historii II RP. Stanowił on brutalną kulminację długiej, bo sięgającej głęboko w ćwierćwiecze poprzedzające odzyskanie niepodległości, rywalizacji dwóch zwaśnionych obozów – narodowych demokratów i piłsudczyków, w większości będących wcześniej działaczami Polskiej Partii Socjalistycznej.
Powitałem [Piłsudskiego] słowami: „Stoję na straży honoru wojska polskiego” – co widocznie wzburzyło go, gdyż uchwycił mnie za rękaw i zduszonym głosem powiedział: „No, no! Tylko nie w ten sposób”. Strząsnąłem jego rękę, nie dopuszczając do dyskusji: „Reprezentuję tutaj Polskę, żądam dochodzenia swych pretensji na drodze legalnej, kategorycznej odpowiedzi na odezwę rządu”. „Dla mnie droga legalna zamknięta” – wyminął mnie i skierował się do stojącego o kilka kroków za mną szeregu żołnierzy.
Historycy różnią się w ocenach politycznych konsekwencji zamachu z 12 maja 1926 roku. Jedni twierdzą, że był on końcem demokracji w Polsce, drudzy – przeciwnie – że dzięki przewrotowi system demokratyczny przetrwał, nawet jeśli tylko w kadłubowej formie, a niszczące kraj „sejmowładztwo” zastąpione zostało pewnym „uporządkowaniem”, które nakreśliło priorytety, wartości i działania służące interesom państwa. Jeszcze inni badacze przyznają, że choć po zamachu majowym nastąpił kres parlamentaryzmu i narodził się specyficzny systemu rządów autorytarnych, był on nieuchronny, a nawet korzystny w perspektywie niesprzyjającej koniunktury geopolitycznej.
Współcześnie przewrót majowy nie jest przedmiotem pogłębionej refleksji i dyskusji. Czy polska świadomość historyczna nie powinna jednak zmierzyć się z zagadnieniem „wojny domowej”? Czy ostra polaryzacja społeczno-polityczna, która trawi obecnie kraj, nie jest najlepszą rekomendacją dla takiej dyskusji?
Poniżej przedstawiamy zapis dyskusji pt. „Zamach majowy, czyli wojna domowa po polsku” z udziałem prof. Kazimierza Badziaka (historyk, Katedra Historii Polski Najnowszej Uniwersytetu Łódzkiego), prof. Antoniego Dudka (historyk, politolog, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie), Piotra Zaremby (publicysta, dziennikarz, pisarz, komentator polityczny) oraz dr. Mikołaja Mirowskiego w roli moderatora (historyk i publicysta, Muzeum Historii Polski, w Muzeum Powstania Warszawskiego prowadzi cykl Warszawa dwóch Powstań”).
Współcześnie przewrót majowy nie jest przedmiotem pogłębionej refleksji i dyskusji. Czy polska świadomość historyczna nie powinna jednak zmierzyć się z zagadnieniem „wojny domowej”? Czy ostra polaryzacja społeczno-polityczna, która trawi obecnie kraj, nie jest najlepszą rekomendacją dla takiej dyskusji?
Poniżej przedstawiamy zapis dyskusji pt. „Zamach majowy, czyli wojna domowa po polsku” z udziałem prof. Kazimierza Badziaka (historyk, Katedra Historii Polski Najnowszej Uniwersytetu Łódzkiego), prof. Antoniego Dudka (historyk, politolog, Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie), Piotra Zaremby (publicysta, dziennikarz, pisarz, komentator polityczny) oraz dr. Mikołaja Mirowskiego w roli moderatora (historyk i publicysta, Muzeum Historii Polski, w Muzeum Powstania Warszawskiego prowadzi cykl Warszawa dwóch Powstań”).
MIKOŁAJ MIROWSKI: Marszałek Piłsudski Andrzeja Trzos-Rastawieckiego to jedyny jak do tej pory serial całościowo opowiadający o Józefie Piłsudskim. Począwszy od odcinka o bitwie warszawskiej główną rolę gra w nim Zbigniew Zapasiewicz. Jak oceniacie panowie historyczną wiarygodność charakteru, który ten znakomity aktor nadał kreowanej przez siebie postaci? Czy zgodzicie się z tezą, że pewne cechy osobowości Piłsudskiego pogłębiły się i uwydatniły w okresie zamachu majowego i po nim?
PIOTR ZAREMBA: Słabo pamiętam emisję serialu przed laty w telewizji, zatem mogę oceniać go tylko na podstawie tego jednego odcinka, który obejrzałem podczas festiwalu Piłsudskiego. Mam wrażenie, że to formuła quasi-dokumentalna, w której aktorzy grają bardzo powściągliwie, wyciszając emocje. Niewiele pokazuje się tu prywatności bohaterów, a jeśli już, to w sposób nieco koturnowy. Oczywiście można w ten sposób prezentować historię, ale to nie jest cała prawda o Piłsudskim i jego czasach. Punktem odniesienia jest dla mnie film Jerzego Kawalerowicza Śmierć prezydenta, który oglądam co pewien czas. Tam aż kipi od emocji, choć Piłsudski grany przez Jerzego Duszyńskiego pojawia się zaledwie w kilku scenach.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Jest jeszcze Piłsudski grany przez Ryszarda Filipskiego w filmie Zamach stanu. Jak można porównać te trzy postaci pod względem charakteru? W serialu Trzos-Rastawieckiego zwraca uwagę scena spotkania z oficerami: Piłsudski wypowiada swoje zdanie, oni się z nim nie zgadzają, po czym… wszyscy przyznają mu rację.
PIOTR ZAREMBA: Tego typu smaczków jest dla mnie w tym serialu za mało – Zapasiewicz nie ma tu wielkiego materiału psychologicznego do odegrania. Z kolei Filipski w Zamachu stanu gra dość krwistą postać, ale jest to najbardziej krytyczna opowieść o Piłsudskim, stworzona przez przeciwnika przewrotu majowego i tego, co działo się po nim. Trudno porównywać te obrazy do Śmierci prezydenta, w której Piłsudski, robiący dość sympatyczne wrażenie, pojawia się jedynie w kilku scenach. Ale za to jak efektownie! Wydaje się człowiekiem skrywającym w sobie jakąś tajemnicę, co symbolizuje scena, w której w czasie pogrzebu Gabriela Narutowicza układa pasjansa. I choć pozornie nie ujawnia przy tym żadnych emocji, to jest tu sugestia, że Piłsudski w przyszłości wyciągnie wnioski z wydarzeń 1922 roku – być może to zapowiedź zamachu majowego.
ANTONI DUDEK: Z przywołanych tu aktorów osobowość Piłsudskiego najlepiej oddaje Ryszard Filipski. Ale – żeby była jasność – nie chodzi o sam Zamach stanu, który był zniekształcającą prawdę peerelowską propagandą z bohaterskimi komunistami. Nie chodzi też o to, że Filipski był moczarowcem. Chodzi o cechy osobowości aktora Ryszarda Filipskiego. Według wielu świadectw historycznych, Piłsudski był osobowością despotyczną, niezwykle dominującą. Najgorszą formę przybrało to po przewrocie majowym, kiedy już właściwie nie musiał z czymkolwiek się liczyć.
Zbigniew Zapasiewicz, choć to wybitny aktor, nie miał predyspozycji do roli dominujących samców alfa, nawet z przyklejonymi krzaczastymi wąsami. Serial traktuje Piłsudskiego „na kolanach” – na przykład on sam jeden dźwiga ciężar wojny z bolszewikami i ze spokojem wytrawnego pokerzysty przyjmuje ataki tych wszystkich okropnych polityków, zwłaszcza endeckich, którzy właściwie chcą wywiesić białą flagę.
Spójrzmy tymczasem na to, co się stało w roku 1920. Uważam, że konflikt z Rosją bolszewicką był nieuchronny, natomiast mógł być prowadzony w różny sposób. Piłsudski zaczął tę wojnę; choć można dyskutować, kto ją wywołał, jednak w pewnym momencie – myślę o wyprawie kijowskiej – strona polska podjęła wyraźną inicjatywę nie tylko dla obrony niepodległości, ale też w celu realizacji wizji geopolitycznej Piłsudskiego – chodzi o koncepcję federacyjną – której zresztą ostatecznie nie udało się wcielić w życie. Nie dziwi mnie postawa krytyków tej decyzji Piłsudskiego. Serial przedstawia ich jako tchórzy, tymczasem oni po prostu uważali, że stała za nią błędna ocena sytuacji, przynosząca w konsekwencji wystawienie młodego państwa na potworne ryzyko. Serial zaś pokazuje nam wszystko z perspektywy Piłsudskiego, męża stanu, który patrzy dalej, wie, już ma plan. Na przykład w scenie, gdzie Piłsudski kreśli cyrklem: wymyśla tę kontrofensywę znad Wieprza… Dziś wiemy, że tak naprawdę zasadnicze znaczenie miało złamanie szyfrów Armii Czerwonej przez polskich kryptologów. Oczywiście nie chcę odbierać Marszałkowi zasługi, bo to on brał odpowiedzialność, podejmował decyzje i to jest jego wielkie zwycięstwo. Natomiast równie bezkrytycznego wizerunku Piłsudskiego, jak pokazany w tym serialu, ja nie akceptuję. Mamy w Polsce skłonność do skrajnie biegunowego postrzegania naszych ważnych postaci historycznych: albo czcimy je na kolanach, albo niszczymy, nie zostawiając na nich suchej nitki. Odcinek dotyczący wojny polsko-bolszewickiej jest dla mnie symbolem takiego szkodliwego podejścia.
KAZIMIERZ BADZIAK: Moim zdaniem Zbigniew Zapasiewicz dobrze oddał postać Piłsudskiego z tamtego okresu. Ale napisałem kiedyś książkę o dziejach II Rzeczypospolitej od początku do czerwca 1920 roku. Na tej podstawie mogę powiedzieć, że takie sytuacje, jakie zobaczyłem we wspomnianym odcinku Marszałka Piłsudskiego, nigdy nie miały miejsca. Oczywiście scenarzysta (Andrzej Trzos-Rastawiecki) ma prawo do koniecznych skrótów i uproszczeń, ale taka dominacja Piłsudskiego na scenie politycznej, jaką pokazuje serial, szczególnie po wydaniu Małej Konstytucji, tworzy obraz fałszywy.
Piłsudski był jednym z czynników politycznych – nie jako naczelnik państwa, bo naczelnik nie miał większej władzy, tylko jako naczelny wódz. Jako naczelny wódz zdobył sobie silną pozycję na Kresach Wschodnich, próbował kierować polityką wschodnią, w aneksie do Małej Konstytucji miał zagwarantowane prawo prowadzenia operacji strategicznych. Skorzystał z tego w 1920 roku, projektując dwie wyprawy przeciwko Rosji Radzieckiej; pierwsza doszła do skutku, druga, która miała być zrealizowana później na północy – nie.
W kontekście bitwy warszawskiej Piłsudski przedstawiony jest jako zbawca ojczyzny, tymczasem sprawa tak nie wyglądała. Był marszałkiem, ale też człowiekiem nieprzygotowanym strategicznie. Miał ludzi, którzy odpowiadali za strategię. Bitwa składała się z kilku faz. Nie rozpoczęła się ofensywą znad Wieprza, jakby sugeruje serial, tylko 12 sierpnia. Przed ofensywą były wielkie walki o Warszawę, były walki 5 Armii. A znad Wieprza uderzono, kiedy już bolszewicy przegrali bitwę pod Warszawą. Tak więc generalnie serial zbyt eksponuje wybitną postać, która w tym czasie nie odgrywała aż tak znaczącej roli.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Wróćmy do zamachu majowego. Czy w biografii Józefa Piłsudskiego możemy znaleźć konkretny moment lub wydarzenie, od którego dąży on do przejęcia władzy na drodze niedemokratycznej?
KAZIMIERZ BADZIAK: Reprezentuję pogląd, że Piłsudski po prostu dążył do zdobycia władzy – to leży przecież u źródeł każdego przewrotu, a nawet każdej działalności politycznej. Gdyby myślał inaczej, to po przewrocie majowym oddałby władzę w ręce innych czynników.
Uważam, że początek tego dążenia związany jest z drugim rządem Wincentego Witosa, z 1923 rokiem, kiedy premier uznaje, że słynny dekret naczelnego wodza z 2 stycznia 1921 roku został wydany nielegalnie i nie obowiązuje. Generał Szeptycki, który został ministrem spraw wojskowych, przygotował projekt ustawy o organizacji naczelnych władz wojskowych. Do jego wprowadzenia nie doszło, ale Piłsudski wycofał się ze wszystkich funkcji wojskowych, rozpoczynając słynny okres stałego pobytu w Sulejówku. Moim zdaniem to jest ten początek, choć są ślady wskazujące na to, że ewentualność jakiegoś przewrotu w Warszawie mogła istnieć już wtedy, gdy zginął prezydent Narutowicz.
Projekt Szeptyckiego i wycofanie się Piłsudskiego do Sulejówka rozpoczynają kilkuletni okres zmagań o organizację władzy wojskowej. Piłsudski dążył do przywrócenia pozycji generalnego inspektora, chciał być takim naczelnym wodzem w okresie pokojowym. Uważał, że generalny inspektor, dawny naczelny wódz, to druga osoba w państwie. Wypowiadał się w tym duchu w słynnym wywiadzie, którego udzielił w marcu 1926 roku.
ANTONI DUDEK: Zgoda, ale cofnąłbym się jeszcze bardziej. Mam wrażenie, że Piłsudski był coraz mocniej rozczarowany kształtem, który przybiera odrodzone państwo polskie. Musiała go boleć masa niewyobrażalnie haniebnych oskarżeń, które na niego spadły, gdy był naczelnym wodzem i naczelnikiem państwa, np. postawa jego przeciwników w czasie wojny 1920 roku, te słynne artykuły o tym, że Piłsudski ma tajne łącze telefoniczne z Trockim. Myślę, że rozczarowała go konstytucja marcowa. Natomiast wstrząsem była śmierć Gabriela Narutowicza – bo to już nie były tylko obelgi, lepsze lub gorsze rozwiązania konstytucyjne, ale zabójstwo pierwszego prezydenta niepodległej Rzeczypospolitej. Atmosfera, która temu towarzyszyła – msze dziękczynne za duszę Eligiusza Niewiadomskiego, kult zabójcy, który dla wielu stał się bohaterem narodowym – musiała Piłsudskiego zniechęcić do kształtu, w jakim odradzało się państwo. A później nadszedł endecko-ludowy rząd Chjeno-Piasta i wydarzenia, o których mówił profesor Badziak.
Sama decyzja o zamachu to dopiero maj 1926 roku. Dlaczego tak uważam? W październiku 1925 roku ma miejsce słynna demonstracja grupy kilkuset oficerów, którzy jadą do Sulejówka i manifestują swoją gotowość: „Deklarujemy, panie marszałku, te nasze szable”. To jest zachęta wprost: „Komendancie, dawaj sygnał, ruszamy na Warszawę”. Ale Piłsudski ich odsyła z niczym. Natomiast w maju 1926 roku, kiedy powstaje trzeci rząd Witosa, uznaje, że tak dłużej być nie może. Proszę zwrócić uwagę, że kiedy Piłsudski zaczyna marsz na Warszawę, aż do chwili słynnej rozmowy z prezydentem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego, on – moim zdaniem – traktuje to wszystko jako demonstrację, której celem nie jest przejęcie władzy, tylko zmuszenie Wojciechowskiego do zdymisjonowania rządu Witosa i powołania jakiegoś innego. Ponieważ jednak Wojciechowski zachowuje się jak należało i żąda od Piłsudskiego, żeby zaprzestał łamania prawa, następuje konsternacja. Po tej rozmowie Piłsudski załamuje się tym, co go spotkało ze strony dawnego przyjaciela, na kilka godzin wycofuje się do koszar, a kontrolę nad wojskiem przejmuje generał Gustaw Orlicz-Dreszer. To Orlicz-Dreszer kontynuuje walki i jest realnym autorem zamachu stanu. Moim zdaniem Piłsudski tylko uruchomił coś, co nazwał demonstracją wojskową.
Większość Polaków nie zdaje sobie sprawy, że to, co się dzieje w okolicach 12–13 maja 1926 roku, jest równie dramatycznym momentem w historii Polski, jak bitwa warszawska. Wojny domowe bywają bardziej krwawe od wojen prowadzonych z innymi narodami, a w maju 1926 roku byliśmy o krok od wojny domowej. Wystarczyło, by Witos i Wojciechowski posłuchali ministra obrony, generała Rozwadowskiego, oraz kilku innych generałów i pojechali do Poznania, gdzie było wiele wojska gotowego walczyć z Piłsudskim. Krwawej wojny domowej udało się uniknąć głównie dzięki postawie prezydenta Wojciechowskiego, który jest jednym z najbardziej niedocenianych wybitnych Polaków. Decydując się na ustąpienie Piłsudskiemu i złożenie urzędu, powiedział: „Wolę, by Piłsudski objął władzę, choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety”. Wojciechowski rozumował tak: jeśli zaczniemy wojnę domową, to się stanie to, co się rzeczywiście stało kilkanaście lat później, czyli wejdą Rosjanie. Czy tak by się rzeczywiście stało – nie wiem, ale wojna domowa była realnym zagrożeniem. Piłsudski nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, ale Wojciechowski – tak. Wojciechowski pomników nie ma, Piłsudski ma ich mnóstwo – i to jest przykre.
MIKOŁAJ MIROWSKI: W zbiorze Piłsudski do czytania, zawierającym fragmenty z różnych wystąpień publicznych Marszałka, znaleźć można jego przemówienie wygłoszone w hotelu Bristol w chwili, gdy opuszczał wojsko. A w nim bardzo ciekawą wypowiedź, mniej znaną od słynnego „zaplutego karła”: „W tej samej chwili, gdy Belweder – miejsce zaszczytu, miejsce honoru Polski – opuściłem, wszedł tam inny człowiek, wybrany legalnie aktem uroczystym, podpisanym przez marszałka sejmu. Oddałem mu władzę zgodnie z konstytucją. Na moje miejsce przyszedł dla reprezentacji narodu całego i wszedł na tę ścieżkę, którą ja po trosze przetorowałem, człowiek inny. Nie rozważam jego zalet ani wad. Nie omawiam jego wartości. Człowiek ten, jak ja, został wyniesiony ponad innych, dobrowolnym aktem włożono na niego obowiązek, że ma być naszym przedstawicielem. Ma w pieczy mieć nasz honor, naszą godność. Ta szajka, ta banda, która czepiała się mego honoru, tu zechciała szukać krwi. Prezydent nasz zamordowany został po burdach ulicznych[1], obniżających wartość pracy reprezentacyjnej przez tych samych ludzi, którzy ongiś w stosunku do pierwszego reprezentanta wolnym aktem wybranego tyle brudu, tyle potwornej, niskiej nienawiści wykazali. Teraz spełnili zbrodnię. Mord karany przez prawo. Moi panowie, jestem żołnierzem. Żołnierz powołany bywa do ciężkich obowiązków, nieraz sprzecznych ze swoim sumieniem, ze swoją myślą, z drogimi uczuciami. Gdym sobie pomyślał na chwilę, że ja tych panów, jako żołnierz, bronić będę, zawahałem się w swoim sumieniu, a gdym się raz zawahał – zdecydowałem, że żołnierzem być nie mogę. Podałem się do dymisji z wojska. To są, moi panowie, przyczyny i motywy, dla których służbę państwową opuszczam”[2].
Czy moment, w którym – w świetle powyższego cytatu – Piłsudski nie uznał swoich przeciwników, narodowych demokratów, za partnerów godnych rozmowy, nie wskazuje na początek procesu psychicznego, który później sprawił, że jedyną możliwą reakcją na rząd de facto Narodowej Demokracji, w koalicji z Wincentym Witosem, było posunięcie niedemokratyczne?
PIOTR ZAREMBA: Trzeba by znać cel postępowania Piłsudskiego w 1926 roku. Czy z góry zakładał, że weźmie całą władzę, czy chciał tylko zagrodzić drogę Narodowej Demokracji. Dla mnie ciekawe jest pytanie, co by było, gdyby Wojciechowski ugiął się wobec żądań Piłsudskiego. Czy Piłsudski zostałby w jakiś sposób inkorporowany przez system oparty na konstytucji marcowej, którą kwestionował. Nie wiemy tego. Zresztą i później była inna możliwość; przecież Piłsudski odrzucił prezydenturę, którą dostał od sejmu, w którym w zasadzie nie było jego większości.
Profesor Dudek kładzie większy nacisk na emocje Piłsudskiego. Niesmak i oburzenie z powodu burd przeciwko Narutowiczowi, ale też poczucie krzywdy. Czytałem opisy wizyty w Belwederze delegacji z poznańskiego, kiedy bodajże ksiądz Adamski wskazał na Piłsudskiego palcem, oskarżając go o zdradę. Ten palec wymierzony w Marszałka mógł przepełnić kielich goryczy. Piłsudski widział, że na walce z nim niektóre środowiska polityczne budują przez całe lata swoją siłę i reputację.
Profesor Badziak bardziej zwraca uwagę na element taktyczny. W tym ujęciu Piłsudski, prowadząc latami wojnę o organizację władz wojskowych, w istocie cały czas sygnalizował swoim zwolennikom, że jest przeciw systemowi panującemu w Polsce. To by zakładało raczej element kalkulacji: Piłsudski obiecał sobie, że nie daruje „marcowej” Rzeczypospolitej, że prędzej czy później w taki lub inny sposób spróbuje ją obalić.
Te dwie wizje wcale nie są ze sobą sprzeczne, gdyż politycy bardzo rzadko kierują się wyłącznie jedną okolicznością czy jednym motywem. Współczesnym przykładem podobnej kontrowersji interpretacyjnej może być wystawiana w Poznaniu sztuka Pawła Demirskiego na temat Jarosława Kaczyńskiego, którą oglądałem jesienią 2017 roku. Pisząc tę sztukę, autor dokonał pewnego wyboru: uznał, że Kaczyński jest chytrym intrygantem, któremu chodzi wyłącznie o władzę. Oparł się na książce Roberta Krasowskiego, który przedstawia politykę jedynie jako grę cynizmu, koniunkturalizmu i podstępu, a nie widzi drugiego wymiaru, czyli poglądów, idei, koncepcji. Tak jak nie godzę się na uznanie Kaczyńskiego wyłącznie za małego, tuzinkowego, chytrego intryganta, tak też nie godzę się z wizją, że Piłsudski był wyłącznie cyniczny. Ale niewątpliwie nie był też takim spiżowym, naiwnym bohaterem, jakiego gra Zapasiewicz w serialu Marszałek Piłsudski. Takim, co to nie może pogodzić się ze złem panującym w Polsce i z bólem serca podejmuje decyzję, chociaż właściwie by nie chciał. Nie, Piłsudski uważał, że władza w Polsce powinna być w rękach silnej jednostki. Od którego momentu był o tym przekonany – trudno powiedzieć, bo rzeczywiście jako naczelnik państwa formalnie nie miał dużej władzy i dość dobrze się zmieścił w ograniczeniach systemu wprowadzonego w 1919 roku.
Widzę Piłsudskiego jako osobę, która ma prawo do własnych emocji i poczucia krzywdy, ale jednocześnie dość bezwzględnie gra z rzeczywistością i dąży do celu, zapewne bez gotowego scenariusza – ten podsunęło mu życie w postaci powstania centroprawicowej większości parlamentarnej, która mu się wydawała wyjątkowo obmierzła.
KAZIMIERZ BADZIAK: Na początku listopada 1918 roku, kiedy jeszcze Piłsudski nie wrócił z Niemiec, Feliks Perl, jeden z przywódców PPS, powiedział: „Róbmy naszą politykę, bo za chwilę przyjedzie Piłsudski i będzie prowadził swoją osobistą politykę”, w domyśle: niedemokratyczną. Myślę, że Piłsudski był rewolucjonistą w dawnym typie PPS, człowiekiem, który uważał, że pełni misję wobec narodu polskiego. Co to jest rewolucja? To dokonanie przewrotu w państwie, przejęcie władzy i budowa innego systemu politycznego.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Czy pan profesor twierdzi, że Piłsudski miał osobowość autorytarną od zawsze? Że nie przeszedł procesu rozczarowania wobec demokracji, ponieważ autorytarność była jego immanentną cechą?
KAZIMIERZ BADZIAK: Tak jest, oczywiście.
Wstrząs po zabójstwie Narutowicza to są poprawki historyczne, wygłaszane przez Piłsudskiego, który post factum próbował usprawiedliwić szereg posunięć, poszerzających jego władzę.
Jeśli chodzi o siły zbrojnych, Piłsudski chciał być ich generalnym inspektorem. Rząd Aleksandra Skrzyńskiego w końcu zgodził się na kształt naczelnych władz wojskowych po myśli Piłsudskiego. Problem pojawił się, gdy ten gabinet upadł i powstał rząd Witosa, o którym było wiadomo, że nie poprze owego projektu. Piłsudski znalazł się w sytuacji bez wyjścia i rozpoczął przygotowania, żeby tę władzę, przynajmniej wojskową, jakoś zdobyć. Gdyby odszedł rząd Witosa, być może kolejny gabinet zgodziłby się na wizję Piłsudskiego.
MIKOŁAJ MIROWSKI: A gdyby nie było zamachu na Narutowicza albo gdyby Piłsudski uznał, że endecy nie splamili się moralnie tą krwią, że nie są owym karłem z przemówienia z Bristolu? Czy bez takiego resentymentu i chęci rewanżu doszłoby do zamachu?
ANTONI DUDEK: Nie potrafię odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ponieważ to jest budowanie historii alternatywnej. Wszyscy politycy szukają usprawiedliwień dla swoich działań, ale też pewne wydarzenia na nich oddziałują. Konstytucja marcowa, ataki na Piłsudskiego jako naczelnego wodza w 1920 roku, zabójstwo Narutowicza – wszystko to niewątpliwie coraz bardziej skłaniało Piłsudskiego do radykalnych ocen sytuacji w Rzeczypospolitej. Natomiast zgadzam się, że gdyby rząd Skrzyńskiego nie upadł i Piłsudskiemu dano stanowisko generalnego inspektora sił zbrojnych, to być może jeszcze przez jakiś czas do zamachu by nie doszło.
A czy demokracja w ogóle mogła przetrwać? Pewna taka szansa istniała, ale zasadniczo widzę trzy scenariusze dla państwa polskiego. Ten, który się spełnił, czyli dyktaturę Piłsudskiego, a także przetrwanie demokracji oraz dyktaturę endecji. Ta ostatnia wydaje mi się bardziej prawdopodobna od przetrwania demokracji. Endecja była najsilniejszym obozem politycznym w ówczesnej Polsce, a po zwycięstwie Mussoliniego narastała w niej fascynacja faszyzmem. Dla jasności: nie wszyscy endecy byli faszystami, ale od powstania Obozu Wielkiej Polski w końcu 1926 roku widać, jak ten nurt się nasila. W sytuacji, w której z jakichś tajemniczych powodów Piłsudskiego by zabrakło, np. umarłby przedwcześnie i jego obóz by się rozsypał, jest wysoce prawdopodobne, że Narodowa Demokracja albo jakaś jej część sięgnęłaby po władzę. Taki trend ustrojowy narastał w całej naszej części Europy. W latach 30. od Estonii po Jugosławię istniało tylko jedno państwo jeszcze demokratyczne – a niektórzy i w to wątpią – czyli Czechosłowacja. Wszędzie indziej systemy demokratyczne poupadały i pojawiły się dyktatury w mniej czy bardziej skrajnej postaci. U nas beneficjentami tego trendu prawdopodobnie staliby się endecy.
Natomiast gdyby Piłsudski był szczerym demokratą, mógł być strażnikiem demokracji, bo przy jego wpływach w wojsku trudno sobie wyobrazić zamach przeprowadzony przez endecję. Żeby dokonać zamachu, trzeba mieć co najmniej neutralną postawę armii, tak jak było w czasie marszu na Rzym. Hitler zaś musiał układać się z Reichswehrą i zlikwidować SA. To nie było takie proste. Dlatego mam wrażenie, że gdyby Piłsudski chciał być parasolem nad demokracją w Polsce, to mógł próbować. Natomiast on nie zamierzał przyjąć tej roli, uznał, że demokracja jest pozbawiona sensu, skoro jej beneficjentami są tacy ludzie jak endecy, którzy go opluwają. Był najsilniejszy w wojsku, więc kiedy pojawiła się sprzyjająca sytuacja, po prostu zrealizował antydemokratyczny scenariusz.
Pamiętajmy jednak, co się stało po przewrocie majowym. Mamy wybór Piłsudskiego na prezydenta, którego on nie przyjmuje, po czym wskazuje Mościckiego, czyli można powiedzieć, że sejm legalizuje zaistniałą sytuację. I mamy wybory w 1928 roku, które mimo lekkich nadużyć można uznać za miarodajne – przynoszą zwycięstwo Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Oczywiście BBWR nie ma samodzielniej większości, ale można powiedzieć, że Polacy w znacznej części akceptują rządy Piłsudskiego. Tyle że Piłsudski wchodzi w fazę niechęci do jakichkolwiek koalicji. Już nie chce się z nikim układać, gdyż czuje, że ma za sobą armię. W związku z tym dyktatura się zaostrza. Oczywiście jest to też związane z zachowaniem opozycji. Następują tzw. wybory brzeskie i tak naprawdę od 1930 roku, gdy przywódcy opozycji trafiają do więzienia w Brześciu, możemy mówić o dyktaturze pełnokrwistej.
Przejście do niej zajmuje cztery lata, od 1926 do 1930 roku. Dyktatura rozwija się bardzo powoli, tak jakby Piłsudski wciąż się zastanawiał. To, co zrobił w 1930 roku, teoretycznie był w stanie zrobić znacznie szybciej. Mógł wtedy powiedzieć: „A co to w ogóle jest ten sejm, rozpędzić i koniec”. Ale tego nie zrobił. Przeciwnie, sejm o dziwo przetrwał jeszcze dwa lata. To dowodzi pewnego wahania u Piłsudskiego, podobnie jak jego słynne zdanie, że Polakami nie da się rządzić przy pomocy bata. Moim zdaniem był rozdarty. W końcu ustanowił swoją dyktaturę, która na tle innych była niezwykle łagodna. Piłsudski miał poczucie, że dyktatura w naprawdę ostrej postaci, a taka panowała za wschodnią i po 1933 roku za zachodnią granicą, nie była formułą dla Polski. Nie była czymś, co on by akceptował.
Podsumowując, Piłsudski był dyktatorem, co dla ludzi otaczających Marszałka kultem może być szokiem. Ale do dyktatury dochodził stopniowo i z pewnymi wątpliwościami. Na jego zachowania, wypowiedzi i język rzutuje też postępująca choroba, zwłaszcza po 1930 roku.
PIOTR ZAREMBA: Poczynania Piłsudskiego nie do końca kojarzą się z zachowaniem dyktatora. Jeśli nim był, to nietypowym. Nie kolekcjonował funkcji i najwyższych urzędów. Formalnie na ogół pełnił funkcję tylko ministra spraw wojskowych i generalnego inspektora, no, dwa razy był też premierem. Klasyczny dyktator miesza się we wszystkie sprawy w państwie, usiłuje ręcznie nim sterować, mieć wszystko pod kontrolą. Piłsudskiego interesują głównie armia i stosunki zagraniczne. Oczywiście podejmuje strategiczne decyzje polityczne, takie jak rozwiązanie sejmu czy uwięzienie polityków opozycji, ale pozostałe tematy, przede wszystkim gospodarcze, zostawia innym i się nie wtrąca. Jest gwarantem stabilności państwa, ale nim w żaden sposób nie administruje. Można powiedzieć, że zachowuje pewną osobistą skromność, drastycznie kontrastującą np. z postawą Mussoliniego. Nie wysuwa się do przodu. Jego kult jest organizowany, ale z niewielkim jego udziałem.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Na temat hipotetycznego przewrotu prawicowego, endeckiego, do myślenia może dać cytat z Romana Dmowskiego. Grudzień 1925 roku, „Gazeta Warszawska”: „Gdybyśmy byli podobni do dzisiejszych Włoch, gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba”[3]. Oczywiście nie ekstrapoluję historycznie tych słów. Faszyzm kojarzy nam się z zupełnie czym innym, niż to, o czym zapewne mówi Dmowski. Jednak Benito Mussolini był dyktatorem. Jeżeli Dmowski mówi tak publicznie, stanowi to – jak sądzę – dosyć jasny komunikat.
PIOTR ZAREMBA: W możliwość dyktatury endeckiej mało wierzę. Między innymi z powodów charakterologicznych. Dmowski nie był typem klasycznego lidera, rwącego się do władzy. Raczej traktował siebie jako rodzaj wychowawcy. Skoro tak, to system dyktatury bez dyktatora trudno sobie wyobrazić.
Nie jestem tak dobrego zdania o endecji jak Rafał Ziemkiewicz, który buduje wizję Narodowej Demokracji jako partii obywatelskiej i całkowicie demokratycznej. Nie widzę w niej jednak kandydatów do rzeczywiście trwałego monopolu, choć narodowych demokratów skłaniała do tego natura ich programu, przekonanie, że są jedynymi reprezentantami interesu narodowego. Ale w praktyce czym innym jest urządzać burdy uliczne przy okazji wyboru nielubianego prezydenta, a czym innym rzeczywiście wziąć władzę w swoje ręce. Zwłaszcza, że nie mieli oni wystarczających wpływów w armii (mimo posiadania „swoich” generałów). W 1926 roku endecy nie podjęli szczególnie brutalnej walki z Piłsudskim.
ANTONI DUDEK: Endecja ewoluuje. Ta z początku lat 20. różni się od tej z lat 30.
KAZIMIERZ BADZIAK: Nie zgadzam się z tezą, że endecy myśleli o zamachu stanu. Pamiętajmy, że przed przewrotem majowym Roman Dmowski nie odgrywał ważnej roli w ruchu narodowym, odsunął się na bok. Dominowali inni działacze, tacy jak Stanisław Głąbiński czy Stanisław Grabski. Dopiero po zamachu majowym Dmowski uaktywnił się i zaczął mówić o pewnych rozwiązaniach, często wynikających z tego, że mieliśmy wtedy w Polsce do czynienia z systemem rządów autorytarnych. Endecja nie odgrywa tak ważnej roli w II Rzeczypospolitej, jak się to jej przypisuje. Sejmowy Związek Ludowo-Narodowy był potęgą w 1919 roku, ale on się rozpadł. Pod koniec 1919 roku był czwartym klubem, Narodowe Zjednoczenie Ludowe – powstałe w wyniku odejścia z ZLN części konserwatystów i bezpartyjnych włościan – było silniejsze, a najmocniejsi byli ludowcy. Myślę, że tworzymy jakiegoś demona.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Jaki jest bilans przejęcia władzy przez Piłsudskiego – poza 379 ofiarami, zabitymi w walkach podczas zamachu? Czy rządy demokratyczne były niewydolne? Czy autorytarna władza dobrze się przysłużyła II Rzeczypospolitej? Polska coś dzięki niej zyskała? Beneficjentem zamachu jest Eugeniusz Kwiatkowski; czy jego argumenty w obronie zamachu – osiągnięcia gospodarcze kraju – są poważne?
PIOTR ZAREMBA: Być może pewna stabilność rządów była warunkiem przetrwania państwa między Niemcami a Rosją. Mogę jednak wyobrazić sobie, że Piłsudski realizuje te cele łagodniejszymi środami, zgodnymi z zasadami demokracji, choćby kreując jakiś trwały większościowy układ w sejmie. Nie z ludźmi, którzy go opluwali, ale choćby z bardzo wieloma dawnymi towarzyszami broni. Przecież w PPS i po części u ludowców aż roiło się od jego zwolenników. Dlatego też trudno jest mi jego postępowanie zaakceptować. Brześć, Bereza – to były konsekwencje jego wyboru. Ale partie istniały do 1939 roku, niedługo przed wojną miały miejsce demokratyczne wybory samorządowe, choć można widzieć ewolucję w prawo i eliminację partii z sejmu przez ordynację wyborczą.
KAZIMIERZ BADZIAK: Moja ocena rządów sanacyjnych jest fatalna. Nie ma znaczenia, że dyktator był łagodny. Po prostu Piłsudski był już schorowany, zmęczony życiem. Nie był w stanie niczego nowego stworzyć. Był świetnym taktykiem w bieżącej walce politycznej, natomiast w działaniach strategicznych niewiele sobą reprezentował.
W 1930 roku mamy wybory brzeskie. Opozycji odmawiano rejestracji list wyborczych, jej liderów skazano w procesie, aresztowano sześć tysięcy ludzi bez wyroku sądowego.
W sensie gospodarczym sanacja oznacza ruinę. Polska w 1939 roku z trudem osiąga poziom produkcji z 1913 roku. Stosunkowo dobrą koniunkturę mamy tylko po zamachu majowym i po roku 1936, kiedy trochę próbuje robić Kwiatkowski. Poza tym mamy tragedię. W 1937 roku ukazała się książka Wieś w Płockiem. Opisuje, jak ludzie mieszkali w ziemiankach, taka bieda panowała w tym powiecie.
Nie rozumiano prostej rzeczy, że w gospodarce musi być pieniądz. A kiedy pieniądza brakuje, gospodarka się nie rozwija. Nikt tego nie wiedział, nawet Grabski, nawet Kwiatkowski, który był inżynierem (pod koniec życia przyznawał, że nie odebrał żadnego wykształcenia ekonomicznego). Premierami byli ludzie bez przygotowania, typu Walerego Sławka.
A co nasz marszałek Piłsudski wiedział na temat gospodarki? Wszyscy mówią, że się na niej nie znał, ale jednocześnie udzielał pouczeń. „Róbcie oszczędności, nie wolno wydawać” – radził podczas wielkiego kryzysu. Tymczasem w okresie kryzysu trzeba dosypać pieniędzy do gospodarki.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Z drugiej strony chciałbym przywołać człowieka, który nie miał powodu kochać Piłsudskiego: posła Hermana Liebermana. Był działaczem PPS, który od sanacji mocno dostał po grzbiecie. Zacytuję jego wypowiedź z niemieckiej gazety socjaldemokratycznej „Vorwärts”: „Piłsudski to ani Mussolini, ani Lenin, ani przywódca socjalistyczny. Jest to twór szczególnych polskich stosunków społecznych i politycznych. Nie można mówić o reakcyjności reżimu Piłsudskiego, ale nie ma wątpliwości, że jest on pełną niebezpieczeństw przerwą w rozwoju społecznym i politycznym Polski”[4].
ANTONI DUDEK: Uważam, że rządy pomajowe, zwłaszcza jeśli chodzi o politykę gospodarczą, nie odniosły jakichś oszałamiających sukcesów. Kontynuowano budowę Gdyni, zaczętą przed przewrotem. Sztandarowe pomajowe przedsięwzięcie, Centralny Okręg Przemysłowy, nie przyniosło spodziewanych efektów. Ale Polska była biednym krajem, zniszczonym przez pierwszą wojnę światową i pieniędzy by nie przybyło niezależnie od tego, czy rządziłby Piłsudski, Dmowski czy ktoś inny. Wielkie obciążenia wiązały się z koniecznością scalenia trzech kompletnie różnych po zaborach organizmów gospodarczych. Niektóre sprawy można było próbować rozwiązać inaczej, niż to robili piłsudczycy, jednak z całą pewnością nie stalibyśmy się gospodarczą potęgą w ciągu tak krótkiego okresu, jaki był dany Polsce do roku 1939.
Sporo zrobiono, ale oceny, że pod rządami Marszałka i jego współpracowników Polska płynęła mlekiem i miodem, to głupota. Bieda była faktem. Piłsudczycy nie rozwiązywali głównego problemu społecznego, czyli głodu ziemi. Reforma rolna wprawdzie była kontynuowana, ale przypomnę taką wypowiedź Piłsudskiego: „Ach, nasz chłop cierpliwy, reforma rolna to rzecz nieważna, to rzecz bez znaczenia, może długo czekać”. Oczywiście musiała długo czekać, bo nawet gdyby Piłsudski był innego zdania, reforma rolna z odszkodowaniem płaconym właścicielom ziemskim wymagałaby olbrzymich nakładów budżetowych. Ale skoro Komendant mówił, że nie trzeba się z tym spieszyć, środki przeznaczano na inne rzeczy, na przykład na armię.
Czy mądrze? Nie jestem specjalistą od historii wojskowości, ale mam wrażenie, że gdyby nie dość anachroniczne poglądy Piłsudskiego na temat tego, jak będzie wyglądała przyszła wojna, to być może udałoby się nam zbudować jedną czy dwie brygady pancerne więcej. Może nieco więcej samolotów. To nie zmieniłoby wyniku wojny w 1939 roku, nie byliśmy przecież w stanie wygrać wobec uderzenia z dwóch stron. Ale gdyby armia była nieco nowocześniej konstruowana, to może zadałaby naszym wrogom trochę większe straty i to miałoby pewne znaczenie. Tak więc zarówno w sprawie reformy rolnej, jak w sprawie modernizacji armii mam wrażenie, że jednak sukcesów nie było.
Natomiast upieram się, że realną perspektywą było przejęcie władzy przez endecję na fali wielkiego kryzysu z przełomu lat 20. i 30. Gdyby do tego doszło, polityka narodowościowa, drugi problem Polski po kwestii rolnej, wyglądałaby znacznie gorzej. Piłsudczycy, przy wszystkich błędach, jakie popełnili w polityce narodowościowej, i tak mieli rozsądniejsze pomysły niż Narodowa Demokracja, która chciała mniejszości polonizować i koniec. Jej program, zwłaszcza w odniesieniu do Ukraińców, doprowadziłby do jeszcze ostrzejszego konfliktu polsko-ukraińskiego. I tu postawię kropkę. Zatem za politykę narodowościową dałbym jednak sanacji ocenę pozytywną.
Na koniec kwestia polityki zagranicznej. Popełniono błędy, ale nie wierzę, że gdyby zamiast Józefa Becka ministrem był ktoś inny, to by zapobiegł katastrofie z roku 1939. Mogliśmy się do wojny lepiej przygotować na wielu poziomach, ale nie byliśmy w stanie temu generalnemu, tragicznemu dla nas kierunkowi zapobiec. Nie mieliśmy partnera do gry. Niektórzy historycy kwestionują istnienie idei wojny prewencyjnej z Niemcami, inni jednak twierdzą, że w 1934 roku, rok po dojściu Hitlera do władzy, Piłsudski zaproponował Francuzom zduszenie rodzącego się nazizmu. Gdyby Francuzi skorzystali z tej oferty, historia potoczyłaby się inaczej. Jeśli rzeczywiście Piłsudski wyszedł z tą koncepcją, dowodziłoby to jego olbrzymiej przenikliwości i za to wystawiłbym mu laurkę.
PIOTR ZAREMBA: Nie chciałbym, żebyśmy popadli w skrajną wizję prezentowaną przez Rafała Ziemkiewicza, że po stronie piłsudczyków mieliśmy do czynienia z dyletantami i głupcami, a po stronie endecji była jakaś wspaniała kadra narodowa, która by prowadziła politykę całkiem inaczej. Owszem, istniał choćby słynny deflacyjny program Jerzego Zdziechowskiego, ministra skarbu ze Związku Ludowo-Narodowego w latach 1925–1926. Tak samo nastawiony na cięcia i oszczędzanie, jak polityka gospodarcza piłsudczyków do 1935 roku. Po 1935 roku, tak jak Rydz-Śmigły zaczął nieco modernizować armię w stosunku do wizji Piłsudskiego, tak też polityka gospodarcza stała się bardziej interwencjonistyczna i ambitna. Wkraczano na drogę wyznaczaną przez Nowy Ład Roosevelta. Centralny Okręg Przemysłowy jest tego pomnikiem, ale zapewne nie na miarę potrzeb.
Poziom kadr był – moim zdaniem – porównywalny. Endeccy profesorowie nie byliby chyba wiele lepszymi ministrami niż piłsudczycy. Ludźmi, którzy proponowali zupełnie inną politykę gospodarczą, byli ludowcy i socjaliści, ale oni w zasadzie nigdy nie rządzili samodzielnie. Nie wiem zatem, czy ta inna polityka rzeczywiście była możliwa, nie przetestowaliśmy tego. Jednak czytając dokumenty ludowe czy socjalistyczne, widzimy głównie zbiór haseł i komunałów, a nie program.
Reforma rolna przyspieszyła pod koniec lat 30., parcelowano więcej ziemi. Paradoksalnie, rządy po Piłsudskim były bardziej ambitne. To było klasyczne wieloskrzydłowe centrum, bez skrajności w żadną stronę. Dlatego z obu stron było krytykowane: przez jednych, że nie chce wydawać pieniędzy w kryzysie, przez innych, że utrzymuje duży sektor państwowy. To był obóz kulawego i wymuszonego, ale jednak kompromisu społecznego. Jego brzydkie strony, takie jak brutalnie wymuszony kult Piłsudskiego czy pewne zachowania administracji, po latach zatarły się w pamięci Polaków, ponieważ później przyszedł komunizm. Ale nieprzypadkowo niektórzy sanacyjni urzędnicy niższego szczebla (nie mówię o politykach i elicie, która znalazła się na emigracji, wyginęła lub trafiła do więzień) całkiem dobrze odnaleźli się w aparacie komunistycznym w jego pierwszym okresie. Byli przywiązani do pewnej karności, po prostu otrzymali nową władzę i również jej służyli.
PYTANIE Z SALI: Rozumiem, że kwestia polityki zagranicznej mogła zniechęcać Piłsudskiego do Witosa, ale co jeszcze? Dlaczego Piłsudski tak go nie lubił?
ANTONI DUDEK: Piłsudski nie lubił Witosa, bo Witos lubił endecję. Endecja była dla Piłsudskiego wrogiem numer jeden, więc sojusznik wroga nie mógł być przez niego mile widziany. Nie do końca rozumiem, dlaczego po przewrocie majowym uwięziono Witosa w Brześciu. Moim zdaniem on nie był on już wtedy aż tak znaczącą postacią, ale najwyraźniej Piłsudski miał go na swojej liście jako człowieka, którego trzeba upokorzyć. Rzeczywiście, trzykrotnego premiera tak potraktować… Z drugiej strony pozwolono mu uciec do Czechosłowacji.
PYTANIE Z SALI: Interesuje mnie tajemnica generała Włodzimierza Zagórskiego, antagonisty Piłsudskiego, który w 1927 roku zaginął, a według niektórych źródeł został zamordowany. Jeśli to było morderstwo, kto za tym stał? Czy Piłsudski o nim wiedział?
KAZIMIERZ BADZIAK: Nie wiem, to sprawa trudna do wyjaśnienia. Ze źródeł wynika, że Piłsudski nie lubił, a może wręcz nienawidził Zagórskiego za sprawy z czasów pierwszej wojny światowej. Poza tym w 1920 roku Zagórski, kiedy został szefem sztabu frontu północnego, szybko zorientował się, że Sowieci uderzą na Warszawę i wymusił wręcz na Hallerze, a później na Rozwadowskim, aby przyśpieszono uderzenie 5 Armii generała Sikorskiego. Tymczasem było ustalone, że pierwsza uderzy kontrofensywa znad Wieprza i laury spłyną na Piłsudskiego. Zagórski doprowadził do zmiany, dzięki czemu Sowieci zostali rozbici pod Warszawą. Za to Piłsudski go znienawidził.
PYTANIE Z SALI: Czy przewrót majowy miał za zadanie zmienić polską politykę zagraniczną w obliczu ściślejszego współdziałania Związku Radzickiego z Republiką Weimarską?
ANTONI DUDEK: To jest myślenie post factum. Polska nie miała żadnej możliwości, żeby zablokować rozwój relacji niemiecko-sowieckich. Czego byśmy nie robili, i tak nie mogliśmy zapobiec temu sojuszowi, który zaczął rysować się już od Rapallo w 1922 roku. Mogliśmy tylko szukać sojuszników. No i szukaliśmy, podpisano przecież układy z Francją, z Rumunią.
Nie szukałbym usprawiedliwienia mówiącego, że należało ustanowić silną, autorytarną władzę właśnie dla stawienia czoła tym zagrożeniom. Nic nam ona nie pomogła w 1939 roku. Na fali kultu Piłsudskiego niektórzy wierzyli, że gdyby Marszałek dożył 1939 roku, obroniłby nas swoim geniuszem. Nie obroniłby. Groziłaby mu za to sytuacja marszałka Pétaina, bo Niemcy próbowaliby go zmusić do jakiejś formy układu. Zresztą pojawiały się różne oferty, były wizyty Goeringa w Polsce i padła słynna propozycja wspólnej wyprawy na Związek Sowiecki, na co Polska – słusznie – nie poszła. Nie sądzę, że przewrót majowy coś zasadniczo zmienił w sytuacji międzynarodowej naszego kraju. Zmieniłby, gdyby przerodził się w wojnę domową – konsekwencją mógłby być znacznie wcześniejszy atak Sowietów i Niemców na Rzeczpospolitą i rozbiór Polski przed 1939 rokiem. Zapobiegli temu ci, którzy Piłsudskiemu ustąpili, na czele z prezydentem Wojciechowskim.
Gdyby utrzymał się system przedmajowy, w którym Polska zmieniała rządy jak rękawiczki, to być może bylibyśmy mniej wiarygodni na arenie międzynarodowej. Ale jestem przekonany, że już przed przewrotem do niektórych ludzi zasiadających w sejmie – m.in. do Witosa – zaczęło docierać, że trzeba zreformować ordynację wyborczą, bo obecna prowadzi do zbyt dużego rozdrobnienia sił w parlamencie. Istniała więc teoretycznie szansa, że następny sejm byłby bardziej stabilny. Prawdopodobnie w tym nowym sejmie władzę przejęłaby Narodowa Demokracja. Myślę, że ta perspektywa pchnęła zwolenników Piłsudskiego do namysłu nad wzięciem władzy – nie było wiadomo, czym się skończą kolejne wybory za kilka lat.
KAZIMIERZ BADZIAK: Ale pamiętajmy, że w latach 30. głównym przeciwnikiem obozu sanacyjnego był ruch ludowy. Po częściowym zjednoczeniu był bardzo silny, przynajmniej pod względem liczby posłów. Po zmianie ordynacji wyborczej wraz z konstytucją sanacja po prostu przegrałaby demokratyczne wybory.
Tymczasem ta formacja straciła zdolność do rządzenia. Piłsudski w latach 30. był schorowany i nie podejmował żadnych decyzji. Ministrowie również nie podejmowali decyzji w sprawach gospodarczych ani społecznych, gdyż bali się reakcji tego najwyższego czynnika i odesłania w odstawkę.
Na początku 1936 roku generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski zagroził, że jak Rejtan manifestacyjnie położy się przed sejmem. Dlaczego? Ponieważ dyskutowano, czy dokonać dewaluacji złotego. Sanacja nie chciała do tego dopuścić, gdyż „silny złoty jest największym osiągnięciem rządu Piłsudskiego”. Wszystkie państwa poszły w kierunku zmiany polityki finansowej i dewaluacji pieniądza, ale my nie, bo to była spuścizna Marszałka. Politycy z tej formacji licytowali się, kto lepiej zna cytaty z Piłsudskiego.
Bezradność tej ekipy przypomina tłumaczenia części osiemnastowiecznej szlachty, że jesteśmy tak słabym państwem, iż nikt nas nie napadnie. W 1938 czy 1939 roku przyjechali do Polski dziennikarze amerykańscy i pytają Józefa Becka: „Panie ministrze, coś się szykuje na świecie, prowadzone są rozmowy w Moskwie, co wy tu zrobicie?”. A Beck odpowiada: „My jesteśmy narodem bardzo pokojowym, nie spodziewamy się, żeby na taki naród, na takie państwo, ktoś, ktokolwiek…”. Ludzie pytają: jak to możliwe, 40% budżetu państwa idzie na armię, a my nie mamy zapasów dla wojska? To była konsekwencja takiej polityki.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Nie jestem wielkim zwolennikiem polityki zagranicznej Józefa Becka, ale argumenty profesora Badziaka przypominają tezy Rafała Ziemkiewicza z książki Jakie piękne samobójstwo: że Beck był szalony i prowadził nas ku katastrofie. Choć Beck nie jest moim faworytem, wydaje mi się, że jego polityka w latach 30. była jedyną i optymalną, jaką Polska mogła prowadzić.
W sprawie wojny prewencyjnej opieram się chociażby na książce Jana Karskiego Wielkie mocarstwa wobec Polski. Karski przytacza słowa dyplomatów francuskich i brytyjskich udowadniających, że ta oferta, oczywiście zakulisowo i mocno zakamuflowana, faktycznie padła. Jeśli tak, Piłsudski rozstrzygał w tym momencie dwie sprawy. Po pierwsze, jeżeliby mu się udało, to – zgadzam się z profesorem Dudkiem – historia potoczyłaby się inaczej. Po drugie, Marszałek testował możliwości polityki francuskiej. Francja oblała ten test, stąd później Piłsudski i Beck próbowali wyjść z klinczu, dogadując się ze Związkiem Radzieckim oraz III Rzeszą. Pamiętajmy, jest rok 1934. Propozycja francusko-polskiej interwencji zbrojnej to okres wcześniejszy, z grudnia 1933, gdy Hitler był już u władzy. Podpisanie deklaracji polsko-niemieckiej o niestosowaniu przemocy to 26 stycznia 1934 roku, co uprawomocnia hipotezę o projekcie wojny prewencyjnej.
Nie wiem, jak by się potoczyły losy kraju, gdyby Piłsudski żył dłużej. Jest np. wizja profesora Jerzego Łojka z Piłsudskim, który żyje, w 1939 roku ma 72 lata, nie jest tak bardzo schorowany i podejmuje najważniejsze decyzje. Nie wiemy, czy prowadzące – wedle marzeń Piotra Zychowicza – do sojuszu z III Rzeszą. Równie dobrze, a Piłsudski był znany z rozmaitych wolt politycznych, mogła być to wolta uprzedzająca lub przekreślająca Monachium i antagonizm polsko-czechosłowacki. Skoro już rozważamy historie kontrfaktyczne, dlaczego nie przemyśleć takiej alternatywy?
PYTANIE Z SALI: Co po przewrocie majowym stało się z hasłem obozu Piłsudskiego dotyczącym sanacji moralnej? Sekretarz Wincentego Witosa z maja 1926 roku opisuje we wspomnieniach kwestię zawiązania koalicji między ludowcami i endecją. Nie znajdziemy tam nawet pół słowa o programie dla Polski, za to bardzo szczegółowo opisane są wszelkie targi na temat tego, kto ma obsadzić jakie stanowisko. Wniosek: tamci politycy chcieli przejąć władzę dla władzy i utrzymania całego systemu biznesowych przywilejów, które były w ręku posłów, ministrów itd. Istnieje wiele dowodów na to, że politycy wykorzystywali stanowiska do załatwiania prywatnych spraw, szeroko informowała o tym ówczesna prasa. Ludzie mieli tego dość i obóz Piłsudskiego zdobył poparcie społeczne m.in. dzięki hasłom sanacji moralnej.
KAZIMIERZ BADZIAK: Po zamachu majowym została powołana Komisja Nadzwyczajna do Walki z Nadużyciami i innymi nieprawidłowościami. W zasadzie nikomu niczego nie udowodniono, chyba tylko poza przypadkiem generała Michała Roli-Żymierskiego, który oskarżony o defraudacje finansowe później wyjechał z Polski. Więc jakie to były nieprawidłowości?
ANTONI DUDEK: Mam mniej optymistyczną wizję tej przedmajowej Polski od profesora Badziaka, bo jednak miały wtedy miejsce afery, była afera dojlidzka, afera żyrardowska i parę innych[5]. Pytanie, czy po maju rzeczywiście nastąpiła sanacja moralna. Sam Piłsudski był człowiekiem bardzo skromnym, jak na możliwości, które miał. Nie korzystał z nich. Ale afery nadal wybuchały. Najgłośniejsza była sprawa ministra skarbu Gabriela Czechowicza, który przeznaczył 8 milionów złotych z budżetu państwa na fundusz Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Takiej afery przed majem nie było, żeby wprost z budżetu państwa wzięto pieniądze na kampanię wyborczą jednej formacji politycznej. Jeśli to miała być sanacja moralna, to…
Z czego się taka postawa brała? Z przekonania Piłsudskiego, że on sam wyznacza standardy etyczne i że BBWR jest dobry dla Polski, więc budżet państwa musi BBWR wesprzeć. Przecież to była osobista decyzja Marszałka. Oczywiście ani Piłsudski, ani nikt inny nie brał tych pieniędzy do prywatnej kieszeni, natomiast pojęcie czwartej brygady[6] skądś się jednak wzięło. Każda władza przyciąga, ale władza autorytarna przyciąga w dwójnasób, gdyż daje poczucie większej bezkarności: można mieć nadzieję, że rządy potrwają długie lata i nie trzeba będzie tłumaczyć się przed wyborcami ze swoich niedawnych działań.
Formalnie wprowadzono pewne rygory, np. nowela sierpniowa z 1926 roku do konstytucji wprowadziła ostre sankcje wobec posłów i senatorów łamiących zakaz pobierania korzyści od rządu. W przypadku orzeczenia tego rodzaju przekroczenia przez Sąd Najwyższy, działający na wniosek marszałka danej izby lub NIK, parlamentarzysta miał tracić mandat i podlegać odpowiedzialności karnej. Jednak generalnie po przewrocie majowym rola sejmu była coraz mniejsza, zgodnie z istotą myślenia Piłsudskiego o państwie, zakładającą że sejmokrację należy ograniczyć. Natomiast wzrastała rola urzędników w ministerstwach, kwitły etatyzm i inwestycje państwowe. Nie mam twardych wskaźników korupcji, nie potrafię powiedzieć, czy w np. w 1922 roku była ona znacząco wyższa niż w 1932. Wiem jednak, że nieprawidłowości występowały i przed, i po przewrocie majowym, zatem hasło sanacji moralnej miało raczej wydźwięk propagandowy niż realne odniesienie.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Znamy biografię Piłsudskiego, jego czyny i osiągnięcia. Jak zamach majowy wpływa na całościową ocenę tej postaci? Na ile niedemokratyczne i okupione śmiercią wielu ludzi przejęcie władzy waży w jego biografii?
PIOTR ZAREMBA: Jestem bardzo przywiązany do niepodległościowej legendy Piłsudskiego. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie kwestionował jego zasług w pierwszym okresie niepodległości, przy budowaniu armii i w czasie bitwy warszawskiej.
Przewrót majowy to niewątpliwie skaza na życiorysie, gorsze cechy osobowości Piłsudskiego biorą wtedy górę i odgrywają duża rolę w jego decyzjach. Ale nie uważam bilansu państwa sanacyjnego za katastrofalny. Można wręcz przyjąć założenie, że rozwiązania alternatywne byłyby jeszcze gorsze i na ich tle Piłsudski wypada w miarę sympatycznie.
Nie uważam jednak, że Piłsudski chciał rządzić wyłącznie po to, by uratować kraj przed endecją. Taką figurę buduje część lewicowych intelektualistów, mistrzem jest tu profesor Andrzej Friszke. Dla niektórych komentatorów niedopuszczenie endecji do władzy jest w zasadzie jedyną zasługą Piłsudskiego – tak wielką, że gotowi są tuszować czy idealizować inne jego działania, które endecji nie dotyczyły. Proces brzeski nie został wytoczony endekom. Gdy się czyta o kilkumilionowym strajku chłopskim z 1937 roku, o jego brutalnej pacyfikacji i aresztowaniach, chciałoby się, żeby ci wrażliwi społecznie intelektualiści przyjrzeli się sanacji pod kątem realnej krzywdy ludzkiej. Podobnie jak pod kątem niewątpliwej korupcji, kumoterstwa, obsadzania posad swoimi. Wystarczy poczytać sejmowe wystąpienia Zygmunta Żuławskiego, posła PPS. Mógł je wygłaszać do 1935 roku, potem już nie, bo odtąd nie było już opozycji w sejmie.
Mimo wszystko, ponieważ mam dość ekumeniczny stosunek do historii Polski, nie chcę być zmuszany do wyborów opartych na założeniu, że wizerunki jednych są malowane wyłącznie w czarnych barwach, a drugich – jedynie w jasnych. Nie uważam, że piłsudczycy byli moralnymi potworami czy w jakiś szczególny sposób osłabili Polskę.
ANTONI DUDEK: Piłsudskiemu należą się pomniki, ulice, patronaty nad szkołami i różnymi instytucjami za wszystko, co zrobił do 1926 roku. Przede wszystkim za Legiony i za okres, kiedy był naczelnikiem państwa. Niemniej jednak uważam, że tych ulic i pomników jest zbyt wiele, a kult Piłsudskiego nabrał przesadnych rozmiarów – właśnie z powodu tego, co Marszałek zrobił w 1926 roku. Państwo demokratyczne nie może przechodzić do porządku dziennego nad wojskowym zamachem stanu i systemem, który Piłsudski ustanowił po przewrocie majowym. Wielokrotnie próbowałem przeciwstawić się kultowi Piłsudskiego, który przez minione ćwierć wieku kwitł w sposób kompletnie bezkrytyczny.
Piłsudski jest dla mnie postacią niejednoznaczną, z bilansem pozytywnym, ale też z licznymi czynami, które go obciążają. Głównie pomajowymi, choć w czasach PPS też byśmy znaleźli pewne rzeczy, które trudno uznać za chwalebne.
Uleganie stereotypowi, że ktoś musi być albo bohaterem bez skazy, albo zdrajcą i kanalią, jest szkodliwe. Zaniechanie rzetelnej oceny Piłsudskiego w minionym ćwierćwieczu jest jedną z przyczyn tego, co może nastąpić w latach przyszłych: rosnącej akceptacji dla różnych form autorytaryzmu w Polsce. Skoro Piłsudski tak fantastycznie wziął za pysk anarchistycznych Polaków, to… Nie podzielam opinii, że Polska jest dziś dyktaturą. Ale w ciągu kilku lat może się to zmienić. A jeśli tak się stanie, Piłsudski będzie wzorcem, punktem odniesienia dla potencjalnych spadkobierców.
KAZIMIERZ BADZIAK: Często jestem oskarżany o nadmierny krytycyzm wobec Piłsudskiego. Dostrzegam też pewne zalety tej postaci, choć moim zdaniem minusy dominują.
Próbujemy szukać bohaterów narodowych, żeby trochę zrekompensować sobie nasze błędy popełnione w historii zwłaszcza XIX i XX wieku. Piłsudski wyróżnia się na tle innych polskich bohaterów tym, że przechwycił władzę i faktycznie sprawował rządy. Ale nie umiał pracować z ludźmi. Był osobą despotyczną, nie słuchającą innych.
Jak oceniano Piłsudskiego pod koniec 1918 roku? Był po prostu twórcą pewnych formacji wojskowych, dbał o wojsko, ale nie mówiono wcale, że stworzył polską niepodległość. To się zaczęło dopiero po zamachu majowym, kiedy do władzy doszła nowa elita związana z Legionami i ówczesną działalnością niepodległościową, podkreślająca swoje walory moralne.
Potrzebna jest nowa, bardziej obiektywna, krytyczna biografia Piłsudskiego. Nie możemy pasjonować się cytatami z dzieł zebranych Marszałka, za którymi często stała tylko walka polityczna.
PIOTR ZAREMBA: Droga rewolucjonisty i wojskowego z pewnością wpływała na despotyczny charakter Piłsudskiego. Ale silni demokratyczni przywódcy także często mają trudne charaktery. Jestem autorem kilkutomowej historii Stanów Zjednoczonych, piszę kolejne tomy. Amerykańscy prezydenci, ci najwybitniejsi, byli antypatycznymi typami oraz despotami. Franklin Delano Roosevelt był sadystą, co mogło wynikać z jego kalectwa. Znajdował przyjemność w dokuczaniu ludziom, bawił się wpływaniem na ich losy. A przecież uznawany jest za najbardziej demokratycznego przywódcę, bardzo zasłużonego dla Stanów Zjednoczonych. Bądźmy zatem ostrożni z przekonaniem, że przywódcy polityczni to są fajni ludzie.
Należy pamiętać, że przekonanie o kryzysie demokracji było powszechne w latach 30., ale w 20. również. Publicystyka Stanisława Cata-Mackiewicza czy Wacława Makowskiego była wyrazem dyskusji dość powszechnej w Europie i na świecie. Typowe dla Rafała Ziemkiewicza ujęcie, że wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie jeden człowiek – ten koszmarny Piłsudski, który z niewiadomych powodów niszczył w Polsce demokrację – jest fałszywe.
Nie mówię, że kontekst czasów usprawiedliwia wszystko. Bilans rządów Piłsudskiego i jego formacji wart jest przemyślanej oceny. Ale przewrót majowy był częścią większego procesu i na tym tle sanacja nie wypada nagorzej. Oczywiście odbieranie komuś wolności czy robienie krzywdy przeciwnikom musi budzić opór. Jednak po latach, kiedy zdobywamy się na bardziej wypośrodkowany osąd, ta dyktatura nie wydaje się szczególnie kompromitująca dla Polaków.
Przypisy:
[1] Chodzi o demonstracje uliczne, mające uniemożliwić zaprzysiężenie Gabriela Narutowicza, połączone z aktami przemocy wymierzonymi w prezydenta i posłów, którzy go wybrali.
[2] J. Piłsudski, Pożegnanie z wojskiem, w: Piłsudski do czytania, red. Z. Najder, R. Kuźniar, Kraków 2016, s. 279–280.
[3] Cyt. za: K. Burnetko, Gwałt i ratunek, „Polityka”, 4 listopada 2009.
[4] Cyt. za: tamże.
[5] Afera dojlidzka – sprawa wielokrotnej sprzedaży majątku hrabiny Zofii Rydygier, który powinien zostać przejęty przez państwo, jednak za milionowe sumy przechodził do kolejnych rąk prywatnych. Przedmiot debaty sejmowej w kwietniu 1922 roku. Afera żyrardowska – wyprowadzanie przez francuski zarząd za ułamek wartości majątku należących do skarbu państwa zakładów wyrobów lnianych w Żyrardowie.
[6] W Legionach Polskich Piłsudskiego były tylko trzy brygady. Czwarta brygada stała się w II RP synonimem zmyślonego kombatanctwa, które otwierało drogę do kariery.
PIOTR ZAREMBA: Słabo pamiętam emisję serialu przed laty w telewizji, zatem mogę oceniać go tylko na podstawie tego jednego odcinka, który obejrzałem podczas festiwalu Piłsudskiego. Mam wrażenie, że to formuła quasi-dokumentalna, w której aktorzy grają bardzo powściągliwie, wyciszając emocje. Niewiele pokazuje się tu prywatności bohaterów, a jeśli już, to w sposób nieco koturnowy. Oczywiście można w ten sposób prezentować historię, ale to nie jest cała prawda o Piłsudskim i jego czasach. Punktem odniesienia jest dla mnie film Jerzego Kawalerowicza Śmierć prezydenta, który oglądam co pewien czas. Tam aż kipi od emocji, choć Piłsudski grany przez Jerzego Duszyńskiego pojawia się zaledwie w kilku scenach.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Jest jeszcze Piłsudski grany przez Ryszarda Filipskiego w filmie Zamach stanu. Jak można porównać te trzy postaci pod względem charakteru? W serialu Trzos-Rastawieckiego zwraca uwagę scena spotkania z oficerami: Piłsudski wypowiada swoje zdanie, oni się z nim nie zgadzają, po czym… wszyscy przyznają mu rację.
PIOTR ZAREMBA: Tego typu smaczków jest dla mnie w tym serialu za mało – Zapasiewicz nie ma tu wielkiego materiału psychologicznego do odegrania. Z kolei Filipski w Zamachu stanu gra dość krwistą postać, ale jest to najbardziej krytyczna opowieść o Piłsudskim, stworzona przez przeciwnika przewrotu majowego i tego, co działo się po nim. Trudno porównywać te obrazy do Śmierci prezydenta, w której Piłsudski, robiący dość sympatyczne wrażenie, pojawia się jedynie w kilku scenach. Ale za to jak efektownie! Wydaje się człowiekiem skrywającym w sobie jakąś tajemnicę, co symbolizuje scena, w której w czasie pogrzebu Gabriela Narutowicza układa pasjansa. I choć pozornie nie ujawnia przy tym żadnych emocji, to jest tu sugestia, że Piłsudski w przyszłości wyciągnie wnioski z wydarzeń 1922 roku – być może to zapowiedź zamachu majowego.
ANTONI DUDEK: Z przywołanych tu aktorów osobowość Piłsudskiego najlepiej oddaje Ryszard Filipski. Ale – żeby była jasność – nie chodzi o sam Zamach stanu, który był zniekształcającą prawdę peerelowską propagandą z bohaterskimi komunistami. Nie chodzi też o to, że Filipski był moczarowcem. Chodzi o cechy osobowości aktora Ryszarda Filipskiego. Według wielu świadectw historycznych, Piłsudski był osobowością despotyczną, niezwykle dominującą. Najgorszą formę przybrało to po przewrocie majowym, kiedy już właściwie nie musiał z czymkolwiek się liczyć.
Zbigniew Zapasiewicz, choć to wybitny aktor, nie miał predyspozycji do roli dominujących samców alfa, nawet z przyklejonymi krzaczastymi wąsami. Serial traktuje Piłsudskiego „na kolanach” – na przykład on sam jeden dźwiga ciężar wojny z bolszewikami i ze spokojem wytrawnego pokerzysty przyjmuje ataki tych wszystkich okropnych polityków, zwłaszcza endeckich, którzy właściwie chcą wywiesić białą flagę.
Spójrzmy tymczasem na to, co się stało w roku 1920. Uważam, że konflikt z Rosją bolszewicką był nieuchronny, natomiast mógł być prowadzony w różny sposób. Piłsudski zaczął tę wojnę; choć można dyskutować, kto ją wywołał, jednak w pewnym momencie – myślę o wyprawie kijowskiej – strona polska podjęła wyraźną inicjatywę nie tylko dla obrony niepodległości, ale też w celu realizacji wizji geopolitycznej Piłsudskiego – chodzi o koncepcję federacyjną – której zresztą ostatecznie nie udało się wcielić w życie. Nie dziwi mnie postawa krytyków tej decyzji Piłsudskiego. Serial przedstawia ich jako tchórzy, tymczasem oni po prostu uważali, że stała za nią błędna ocena sytuacji, przynosząca w konsekwencji wystawienie młodego państwa na potworne ryzyko. Serial zaś pokazuje nam wszystko z perspektywy Piłsudskiego, męża stanu, który patrzy dalej, wie, już ma plan. Na przykład w scenie, gdzie Piłsudski kreśli cyrklem: wymyśla tę kontrofensywę znad Wieprza… Dziś wiemy, że tak naprawdę zasadnicze znaczenie miało złamanie szyfrów Armii Czerwonej przez polskich kryptologów. Oczywiście nie chcę odbierać Marszałkowi zasługi, bo to on brał odpowiedzialność, podejmował decyzje i to jest jego wielkie zwycięstwo. Natomiast równie bezkrytycznego wizerunku Piłsudskiego, jak pokazany w tym serialu, ja nie akceptuję. Mamy w Polsce skłonność do skrajnie biegunowego postrzegania naszych ważnych postaci historycznych: albo czcimy je na kolanach, albo niszczymy, nie zostawiając na nich suchej nitki. Odcinek dotyczący wojny polsko-bolszewickiej jest dla mnie symbolem takiego szkodliwego podejścia.
KAZIMIERZ BADZIAK: Moim zdaniem Zbigniew Zapasiewicz dobrze oddał postać Piłsudskiego z tamtego okresu. Ale napisałem kiedyś książkę o dziejach II Rzeczypospolitej od początku do czerwca 1920 roku. Na tej podstawie mogę powiedzieć, że takie sytuacje, jakie zobaczyłem we wspomnianym odcinku Marszałka Piłsudskiego, nigdy nie miały miejsca. Oczywiście scenarzysta (Andrzej Trzos-Rastawiecki) ma prawo do koniecznych skrótów i uproszczeń, ale taka dominacja Piłsudskiego na scenie politycznej, jaką pokazuje serial, szczególnie po wydaniu Małej Konstytucji, tworzy obraz fałszywy.
Piłsudski był jednym z czynników politycznych – nie jako naczelnik państwa, bo naczelnik nie miał większej władzy, tylko jako naczelny wódz. Jako naczelny wódz zdobył sobie silną pozycję na Kresach Wschodnich, próbował kierować polityką wschodnią, w aneksie do Małej Konstytucji miał zagwarantowane prawo prowadzenia operacji strategicznych. Skorzystał z tego w 1920 roku, projektując dwie wyprawy przeciwko Rosji Radzieckiej; pierwsza doszła do skutku, druga, która miała być zrealizowana później na północy – nie.
W kontekście bitwy warszawskiej Piłsudski przedstawiony jest jako zbawca ojczyzny, tymczasem sprawa tak nie wyglądała. Był marszałkiem, ale też człowiekiem nieprzygotowanym strategicznie. Miał ludzi, którzy odpowiadali za strategię. Bitwa składała się z kilku faz. Nie rozpoczęła się ofensywą znad Wieprza, jakby sugeruje serial, tylko 12 sierpnia. Przed ofensywą były wielkie walki o Warszawę, były walki 5 Armii. A znad Wieprza uderzono, kiedy już bolszewicy przegrali bitwę pod Warszawą. Tak więc generalnie serial zbyt eksponuje wybitną postać, która w tym czasie nie odgrywała aż tak znaczącej roli.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Wróćmy do zamachu majowego. Czy w biografii Józefa Piłsudskiego możemy znaleźć konkretny moment lub wydarzenie, od którego dąży on do przejęcia władzy na drodze niedemokratycznej?
KAZIMIERZ BADZIAK: Reprezentuję pogląd, że Piłsudski po prostu dążył do zdobycia władzy – to leży przecież u źródeł każdego przewrotu, a nawet każdej działalności politycznej. Gdyby myślał inaczej, to po przewrocie majowym oddałby władzę w ręce innych czynników.
Uważam, że początek tego dążenia związany jest z drugim rządem Wincentego Witosa, z 1923 rokiem, kiedy premier uznaje, że słynny dekret naczelnego wodza z 2 stycznia 1921 roku został wydany nielegalnie i nie obowiązuje. Generał Szeptycki, który został ministrem spraw wojskowych, przygotował projekt ustawy o organizacji naczelnych władz wojskowych. Do jego wprowadzenia nie doszło, ale Piłsudski wycofał się ze wszystkich funkcji wojskowych, rozpoczynając słynny okres stałego pobytu w Sulejówku. Moim zdaniem to jest ten początek, choć są ślady wskazujące na to, że ewentualność jakiegoś przewrotu w Warszawie mogła istnieć już wtedy, gdy zginął prezydent Narutowicz.
Projekt Szeptyckiego i wycofanie się Piłsudskiego do Sulejówka rozpoczynają kilkuletni okres zmagań o organizację władzy wojskowej. Piłsudski dążył do przywrócenia pozycji generalnego inspektora, chciał być takim naczelnym wodzem w okresie pokojowym. Uważał, że generalny inspektor, dawny naczelny wódz, to druga osoba w państwie. Wypowiadał się w tym duchu w słynnym wywiadzie, którego udzielił w marcu 1926 roku.
ANTONI DUDEK: Zgoda, ale cofnąłbym się jeszcze bardziej. Mam wrażenie, że Piłsudski był coraz mocniej rozczarowany kształtem, który przybiera odrodzone państwo polskie. Musiała go boleć masa niewyobrażalnie haniebnych oskarżeń, które na niego spadły, gdy był naczelnym wodzem i naczelnikiem państwa, np. postawa jego przeciwników w czasie wojny 1920 roku, te słynne artykuły o tym, że Piłsudski ma tajne łącze telefoniczne z Trockim. Myślę, że rozczarowała go konstytucja marcowa. Natomiast wstrząsem była śmierć Gabriela Narutowicza – bo to już nie były tylko obelgi, lepsze lub gorsze rozwiązania konstytucyjne, ale zabójstwo pierwszego prezydenta niepodległej Rzeczypospolitej. Atmosfera, która temu towarzyszyła – msze dziękczynne za duszę Eligiusza Niewiadomskiego, kult zabójcy, który dla wielu stał się bohaterem narodowym – musiała Piłsudskiego zniechęcić do kształtu, w jakim odradzało się państwo. A później nadszedł endecko-ludowy rząd Chjeno-Piasta i wydarzenia, o których mówił profesor Badziak.
Sama decyzja o zamachu to dopiero maj 1926 roku. Dlaczego tak uważam? W październiku 1925 roku ma miejsce słynna demonstracja grupy kilkuset oficerów, którzy jadą do Sulejówka i manifestują swoją gotowość: „Deklarujemy, panie marszałku, te nasze szable”. To jest zachęta wprost: „Komendancie, dawaj sygnał, ruszamy na Warszawę”. Ale Piłsudski ich odsyła z niczym. Natomiast w maju 1926 roku, kiedy powstaje trzeci rząd Witosa, uznaje, że tak dłużej być nie może. Proszę zwrócić uwagę, że kiedy Piłsudski zaczyna marsz na Warszawę, aż do chwili słynnej rozmowy z prezydentem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego, on – moim zdaniem – traktuje to wszystko jako demonstrację, której celem nie jest przejęcie władzy, tylko zmuszenie Wojciechowskiego do zdymisjonowania rządu Witosa i powołania jakiegoś innego. Ponieważ jednak Wojciechowski zachowuje się jak należało i żąda od Piłsudskiego, żeby zaprzestał łamania prawa, następuje konsternacja. Po tej rozmowie Piłsudski załamuje się tym, co go spotkało ze strony dawnego przyjaciela, na kilka godzin wycofuje się do koszar, a kontrolę nad wojskiem przejmuje generał Gustaw Orlicz-Dreszer. To Orlicz-Dreszer kontynuuje walki i jest realnym autorem zamachu stanu. Moim zdaniem Piłsudski tylko uruchomił coś, co nazwał demonstracją wojskową.
Większość Polaków nie zdaje sobie sprawy, że to, co się dzieje w okolicach 12–13 maja 1926 roku, jest równie dramatycznym momentem w historii Polski, jak bitwa warszawska. Wojny domowe bywają bardziej krwawe od wojen prowadzonych z innymi narodami, a w maju 1926 roku byliśmy o krok od wojny domowej. Wystarczyło, by Witos i Wojciechowski posłuchali ministra obrony, generała Rozwadowskiego, oraz kilku innych generałów i pojechali do Poznania, gdzie było wiele wojska gotowego walczyć z Piłsudskim. Krwawej wojny domowej udało się uniknąć głównie dzięki postawie prezydenta Wojciechowskiego, który jest jednym z najbardziej niedocenianych wybitnych Polaków. Decydując się na ustąpienie Piłsudskiemu i złożenie urzędu, powiedział: „Wolę, by Piłsudski objął władzę, choćby i na dziesięć lat, niż żeby na sto lat Polskę zagarnęły Sowiety”. Wojciechowski rozumował tak: jeśli zaczniemy wojnę domową, to się stanie to, co się rzeczywiście stało kilkanaście lat później, czyli wejdą Rosjanie. Czy tak by się rzeczywiście stało – nie wiem, ale wojna domowa była realnym zagrożeniem. Piłsudski nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, ale Wojciechowski – tak. Wojciechowski pomników nie ma, Piłsudski ma ich mnóstwo – i to jest przykre.
MIKOŁAJ MIROWSKI: W zbiorze Piłsudski do czytania, zawierającym fragmenty z różnych wystąpień publicznych Marszałka, znaleźć można jego przemówienie wygłoszone w hotelu Bristol w chwili, gdy opuszczał wojsko. A w nim bardzo ciekawą wypowiedź, mniej znaną od słynnego „zaplutego karła”: „W tej samej chwili, gdy Belweder – miejsce zaszczytu, miejsce honoru Polski – opuściłem, wszedł tam inny człowiek, wybrany legalnie aktem uroczystym, podpisanym przez marszałka sejmu. Oddałem mu władzę zgodnie z konstytucją. Na moje miejsce przyszedł dla reprezentacji narodu całego i wszedł na tę ścieżkę, którą ja po trosze przetorowałem, człowiek inny. Nie rozważam jego zalet ani wad. Nie omawiam jego wartości. Człowiek ten, jak ja, został wyniesiony ponad innych, dobrowolnym aktem włożono na niego obowiązek, że ma być naszym przedstawicielem. Ma w pieczy mieć nasz honor, naszą godność. Ta szajka, ta banda, która czepiała się mego honoru, tu zechciała szukać krwi. Prezydent nasz zamordowany został po burdach ulicznych[1], obniżających wartość pracy reprezentacyjnej przez tych samych ludzi, którzy ongiś w stosunku do pierwszego reprezentanta wolnym aktem wybranego tyle brudu, tyle potwornej, niskiej nienawiści wykazali. Teraz spełnili zbrodnię. Mord karany przez prawo. Moi panowie, jestem żołnierzem. Żołnierz powołany bywa do ciężkich obowiązków, nieraz sprzecznych ze swoim sumieniem, ze swoją myślą, z drogimi uczuciami. Gdym sobie pomyślał na chwilę, że ja tych panów, jako żołnierz, bronić będę, zawahałem się w swoim sumieniu, a gdym się raz zawahał – zdecydowałem, że żołnierzem być nie mogę. Podałem się do dymisji z wojska. To są, moi panowie, przyczyny i motywy, dla których służbę państwową opuszczam”[2].
Czy moment, w którym – w świetle powyższego cytatu – Piłsudski nie uznał swoich przeciwników, narodowych demokratów, za partnerów godnych rozmowy, nie wskazuje na początek procesu psychicznego, który później sprawił, że jedyną możliwą reakcją na rząd de facto Narodowej Demokracji, w koalicji z Wincentym Witosem, było posunięcie niedemokratyczne?
PIOTR ZAREMBA: Trzeba by znać cel postępowania Piłsudskiego w 1926 roku. Czy z góry zakładał, że weźmie całą władzę, czy chciał tylko zagrodzić drogę Narodowej Demokracji. Dla mnie ciekawe jest pytanie, co by było, gdyby Wojciechowski ugiął się wobec żądań Piłsudskiego. Czy Piłsudski zostałby w jakiś sposób inkorporowany przez system oparty na konstytucji marcowej, którą kwestionował. Nie wiemy tego. Zresztą i później była inna możliwość; przecież Piłsudski odrzucił prezydenturę, którą dostał od sejmu, w którym w zasadzie nie było jego większości.
Profesor Dudek kładzie większy nacisk na emocje Piłsudskiego. Niesmak i oburzenie z powodu burd przeciwko Narutowiczowi, ale też poczucie krzywdy. Czytałem opisy wizyty w Belwederze delegacji z poznańskiego, kiedy bodajże ksiądz Adamski wskazał na Piłsudskiego palcem, oskarżając go o zdradę. Ten palec wymierzony w Marszałka mógł przepełnić kielich goryczy. Piłsudski widział, że na walce z nim niektóre środowiska polityczne budują przez całe lata swoją siłę i reputację.
Profesor Badziak bardziej zwraca uwagę na element taktyczny. W tym ujęciu Piłsudski, prowadząc latami wojnę o organizację władz wojskowych, w istocie cały czas sygnalizował swoim zwolennikom, że jest przeciw systemowi panującemu w Polsce. To by zakładało raczej element kalkulacji: Piłsudski obiecał sobie, że nie daruje „marcowej” Rzeczypospolitej, że prędzej czy później w taki lub inny sposób spróbuje ją obalić.
Te dwie wizje wcale nie są ze sobą sprzeczne, gdyż politycy bardzo rzadko kierują się wyłącznie jedną okolicznością czy jednym motywem. Współczesnym przykładem podobnej kontrowersji interpretacyjnej może być wystawiana w Poznaniu sztuka Pawła Demirskiego na temat Jarosława Kaczyńskiego, którą oglądałem jesienią 2017 roku. Pisząc tę sztukę, autor dokonał pewnego wyboru: uznał, że Kaczyński jest chytrym intrygantem, któremu chodzi wyłącznie o władzę. Oparł się na książce Roberta Krasowskiego, który przedstawia politykę jedynie jako grę cynizmu, koniunkturalizmu i podstępu, a nie widzi drugiego wymiaru, czyli poglądów, idei, koncepcji. Tak jak nie godzę się na uznanie Kaczyńskiego wyłącznie za małego, tuzinkowego, chytrego intryganta, tak też nie godzę się z wizją, że Piłsudski był wyłącznie cyniczny. Ale niewątpliwie nie był też takim spiżowym, naiwnym bohaterem, jakiego gra Zapasiewicz w serialu Marszałek Piłsudski. Takim, co to nie może pogodzić się ze złem panującym w Polsce i z bólem serca podejmuje decyzję, chociaż właściwie by nie chciał. Nie, Piłsudski uważał, że władza w Polsce powinna być w rękach silnej jednostki. Od którego momentu był o tym przekonany – trudno powiedzieć, bo rzeczywiście jako naczelnik państwa formalnie nie miał dużej władzy i dość dobrze się zmieścił w ograniczeniach systemu wprowadzonego w 1919 roku.
Widzę Piłsudskiego jako osobę, która ma prawo do własnych emocji i poczucia krzywdy, ale jednocześnie dość bezwzględnie gra z rzeczywistością i dąży do celu, zapewne bez gotowego scenariusza – ten podsunęło mu życie w postaci powstania centroprawicowej większości parlamentarnej, która mu się wydawała wyjątkowo obmierzła.
KAZIMIERZ BADZIAK: Na początku listopada 1918 roku, kiedy jeszcze Piłsudski nie wrócił z Niemiec, Feliks Perl, jeden z przywódców PPS, powiedział: „Róbmy naszą politykę, bo za chwilę przyjedzie Piłsudski i będzie prowadził swoją osobistą politykę”, w domyśle: niedemokratyczną. Myślę, że Piłsudski był rewolucjonistą w dawnym typie PPS, człowiekiem, który uważał, że pełni misję wobec narodu polskiego. Co to jest rewolucja? To dokonanie przewrotu w państwie, przejęcie władzy i budowa innego systemu politycznego.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Czy pan profesor twierdzi, że Piłsudski miał osobowość autorytarną od zawsze? Że nie przeszedł procesu rozczarowania wobec demokracji, ponieważ autorytarność była jego immanentną cechą?
KAZIMIERZ BADZIAK: Tak jest, oczywiście.
Wstrząs po zabójstwie Narutowicza to są poprawki historyczne, wygłaszane przez Piłsudskiego, który post factum próbował usprawiedliwić szereg posunięć, poszerzających jego władzę.
Jeśli chodzi o siły zbrojnych, Piłsudski chciał być ich generalnym inspektorem. Rząd Aleksandra Skrzyńskiego w końcu zgodził się na kształt naczelnych władz wojskowych po myśli Piłsudskiego. Problem pojawił się, gdy ten gabinet upadł i powstał rząd Witosa, o którym było wiadomo, że nie poprze owego projektu. Piłsudski znalazł się w sytuacji bez wyjścia i rozpoczął przygotowania, żeby tę władzę, przynajmniej wojskową, jakoś zdobyć. Gdyby odszedł rząd Witosa, być może kolejny gabinet zgodziłby się na wizję Piłsudskiego.
MIKOŁAJ MIROWSKI: A gdyby nie było zamachu na Narutowicza albo gdyby Piłsudski uznał, że endecy nie splamili się moralnie tą krwią, że nie są owym karłem z przemówienia z Bristolu? Czy bez takiego resentymentu i chęci rewanżu doszłoby do zamachu?
ANTONI DUDEK: Nie potrafię odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ponieważ to jest budowanie historii alternatywnej. Wszyscy politycy szukają usprawiedliwień dla swoich działań, ale też pewne wydarzenia na nich oddziałują. Konstytucja marcowa, ataki na Piłsudskiego jako naczelnego wodza w 1920 roku, zabójstwo Narutowicza – wszystko to niewątpliwie coraz bardziej skłaniało Piłsudskiego do radykalnych ocen sytuacji w Rzeczypospolitej. Natomiast zgadzam się, że gdyby rząd Skrzyńskiego nie upadł i Piłsudskiemu dano stanowisko generalnego inspektora sił zbrojnych, to być może jeszcze przez jakiś czas do zamachu by nie doszło.
A czy demokracja w ogóle mogła przetrwać? Pewna taka szansa istniała, ale zasadniczo widzę trzy scenariusze dla państwa polskiego. Ten, który się spełnił, czyli dyktaturę Piłsudskiego, a także przetrwanie demokracji oraz dyktaturę endecji. Ta ostatnia wydaje mi się bardziej prawdopodobna od przetrwania demokracji. Endecja była najsilniejszym obozem politycznym w ówczesnej Polsce, a po zwycięstwie Mussoliniego narastała w niej fascynacja faszyzmem. Dla jasności: nie wszyscy endecy byli faszystami, ale od powstania Obozu Wielkiej Polski w końcu 1926 roku widać, jak ten nurt się nasila. W sytuacji, w której z jakichś tajemniczych powodów Piłsudskiego by zabrakło, np. umarłby przedwcześnie i jego obóz by się rozsypał, jest wysoce prawdopodobne, że Narodowa Demokracja albo jakaś jej część sięgnęłaby po władzę. Taki trend ustrojowy narastał w całej naszej części Europy. W latach 30. od Estonii po Jugosławię istniało tylko jedno państwo jeszcze demokratyczne – a niektórzy i w to wątpią – czyli Czechosłowacja. Wszędzie indziej systemy demokratyczne poupadały i pojawiły się dyktatury w mniej czy bardziej skrajnej postaci. U nas beneficjentami tego trendu prawdopodobnie staliby się endecy.
Natomiast gdyby Piłsudski był szczerym demokratą, mógł być strażnikiem demokracji, bo przy jego wpływach w wojsku trudno sobie wyobrazić zamach przeprowadzony przez endecję. Żeby dokonać zamachu, trzeba mieć co najmniej neutralną postawę armii, tak jak było w czasie marszu na Rzym. Hitler zaś musiał układać się z Reichswehrą i zlikwidować SA. To nie było takie proste. Dlatego mam wrażenie, że gdyby Piłsudski chciał być parasolem nad demokracją w Polsce, to mógł próbować. Natomiast on nie zamierzał przyjąć tej roli, uznał, że demokracja jest pozbawiona sensu, skoro jej beneficjentami są tacy ludzie jak endecy, którzy go opluwają. Był najsilniejszy w wojsku, więc kiedy pojawiła się sprzyjająca sytuacja, po prostu zrealizował antydemokratyczny scenariusz.
Pamiętajmy jednak, co się stało po przewrocie majowym. Mamy wybór Piłsudskiego na prezydenta, którego on nie przyjmuje, po czym wskazuje Mościckiego, czyli można powiedzieć, że sejm legalizuje zaistniałą sytuację. I mamy wybory w 1928 roku, które mimo lekkich nadużyć można uznać za miarodajne – przynoszą zwycięstwo Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Oczywiście BBWR nie ma samodzielniej większości, ale można powiedzieć, że Polacy w znacznej części akceptują rządy Piłsudskiego. Tyle że Piłsudski wchodzi w fazę niechęci do jakichkolwiek koalicji. Już nie chce się z nikim układać, gdyż czuje, że ma za sobą armię. W związku z tym dyktatura się zaostrza. Oczywiście jest to też związane z zachowaniem opozycji. Następują tzw. wybory brzeskie i tak naprawdę od 1930 roku, gdy przywódcy opozycji trafiają do więzienia w Brześciu, możemy mówić o dyktaturze pełnokrwistej.
Przejście do niej zajmuje cztery lata, od 1926 do 1930 roku. Dyktatura rozwija się bardzo powoli, tak jakby Piłsudski wciąż się zastanawiał. To, co zrobił w 1930 roku, teoretycznie był w stanie zrobić znacznie szybciej. Mógł wtedy powiedzieć: „A co to w ogóle jest ten sejm, rozpędzić i koniec”. Ale tego nie zrobił. Przeciwnie, sejm o dziwo przetrwał jeszcze dwa lata. To dowodzi pewnego wahania u Piłsudskiego, podobnie jak jego słynne zdanie, że Polakami nie da się rządzić przy pomocy bata. Moim zdaniem był rozdarty. W końcu ustanowił swoją dyktaturę, która na tle innych była niezwykle łagodna. Piłsudski miał poczucie, że dyktatura w naprawdę ostrej postaci, a taka panowała za wschodnią i po 1933 roku za zachodnią granicą, nie była formułą dla Polski. Nie była czymś, co on by akceptował.
Podsumowując, Piłsudski był dyktatorem, co dla ludzi otaczających Marszałka kultem może być szokiem. Ale do dyktatury dochodził stopniowo i z pewnymi wątpliwościami. Na jego zachowania, wypowiedzi i język rzutuje też postępująca choroba, zwłaszcza po 1930 roku.
PIOTR ZAREMBA: Poczynania Piłsudskiego nie do końca kojarzą się z zachowaniem dyktatora. Jeśli nim był, to nietypowym. Nie kolekcjonował funkcji i najwyższych urzędów. Formalnie na ogół pełnił funkcję tylko ministra spraw wojskowych i generalnego inspektora, no, dwa razy był też premierem. Klasyczny dyktator miesza się we wszystkie sprawy w państwie, usiłuje ręcznie nim sterować, mieć wszystko pod kontrolą. Piłsudskiego interesują głównie armia i stosunki zagraniczne. Oczywiście podejmuje strategiczne decyzje polityczne, takie jak rozwiązanie sejmu czy uwięzienie polityków opozycji, ale pozostałe tematy, przede wszystkim gospodarcze, zostawia innym i się nie wtrąca. Jest gwarantem stabilności państwa, ale nim w żaden sposób nie administruje. Można powiedzieć, że zachowuje pewną osobistą skromność, drastycznie kontrastującą np. z postawą Mussoliniego. Nie wysuwa się do przodu. Jego kult jest organizowany, ale z niewielkim jego udziałem.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Na temat hipotetycznego przewrotu prawicowego, endeckiego, do myślenia może dać cytat z Romana Dmowskiego. Grudzień 1925 roku, „Gazeta Warszawska”: „Gdybyśmy byli podobni do dzisiejszych Włoch, gdybyśmy mieli taką organizację jak faszyzm, gdybyśmy wreszcie mieli Mussoliniego, największego niewątpliwie człowieka w dzisiejszej Europie, niczego więcej nie byłoby nam potrzeba”[3]. Oczywiście nie ekstrapoluję historycznie tych słów. Faszyzm kojarzy nam się z zupełnie czym innym, niż to, o czym zapewne mówi Dmowski. Jednak Benito Mussolini był dyktatorem. Jeżeli Dmowski mówi tak publicznie, stanowi to – jak sądzę – dosyć jasny komunikat.
PIOTR ZAREMBA: W możliwość dyktatury endeckiej mało wierzę. Między innymi z powodów charakterologicznych. Dmowski nie był typem klasycznego lidera, rwącego się do władzy. Raczej traktował siebie jako rodzaj wychowawcy. Skoro tak, to system dyktatury bez dyktatora trudno sobie wyobrazić.
Nie jestem tak dobrego zdania o endecji jak Rafał Ziemkiewicz, który buduje wizję Narodowej Demokracji jako partii obywatelskiej i całkowicie demokratycznej. Nie widzę w niej jednak kandydatów do rzeczywiście trwałego monopolu, choć narodowych demokratów skłaniała do tego natura ich programu, przekonanie, że są jedynymi reprezentantami interesu narodowego. Ale w praktyce czym innym jest urządzać burdy uliczne przy okazji wyboru nielubianego prezydenta, a czym innym rzeczywiście wziąć władzę w swoje ręce. Zwłaszcza, że nie mieli oni wystarczających wpływów w armii (mimo posiadania „swoich” generałów). W 1926 roku endecy nie podjęli szczególnie brutalnej walki z Piłsudskim.
ANTONI DUDEK: Endecja ewoluuje. Ta z początku lat 20. różni się od tej z lat 30.
KAZIMIERZ BADZIAK: Nie zgadzam się z tezą, że endecy myśleli o zamachu stanu. Pamiętajmy, że przed przewrotem majowym Roman Dmowski nie odgrywał ważnej roli w ruchu narodowym, odsunął się na bok. Dominowali inni działacze, tacy jak Stanisław Głąbiński czy Stanisław Grabski. Dopiero po zamachu majowym Dmowski uaktywnił się i zaczął mówić o pewnych rozwiązaniach, często wynikających z tego, że mieliśmy wtedy w Polsce do czynienia z systemem rządów autorytarnych. Endecja nie odgrywa tak ważnej roli w II Rzeczypospolitej, jak się to jej przypisuje. Sejmowy Związek Ludowo-Narodowy był potęgą w 1919 roku, ale on się rozpadł. Pod koniec 1919 roku był czwartym klubem, Narodowe Zjednoczenie Ludowe – powstałe w wyniku odejścia z ZLN części konserwatystów i bezpartyjnych włościan – było silniejsze, a najmocniejsi byli ludowcy. Myślę, że tworzymy jakiegoś demona.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Jaki jest bilans przejęcia władzy przez Piłsudskiego – poza 379 ofiarami, zabitymi w walkach podczas zamachu? Czy rządy demokratyczne były niewydolne? Czy autorytarna władza dobrze się przysłużyła II Rzeczypospolitej? Polska coś dzięki niej zyskała? Beneficjentem zamachu jest Eugeniusz Kwiatkowski; czy jego argumenty w obronie zamachu – osiągnięcia gospodarcze kraju – są poważne?
PIOTR ZAREMBA: Być może pewna stabilność rządów była warunkiem przetrwania państwa między Niemcami a Rosją. Mogę jednak wyobrazić sobie, że Piłsudski realizuje te cele łagodniejszymi środami, zgodnymi z zasadami demokracji, choćby kreując jakiś trwały większościowy układ w sejmie. Nie z ludźmi, którzy go opluwali, ale choćby z bardzo wieloma dawnymi towarzyszami broni. Przecież w PPS i po części u ludowców aż roiło się od jego zwolenników. Dlatego też trudno jest mi jego postępowanie zaakceptować. Brześć, Bereza – to były konsekwencje jego wyboru. Ale partie istniały do 1939 roku, niedługo przed wojną miały miejsce demokratyczne wybory samorządowe, choć można widzieć ewolucję w prawo i eliminację partii z sejmu przez ordynację wyborczą.
KAZIMIERZ BADZIAK: Moja ocena rządów sanacyjnych jest fatalna. Nie ma znaczenia, że dyktator był łagodny. Po prostu Piłsudski był już schorowany, zmęczony życiem. Nie był w stanie niczego nowego stworzyć. Był świetnym taktykiem w bieżącej walce politycznej, natomiast w działaniach strategicznych niewiele sobą reprezentował.
W 1930 roku mamy wybory brzeskie. Opozycji odmawiano rejestracji list wyborczych, jej liderów skazano w procesie, aresztowano sześć tysięcy ludzi bez wyroku sądowego.
W sensie gospodarczym sanacja oznacza ruinę. Polska w 1939 roku z trudem osiąga poziom produkcji z 1913 roku. Stosunkowo dobrą koniunkturę mamy tylko po zamachu majowym i po roku 1936, kiedy trochę próbuje robić Kwiatkowski. Poza tym mamy tragedię. W 1937 roku ukazała się książka Wieś w Płockiem. Opisuje, jak ludzie mieszkali w ziemiankach, taka bieda panowała w tym powiecie.
Nie rozumiano prostej rzeczy, że w gospodarce musi być pieniądz. A kiedy pieniądza brakuje, gospodarka się nie rozwija. Nikt tego nie wiedział, nawet Grabski, nawet Kwiatkowski, który był inżynierem (pod koniec życia przyznawał, że nie odebrał żadnego wykształcenia ekonomicznego). Premierami byli ludzie bez przygotowania, typu Walerego Sławka.
A co nasz marszałek Piłsudski wiedział na temat gospodarki? Wszyscy mówią, że się na niej nie znał, ale jednocześnie udzielał pouczeń. „Róbcie oszczędności, nie wolno wydawać” – radził podczas wielkiego kryzysu. Tymczasem w okresie kryzysu trzeba dosypać pieniędzy do gospodarki.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Z drugiej strony chciałbym przywołać człowieka, który nie miał powodu kochać Piłsudskiego: posła Hermana Liebermana. Był działaczem PPS, który od sanacji mocno dostał po grzbiecie. Zacytuję jego wypowiedź z niemieckiej gazety socjaldemokratycznej „Vorwärts”: „Piłsudski to ani Mussolini, ani Lenin, ani przywódca socjalistyczny. Jest to twór szczególnych polskich stosunków społecznych i politycznych. Nie można mówić o reakcyjności reżimu Piłsudskiego, ale nie ma wątpliwości, że jest on pełną niebezpieczeństw przerwą w rozwoju społecznym i politycznym Polski”[4].
ANTONI DUDEK: Uważam, że rządy pomajowe, zwłaszcza jeśli chodzi o politykę gospodarczą, nie odniosły jakichś oszałamiających sukcesów. Kontynuowano budowę Gdyni, zaczętą przed przewrotem. Sztandarowe pomajowe przedsięwzięcie, Centralny Okręg Przemysłowy, nie przyniosło spodziewanych efektów. Ale Polska była biednym krajem, zniszczonym przez pierwszą wojnę światową i pieniędzy by nie przybyło niezależnie od tego, czy rządziłby Piłsudski, Dmowski czy ktoś inny. Wielkie obciążenia wiązały się z koniecznością scalenia trzech kompletnie różnych po zaborach organizmów gospodarczych. Niektóre sprawy można było próbować rozwiązać inaczej, niż to robili piłsudczycy, jednak z całą pewnością nie stalibyśmy się gospodarczą potęgą w ciągu tak krótkiego okresu, jaki był dany Polsce do roku 1939.
Sporo zrobiono, ale oceny, że pod rządami Marszałka i jego współpracowników Polska płynęła mlekiem i miodem, to głupota. Bieda była faktem. Piłsudczycy nie rozwiązywali głównego problemu społecznego, czyli głodu ziemi. Reforma rolna wprawdzie była kontynuowana, ale przypomnę taką wypowiedź Piłsudskiego: „Ach, nasz chłop cierpliwy, reforma rolna to rzecz nieważna, to rzecz bez znaczenia, może długo czekać”. Oczywiście musiała długo czekać, bo nawet gdyby Piłsudski był innego zdania, reforma rolna z odszkodowaniem płaconym właścicielom ziemskim wymagałaby olbrzymich nakładów budżetowych. Ale skoro Komendant mówił, że nie trzeba się z tym spieszyć, środki przeznaczano na inne rzeczy, na przykład na armię.
Czy mądrze? Nie jestem specjalistą od historii wojskowości, ale mam wrażenie, że gdyby nie dość anachroniczne poglądy Piłsudskiego na temat tego, jak będzie wyglądała przyszła wojna, to być może udałoby się nam zbudować jedną czy dwie brygady pancerne więcej. Może nieco więcej samolotów. To nie zmieniłoby wyniku wojny w 1939 roku, nie byliśmy przecież w stanie wygrać wobec uderzenia z dwóch stron. Ale gdyby armia była nieco nowocześniej konstruowana, to może zadałaby naszym wrogom trochę większe straty i to miałoby pewne znaczenie. Tak więc zarówno w sprawie reformy rolnej, jak w sprawie modernizacji armii mam wrażenie, że jednak sukcesów nie było.
Natomiast upieram się, że realną perspektywą było przejęcie władzy przez endecję na fali wielkiego kryzysu z przełomu lat 20. i 30. Gdyby do tego doszło, polityka narodowościowa, drugi problem Polski po kwestii rolnej, wyglądałaby znacznie gorzej. Piłsudczycy, przy wszystkich błędach, jakie popełnili w polityce narodowościowej, i tak mieli rozsądniejsze pomysły niż Narodowa Demokracja, która chciała mniejszości polonizować i koniec. Jej program, zwłaszcza w odniesieniu do Ukraińców, doprowadziłby do jeszcze ostrzejszego konfliktu polsko-ukraińskiego. I tu postawię kropkę. Zatem za politykę narodowościową dałbym jednak sanacji ocenę pozytywną.
Na koniec kwestia polityki zagranicznej. Popełniono błędy, ale nie wierzę, że gdyby zamiast Józefa Becka ministrem był ktoś inny, to by zapobiegł katastrofie z roku 1939. Mogliśmy się do wojny lepiej przygotować na wielu poziomach, ale nie byliśmy w stanie temu generalnemu, tragicznemu dla nas kierunkowi zapobiec. Nie mieliśmy partnera do gry. Niektórzy historycy kwestionują istnienie idei wojny prewencyjnej z Niemcami, inni jednak twierdzą, że w 1934 roku, rok po dojściu Hitlera do władzy, Piłsudski zaproponował Francuzom zduszenie rodzącego się nazizmu. Gdyby Francuzi skorzystali z tej oferty, historia potoczyłaby się inaczej. Jeśli rzeczywiście Piłsudski wyszedł z tą koncepcją, dowodziłoby to jego olbrzymiej przenikliwości i za to wystawiłbym mu laurkę.
PIOTR ZAREMBA: Nie chciałbym, żebyśmy popadli w skrajną wizję prezentowaną przez Rafała Ziemkiewicza, że po stronie piłsudczyków mieliśmy do czynienia z dyletantami i głupcami, a po stronie endecji była jakaś wspaniała kadra narodowa, która by prowadziła politykę całkiem inaczej. Owszem, istniał choćby słynny deflacyjny program Jerzego Zdziechowskiego, ministra skarbu ze Związku Ludowo-Narodowego w latach 1925–1926. Tak samo nastawiony na cięcia i oszczędzanie, jak polityka gospodarcza piłsudczyków do 1935 roku. Po 1935 roku, tak jak Rydz-Śmigły zaczął nieco modernizować armię w stosunku do wizji Piłsudskiego, tak też polityka gospodarcza stała się bardziej interwencjonistyczna i ambitna. Wkraczano na drogę wyznaczaną przez Nowy Ład Roosevelta. Centralny Okręg Przemysłowy jest tego pomnikiem, ale zapewne nie na miarę potrzeb.
Poziom kadr był – moim zdaniem – porównywalny. Endeccy profesorowie nie byliby chyba wiele lepszymi ministrami niż piłsudczycy. Ludźmi, którzy proponowali zupełnie inną politykę gospodarczą, byli ludowcy i socjaliści, ale oni w zasadzie nigdy nie rządzili samodzielnie. Nie wiem zatem, czy ta inna polityka rzeczywiście była możliwa, nie przetestowaliśmy tego. Jednak czytając dokumenty ludowe czy socjalistyczne, widzimy głównie zbiór haseł i komunałów, a nie program.
Reforma rolna przyspieszyła pod koniec lat 30., parcelowano więcej ziemi. Paradoksalnie, rządy po Piłsudskim były bardziej ambitne. To było klasyczne wieloskrzydłowe centrum, bez skrajności w żadną stronę. Dlatego z obu stron było krytykowane: przez jednych, że nie chce wydawać pieniędzy w kryzysie, przez innych, że utrzymuje duży sektor państwowy. To był obóz kulawego i wymuszonego, ale jednak kompromisu społecznego. Jego brzydkie strony, takie jak brutalnie wymuszony kult Piłsudskiego czy pewne zachowania administracji, po latach zatarły się w pamięci Polaków, ponieważ później przyszedł komunizm. Ale nieprzypadkowo niektórzy sanacyjni urzędnicy niższego szczebla (nie mówię o politykach i elicie, która znalazła się na emigracji, wyginęła lub trafiła do więzień) całkiem dobrze odnaleźli się w aparacie komunistycznym w jego pierwszym okresie. Byli przywiązani do pewnej karności, po prostu otrzymali nową władzę i również jej służyli.
PYTANIE Z SALI: Rozumiem, że kwestia polityki zagranicznej mogła zniechęcać Piłsudskiego do Witosa, ale co jeszcze? Dlaczego Piłsudski tak go nie lubił?
ANTONI DUDEK: Piłsudski nie lubił Witosa, bo Witos lubił endecję. Endecja była dla Piłsudskiego wrogiem numer jeden, więc sojusznik wroga nie mógł być przez niego mile widziany. Nie do końca rozumiem, dlaczego po przewrocie majowym uwięziono Witosa w Brześciu. Moim zdaniem on nie był on już wtedy aż tak znaczącą postacią, ale najwyraźniej Piłsudski miał go na swojej liście jako człowieka, którego trzeba upokorzyć. Rzeczywiście, trzykrotnego premiera tak potraktować… Z drugiej strony pozwolono mu uciec do Czechosłowacji.
PYTANIE Z SALI: Interesuje mnie tajemnica generała Włodzimierza Zagórskiego, antagonisty Piłsudskiego, który w 1927 roku zaginął, a według niektórych źródeł został zamordowany. Jeśli to było morderstwo, kto za tym stał? Czy Piłsudski o nim wiedział?
KAZIMIERZ BADZIAK: Nie wiem, to sprawa trudna do wyjaśnienia. Ze źródeł wynika, że Piłsudski nie lubił, a może wręcz nienawidził Zagórskiego za sprawy z czasów pierwszej wojny światowej. Poza tym w 1920 roku Zagórski, kiedy został szefem sztabu frontu północnego, szybko zorientował się, że Sowieci uderzą na Warszawę i wymusił wręcz na Hallerze, a później na Rozwadowskim, aby przyśpieszono uderzenie 5 Armii generała Sikorskiego. Tymczasem było ustalone, że pierwsza uderzy kontrofensywa znad Wieprza i laury spłyną na Piłsudskiego. Zagórski doprowadził do zmiany, dzięki czemu Sowieci zostali rozbici pod Warszawą. Za to Piłsudski go znienawidził.
PYTANIE Z SALI: Czy przewrót majowy miał za zadanie zmienić polską politykę zagraniczną w obliczu ściślejszego współdziałania Związku Radzickiego z Republiką Weimarską?
ANTONI DUDEK: To jest myślenie post factum. Polska nie miała żadnej możliwości, żeby zablokować rozwój relacji niemiecko-sowieckich. Czego byśmy nie robili, i tak nie mogliśmy zapobiec temu sojuszowi, który zaczął rysować się już od Rapallo w 1922 roku. Mogliśmy tylko szukać sojuszników. No i szukaliśmy, podpisano przecież układy z Francją, z Rumunią.
Nie szukałbym usprawiedliwienia mówiącego, że należało ustanowić silną, autorytarną władzę właśnie dla stawienia czoła tym zagrożeniom. Nic nam ona nie pomogła w 1939 roku. Na fali kultu Piłsudskiego niektórzy wierzyli, że gdyby Marszałek dożył 1939 roku, obroniłby nas swoim geniuszem. Nie obroniłby. Groziłaby mu za to sytuacja marszałka Pétaina, bo Niemcy próbowaliby go zmusić do jakiejś formy układu. Zresztą pojawiały się różne oferty, były wizyty Goeringa w Polsce i padła słynna propozycja wspólnej wyprawy na Związek Sowiecki, na co Polska – słusznie – nie poszła. Nie sądzę, że przewrót majowy coś zasadniczo zmienił w sytuacji międzynarodowej naszego kraju. Zmieniłby, gdyby przerodził się w wojnę domową – konsekwencją mógłby być znacznie wcześniejszy atak Sowietów i Niemców na Rzeczpospolitą i rozbiór Polski przed 1939 rokiem. Zapobiegli temu ci, którzy Piłsudskiemu ustąpili, na czele z prezydentem Wojciechowskim.
Gdyby utrzymał się system przedmajowy, w którym Polska zmieniała rządy jak rękawiczki, to być może bylibyśmy mniej wiarygodni na arenie międzynarodowej. Ale jestem przekonany, że już przed przewrotem do niektórych ludzi zasiadających w sejmie – m.in. do Witosa – zaczęło docierać, że trzeba zreformować ordynację wyborczą, bo obecna prowadzi do zbyt dużego rozdrobnienia sił w parlamencie. Istniała więc teoretycznie szansa, że następny sejm byłby bardziej stabilny. Prawdopodobnie w tym nowym sejmie władzę przejęłaby Narodowa Demokracja. Myślę, że ta perspektywa pchnęła zwolenników Piłsudskiego do namysłu nad wzięciem władzy – nie było wiadomo, czym się skończą kolejne wybory za kilka lat.
KAZIMIERZ BADZIAK: Ale pamiętajmy, że w latach 30. głównym przeciwnikiem obozu sanacyjnego był ruch ludowy. Po częściowym zjednoczeniu był bardzo silny, przynajmniej pod względem liczby posłów. Po zmianie ordynacji wyborczej wraz z konstytucją sanacja po prostu przegrałaby demokratyczne wybory.
Tymczasem ta formacja straciła zdolność do rządzenia. Piłsudski w latach 30. był schorowany i nie podejmował żadnych decyzji. Ministrowie również nie podejmowali decyzji w sprawach gospodarczych ani społecznych, gdyż bali się reakcji tego najwyższego czynnika i odesłania w odstawkę.
Na początku 1936 roku generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski zagroził, że jak Rejtan manifestacyjnie położy się przed sejmem. Dlaczego? Ponieważ dyskutowano, czy dokonać dewaluacji złotego. Sanacja nie chciała do tego dopuścić, gdyż „silny złoty jest największym osiągnięciem rządu Piłsudskiego”. Wszystkie państwa poszły w kierunku zmiany polityki finansowej i dewaluacji pieniądza, ale my nie, bo to była spuścizna Marszałka. Politycy z tej formacji licytowali się, kto lepiej zna cytaty z Piłsudskiego.
Bezradność tej ekipy przypomina tłumaczenia części osiemnastowiecznej szlachty, że jesteśmy tak słabym państwem, iż nikt nas nie napadnie. W 1938 czy 1939 roku przyjechali do Polski dziennikarze amerykańscy i pytają Józefa Becka: „Panie ministrze, coś się szykuje na świecie, prowadzone są rozmowy w Moskwie, co wy tu zrobicie?”. A Beck odpowiada: „My jesteśmy narodem bardzo pokojowym, nie spodziewamy się, żeby na taki naród, na takie państwo, ktoś, ktokolwiek…”. Ludzie pytają: jak to możliwe, 40% budżetu państwa idzie na armię, a my nie mamy zapasów dla wojska? To była konsekwencja takiej polityki.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Nie jestem wielkim zwolennikiem polityki zagranicznej Józefa Becka, ale argumenty profesora Badziaka przypominają tezy Rafała Ziemkiewicza z książki Jakie piękne samobójstwo: że Beck był szalony i prowadził nas ku katastrofie. Choć Beck nie jest moim faworytem, wydaje mi się, że jego polityka w latach 30. była jedyną i optymalną, jaką Polska mogła prowadzić.
W sprawie wojny prewencyjnej opieram się chociażby na książce Jana Karskiego Wielkie mocarstwa wobec Polski. Karski przytacza słowa dyplomatów francuskich i brytyjskich udowadniających, że ta oferta, oczywiście zakulisowo i mocno zakamuflowana, faktycznie padła. Jeśli tak, Piłsudski rozstrzygał w tym momencie dwie sprawy. Po pierwsze, jeżeliby mu się udało, to – zgadzam się z profesorem Dudkiem – historia potoczyłaby się inaczej. Po drugie, Marszałek testował możliwości polityki francuskiej. Francja oblała ten test, stąd później Piłsudski i Beck próbowali wyjść z klinczu, dogadując się ze Związkiem Radzieckim oraz III Rzeszą. Pamiętajmy, jest rok 1934. Propozycja francusko-polskiej interwencji zbrojnej to okres wcześniejszy, z grudnia 1933, gdy Hitler był już u władzy. Podpisanie deklaracji polsko-niemieckiej o niestosowaniu przemocy to 26 stycznia 1934 roku, co uprawomocnia hipotezę o projekcie wojny prewencyjnej.
Nie wiem, jak by się potoczyły losy kraju, gdyby Piłsudski żył dłużej. Jest np. wizja profesora Jerzego Łojka z Piłsudskim, który żyje, w 1939 roku ma 72 lata, nie jest tak bardzo schorowany i podejmuje najważniejsze decyzje. Nie wiemy, czy prowadzące – wedle marzeń Piotra Zychowicza – do sojuszu z III Rzeszą. Równie dobrze, a Piłsudski był znany z rozmaitych wolt politycznych, mogła być to wolta uprzedzająca lub przekreślająca Monachium i antagonizm polsko-czechosłowacki. Skoro już rozważamy historie kontrfaktyczne, dlaczego nie przemyśleć takiej alternatywy?
PYTANIE Z SALI: Co po przewrocie majowym stało się z hasłem obozu Piłsudskiego dotyczącym sanacji moralnej? Sekretarz Wincentego Witosa z maja 1926 roku opisuje we wspomnieniach kwestię zawiązania koalicji między ludowcami i endecją. Nie znajdziemy tam nawet pół słowa o programie dla Polski, za to bardzo szczegółowo opisane są wszelkie targi na temat tego, kto ma obsadzić jakie stanowisko. Wniosek: tamci politycy chcieli przejąć władzę dla władzy i utrzymania całego systemu biznesowych przywilejów, które były w ręku posłów, ministrów itd. Istnieje wiele dowodów na to, że politycy wykorzystywali stanowiska do załatwiania prywatnych spraw, szeroko informowała o tym ówczesna prasa. Ludzie mieli tego dość i obóz Piłsudskiego zdobył poparcie społeczne m.in. dzięki hasłom sanacji moralnej.
KAZIMIERZ BADZIAK: Po zamachu majowym została powołana Komisja Nadzwyczajna do Walki z Nadużyciami i innymi nieprawidłowościami. W zasadzie nikomu niczego nie udowodniono, chyba tylko poza przypadkiem generała Michała Roli-Żymierskiego, który oskarżony o defraudacje finansowe później wyjechał z Polski. Więc jakie to były nieprawidłowości?
ANTONI DUDEK: Mam mniej optymistyczną wizję tej przedmajowej Polski od profesora Badziaka, bo jednak miały wtedy miejsce afery, była afera dojlidzka, afera żyrardowska i parę innych[5]. Pytanie, czy po maju rzeczywiście nastąpiła sanacja moralna. Sam Piłsudski był człowiekiem bardzo skromnym, jak na możliwości, które miał. Nie korzystał z nich. Ale afery nadal wybuchały. Najgłośniejsza była sprawa ministra skarbu Gabriela Czechowicza, który przeznaczył 8 milionów złotych z budżetu państwa na fundusz Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem. Takiej afery przed majem nie było, żeby wprost z budżetu państwa wzięto pieniądze na kampanię wyborczą jednej formacji politycznej. Jeśli to miała być sanacja moralna, to…
Z czego się taka postawa brała? Z przekonania Piłsudskiego, że on sam wyznacza standardy etyczne i że BBWR jest dobry dla Polski, więc budżet państwa musi BBWR wesprzeć. Przecież to była osobista decyzja Marszałka. Oczywiście ani Piłsudski, ani nikt inny nie brał tych pieniędzy do prywatnej kieszeni, natomiast pojęcie czwartej brygady[6] skądś się jednak wzięło. Każda władza przyciąga, ale władza autorytarna przyciąga w dwójnasób, gdyż daje poczucie większej bezkarności: można mieć nadzieję, że rządy potrwają długie lata i nie trzeba będzie tłumaczyć się przed wyborcami ze swoich niedawnych działań.
Formalnie wprowadzono pewne rygory, np. nowela sierpniowa z 1926 roku do konstytucji wprowadziła ostre sankcje wobec posłów i senatorów łamiących zakaz pobierania korzyści od rządu. W przypadku orzeczenia tego rodzaju przekroczenia przez Sąd Najwyższy, działający na wniosek marszałka danej izby lub NIK, parlamentarzysta miał tracić mandat i podlegać odpowiedzialności karnej. Jednak generalnie po przewrocie majowym rola sejmu była coraz mniejsza, zgodnie z istotą myślenia Piłsudskiego o państwie, zakładającą że sejmokrację należy ograniczyć. Natomiast wzrastała rola urzędników w ministerstwach, kwitły etatyzm i inwestycje państwowe. Nie mam twardych wskaźników korupcji, nie potrafię powiedzieć, czy w np. w 1922 roku była ona znacząco wyższa niż w 1932. Wiem jednak, że nieprawidłowości występowały i przed, i po przewrocie majowym, zatem hasło sanacji moralnej miało raczej wydźwięk propagandowy niż realne odniesienie.
MIKOŁAJ MIROWSKI: Znamy biografię Piłsudskiego, jego czyny i osiągnięcia. Jak zamach majowy wpływa na całościową ocenę tej postaci? Na ile niedemokratyczne i okupione śmiercią wielu ludzi przejęcie władzy waży w jego biografii?
PIOTR ZAREMBA: Jestem bardzo przywiązany do niepodległościowej legendy Piłsudskiego. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie kwestionował jego zasług w pierwszym okresie niepodległości, przy budowaniu armii i w czasie bitwy warszawskiej.
Przewrót majowy to niewątpliwie skaza na życiorysie, gorsze cechy osobowości Piłsudskiego biorą wtedy górę i odgrywają duża rolę w jego decyzjach. Ale nie uważam bilansu państwa sanacyjnego za katastrofalny. Można wręcz przyjąć założenie, że rozwiązania alternatywne byłyby jeszcze gorsze i na ich tle Piłsudski wypada w miarę sympatycznie.
Nie uważam jednak, że Piłsudski chciał rządzić wyłącznie po to, by uratować kraj przed endecją. Taką figurę buduje część lewicowych intelektualistów, mistrzem jest tu profesor Andrzej Friszke. Dla niektórych komentatorów niedopuszczenie endecji do władzy jest w zasadzie jedyną zasługą Piłsudskiego – tak wielką, że gotowi są tuszować czy idealizować inne jego działania, które endecji nie dotyczyły. Proces brzeski nie został wytoczony endekom. Gdy się czyta o kilkumilionowym strajku chłopskim z 1937 roku, o jego brutalnej pacyfikacji i aresztowaniach, chciałoby się, żeby ci wrażliwi społecznie intelektualiści przyjrzeli się sanacji pod kątem realnej krzywdy ludzkiej. Podobnie jak pod kątem niewątpliwej korupcji, kumoterstwa, obsadzania posad swoimi. Wystarczy poczytać sejmowe wystąpienia Zygmunta Żuławskiego, posła PPS. Mógł je wygłaszać do 1935 roku, potem już nie, bo odtąd nie było już opozycji w sejmie.
Mimo wszystko, ponieważ mam dość ekumeniczny stosunek do historii Polski, nie chcę być zmuszany do wyborów opartych na założeniu, że wizerunki jednych są malowane wyłącznie w czarnych barwach, a drugich – jedynie w jasnych. Nie uważam, że piłsudczycy byli moralnymi potworami czy w jakiś szczególny sposób osłabili Polskę.
ANTONI DUDEK: Piłsudskiemu należą się pomniki, ulice, patronaty nad szkołami i różnymi instytucjami za wszystko, co zrobił do 1926 roku. Przede wszystkim za Legiony i za okres, kiedy był naczelnikiem państwa. Niemniej jednak uważam, że tych ulic i pomników jest zbyt wiele, a kult Piłsudskiego nabrał przesadnych rozmiarów – właśnie z powodu tego, co Marszałek zrobił w 1926 roku. Państwo demokratyczne nie może przechodzić do porządku dziennego nad wojskowym zamachem stanu i systemem, który Piłsudski ustanowił po przewrocie majowym. Wielokrotnie próbowałem przeciwstawić się kultowi Piłsudskiego, który przez minione ćwierć wieku kwitł w sposób kompletnie bezkrytyczny.
Piłsudski jest dla mnie postacią niejednoznaczną, z bilansem pozytywnym, ale też z licznymi czynami, które go obciążają. Głównie pomajowymi, choć w czasach PPS też byśmy znaleźli pewne rzeczy, które trudno uznać za chwalebne.
Uleganie stereotypowi, że ktoś musi być albo bohaterem bez skazy, albo zdrajcą i kanalią, jest szkodliwe. Zaniechanie rzetelnej oceny Piłsudskiego w minionym ćwierćwieczu jest jedną z przyczyn tego, co może nastąpić w latach przyszłych: rosnącej akceptacji dla różnych form autorytaryzmu w Polsce. Skoro Piłsudski tak fantastycznie wziął za pysk anarchistycznych Polaków, to… Nie podzielam opinii, że Polska jest dziś dyktaturą. Ale w ciągu kilku lat może się to zmienić. A jeśli tak się stanie, Piłsudski będzie wzorcem, punktem odniesienia dla potencjalnych spadkobierców.
KAZIMIERZ BADZIAK: Często jestem oskarżany o nadmierny krytycyzm wobec Piłsudskiego. Dostrzegam też pewne zalety tej postaci, choć moim zdaniem minusy dominują.
Próbujemy szukać bohaterów narodowych, żeby trochę zrekompensować sobie nasze błędy popełnione w historii zwłaszcza XIX i XX wieku. Piłsudski wyróżnia się na tle innych polskich bohaterów tym, że przechwycił władzę i faktycznie sprawował rządy. Ale nie umiał pracować z ludźmi. Był osobą despotyczną, nie słuchającą innych.
Jak oceniano Piłsudskiego pod koniec 1918 roku? Był po prostu twórcą pewnych formacji wojskowych, dbał o wojsko, ale nie mówiono wcale, że stworzył polską niepodległość. To się zaczęło dopiero po zamachu majowym, kiedy do władzy doszła nowa elita związana z Legionami i ówczesną działalnością niepodległościową, podkreślająca swoje walory moralne.
Potrzebna jest nowa, bardziej obiektywna, krytyczna biografia Piłsudskiego. Nie możemy pasjonować się cytatami z dzieł zebranych Marszałka, za którymi często stała tylko walka polityczna.
PIOTR ZAREMBA: Droga rewolucjonisty i wojskowego z pewnością wpływała na despotyczny charakter Piłsudskiego. Ale silni demokratyczni przywódcy także często mają trudne charaktery. Jestem autorem kilkutomowej historii Stanów Zjednoczonych, piszę kolejne tomy. Amerykańscy prezydenci, ci najwybitniejsi, byli antypatycznymi typami oraz despotami. Franklin Delano Roosevelt był sadystą, co mogło wynikać z jego kalectwa. Znajdował przyjemność w dokuczaniu ludziom, bawił się wpływaniem na ich losy. A przecież uznawany jest za najbardziej demokratycznego przywódcę, bardzo zasłużonego dla Stanów Zjednoczonych. Bądźmy zatem ostrożni z przekonaniem, że przywódcy polityczni to są fajni ludzie.
Należy pamiętać, że przekonanie o kryzysie demokracji było powszechne w latach 30., ale w 20. również. Publicystyka Stanisława Cata-Mackiewicza czy Wacława Makowskiego była wyrazem dyskusji dość powszechnej w Europie i na świecie. Typowe dla Rafała Ziemkiewicza ujęcie, że wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie jeden człowiek – ten koszmarny Piłsudski, który z niewiadomych powodów niszczył w Polsce demokrację – jest fałszywe.
Nie mówię, że kontekst czasów usprawiedliwia wszystko. Bilans rządów Piłsudskiego i jego formacji wart jest przemyślanej oceny. Ale przewrót majowy był częścią większego procesu i na tym tle sanacja nie wypada nagorzej. Oczywiście odbieranie komuś wolności czy robienie krzywdy przeciwnikom musi budzić opór. Jednak po latach, kiedy zdobywamy się na bardziej wypośrodkowany osąd, ta dyktatura nie wydaje się szczególnie kompromitująca dla Polaków.
Przypisy:
[1] Chodzi o demonstracje uliczne, mające uniemożliwić zaprzysiężenie Gabriela Narutowicza, połączone z aktami przemocy wymierzonymi w prezydenta i posłów, którzy go wybrali.
[2] J. Piłsudski, Pożegnanie z wojskiem, w: Piłsudski do czytania, red. Z. Najder, R. Kuźniar, Kraków 2016, s. 279–280.
[3] Cyt. za: K. Burnetko, Gwałt i ratunek, „Polityka”, 4 listopada 2009.
[4] Cyt. za: tamże.
[5] Afera dojlidzka – sprawa wielokrotnej sprzedaży majątku hrabiny Zofii Rydygier, który powinien zostać przejęty przez państwo, jednak za milionowe sumy przechodził do kolejnych rąk prywatnych. Przedmiot debaty sejmowej w kwietniu 1922 roku. Afera żyrardowska – wyprowadzanie przez francuski zarząd za ułamek wartości majątku należących do skarbu państwa zakładów wyrobów lnianych w Żyrardowie.
[6] W Legionach Polskich Piłsudskiego były tylko trzy brygady. Czwarta brygada stała się w II RP synonimem zmyślonego kombatanctwa, które otwierało drogę do kariery.
Rozmowa pochodzi z książki wydanej przez Muzeum Historii Polski pt. Piłsudski nie(znany). Historia i popkultura. Pozycja jest w sprzedaży w e-sklepie.
Fotografia: Marszałek Józef Piłsudski przed spotkaniem z prezydentem RP Stanisławem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego w Warszawie. Od lewej: Kazimierz Stamirowski, Marian Żebrowski, Gustaw Orlicz-Dreszer, Józef Piłsudski, Władysław Jaroszewicz i Michał Galiński, 12 maja 1926 r. (Wikipedia) zob. w e-sklepie
Fotografia: Marszałek Józef Piłsudski przed spotkaniem z prezydentem RP Stanisławem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego w Warszawie. Od lewej: Kazimierz Stamirowski, Marian Żebrowski, Gustaw Orlicz-Dreszer, Józef Piłsudski, Władysław Jaroszewicz i Michał Galiński, 12 maja 1926 r. (Wikipedia) zob. w e-sklepie