Jak nie uratowano komunizmu
w Polsce...
czas czytania:
Recenzja książki Pawła Kowala „Koniec systemu władzy. Polityka ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego w latach 1986–1989”
Przystępując do lektury książki Pawła Kowala „Koniec systemu władzy. Polityka ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego w latach 1986–1989” miałem nadzieję, że nareszcie zrozumiem, jak to się stało, że mimo tylu atutów – wojska, policji tajnych, propagandy i – szerzej – wszechstronnej, nawet jeśli niedoskonałej kontroli nad przepływem informacji, praktycznego monopolu w gospodarce itp. itd. – komunizm w Polsce i w innych krajach, nie wyłączając moskiewskiej centrali systemu, jednak upadł.
Nie przekonują mnie teorie, według których wszystko było pod kontrolą. Owszem, komuniści z pewnością od pewnego momentu brali pod uwagę ewentualność oddania władzy i przygotowali się na to całkiem skutecznie, jednak gdyby mogli po prostu utrzymać władzę, to by ją zachowali. Po lekturze książki Pawła Kowala nadal nie wiem, dlaczego komunizm jednak upadł. To nie jest zarzut pod adresem autora, który bardzo szczegółowo i przekonująco przedstawił przebieg wypadków. Może na pytanie, jak to było możliwe, nie da się w ogóle znaleźć odpowiedzi?
Obszerna praca polityka i historyka w jednej osobie potwierdza, że komuniści do ostatnich chwil istnienia swego reżimu starali się z niego zachować tyle, ile się da. A dało się coraz mniej… Kowal przekonująco uzasadnia fałszywość tezy, jakoby władza komunistyczna postanowiła dobrowolnie ustąpić. Pokazuje coś wręcz przeciwnego: stopniowy rozkład systemu, jego zapadanie się, aż po upadek jakby pod własnym ciężarem. Oczywiście, ekipie gen. Jaruzelskiego nie sposób odmówić tego, że zrozumiała dramatycznie kurczące się granice możliwości swego działania. Kto jak kto, ale właśnie ludzie u szczytu ówczesnej hierarchii władzy najbardziej dobitnie to zawężające się pole manewru zauważali. Stąd grożenie w 1989 r. buntem aparatu, podsycanie obaw z natury rzeczy niepomiernie gorzej poinformowanego przeciwnika (opozycji) itp. – było czystym bluffem.
Kowal poddał analizie proces samozagłady komunizmu od strony aparatu władzy. Na podstawie rozmaitych źródeł odtwarza sposób myślenia ekipy gen. Jaruzelskiego, pokazuje tworzone przez nią plany i próby ich realizacji. Jego opis ukazuje stopniowe cofanie się władzy, narastającą świadomość własnej słabości. Uderzające jest jednak, że dopiero po klęsce wyborów z 4 czerwca 1989 r. rządzący dostrzegli, że ich gra o ocalenie władzy jest skończona, Wcześniej jedynie na marginesie, mimochodem pojawiają się sygnały, że grająca o przetrwanie władza w ogóle dopuszcza myśl o tym, że może ponieść fiasko.
Jest to uderzające w świetle tego, co wiemy o działaniach zmierzających do zabezpieczenia się przed skutkami utraty władzy – uwłaszczeniu nomenklatury oraz działaniach służb specjalnych. Na temat samego przebiegu tych procesów, ich planów itp. wiemy wprawdzie nie za wiele, widać jednak gołym okiem ich skutki. Co więcej, badania socjologów dostarczają całkiem sporo danych na temat reprodukcji elit, potwierdzających potoczne przekonanie, że „góra” dawnego systemu nieźle poradziła sobie w nowym. Jest zupełnie nieprawdopodobne, by działo się to ot tak, przypadkiem. Podobnie to, co wiemy o działaniach służb specjalnych – wystarczy tu wspomnieć bardzo sprawny proces niszczenia (a zapewne i „prywatyzacji”) akt SB, pokazuje, że przynajmniej ta część aparatu daleka była od rozsypki. Również spektakularne, wręcz ostentacyjne mordy na trzech znanych z niechęci do władzy księżach w 1989 r. pokazują, że także ta najbardziej mroczna część esbeckiego aparatu nie zatraciła zdolności do działania.
Płyną stąd dwa wnioski. Po pierwsze – że nawet zachowane w niezłym stanie aktywa MSW nie wystarczyły, by ocalić system. Także esbecki aparat podlegał ogólnej prawidłowości, że sama zdolność do działania to nie wszystko. Komunizm w Polsce doszedł do takiego stanu, że teoretycznie mógł jeszcze działać, ale „się nie dało”. Ten proces pokazuje Paweł Kowal bardzo trafnie. Po drugie – widać, że istniał i był wcielany w życie „plan B” – rezerwowy: na wypadek, gdyby desperackie próby uratowania władzy jednak się nie udały. O tych działaniach z omawianej książki praktycznie nie dowiemy się niczego. Czy to zarzut? I tak, i nie. Nie, bo po pierwsze – nie ma pracy tak wyczerpującej, by recenzent nie był w stanie jej zniszczyć zarzutem, że czegoś w niej zabrakło. Po drugie zaś – z praktycznego milczenia Kowala na temat „planu B” można wywnioskować, że w źródłach, z których korzystał, przede wszystkim proweniencji partyjnej i administracyjnej, niewiele albo nic zgoła na ten temat nie było. Jeśli ten wniosek jest trafny, można by – z cała ostrożnością, z jaką należy traktować wnioskowanie z braku źródeł – postawić hipotezę, że odbywało się to innymi kanałami, zapewne głównie poprzez służby.
Można jednak to milczenie potraktować jako pewną wadę omawianej książki. Gdyby bowiem ściśle trzymać się jej treści, można by wywnioskować, że komuniści w ogóle nie brali pod uwagę możliwości utraty władzy i przejrzeli na oczy dopiero 5 czerwca 1989 r. Tymczasem upadek komunizmu była stanowczo zbyt gładki, by uwierzyć w tę wersję, Kowal zresztą niekiedy napomyka, że brano to pod uwagę, nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że widzimy tylko jedną stronę, niczym awers bez rewersu. Owszem, awers jest ważny, bogaty, obszerny i dobrze przez autora opisany, ale nie jest całym medalem. Wiąże się z tym jeden, już tym razem niewątpliwy moim zdaniem, brak omawianej pracy, Paweł Kowal nie zadaje mianowicie pytania, kiedy i w jakich okolicznościach rządząca ekipa dopuściła w ogóle myśl o utracie władzy jako o możliwym wariancie rozwoju wypadków, nawet jeśli niezbyt prawdopodobnym.
W poprzednich „polskich miesiącach”, mimo wszystkich kryzysów, załamań, zmiany ekip, niezadowolenia społecznego itp. itd., perspektywa upadku komunizmu nie była brana pod uwagę. Wciąż w mocy pozostawało przekonanie wypowiedziane wprost przez Władysława Gomułkę w sławnej moskiewskiej rozmowie ze Stanisławem Mikołajczykiem: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Wierzyli w to rządzący, wierzyli i rządzeni, co tworzyło najskuteczniejszą być może legitymizację komunistycznego panowania nad Polską, którą Jadwiga Staniszkis nazwała legitymizacją przez bezalternatywność.
Kiedy to przekonanie zaczęło pękać? Niewątpliwym dla niej ciosem była „Solidarność”, a może już pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II. Jednak stan wojenny wydawał się skuteczną odtrutką na te niebezpieczne z punktu widzenia władzy gry wyobraźni. Paradoksalnie, im większe nadzieje, że da się z tego jakoś wyjść, tym bardziej bolesny powrót do rzeczywistości: skoro zorganizowany antykomunistyczny bunt arytmetycznej większości dorosłego społeczeństwa da się tak łatwo spacyfikować – to znikąd ratunku. A jednak okazało się, że to tylko pozory.
Kiedy zaczęło się to przebijać do świadomości ekipy gen, Jaruzelskiego, Paweł Kowal nie tylko nie odpowiada, ale nawet nie pyta. A to moim zdaniem pytanie zupełnie kluczowe. Wszystko wskazuje na to, że przełom nastąpił wówczas, gdy Michaił Gorbaczow najpierw dał do zrozumienia, a potem już jaśniej wskazał, że Związek Sowiecki nie będzie interweniował zbrojnie w obronie władzy komunistycznej w Polsce. Ta hipoteza nie tylko efektownie brzmi – władza zainstalowana dzięki sowieckiej przemocy upada, gdy jej mocodawca odmówił jej podtrzymywania siłą – ale też wydaje się prawdziwa. Nieprzypadkowo gorączkowe próby reformy pojawiają się właśnie za rządów Gorbaczowa. Kowal o tym napomyka, ale wspomnianego problemu wprost nie podejmuje. Pisze natomiast wiele o samych działaniach ekipy Jaruzelskiego. Z kart książki wyłania się obraz grupy właściwie zupełnie już bezideowej, skupionej na samej władzy. Owszem, komunistyczna nowomowa jest wciąż w użyciu, jednak sprawia wrażenie rytuału, pustej liturgii nie tylko bez Boga, ale i bez dotychczasowych bożków.
Wyjątkowo dużo miejsca poświęca Paweł Kowal opisom relacji ówczesnej władzy z instytucjonalnym Kościołem – papieżem i biskupami. Pragmatyzm podpowiadał rządzącym, że poparcie, a przynajmniej przyjazna neutralność z ich strony jest warunkiem efektywnego sprawowania władzy, Jednym z pierwszych rozmówców nowo mianowanego premiera Rakowskiego był… prymas Glemp, u którego zabiegał o wejście do rządu przedstawicieli umiarkowanej opozycji. Oczywiście niczego nie osiągnął. Towarzyszy temu zadziwiające nieraz niezrozumienie przeciwnika, z którego chce się uczynić sojusznika. Przykładem były próby dyktowania papieżowi treści publicznych wystąpień podczas pielgrzymki w 1987 r., np. żeby wspomniał o radzieckich i polskich żołnierzach wyzwalających Ziemie Zachodnie.., Jeszcze bardziej groteskowe w swej bezczelności wrażenie sprawia ekspedycja na Jasną Górę Kazimierza Barcikowskiego i Stanisława Cioska, którzy – nie mogąc dostać się do Jana Pawła II – wobec kard. Casarolego skrytykowali papieskie przemówienia, które miały prowokować zamieszki i stawiać Polskę w złym świetle.
Końcem złudzeń ekipy gen. Jaruzelskiego były kontraktowe wybory. Paradoksalnie, aparat komunistyczny okazał się zupełnie nieudolny w zabieganiu o poparcie w choćby częściowo wolnych wyborach. Jeszcze większym paradoksem było to, że totalitarna władza (bo tak ją – moim zdaniem w pełni słusznie – traktuje Kowal) przegrała z opozycją, bo – w przeciwieństwie do niej – nie potrafiła już działać w sposób zjednoczony i skoordynowany.
Książka ma aż trzech wydawców: Instytut Studiów Politycznych PAN, IPN i oficynę Trio. Być może ta edytorska trójwładza odegrała rolę przysłowiowych sześciu kucharek: w uważnej lekturze (a inna nie ma sensu) przeszkadzają trochę redakcyjne niedoróbek, literówki, pomylone imiona itp. Warto jednak przebrnąć przez te nieliczne w sumie słabości, by poznać od mało znanej strony niezwykły okres naszej historii – kiedy komuniści, usiłując uratować swą władzę, musieli w końcu uznać bezowocność swych wysiłków.
Paweł Kowal, „Koniec systemu władzy, Polityka ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego w latach 1986–1989”, ISP PAN/IPN/Trio, Warszawa 2011, 524 s.
Obszerna praca polityka i historyka w jednej osobie potwierdza, że komuniści do ostatnich chwil istnienia swego reżimu starali się z niego zachować tyle, ile się da. A dało się coraz mniej… Kowal przekonująco uzasadnia fałszywość tezy, jakoby władza komunistyczna postanowiła dobrowolnie ustąpić. Pokazuje coś wręcz przeciwnego: stopniowy rozkład systemu, jego zapadanie się, aż po upadek jakby pod własnym ciężarem. Oczywiście, ekipie gen. Jaruzelskiego nie sposób odmówić tego, że zrozumiała dramatycznie kurczące się granice możliwości swego działania. Kto jak kto, ale właśnie ludzie u szczytu ówczesnej hierarchii władzy najbardziej dobitnie to zawężające się pole manewru zauważali. Stąd grożenie w 1989 r. buntem aparatu, podsycanie obaw z natury rzeczy niepomiernie gorzej poinformowanego przeciwnika (opozycji) itp. – było czystym bluffem.
Kowal poddał analizie proces samozagłady komunizmu od strony aparatu władzy. Na podstawie rozmaitych źródeł odtwarza sposób myślenia ekipy gen. Jaruzelskiego, pokazuje tworzone przez nią plany i próby ich realizacji. Jego opis ukazuje stopniowe cofanie się władzy, narastającą świadomość własnej słabości. Uderzające jest jednak, że dopiero po klęsce wyborów z 4 czerwca 1989 r. rządzący dostrzegli, że ich gra o ocalenie władzy jest skończona, Wcześniej jedynie na marginesie, mimochodem pojawiają się sygnały, że grająca o przetrwanie władza w ogóle dopuszcza myśl o tym, że może ponieść fiasko.
Jest to uderzające w świetle tego, co wiemy o działaniach zmierzających do zabezpieczenia się przed skutkami utraty władzy – uwłaszczeniu nomenklatury oraz działaniach służb specjalnych. Na temat samego przebiegu tych procesów, ich planów itp. wiemy wprawdzie nie za wiele, widać jednak gołym okiem ich skutki. Co więcej, badania socjologów dostarczają całkiem sporo danych na temat reprodukcji elit, potwierdzających potoczne przekonanie, że „góra” dawnego systemu nieźle poradziła sobie w nowym. Jest zupełnie nieprawdopodobne, by działo się to ot tak, przypadkiem. Podobnie to, co wiemy o działaniach służb specjalnych – wystarczy tu wspomnieć bardzo sprawny proces niszczenia (a zapewne i „prywatyzacji”) akt SB, pokazuje, że przynajmniej ta część aparatu daleka była od rozsypki. Również spektakularne, wręcz ostentacyjne mordy na trzech znanych z niechęci do władzy księżach w 1989 r. pokazują, że także ta najbardziej mroczna część esbeckiego aparatu nie zatraciła zdolności do działania.
Płyną stąd dwa wnioski. Po pierwsze – że nawet zachowane w niezłym stanie aktywa MSW nie wystarczyły, by ocalić system. Także esbecki aparat podlegał ogólnej prawidłowości, że sama zdolność do działania to nie wszystko. Komunizm w Polsce doszedł do takiego stanu, że teoretycznie mógł jeszcze działać, ale „się nie dało”. Ten proces pokazuje Paweł Kowal bardzo trafnie. Po drugie – widać, że istniał i był wcielany w życie „plan B” – rezerwowy: na wypadek, gdyby desperackie próby uratowania władzy jednak się nie udały. O tych działaniach z omawianej książki praktycznie nie dowiemy się niczego. Czy to zarzut? I tak, i nie. Nie, bo po pierwsze – nie ma pracy tak wyczerpującej, by recenzent nie był w stanie jej zniszczyć zarzutem, że czegoś w niej zabrakło. Po drugie zaś – z praktycznego milczenia Kowala na temat „planu B” można wywnioskować, że w źródłach, z których korzystał, przede wszystkim proweniencji partyjnej i administracyjnej, niewiele albo nic zgoła na ten temat nie było. Jeśli ten wniosek jest trafny, można by – z cała ostrożnością, z jaką należy traktować wnioskowanie z braku źródeł – postawić hipotezę, że odbywało się to innymi kanałami, zapewne głównie poprzez służby.
Można jednak to milczenie potraktować jako pewną wadę omawianej książki. Gdyby bowiem ściśle trzymać się jej treści, można by wywnioskować, że komuniści w ogóle nie brali pod uwagę możliwości utraty władzy i przejrzeli na oczy dopiero 5 czerwca 1989 r. Tymczasem upadek komunizmu była stanowczo zbyt gładki, by uwierzyć w tę wersję, Kowal zresztą niekiedy napomyka, że brano to pod uwagę, nie można jednak oprzeć się wrażeniu, że widzimy tylko jedną stronę, niczym awers bez rewersu. Owszem, awers jest ważny, bogaty, obszerny i dobrze przez autora opisany, ale nie jest całym medalem. Wiąże się z tym jeden, już tym razem niewątpliwy moim zdaniem, brak omawianej pracy, Paweł Kowal nie zadaje mianowicie pytania, kiedy i w jakich okolicznościach rządząca ekipa dopuściła w ogóle myśl o utracie władzy jako o możliwym wariancie rozwoju wypadków, nawet jeśli niezbyt prawdopodobnym.
W poprzednich „polskich miesiącach”, mimo wszystkich kryzysów, załamań, zmiany ekip, niezadowolenia społecznego itp. itd., perspektywa upadku komunizmu nie była brana pod uwagę. Wciąż w mocy pozostawało przekonanie wypowiedziane wprost przez Władysława Gomułkę w sławnej moskiewskiej rozmowie ze Stanisławem Mikołajczykiem: „Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Wierzyli w to rządzący, wierzyli i rządzeni, co tworzyło najskuteczniejszą być może legitymizację komunistycznego panowania nad Polską, którą Jadwiga Staniszkis nazwała legitymizacją przez bezalternatywność.
Kiedy to przekonanie zaczęło pękać? Niewątpliwym dla niej ciosem była „Solidarność”, a może już pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II. Jednak stan wojenny wydawał się skuteczną odtrutką na te niebezpieczne z punktu widzenia władzy gry wyobraźni. Paradoksalnie, im większe nadzieje, że da się z tego jakoś wyjść, tym bardziej bolesny powrót do rzeczywistości: skoro zorganizowany antykomunistyczny bunt arytmetycznej większości dorosłego społeczeństwa da się tak łatwo spacyfikować – to znikąd ratunku. A jednak okazało się, że to tylko pozory.
Kiedy zaczęło się to przebijać do świadomości ekipy gen, Jaruzelskiego, Paweł Kowal nie tylko nie odpowiada, ale nawet nie pyta. A to moim zdaniem pytanie zupełnie kluczowe. Wszystko wskazuje na to, że przełom nastąpił wówczas, gdy Michaił Gorbaczow najpierw dał do zrozumienia, a potem już jaśniej wskazał, że Związek Sowiecki nie będzie interweniował zbrojnie w obronie władzy komunistycznej w Polsce. Ta hipoteza nie tylko efektownie brzmi – władza zainstalowana dzięki sowieckiej przemocy upada, gdy jej mocodawca odmówił jej podtrzymywania siłą – ale też wydaje się prawdziwa. Nieprzypadkowo gorączkowe próby reformy pojawiają się właśnie za rządów Gorbaczowa. Kowal o tym napomyka, ale wspomnianego problemu wprost nie podejmuje. Pisze natomiast wiele o samych działaniach ekipy Jaruzelskiego. Z kart książki wyłania się obraz grupy właściwie zupełnie już bezideowej, skupionej na samej władzy. Owszem, komunistyczna nowomowa jest wciąż w użyciu, jednak sprawia wrażenie rytuału, pustej liturgii nie tylko bez Boga, ale i bez dotychczasowych bożków.
Wyjątkowo dużo miejsca poświęca Paweł Kowal opisom relacji ówczesnej władzy z instytucjonalnym Kościołem – papieżem i biskupami. Pragmatyzm podpowiadał rządzącym, że poparcie, a przynajmniej przyjazna neutralność z ich strony jest warunkiem efektywnego sprawowania władzy, Jednym z pierwszych rozmówców nowo mianowanego premiera Rakowskiego był… prymas Glemp, u którego zabiegał o wejście do rządu przedstawicieli umiarkowanej opozycji. Oczywiście niczego nie osiągnął. Towarzyszy temu zadziwiające nieraz niezrozumienie przeciwnika, z którego chce się uczynić sojusznika. Przykładem były próby dyktowania papieżowi treści publicznych wystąpień podczas pielgrzymki w 1987 r., np. żeby wspomniał o radzieckich i polskich żołnierzach wyzwalających Ziemie Zachodnie.., Jeszcze bardziej groteskowe w swej bezczelności wrażenie sprawia ekspedycja na Jasną Górę Kazimierza Barcikowskiego i Stanisława Cioska, którzy – nie mogąc dostać się do Jana Pawła II – wobec kard. Casarolego skrytykowali papieskie przemówienia, które miały prowokować zamieszki i stawiać Polskę w złym świetle.
Końcem złudzeń ekipy gen. Jaruzelskiego były kontraktowe wybory. Paradoksalnie, aparat komunistyczny okazał się zupełnie nieudolny w zabieganiu o poparcie w choćby częściowo wolnych wyborach. Jeszcze większym paradoksem było to, że totalitarna władza (bo tak ją – moim zdaniem w pełni słusznie – traktuje Kowal) przegrała z opozycją, bo – w przeciwieństwie do niej – nie potrafiła już działać w sposób zjednoczony i skoordynowany.
Książka ma aż trzech wydawców: Instytut Studiów Politycznych PAN, IPN i oficynę Trio. Być może ta edytorska trójwładza odegrała rolę przysłowiowych sześciu kucharek: w uważnej lekturze (a inna nie ma sensu) przeszkadzają trochę redakcyjne niedoróbek, literówki, pomylone imiona itp. Warto jednak przebrnąć przez te nieliczne w sumie słabości, by poznać od mało znanej strony niezwykły okres naszej historii – kiedy komuniści, usiłując uratować swą władzę, musieli w końcu uznać bezowocność swych wysiłków.
Tomasz Wiścicki
Paweł Kowal, „Koniec systemu władzy, Polityka ekipy gen. Wojciecha Jaruzelskiego w latach 1986–1989”, ISP PAN/IPN/Trio, Warszawa 2011, 524 s.