Robert Frost: Unia Horodelska
czas czytania:
Nie jestem ani Polakiem, ani Litwinem, ale już przez trzydzieści lat interesuję się i zajmuję unią polsko-litewską. Pisałem już i piszę dalej o tej unii, bo uważam, że była jedną z największych osiągnięć politycznych w Europie przed Rewolucją Francuską i całkowicie zasługuje na wspaniały obelisk, który dzisiaj odsłoniliśmy. Okazja jest niezwykła. Pomniki i obeliski bowiem zwyczajnie czczą pamięć zmarłych czy wysławiają wielkie bitwy i wielkich generałów.
Historia zdefiniowana wojną
W nieszczęśliwym dwudziestym wieku Polska i Litwa przeżyły za dużo wojen i już mają tysiące pomników generałów i ofiar wojny. Więc dla obcokrajowców — i dla niemałej liczby Polaków i Litwinów — historia tych dwóch państw, tych dwóch narodów, jest niemal zdefiniowana wojną. Jak mówię u siebie, że się zajmuję historią Polski, prawie każdy komentuje: „Ach, nieszczęśliwa Polska; historia tragiczna, ale niestety, nie ma granic naturalnych.” Zawsze odpowiadam pytaniem: „Czy Prusy Fryderyka II, czy Rosja Katarzyny II, czy Francja Napoleona miały granice naturalne? Nie miały, więc rozszerzały granice wojną.”
Natomiast inaczej było w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Już w roku 1611 Sejm zakazał królowi wypowiadać wojnę bez zgody Sejmu: jeszcze czekamy na taką mądrą konstytucję w Wielkiej Brytanii. Pomimo tego Polacy i Litwini także wyobrażają sobie swoją przeszłość jako historię walki i wojen, przeciwko Krzyżakom, Turkom, Rosjanom, Niemcom a nawet, niestety, w latach dwudziestych ubiegłego wieku, między sobą. Rok temu wystąpiłem w konsulacie generalnym Rzeczypospolitej Polskiej w Nowym Jorku, podczas obchodów dnia narodowego Polski. Zostałem zaproszony, by skomentować krótki film o historii Polski. Chyba państwo znacie ten film. Od Mieszka I do dziś, wygenerowane komputerowo wojska maszerują tędy i tamtędy. Polacy palą Kijów za Kazimierza Wielkiego; Moskale palą Wilno w 1655 roku, Niemcy palą Warszawę w 1944 roku. Polska rośnie, maleje, znika, i znowu się pojawia — ale nie dokładnie na tym samym miejscu. I wszędzie wojska, wojska: Grunwald, Kircholm, Kłuszyn, Cudnów, Wiedeń, Racławice, Westerplatte.
Chociaż pisałem i dalej piszę o wojnach Rzeczypospolitej, historię Polski i historię Litwy trzeba raczej charakteryzować nie wojną, ale pokojem. Unia polsko-litewska, pierwotnie naszkicowana w Krewie w 1385 roku, a potem dokładnie omawiana na tym miejscu, w Horodle, 600 lat temu, była wybitnym tworem politycznym, godnym uwagi nie tylko historyków. Unie polityczne nie były rzadkością w ówczesnej Europie. Z racji małżeństw dynastycznych unie personalne były raczej zjawiskiem niemal powszechnym. Ale większość tych unii była krótkotrwała. Unia Polsko-Czeska trwała 6 lat; pierwsza unia polsko-węgierska 12 lat, a druga tylko 7 lat; unia ze Szwecją również dosięgła ledwo 7 lat. Natomiast od koronacji Jagiełły w marcu 1386 roku do trzeciego rozbioru, kiedy unia została zniesiona bez zgody obywateli, unia polsko-litewska trwała 409 lat. Dopiero w tym właśnie roku 410 lat osiągnęła unia angielsko – szkocka i za rok, jak wiadomo, będzie referendum dotyczące niepodległości szkockiej, chociaż nie sądzę, że nacjonaliści wygrają.
Jednak unie polityczne nie zawsze są popularne. W 1862 roku, Dziennik Powszechny oceniał unię z Litwą jako „podstawę nieszczęść i upadku Polski”[1]. Według Michała Bobrzyńskiego, „unia [lubelska] w tej postaci, jak ją zawarto, była jednak zasadniczym błędem’[2]. Wśród historyków litewskich, białoruskich i ukraińskich, można śmiało powiedzieć, że oceny unii polsko-litewskiej były w ogromnej większości negatywne, przynajmniej w okresie od połowy wieku dziewiętnastego do upadku Związku Radzieckiego i tak zwanej demokracji ludowej.
Natomiast inaczej było w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Już w roku 1611 Sejm zakazał królowi wypowiadać wojnę bez zgody Sejmu: jeszcze czekamy na taką mądrą konstytucję w Wielkiej Brytanii. Pomimo tego Polacy i Litwini także wyobrażają sobie swoją przeszłość jako historię walki i wojen, przeciwko Krzyżakom, Turkom, Rosjanom, Niemcom a nawet, niestety, w latach dwudziestych ubiegłego wieku, między sobą. Rok temu wystąpiłem w konsulacie generalnym Rzeczypospolitej Polskiej w Nowym Jorku, podczas obchodów dnia narodowego Polski. Zostałem zaproszony, by skomentować krótki film o historii Polski. Chyba państwo znacie ten film. Od Mieszka I do dziś, wygenerowane komputerowo wojska maszerują tędy i tamtędy. Polacy palą Kijów za Kazimierza Wielkiego; Moskale palą Wilno w 1655 roku, Niemcy palą Warszawę w 1944 roku. Polska rośnie, maleje, znika, i znowu się pojawia — ale nie dokładnie na tym samym miejscu. I wszędzie wojska, wojska: Grunwald, Kircholm, Kłuszyn, Cudnów, Wiedeń, Racławice, Westerplatte.
Chociaż pisałem i dalej piszę o wojnach Rzeczypospolitej, historię Polski i historię Litwy trzeba raczej charakteryzować nie wojną, ale pokojem. Unia polsko-litewska, pierwotnie naszkicowana w Krewie w 1385 roku, a potem dokładnie omawiana na tym miejscu, w Horodle, 600 lat temu, była wybitnym tworem politycznym, godnym uwagi nie tylko historyków. Unie polityczne nie były rzadkością w ówczesnej Europie. Z racji małżeństw dynastycznych unie personalne były raczej zjawiskiem niemal powszechnym. Ale większość tych unii była krótkotrwała. Unia Polsko-Czeska trwała 6 lat; pierwsza unia polsko-węgierska 12 lat, a druga tylko 7 lat; unia ze Szwecją również dosięgła ledwo 7 lat. Natomiast od koronacji Jagiełły w marcu 1386 roku do trzeciego rozbioru, kiedy unia została zniesiona bez zgody obywateli, unia polsko-litewska trwała 409 lat. Dopiero w tym właśnie roku 410 lat osiągnęła unia angielsko – szkocka i za rok, jak wiadomo, będzie referendum dotyczące niepodległości szkockiej, chociaż nie sądzę, że nacjonaliści wygrają.
Jednak unie polityczne nie zawsze są popularne. W 1862 roku, Dziennik Powszechny oceniał unię z Litwą jako „podstawę nieszczęść i upadku Polski”[1]. Według Michała Bobrzyńskiego, „unia [lubelska] w tej postaci, jak ją zawarto, była jednak zasadniczym błędem’[2]. Wśród historyków litewskich, białoruskich i ukraińskich, można śmiało powiedzieć, że oceny unii polsko-litewskiej były w ogromnej większości negatywne, przynajmniej w okresie od połowy wieku dziewiętnastego do upadku Związku Radzieckiego i tak zwanej demokracji ludowej.