Artykuły
Zabory 1795–1918
II Rzeczpospolita 1918-1939
Społeczeństwo
Cywilizacja
Nauczyciele
Dorośli
Licealiści
Studenci
Pojedynki
na ziemiach polskich
w XIX i XX wieku
czas czytania:
Wiek XIX i początek XX to czas wyjątkowej popularności pojedynków. Poprzez walkę rozwiązywano najczęściej kwestie dotyczące honoru. Sprawy sądowe o obrazę czci toczyły się długo, a wyrok był często niesatysfakcjonujący dla obu stron. Aby dowieść swojej racji, sięgano zatem po szable, szpady i pistolety.
Na przełomie XIX i XX wieku na ziemiach polskich obowiązywały trzy różne kodeksy karne. Wszystkie zakazywały pojedynków, różniły się jednak w stopniu ich penalizacji. Najsurowszy był kodeks austriacki. Za sam udział w pojedynku przewidywał sześć miesięcy więzienia. Zranienie przeciwnika zwiększało wymiar kary do 5-10 lat. Z kolei gdyby doszło do śmierci jednego z walczących, jego zabójca mógł spędzić w zamknięciu nawet dwadzieścia lat. Nieco łagodniej obchodził się z duellantami (jak nazywano osoby biorące udział w pojedynkach) kodeks pruski. Sam fakt odbycia pojedynku groził więzieniem na okres od trzech miesięcy do pięciu lat. Zwracano jednak dużą uwagę na przestrzeganie reguł honorowych. Na przykład za walkę bez sekundantów kary mogły zostać podwyższone o połowę. Maksymalny wymiar kary nie przekraczał jednak piętnastu lat, nawet gdyby doszło do śmierci jednego z uczestników. Kodeks rosyjski przewidywał zaś maksymalnie rok więzienia za udział w pojedynku oraz do czterech lat za uszkodzenie ciała lub zabicie przeciwnika.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości kodeks karny znowelizowano dopiero w 1932 roku. Doszło wówczas do zrównania ustawodawstwa w całym kraju. Zadanie rany bądź spowodowanie śmierci w pojedynku podlegało karze do pięciu lat więzienia. Sąd mógł też uniewinnić sekundantów.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości kodeks karny znowelizowano dopiero w 1932 roku. Doszło wówczas do zrównania ustawodawstwa w całym kraju. Zadanie rany bądź spowodowanie śmierci w pojedynku podlegało karze do pięciu lat więzienia. Sąd mógł też uniewinnić sekundantów.
Kodeksy honorowe
Omawiany okres to także czas rozkwitu kodeksów honorowych. Do najstarszych należały opracowania Józefa Naimskiego „O pojedynkach” (1881 r.) oraz Witolda Bartoszewskiego „Pojedynek, jego reguły i przykłady” (1899 r.). Opisano w nich sposób postępowania przed pojedynkiem: wyzwanie, wybór sekundantów, wybór broni, wreszcie przebieg walki i ustalenie zwycięzcy. Warto jednak dodać, że postępowanie honorowe nigdy nie zostało w pełni skodyfikowane. Autorzy kolejnych kodeksów prezentowali często odmienne podejście do obrony czci lub postępowania pojedynkowego. W „Kodeksie Honorowym” z 1924 roku zwrócono na przykład uwagę, że pojedynek powinien być przeprowadzany wyłącznie w ostateczności. Za najważniejsze zadanie sekundanta uznawano pogodzenie stron i niedopuszczenie do walki. Jeśli jednak to zawiodło, można było się pokusić o orężne starcie.
Strona tytułowa książki Witolda Bartoszewskiego „Pojedynek, jego reguły i przykłady”, wydanie II, Lwów 1910 (Polona)
Rodzaje broni
Do najczęściej wybieranej broni należały szpady, szable i pistolety. Walka szpadą polegała przede wszystkim na zadawaniu pchnięć. Szablą zaś można było wykonywać zarówno pchnięcia, jak i cięcia. Niekiedy jednak umawiano się, że pchnięcia są zakazane, bo niosły ze sobą największe ryzyko śmierci. Podczas walki zazwyczaj nie zadawano ciosów poniżej pasa. Czasem pozwalano używać ochraniaczy na uszy i nos, by nie dopuścić do ich odcięcia. O zakończeniu walki mógł zadecydować jeden z uczestników starcia, uznając się tym samym za pokonanego. Prawo do przerwania pojedynku posiadał także lekarz w sytuacjach, w których zagrożone było życie lub zdrowie duellanta. Mimo zachowania licznych środków ostrożności dochodziło do przypadków tragicznych. Niejednokrotnie obaj pojedynkujący się odnosili ciężkie rany. Zdarzało się, że jeden ginął na miejscu, drugi zaś po kilku dniach cierpienia.
Pojedynek na pistolety uznawano za bardziej wyrównany – wszak umiejętności szermiercze można było szlifować latami. Strzelano do siebie z wyznaczonej odległości, która mogła zmniejszać się po kolejnych nieudanych próbach. Strzały oddawano zazwyczaj po kolei. Niekiedy specjalnie celowano obok przeciwnika, aby uniknąć rozlewu krwi. Samo napięcie i strach o życie wystarczały, aby uspokoić i pogodzić zwaśnionych dżentelmenów. Byli jednak i tacy, którzy mordowali przeciwnika z zimną krwią.
Pojedynek na pistolety uznawano za bardziej wyrównany – wszak umiejętności szermiercze można było szlifować latami. Strzelano do siebie z wyznaczonej odległości, która mogła zmniejszać się po kolejnych nieudanych próbach. Strzały oddawano zazwyczaj po kolei. Niekiedy specjalnie celowano obok przeciwnika, aby uniknąć rozlewu krwi. Samo napięcie i strach o życie wystarczały, aby uspokoić i pogodzić zwaśnionych dżentelmenów. Byli jednak i tacy, którzy mordowali przeciwnika z zimną krwią.
Szczególną popularnością cieszyły się pojedynki w wojsku. Oficerowie byli wyjątkowo czuli na sprawy honorowe. Odmówienie walki mogło doprowadzić do wykluczenia z towarzystwa, a nawet degradacji. Przeciwnik pojedynków, pułkownik Gembarzewski, twierdził, że „dziś pojedynki jako zło konieczne w wyjątkowych wypadkach musi się tolerować”. Często dochodziło też do starć polityków i dziennikarzy. Wystarczył zbyt dosadny przytyk, komentarz lub artykuł. Nie należały do rzadkości również honorowe starcia między studentami. Przyjrzyjmy się kilku głośnym pojedynkom z omawianego okresu.
Literat z szablą, uczeń
z pistoletem
Satyryk i krytyk literacki, August Wilkoński (1805-1852), posługiwał się szablą nie mniej sprawnie niż piórem. W młodości brał udział w najcięższych bitwach powstania listopadowego – pod Iganiami, Grochowem i Ostrołęką. Pewnego dnia pruski oficer obraził jednego z jego przyjaciół. Wilkoński wyzwał funkcjonariusza na pojedynek, a następnie ciężko go ranił. Wytoczono mu proces i skazano na dwanaście lat twierdzy. Więzienie opuścił jednak wcześniej, bo po czterech latach odsiadki.
Głośny proces o pojedynek odbył się w 1851 roku. Szesnastoletni gimnazjalista, Kazimierz Brodnicki, postrzelił ze skutkiem śmiertelnym czternastoletniego Anzelma Zienkowicza. Dziennikarz czasopisma „Goniec Polski” opisał rozprawę ze szczegółami. Brodnicki przyznał się, że wyzwał kolegę na pojedynek ze względu na otrzymane od niego obelgi. Chłopcy pożyczyli pistolety od starszego ucznia gimnazjum, on też pomógł im nabić broń na miejscu pojedynku. Pierwsze strzały Brodnicki i Zienkowicz oddali do siebie z odległości dziesięciu kroków, lecz obaj chybili. Wraz z kolejnymi próbami dystans się zmniejszał. Do ostatecznego strzału chłopcy ustawili się w odległości zaledwie sześciu kroków. Zienkowicz strzelił pierwszy i spudłował. Brodnicki zaś postrzelił kolegę w lewy bok. Rana okazała się śmiertelna, uczeń zmarł następnego dnia. Sąd skazał Brodnickiego na osiemnaście miesięcy więzienia.
Głośny proces o pojedynek odbył się w 1851 roku. Szesnastoletni gimnazjalista, Kazimierz Brodnicki, postrzelił ze skutkiem śmiertelnym czternastoletniego Anzelma Zienkowicza. Dziennikarz czasopisma „Goniec Polski” opisał rozprawę ze szczegółami. Brodnicki przyznał się, że wyzwał kolegę na pojedynek ze względu na otrzymane od niego obelgi. Chłopcy pożyczyli pistolety od starszego ucznia gimnazjum, on też pomógł im nabić broń na miejscu pojedynku. Pierwsze strzały Brodnicki i Zienkowicz oddali do siebie z odległości dziesięciu kroków, lecz obaj chybili. Wraz z kolejnymi próbami dystans się zmniejszał. Do ostatecznego strzału chłopcy ustawili się w odległości zaledwie sześciu kroków. Zienkowicz strzelił pierwszy i spudłował. Brodnicki zaś postrzelił kolegę w lewy bok. Rana okazała się śmiertelna, uczeń zmarł następnego dnia. Sąd skazał Brodnickiego na osiemnaście miesięcy więzienia.
„Gazeta Wągrowiecka” z 1923 roku donosiła o pojedynku dwóch polityków. Alfons Erdman wyzwał Henryka Wyrzykowskiego za obrazę słowną. Sekundantami Erdmana zostało dwóch posłów, a Wyrzykowskiego – dwóch oficerów. Pojedynek odbył się na szable. Po trzykrotnym skrzyżowaniu kling obaj politycy odnieśli lekkie rany. Spisano protokół, wedle którego sprawa została załatwiona honorowo. Erdman i Wyrzykowski nie żywili do siebie urazy i podali sobie ręce.
Duży wstrząs wywołał pojedynek Zbigniewa Łebińskiego i Kazimierza Bobińskiego. W 1926 roku grupa awanturujących się studentów została wyproszona z restauracji Varsovie przez jej właściciela. Ubodło to żaków, którzy wezwali do blokady lokalu. Dziecinne zachowanie kolegów piętnował Kazimierz Bobiński. Łebiński publicznie nazwał go zdrajcą sprawy akademickiej. Takiej zniewagi Bobiński, były oficer rezerwy, nie mógł puścić płazem. Natychmiast wyzwał adwersarza na pojedynek na pistolety. Sprawa miała tragiczny finał – Łebiński zginął. Na zwolenników pojedynków spadła fala krytyki. Ksiądz Józef Prądzyński opublikował artykuł pt. „Nie zabijaj”, w którym opowiadał się przeciwko tolerowaniu pojedynków i nawoływał do ich ustawowego zakazania. Wkrótce ukazał się też pierwszy całkowicie antyduelancki kodeks, zatytułowany „Kodeks honorowy. Załatwienie spraw honorowych na drodze pokojowej”. Tego typu głosy nie były jednak w stanie stłumić popularności pojedynków. Obyczaj ten zanikł dopiero po II wojnie światowej, w zupełnie nowej rzeczywistości społecznej i politycznej.
Duży wstrząs wywołał pojedynek Zbigniewa Łebińskiego i Kazimierza Bobińskiego. W 1926 roku grupa awanturujących się studentów została wyproszona z restauracji Varsovie przez jej właściciela. Ubodło to żaków, którzy wezwali do blokady lokalu. Dziecinne zachowanie kolegów piętnował Kazimierz Bobiński. Łebiński publicznie nazwał go zdrajcą sprawy akademickiej. Takiej zniewagi Bobiński, były oficer rezerwy, nie mógł puścić płazem. Natychmiast wyzwał adwersarza na pojedynek na pistolety. Sprawa miała tragiczny finał – Łebiński zginął. Na zwolenników pojedynków spadła fala krytyki. Ksiądz Józef Prądzyński opublikował artykuł pt. „Nie zabijaj”, w którym opowiadał się przeciwko tolerowaniu pojedynków i nawoływał do ich ustawowego zakazania. Wkrótce ukazał się też pierwszy całkowicie antyduelancki kodeks, zatytułowany „Kodeks honorowy. Załatwienie spraw honorowych na drodze pokojowej”. Tego typu głosy nie były jednak w stanie stłumić popularności pojedynków. Obyczaj ten zanikł dopiero po II wojnie światowej, w zupełnie nowej rzeczywistości społecznej i politycznej.
Antoni Olbrychski