Czerwiec 1976
czas czytania:
25 czerwca 1976 roku w Radomiu, Ursusie i Płocku doszło do jednego z najważniejszych – choć długo niedocenianych – buntów w dziejach PRL. Pół wieku temu, po raz kolejny okazało się, że władza oparta na sile i masowej propagandzie potyka się o bardzo przyziemną sprawę: ceny jedzenia.
Geneza buntu
Geneza tamtych wydarzeń prowadzi wprost do początku dekady gierkowskiej. Po krwawym Grudniu 1970 roku nowe kierownictwo PZPR, z Edwardem Gierkiem na czele, obiecało „drugą Polskę” – kraj szybkiego wzrostu, mieszkań, samochodów i kolorowych telewizorów. Przez kilka lat faktycznie żyło się lepiej. Inwestycje rosły, pensje również, a ceny podstawowych artykułów spożywczych pozostawały zamrożone. Był to jednak luksus na kredyt, kupowany za pożyczone za granicą miliardy dolarów. Zamrożenie cen, które posłużyło do uspokojenia nastrojów po Grudniu, szybko stało się pułapką. Władze wiedziały, że przy rosnących płacach i kosztach produkcji nie da się w nieskończoność utrzymać niskich cen mięsa, cukru czy chleba. Jednocześnie pamiętały też, że poprzednia podwyżka zakończyła się strzałami na Wybrzeżu.
W połowie lat siedemdziesiątych w aparacie partyjnym dojrzewało przekonanie, że kolejna „operacja cenowa” jest nieunikniona. Równocześnie narastało społeczne zmęczenie plotkami o podwyżkach. Ludzie robili zapasy mąki i cukru, w kolejkach krążyły informacje o rzekomych terminach wzrostu cen – od Wielkanocy po wakacje. Gdy w 1976 roku podjęto decyzję, by podwyżki wprowadzić w czerwcu, zadbano o techniczne przygotowanie akcji, ale zlekceważono reakcję robotników. Podwyżka miała sięgnąć kilkudziesięciu procent i obejmowała przede wszystkim mięso oraz jego przetwory. Towarzyszył jej skomplikowany system rekompensat, na którym najlepiej wychodzili lepiej zarabiający, a gorzej sytuowani robotnicy mieli realnie stracić. Projekt ogłoszono oficjalnie jako przedmiot „konsultacji społecznych”, choć było jasne, że decyzje zapadły już wcześniej.
24 czerwca 1976 roku w Sejmie premier Piotr Jaroszewicz odczytał długie, techniczne wystąpienie, w którym wyjaśniał konieczność zmian. W praktyce oznaczało ono jedno: od następnego dnia w sklepach miało być drożej. Jeszcze tego samego popołudnia w zakładach pracy ruszyły masówki, na których aktyw partyjny przekonywał, że chodzi o „uczciwe rozłożenie ciężarów”. Nastroje były jednak inne niż w oficjalnych stenogramach. Raporty MSW notowały zdenerwowanie, poczucie oszukania i komentarze w stylu: „znowu zapłaci zwykły robotnik”.
W połowie lat siedemdziesiątych w aparacie partyjnym dojrzewało przekonanie, że kolejna „operacja cenowa” jest nieunikniona. Równocześnie narastało społeczne zmęczenie plotkami o podwyżkach. Ludzie robili zapasy mąki i cukru, w kolejkach krążyły informacje o rzekomych terminach wzrostu cen – od Wielkanocy po wakacje. Gdy w 1976 roku podjęto decyzję, by podwyżki wprowadzić w czerwcu, zadbano o techniczne przygotowanie akcji, ale zlekceważono reakcję robotników. Podwyżka miała sięgnąć kilkudziesięciu procent i obejmowała przede wszystkim mięso oraz jego przetwory. Towarzyszył jej skomplikowany system rekompensat, na którym najlepiej wychodzili lepiej zarabiający, a gorzej sytuowani robotnicy mieli realnie stracić. Projekt ogłoszono oficjalnie jako przedmiot „konsultacji społecznych”, choć było jasne, że decyzje zapadły już wcześniej.
24 czerwca 1976 roku w Sejmie premier Piotr Jaroszewicz odczytał długie, techniczne wystąpienie, w którym wyjaśniał konieczność zmian. W praktyce oznaczało ono jedno: od następnego dnia w sklepach miało być drożej. Jeszcze tego samego popołudnia w zakładach pracy ruszyły masówki, na których aktyw partyjny przekonywał, że chodzi o „uczciwe rozłożenie ciężarów”. Nastroje były jednak inne niż w oficjalnych stenogramach. Raporty MSW notowały zdenerwowanie, poczucie oszukania i komentarze w stylu: „znowu zapłaci zwykły robotnik”.
Mural upamiętniający Czerwiec 1976 w Radomiu, fot. P. Tracz (Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, domena publiczna)
Dzień gniewu: Radom
25 czerwca stał się dniem prób zarówno dla społeczeństwa, jak i dla władz. Strajki i przestoje odnotowano w zakładach pracy w 24 województwach, od Śląska po Wybrzeże. Łącznie protestowało około 70–80 tysięcy osób, ale tylko w kilku miastach robotniczy gniew wyszedł poza bramy fabryk. Najmocniej wybuchł tam, gdzie podwyżka dotykała ludzi żyjących na granicy biedy: w Radomiu, w podwarszawskim Ursusie i w Płocku, mieście rozbudowującej się Petrochemii.
Radom, miasto o przeciętnych płacach i dużym bezrobociu ukrytym w statystykach, stał się symbolem tamtego buntu. Rano przerwała pracę załoga Zakładów Metalowych „Walter”, wkrótce wyszli także robotnicy innych fabryk. Z kolejnych ulic do pochodu dołączały grupy z „Radoskóru”, Zakładów Sprzętu Grzejnego czy Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Świadkowie wspominali, że ludzie początkowo pytali tylko: „o co chodzi?”, a odpowiedź była prosta – „protestujemy przeciw podwyżkom, idziemy pod komitet”. Zrywając z latarni czerwone flagi, robotnicy zabierali ze sobą biało-czerwone, które szybko stały się znakiem protestu.
Radom, miasto o przeciętnych płacach i dużym bezrobociu ukrytym w statystykach, stał się symbolem tamtego buntu. Rano przerwała pracę załoga Zakładów Metalowych „Walter”, wkrótce wyszli także robotnicy innych fabryk. Z kolejnych ulic do pochodu dołączały grupy z „Radoskóru”, Zakładów Sprzętu Grzejnego czy Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Świadkowie wspominali, że ludzie początkowo pytali tylko: „o co chodzi?”, a odpowiedź była prosta – „protestujemy przeciw podwyżkom, idziemy pod komitet”. Zrywając z latarni czerwone flagi, robotnicy zabierali ze sobą biało-czerwone, które szybko stały się znakiem protestu.
Tłum dotarł pod gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Tam przez kilka godzin trwał dramatyczny impas. Z jednej strony stłoczeni na placu demonstranci, z drugiej – zaskoczeni skalą wystąpienia działacze i milicjanci, którzy mieli polecenie „rozmawiać i uspokajać”. W pewnym momencie część protestujących wtargnęła do budynku, z którego wcześniej ewakuowano kierownictwo partii. Płonęły akta, przez wybite okna wyrzucano portrety przywódców i hasła propagandowe – sceny, które dla wielu radomian stały się później najważniejszym wspomnieniem z tamtego dnia. W oficjalnych raportach przeczytamy o „dewastacji mienia socjalistycznego”, dla uczestników był to symboliczny bunt przeciw systemowi, który traktował ich jak statystów.
Wczesnym popołudniem protest zaczął się rozszerzać na inne dzielnice Radomia. Na ulicach ustawiano barykady z ławek, kostki brukowej i przewróconych samochodów. Dochodziło do starć z milicją, w których ta używała pałek, gazów łzawiących i armatek wodnych. Szczególnie dramatyczny był epizod, w którym dwóch młodych mężczyzn – Jan Łabędzki i Tadeusz Ząbecki – zginęło pod przyczepą z betonowymi płytami, pchniętą w kierunku nadciągających zomowców. Wieczorem do miasta ściągnięto posiłki z Warszawy, Kielc, Lublina i innych ośrodków; łącznie w pacyfikacji Radomia brało udział około 1600 funkcjonariuszy.
Wczesnym popołudniem protest zaczął się rozszerzać na inne dzielnice Radomia. Na ulicach ustawiano barykady z ławek, kostki brukowej i przewróconych samochodów. Dochodziło do starć z milicją, w których ta używała pałek, gazów łzawiących i armatek wodnych. Szczególnie dramatyczny był epizod, w którym dwóch młodych mężczyzn – Jan Łabędzki i Tadeusz Ząbecki – zginęło pod przyczepą z betonowymi płytami, pchniętą w kierunku nadciągających zomowców. Wieczorem do miasta ściągnięto posiłki z Warszawy, Kielc, Lublina i innych ośrodków; łącznie w pacyfikacji Radomia brało udział około 1600 funkcjonariuszy.
Dzień gniewu: Ursus
i Płock
Inny charakter miały wydarzenia w Ursusie, gdzie w jednym, ogromnym zakładzie – Zakładach Mechanicznych „Ursus” – pracowało kilkanaście tysięcy osób. Tam strajk rozpoczął się o świcie. Robotnicy stanęli przy maszynach, rozmawiali, odmawiali podjęcia pracy mimo nacisków dyrekcji. Gdy okazało się, że nikt nie zamierza cofnąć podwyżki, tłum ruszył do wyjścia i skierował się na pobliską linię kolejową. Zatrzymywano pociągi, rozkręcano szyny, w Gołąbkach zatrzymano międzynarodowy pociąg z Berlina do Warszawy, a w Ursusie zepchnięto z torów podmiejski skład. W relacjach powraca obraz żółtego pociągu, który powoli zsuwa się z torów – sceny bardziej przypominającej film niż robotniczy protest.
Sytuacja była dla władz szczególnie drażliwa, bo sparaliżowana linia kolejowa przecinała główny szlak komunikacyjny kraju. W sztabie MSW rozważano interwencję już przed południem, ostatecznie jednak oddziały ZOMO weszły do akcji dopiero wieczorem, kiedy w radiu i telewizji ogłoszono, że rząd… wycofuje się z podwyżki. Paradoks polegał na tym, że decyzję, która z punktu widzenia demonstrantów była zwycięstwem, wykorzystano jako pretekst do pacyfikacji. Skoro ceny miały pozostać bez zmian, protest – jak argumentowano – tracił sens i należało „przywrócić porządek”.
W Płocku protest miał swoją specyfikę. Strajk w Petrochemii przerodził się w pochód uliczny, który przeszedł do centrum miasta. Tam również doszło do starć z milicją, choć na mniejszą skalę niż w Radomiu. Władze szczególnie obawiały się, by demonstracje nie zagroziły strategicznym instalacjom zakładu – rurociągom i zbiornikom, których uszkodzenie mogło mieć katastrofalne skutki. Dlatego interwencja sił porządkowych była tam szybka i zdecydowana.
Sytuacja była dla władz szczególnie drażliwa, bo sparaliżowana linia kolejowa przecinała główny szlak komunikacyjny kraju. W sztabie MSW rozważano interwencję już przed południem, ostatecznie jednak oddziały ZOMO weszły do akcji dopiero wieczorem, kiedy w radiu i telewizji ogłoszono, że rząd… wycofuje się z podwyżki. Paradoks polegał na tym, że decyzję, która z punktu widzenia demonstrantów była zwycięstwem, wykorzystano jako pretekst do pacyfikacji. Skoro ceny miały pozostać bez zmian, protest – jak argumentowano – tracił sens i należało „przywrócić porządek”.
W Płocku protest miał swoją specyfikę. Strajk w Petrochemii przerodził się w pochód uliczny, który przeszedł do centrum miasta. Tam również doszło do starć z milicją, choć na mniejszą skalę niż w Radomiu. Władze szczególnie obawiały się, by demonstracje nie zagroziły strategicznym instalacjom zakładu – rurociągom i zbiornikom, których uszkodzenie mogło mieć katastrofalne skutki. Dlatego interwencja sił porządkowych była tam szybka i zdecydowana.
Represje i sprzeciw
Wieczorne wystąpienie Jaroszewicza, w którym ogłosił rezygnację z podwyżki, uspokoiło sytuację w większości zakładów pracy w kraju. Strajki wygasały, ludzie wracali do domów. Jednocześnie w Radomiu, Ursusie i Płocku trwała już inna „operacja” – tym razem nie cenowa, lecz represyjna. Zatrzymywano uczestników manifestacji, często przypadkowych przechodniów, których milicja wyciągała z klatek schodowych czy z przystanków. W Radomiu w ciągu dwóch dni ujęto co najmniej 368 osób, w Ursusie – 173, w Płocku – kilkanaście; wiele z nich przewieziono do aresztów w innych miastach.
To, co działo się później w komendach MO i aresztach śledczych, na trwałe zapisało się w pamięci społecznej jako „ścieżki zdrowia”. Zatrzymanych ustawiano w szpalerach i bito pałkami, kazano im biec korytarzem, skakać po schodach, klęczeć na betonie z rękami w górze. Równolegle ruszyła fala procesów w trybie przyspieszonym, wysokich grzywien nakładanych przez kolegia do spraw wykroczeń oraz szykan administracyjnych: zwolnień z pracy, wyrzucania z mieszkań zakładowych, odmowy przyjęcia dzieci do szkół zawodowych. W oficjalnej propagandzie nazywano protestujących „chuliganami”, „warchołami” i „elementem antysocjalistycznym”, starając się odciąć strajki od robotniczej tożsamości, na którą władza tak chętnie się powoływała.
To, co działo się później w komendach MO i aresztach śledczych, na trwałe zapisało się w pamięci społecznej jako „ścieżki zdrowia”. Zatrzymanych ustawiano w szpalerach i bito pałkami, kazano im biec korytarzem, skakać po schodach, klęczeć na betonie z rękami w górze. Równolegle ruszyła fala procesów w trybie przyspieszonym, wysokich grzywien nakładanych przez kolegia do spraw wykroczeń oraz szykan administracyjnych: zwolnień z pracy, wyrzucania z mieszkań zakładowych, odmowy przyjęcia dzieci do szkół zawodowych. W oficjalnej propagandzie nazywano protestujących „chuliganami”, „warchołami” i „elementem antysocjalistycznym”, starając się odciąć strajki od robotniczej tożsamości, na którą władza tak chętnie się powoływała.
Skala represji wywołała jednak efekt odwrotny do zamierzonego. Informacje o pobiciach i procesach zaczęły krążyć w środowiskach inteligenckich Warszawy, Krakowa czy Gdańska. Już jesienią 1976 roku z inicjatywy grupy opozycyjnych intelektualistów powstał Komitet Obrony Robotników. Jego celem była przede wszystkim pomoc konkretnym ludziom: zbieranie pieniędzy na grzywny, organizowanie obrońców, nagłaśnianie przypadków bicia czy łamania prawa. Równocześnie KOR przełamywał barierę strachu – działacze jeździli do Radomia i Ursusa, spisywali relacje uczestników, publikowali je w drugim obiegu i na Zachodzie. Bezpośrednią konsekwencją tych działań były kolejne zwolnienia z więzień, a w dłuższej perspektywie – powstanie środowiska, które kilka lat później odegrało kluczową rolę w narodzinach „Solidarności”.
Czerwiec 1976 miał też wymiar gospodarczy i polityczny. Fiasko podwyżki cen oznaczało, że władze, sparzone doświadczeniem Grudnia i czerwca, na kilka lat zrezygnowały z jakichkolwiek jawnych podwyżek żywności. Ceny formalnie pozostawały bez zmian, ale w sklepach coraz częściej brakowało towaru, a reglamentacja dóbr i „ciche podwyżki” w postaci gorszej jakości stawały się codziennością. Gospodarka, uzależniona od zachodnich kredytów, weszła w okres przyśpieszającego kryzysu. Jednocześnie w elitach władzy widać było rosnące poczucie zagrożenia: skoro jeszcze raz robotnicy wyszli na ulice przeciw „swojej” władzy, mogło się to powtórzyć w przyszłości.
Czerwiec 1976 miał też wymiar gospodarczy i polityczny. Fiasko podwyżki cen oznaczało, że władze, sparzone doświadczeniem Grudnia i czerwca, na kilka lat zrezygnowały z jakichkolwiek jawnych podwyżek żywności. Ceny formalnie pozostawały bez zmian, ale w sklepach coraz częściej brakowało towaru, a reglamentacja dóbr i „ciche podwyżki” w postaci gorszej jakości stawały się codziennością. Gospodarka, uzależniona od zachodnich kredytów, weszła w okres przyśpieszającego kryzysu. Jednocześnie w elitach władzy widać było rosnące poczucie zagrożenia: skoro jeszcze raz robotnicy wyszli na ulice przeciw „swojej” władzy, mogło się to powtórzyć w przyszłości.
Sprzeczne narracje
Gdy pięć lat później, latem 1980 roku, wybuchła fala strajków na Wybrzeżu i w całej Polsce, ich uczestnicy odwoływali się wprost do doświadczeń i symboliki Czerwca 1976. W stoczniowych postulatach znalazło się żądanie uwolnienia osób skazanych po wydarzeniach radomskich i ursuskich. W pamięci wielu działaczy opozycji to właśnie Czerwiec był momentem, w którym inteligencja zrozumiała, że bez solidarności z robotnikami zmiana systemu nie będzie możliwa. Z tej perspektywy tamten „zapomniany miesiąc” okazał się ważnym ogniwem między Grudniem 1970 a Sierpniem 1980.
A przecież władze starały się od razu narzucić własną narrację o buncie. W prasie centralnej, radiu i telewizji pojawiły się materiały o „radomskich chuliganach” i „elementach kryminalnych”, którzy rzekomo wykorzystali niezadowolenie uczciwych robotników. W całym kraju organizowano masowe wiece potępienia, na których zakładowi aktywiści odczytywali gotowe rezolucje z wyrazami poparcia dla Gierka i Jaroszewicza. W zakładach pracy i szkołach odbywały się pogadanki o „lekcji demokracji socjalistycznej”: władza – jak tłumaczono – wsłuchała się w głos narodu, skoro zrezygnowała z podwyżki, ale nie mogła tolerować niszczenia budynków partyjnych, sklepów czy autobusów. Tak starano się oddzielić „zdrową” klasę robotniczą od tych, których pokazano w Dzienniku Telewizyjnym w zwolnionym tempie, jak kopią wystawy sklepowe lub rzucają kamieniami.
A przecież władze starały się od razu narzucić własną narrację o buncie. W prasie centralnej, radiu i telewizji pojawiły się materiały o „radomskich chuliganach” i „elementach kryminalnych”, którzy rzekomo wykorzystali niezadowolenie uczciwych robotników. W całym kraju organizowano masowe wiece potępienia, na których zakładowi aktywiści odczytywali gotowe rezolucje z wyrazami poparcia dla Gierka i Jaroszewicza. W zakładach pracy i szkołach odbywały się pogadanki o „lekcji demokracji socjalistycznej”: władza – jak tłumaczono – wsłuchała się w głos narodu, skoro zrezygnowała z podwyżki, ale nie mogła tolerować niszczenia budynków partyjnych, sklepów czy autobusów. Tak starano się oddzielić „zdrową” klasę robotniczą od tych, których pokazano w Dzienniku Telewizyjnym w zwolnionym tempie, jak kopią wystawy sklepowe lub rzucają kamieniami.
Równolegle w Radomiu i okolicznych miejscowościach rodziło się doświadczenie oporu codziennego. Jednym z jego symboli stała się postać księdza Romana Kotlarza, proboszcza z podradomskiego Pelagowa. Kapłan odprawiał msze w intencji pobitych i zatrzymanych, a w swoich kazaniach mówił o godności pracy i o krzywdzie wyrządzonej robotnikom. Był też bity przez funkcjonariuszy SB i śledzony; kilka tygodni po Czerwcu zmarł w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, co wielu wiernych wiązało z pobiciami. W tle tej historii jest jeszcze inna ofiara represji – Jan Brożyna, robotnik, który zginął po zatrzymaniu przez milicję. Obie te postaci przypominają, że konsekwencje buntu nie kończyły się na salach sądowych.
Ślady Czerwca 1976 znajdziemy także w języku potocznym. To wtedy na większą skalę pojawiło się w propagandzie słowo „warchoł” – termin mający zdyskredytować buntowników, a jednocześnie sugerować, że są oni kimś z wewnątrz, godnym potępienia. Odpowiedzią było ironiczne odwrócenie tego epitetu: w późniejszych latach część uczestników z dumą nazywała się „warchołami z Radomia” czy „warchołami z Ursusa”, wydając pod takim tytułem wspomnienia i gazetki.
Ślady Czerwca 1976 znajdziemy także w języku potocznym. To wtedy na większą skalę pojawiło się w propagandzie słowo „warchoł” – termin mający zdyskredytować buntowników, a jednocześnie sugerować, że są oni kimś z wewnątrz, godnym potępienia. Odpowiedzią było ironiczne odwrócenie tego epitetu: w późniejszych latach część uczestników z dumą nazywała się „warchołami z Radomia” czy „warchołami z Ursusa”, wydając pod takim tytułem wspomnienia i gazetki.
Paradoksy modernizacji
Z dzisiejszej perspektywy widać też wyraźniej paradoks gierkowskiej dekady. Ten sam system, który na początku lat siedemdziesiątych zachwycał część społeczeństwa nowymi blokami, asfaltowymi drogami i kolorową telewizją, w połowie dekady doprowadził do tego, że ludzie musieli bronić się przed nagłym skokiem cen mięsa. Na plakatach wciąż królowały hasła o „drugiej Polsce”, ale w sklepach półki coraz częściej świeciły pustkami. Czerwiec 1976 obnażył tę sprzeczność w sposób szczególnie wyrazisty: w tle były kredyty zagraniczne, plany inwestycji i wielkie projekty, na pierwszym planie – nerwowe rozmowy w kolejkach po parówki.
Warto pamiętać, że w chwili wybuchu protestu ani jego uczestnicy, ani władze nie myśleli o wielkiej polityce. Robotnicy w Radomiu, Ursusie i Płocku wyszli przede wszystkim w obronie domowego budżetu, rodzinnych obiadów, możliwości kupienia dzieciom wędliny na kanapki. Dopiero później, w perspektywie historycznej, widać, jak z tej doraźnej obrony interesu materialnego wyrastały szersze pytania o sprawiedliwość, podmiotowość i prawo do współdecydowania. To, że inspiracją do powstania KOR-u stał się właśnie protest w obronie cen, przypomina, jak ściśle w PRL łączyły się kwestie „żołądkowe” z politycznymi.
Czerwiec 1976 bywa czasem nazywany „próbą generalną przed Sierpniem”. Jest w tym sporo racji, choć warto zachować ostrożność. W połowie lat siedemdziesiątych nikt nie mógł przewidzieć powstania niezależnego związku zawodowego obejmującego cały kraj. Ale to wtedy wytworzyły się sieci kontaktów między robotnikami a opozycyjną inteligencją, wtedy uczono się, jak dokumentować nadużycia, jak pisać listy otwarte, jak organizować pomoc dla rodzin więźniów. Pamięć o pobitych na „ścieżkach zdrowia” stawała się argumentem w rozmowach w zakładowych szatniach, a doświadczenie wspólnego strachu – fundamentem późniejszej „Solidarności”.
Warto pamiętać, że w chwili wybuchu protestu ani jego uczestnicy, ani władze nie myśleli o wielkiej polityce. Robotnicy w Radomiu, Ursusie i Płocku wyszli przede wszystkim w obronie domowego budżetu, rodzinnych obiadów, możliwości kupienia dzieciom wędliny na kanapki. Dopiero później, w perspektywie historycznej, widać, jak z tej doraźnej obrony interesu materialnego wyrastały szersze pytania o sprawiedliwość, podmiotowość i prawo do współdecydowania. To, że inspiracją do powstania KOR-u stał się właśnie protest w obronie cen, przypomina, jak ściśle w PRL łączyły się kwestie „żołądkowe” z politycznymi.
Czerwiec 1976 bywa czasem nazywany „próbą generalną przed Sierpniem”. Jest w tym sporo racji, choć warto zachować ostrożność. W połowie lat siedemdziesiątych nikt nie mógł przewidzieć powstania niezależnego związku zawodowego obejmującego cały kraj. Ale to wtedy wytworzyły się sieci kontaktów między robotnikami a opozycyjną inteligencją, wtedy uczono się, jak dokumentować nadużycia, jak pisać listy otwarte, jak organizować pomoc dla rodzin więźniów. Pamięć o pobitych na „ścieżkach zdrowia” stawała się argumentem w rozmowach w zakładowych szatniach, a doświadczenie wspólnego strachu – fundamentem późniejszej „Solidarności”.
Tomasz Wilczyński