Co może Polska?
Pytania o znaczenie międzynarodowe
wojny
sowiecko-polskiej
i jej rozstrzygnięcia
w roku 1920
czas czytania:
„Co może Polska? Pytania o znaczenie międzynarodowe wojny sowiecko-polskiej i jej rozstrzygnięcia w roku 1920” to artykuł prof. Andrzeja Nowaka pochodzący z wydanej przez Muzeum Historii Polski książki „Polskie zwycięstwo 1920”.
„Okres I wojny światowej postrzegany jest w dominującej historiografii polskiej w sposób, który określić można jako przeceniający polską podmiotowość […]. Idealizowany jest fakt odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. Można tymczasem interpretować go przede wszystkim w kategoriach efektu zwycięstwa Niemiec nad Rosją, połączonego z ograniczoną siłą państwa niemieckiego do efektywnego, zgodnego ze swymi ambicjami, podporządkowania sobie zdobytych na Imperium Rosyjskim terytoriów. […] Ten moment, będący w pierwszej kolejności efektem walki o Europę Środkową przez mocarstwa, jest tymczasem przedstawiany w polskiej historiografii popularnej głównie jako efekt sprawczego działania polskich elit oraz poruszonego przez nie narodu”.
Zaczynam rozważania nad znaczeniem wojny polsko-bolszewickiej i jej rezultatu w roku 1920 od przytoczenia tej nowej, surowej krytyki naszej zarówno „dominującej”, jak też „popularnej” historiografii, ponieważ jej autor stawia ważne pytanie o sprawczość, o możliwości samodzielnej polityki polskiej w kontekście gry geopolitycznej wielkich mocarstw. Tomasz Zarycki, znakomity socjolog i geograf społeczny młodszej generacji, podnosi to zagadnienie w ramach szerszej refleksji nad peryferyjnością położenia Polski. Niezależnie od tego, czy przyjmiemy jego opinię dotyczącą samego odzyskania niepodległości, pozwolę sobie sformułować tezę, że właśnie wojna polsko-bolszewicka i wydarzenia roku 1920, rozgrywające się z jak najbardziej sprawczym udziałem polityki polskiej i jej militarnego narzędzia – Wojska Polskiego, miały istotny wpływ na ową grę geopolityczną wielkich mocarstw. Polska „peryferia” stała się, przynajmniej na jakiś czas, centrum, w którym rozstrzygały się kwestie o znaczeniu ogólnoeuropejskim, a nawet globalnym – nie w zgodzie z interesami największych mocarstw, ale w sprzeczności z nimi. Spójrzmy więc na rok 1920 nie z polskiej perspektywy, ale właśnie z perspektywy owych mocarstw, a raczej rozmaitych ich przedstawicieli.
W systemie wersalskim od samego początku zabrakło miejsca dla dwóch wielkich potęg kontynentalnych – dla pokonanych Niemiec i nieobecnej w Wersalu, ogarniętej gorączką rewolucji bolszewickiej Rosji. Pozostałe mocarstwa, zwycięskie Wielka Brytania i Francja, były (po wycofaniu się Ameryki na pozycje izolacjonistyczne) zbyt słabe, by udźwignąć na swych barkach nowy porządek. Ten zarzut, podnoszony m.in. przez takich badaczy wielkiej dyplomacji, jak Henry Kissinger czy George Kennan (warto jednak zauważyć, że w nowszej historiografii od tak uproszczonego poglądu odchodzą w swoich syntezach m.in. Margaret MacMillan czy Zara Steiner), wskazuje od razu na najbardziej newralgiczny punkt, wobec którego koncentrował się sprzeciw obu wyalienowanych z nowego porządku mocarstw. Tym punktem była odbudowana w systemie wersalskim niepodległa Polska. Polska stanęła między Rosją a Niemcami. Niemcy nie mogły pogodzić się z utratą na jej rzecz części Śląska, Wielkopolski, a przede wszystkim pomorskiego „korytarza”. Rosja, która stała się matecznikiem światowego systemu komunistycznego, nie tylko traciła na rzecz Polski to, co stanowiło od czasów Katarzyny II i Aleksandra I jej strategiczne, zachodnie rubieże, ale także połączenie z Niemcami – oczekiwanym z niecierpliwością głównym partnerem europejskiej rewolucji.
W 1919 roku trwała jeszcze wojna domowa w Rosji. Francja zwłaszcza miała nadzieję, że biali generałowie zdołają odbudować strategiczną współpracę na osi Paryż–Piotrogród, blokującą możliwość niemieckiej rewizji traktatu wersalskiego. Gdyby Rosjanie zdławili u siebie rewolucję bolszewicką, Francja, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, a także Włochy – czyli cztery z pięciu zwycięskich mocarstw – zdecydowałyby niewątpliwie o przywróceniu partnerstwa z Rosją, odrodzoną w granicach z 1914 roku (jedynie bez terytoriów Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Fińskiego, uznanych już przez mocarstwa za podstawę geograficzną dwóch nowych, „zalegalizowanych” państw: Polski i Finlandii). Japonia, mająca wielkie apetyty na Dalekim Wschodzie, zapewne musiałaby się tej większości podporządkować. Powstająca na drugim, zachodnim „biegunie” Rosji nowa Polska – oczywiście – także. Polska byłaby wtedy małym, niewiele przekraczającym 200 tysięcy km2 powierzchni i 20 milionów ludności, zachodnim aneksem do Republiki Rosyjskiej. Stany Zjednoczone i Francja były zgodne w tym, iż przy odrodzonej Rosji nie ma miejsca na niepodległą Litwę, Łotwę czy Estonię, ani tym bardziej Ukrainę. Wielka Brytania, z powodu swych morskich (bałtyckich) interesów chętniej patrząca na względną choćby niezależność nadbałtyckich republik/guberni, z pewnością nie byłaby gotowa kruszyć z nikim kopii o ich niepodległość.
Ta, potencjalnie istniejąca jeszcze w 1919 roku ewentualność skorygowania i utrwalenia systemu wersalskiego poprzez dołączenie doń Rosji (niebolszewickiej), zniknęła wraz z ostateczną klęską wojsk gen. Antona Denikina. W roku 1920 resztki formacji białych pod wodzą gen. Piotra Wrangla mogły walczyć co najwyżej o przetrwanie. Na wschodzie Europy pozostawała Rosja – ale sowiecka.
Jakie były jej strategiczne dążenia? Rosja, znalazłszy się w rękach bolszewików, stała się narzędziem walki o zrealizowanie postulatów ideologii zmodyfikowanego marksizmu. Jego celem było poszerzanie zasięgu komunistycznej rewolucji, ostatecznie – jej globalny sukces. Ogrom rosyjskiego państwa, którego masa spadkowa dostała się w ręce bolszewików, zakres jego geopolitycznych perspektyw i możliwości dawały praktycznej polityce Lenina i jego partii szeroki margines swobody, którą ograniczały jedynie wymogi komunistycznej ideologii. Wszelako uniwersalny rozmach tejże ideologii, podobnie jak fizyczna wielkość służącego jej pierwszego narzędzia – Rosji, pozwalał na prowadzenie polityki nastawionej na zwycięstwo ostateczne w bardzo rozciągniętej skali czasu. Najważniejsze było utrzymanie władzy. Skoro jej bazą była Rosja – interesy geopolityczne Rosji stały się interesami sprawy komunizmu.
Stosunek do Polski, do sprawy jej niepodległości, do aspiracji zakreślonych przez Piłsudskiego – stał się dla Lenina praktycznie funkcją owych strategicznych interesów Rosji. Gdy przyjmiemy za punkt wyjścia naszej analizy listopad 1918 roku, odrodzona Polska była w tym momencie przede wszystkim przegrodą oddzielającą poddaną rządom Lenina Rosję od ogarniętych fermentem rewolucyjnym Niemiec – głównej potencjalnie siły komunistycznej ideologii w Europie, z najliczniejszym i w znacznym odłamie radykalnym ruchem robotniczym na kontynencie, z ogromnym potencjałem przemysłowym, mogącym zapewnić szansę przetrwania obozowi rewolucji w konfrontacji ze zwycięskimi w I wojnie światowej mocarstwami ententy: Wielką Brytanią, Francją, Stanami Zjednoczonymi i Japonią. To właśnie te mocarstwa, nie Polska – rzecz oczywista – stanowiły z perspektywy bolszewików głównego wroga.
W grudniu 1918 roku, gdy obszar bałtycko-czarnomorskiego Międzymorza zaczęła opuszczać pokonana na zachodzie armia niemiecka, a rozproszone i słabe oddziały żołnierzy białej Rosji zdawały się nie przedstawiać poważniejszego zagrożenia dla centrum bolszewickiej władzy, rozpoczęła się pierwsza próba sowietyzacji Europy Wschodniej. Cele podejmowanej ofensywy wyłożył najjaśniej zwierzchnik Armii Czerwonej, przewodniczący Rewolucyjnej Rady Wojennej Republiki (Rewwojensowietu), Lew Trocki. Przemawiając 17 listopada 1918 roku w punkcie koncentracji wojska w Woroneżu, mówił wprost:
„Obecnie walka zatraciła wszelki posmak walki między nami a Niemcami, ponieważ wolna Łotwa, wolna Polska i Litwa oraz wolna Finlandia, podobnie jak z drugiej strony wolna Ukraina, nie będą już klinem, lecz ogniwem łączącym Sowiecką Rosję z przyszłymi sowieckimi Niemcami i Austro-Węgrami. Jest to zapoczątkowanie federacji, początek europejskiej federacji komunistycznej – Związku Proletariackich Republik Europy”.
Narodowe rządy uformowane w krajach wymienionych w przemówieniu Trockiego nie były, rzecz jasna, z perspektywy bolszewickiej wolne. Wolność miała przynieść dopiero Armia Czerwona. Stosunek do owych „burżuazyjno-nacjonalistycznych” władz, a więc faktycznie do niepodległości państw powstających na gruzach rosyjskiego imperium, wyraził jak zwykle precyzyjnie Józef Stalin w artykule opublikowanym 17 listopada 1918 roku w organie jego komisariatu. Artykuł nosił charakterystyczny tytuł Przepierzenie (Sriedostienije). Owo przepierzenie tworzyły „karłowate narodowe rządy, które wolą losu znalazły się pomiędzy dwoma olbrzymimi ogniskami rewolucji Wschodu i Zachodu [i] marzą obecnie o zgaszeniu powszechnego pożaru rewolucyjnego w Europie, o zachowaniu swego komicznego istnienia, o zawróceniu wstecz koła historii!”. „Kontrrewolucyjne przepierzenie pomiędzy rewolucyjnym Zachodem a socjalistyczną Rosją zostanie zniesione. [...] Nie ma wątpliwości, że rewolucja i rządy sowieckie w tych prowincjach są sprawą najbliższej przyszłości” – stawiał Stalin kropkę nad i. Próby zrealizowania tej strategii podjęto w styczniu 1919 roku, kiedy Armia Czerwona zdobyła Wilno i zmierzała dalej, w kierunku Warszawy, gdzie miała zainstalować gotowy już wtedy skład rządu polskiej republiki sowieckiej. Została jednak zatrzymana przez zorganizowane przez Piłsudskiego Wojsko Polskie. Dalszą ofensywę sowiecką na zachód skomplikował przebieg rosyjskiej wojny domowej, w której czerwoni musieli zmierzyć się przede wszystkim z Aleksandrem Kołczakiem, Antonem Denikinem i Nikołajem Judeniczem, na nich skupiając większość swoich sił.
Ukonstytuowana w Moskwie w marcu 1919 roku III Międzynarodówka była widocznym symbolem aktualności najbardziej ambitnych, maksymalistycznych celów polityki bolszewickiej: rozniecenia rewolucji przynajmniej ogólnoeuropejskiej, rozbicia całego „systemu kapitalistycznego”. Między wersją minimum – utrzymania steru w Moskwie i uzyskania okresu „pieriedyszki” w stosunkach z mocarstwami ententy, a wersją maksimum – zrewolucjonizowania całej Europy czy świata, dojrzewała wtedy linia pośrednia sowieckiej strategii polityki międzynarodowej. Ta linia w szczególny sposób dotyczyła Polski, gdyż najmocniej była zakorzeniona w tradycyjnych, ofensywnych wizjach geopolitycznych możliwości mocarstwowej Rosji. Głównym partnerem w owych wizjach były Niemcy, a obiektem ich wspólnego działania Polska, a szerzej – cała Europa Środkowo-Wschodnia. Nie musiały to być koniecznie od razu Niemcy komunistyczne. Ostateczne ustalenia traktatu wersalskiego, podpisanego 28 czerwca 1919 roku, stawiały każde Niemcy w roli nieprzejednanego wroga nowego systemu międzynarodowego, jaki podyktowały w Europie zwycięskie mocarstwa zachodnie. Lenin zdawał sobie sprawę z faktu, że sama Rosja, nawet w granicach przedrewolucyjnego imperium, nie wytrzyma na dłuższą metę konkurencji ze zjednoczonym blokiem mocarstw kapitalistycznych. W przypadku niepowodzenia kolejnych prób eksportu rewolucji szansę przetrwania, a następnie strategicznego sukcesu komunistycznej Rosji mogło dać tylko wykorzystanie podziałów między „imperialistycznymi bandytami”. Zranione w swej dumie, a niezniszczone w swym potencjale Niemcy stawały się w tej sytuacji wymarzonym partnerem do wspólnego kruszenia „łańcuchów” wersalskiego systemu. Na możliwość wyboru przez Rosję bolszewicką tego rodzaju Realpolitik, opartej na koncepcji budowania obozu sił przeciwstawiających się hegemonii brytyjsko-francusko-amerykańskiej, zwracał uwagę Piłsudskiego analityczny raport polskiego wywiadu już z połowy kwietnia 1919 roku. Zarysowana w nim wizja skupionej wokół czerwonej Moskwy swego rodzaju antyententy, opartej na osi z Berlinem i rozszerzającej się przez Czechosłowację, Węgry, Austrię ku Włochom, oznaczać mogła wyłącznie wyrok śmierci na Polskę, powrót do współpracy geopolitycznej mocarstw, które przez ponad sto lat opierały swój sojusz na rozbiorach Rzeczypospolitej.
Na progu zimy 1919/1920 roku, kiedy biała Rosja w istocie przegrała już wojnę domową z bolszewikami, nastroje rewolucyjne w Europie Środkowej, na Węgrzech i w Niemczech znów opadły. W tym sprzyjającym momencie premier brytyjski David Lloyd George wrócił do koncepcji spacyfikowania sytuacji na wschodzie poprzez faktyczne uznanie władzy bolszewików, rzucając hasło „pokoju przez handel”. Francuzi wobec upadku nadziei na restaurację białej Rosji woleli wysunąć raczej koncepcję oparcia bezpieczeństwa Europy na wschodzie – przede wszystkim przeciw Niemcom, a na drugim dopiero miejscu przeciw bolszewizmowi – o system państw sukcesyjnych byłych imperiów rosyjskiego i habsburskiego. Polska miała być w owym „kordonie sanitarnym” głównym ogniwem. Lenin mógł brać w tej sytuacji pod uwagę przede wszystkim dwie strategiczne opcje. Według pierwszej dochodziłby chwilowo do porozumienia z brytyjskimi „bandytami”; prędzej czy później słabsi od nich francuscy raczej musieliby pogodzić się z takim układem i także uznać władzę bolszewików nad Rosją i Ukrainą przynajmniej. Naturalnie taktyczne porozumienie w Europie nie wykluczało kontynuowania ostrej walki z „imperialistami” w krajach Azji czy nawet Afryki (program takiej walki odnowił w sierpniu 1919 roku Trocki). Pozostawiało też możliwość wygrywania zasadniczego konfliktu w Europie między mocarstwami zachodnimi a niepogodzonymi z warunkami Wersalu Niemcami.
Wszyscy bez wyjątku liderzy bolszewików widzieli w Polsce i Piłsudskim jedynie najgroźniejsze narzędzie nowych planów głównych „imperialistów”, jeżeli już nawet nie występujących łącznie (Lenin dostrzegał rozdźwięki między Londynem a Paryżem, choć wciąż obawiał się, czy nie jest to tylko taktyczna gra, obliczona na zmylenie jego czujności), to wcielonych przynajmniej we francuskiego żandarma systemu wersalskiego. Równolegle więc do ofensywy propagandowej, przedstawiającej Rosję bolszewicką w roli orędownika pokoju, a Polskę jako instrument wojennych podżegaczy, rozpoczęte zostały sowieckie przygotowania do realizacji drugiej linii strategicznej. Miała ona prowadzić do militarnego zdruzgotania Polski i jej sowietyzacji. W ten sposób – po rozerwaniu łańcucha opasującego państwo sowieckie – miała być zdobyta bezpośrednia granica z Niemcami. A co dalej? Lenin był w kwestii przyszłości pragmatykiem. Po likwidacji panskoj Polszy można było zatrzymać się, by na nowych, jeszcze korzystniejszych rubieżach zawierać tymczasowy kompromis z zachodnimi „imperialistami”, można też było – w sprzyjających warunkach – pójść dalej, nieść czerwony sztandar do Berlina, Paryża, Londynu...
Piłsudski, zdając sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa, postanowił przejąć inicjatywę strategiczną i nie czekając na uderzenie Armii Czerwonej, planowane i przygotowywane od stycznia 1920 roku na odcinku białoruskim, podjął próbę realizacji swojej wizji geopolitycznej: w przymierzu z rządem ukraińskim Symona Petlury ruszył na Kijów. Tam miała powstać i utrzymać się niepodległa Ukraina, blokująca możliwość ekspansji sowieckiego, czyli w sensie geopolitycznym – rosyjskiego, imperium na zachód. Piłsudski widział szansę umocnienia systemu wersalskiego – poprzez dopisanie doń jego „wschodniego rozdziału”. Rosja, każda Rosja, również sowiecka, a także Niemcy miały pogodzić się z niepodległością Polski i szeregu innych, powstałych między Bałtykiem i Morzem Czarnym nowych państw, a w ostatecznej konsekwencji z systemem wersalskim – dzięki zbudowaniu szerszej wspólnoty politycznej na wschodzie Europy, wspólnoty opartej na osi Warszawa–Kijów. Zamiast cienkiego polskiego „przepierzenia”, jak to określił Stalin w swoim artykule, miała powstać nowa geopolityczna konstrukcja: z Polską, Ukrainą, zapewne także związaną z Polską Litwą (i Białorusią), jak również z nowymi państwami nadbałtyckimi i Rumunią. Miała ona wypełnić przestrzeń między Rosją a Niemcami na tyle solidnie, by przywrócenie stanu poprzedniego było dla obu tych sąsiadów zniechęcająco trudne. Piłsudski wierzył, że stworzone w zwycięskiej kampanii fakty dokonane pozwolą przekonać i Rosję, i Niemcy, iż nowy układ geopolityczny na wschodzie kontynentu da się pogodzić z ich istotnymi interesami ekonomicznymi i stabilnością całego systemu międzynarodowego.
Nie uzyskał poparcia mocarstw zachodnich dla swoich planów. Wręcz przeciwnie, jak pisałem o tym obszernie w innej pracy, zwłaszcza polityka brytyjska, kierowana przez premiera Davida Lloyda George’a, nastawiona była na geopolityczny kompromis z Rosją, nawet Rosją sowiecką, kosztem Polski. To była pierwsza lekcja appeasementu, czyli w tym przypadku zaspokajania imperialistycznych ambicji Moskwy Lenina na terenie Europy Wschodniej, przynajmniej do granicy Niemiec. Francja, marząc bezsilnie o powrocie niebolszewickiej Rosji jako swojego naturalnego sojusznika na wschodzie, po klęsce białych zrezygnowała faktycznie z własnej aktywnej polityki wobec konfliktu sowiecko-polskiego w roku 1920, biernie tylko protestując przeciw polityce Lloyda George’a.
Wielka Brytania w toczącej się w ciągu 1919 roku wojnie domowej w Rosji zaopatrywała białych w duże ilości materiału wojennego, ale szerzej w pomoc militarną dla nich angażować się nie chciała. Liberalny premier Lloyd George już od początku 1919 roku szukał możliwości porozumienia z bolszewikami, by wciągnąć Rosję – taką, jaka jest – do jakichś form współpracy, od handlu poczynając. Przeciwstawiający się tej tendencji sekretarz stanu w War Office, Winston Churchill, a także nowy sekretarz stanu w Foreign Office, lord George Nathaniel Curzon, nie byli w stanie hamować jej dłużej, kiedy na progu 1920 roku bolszewicy przeważyli ostatecznie szalę w wojnie domowej na swoją korzyść, stając się faktycznymi gospodarzami w Rosji. W styczniu 1920 roku udało się premierowi, przy pomocy argumentu o konieczności wznowienia wymiany gospodarczej z Rosją, przekonać najpierw kolegów w swoim koalicyjnym gabinecie, a następnie także opornych wobec idei jakichkolwiek rozmów z bolszewikami Francuzów do tego, by jednak takie rozmowy zainaugurować. Wbrew faktom, za to w oparciu o odpowiadające jego punktowi widzenia „ekspertyzy” brytyjski premier dowodził wówczas, że Rosja sowiecka dysponuje ogromnymi zapasami zboża, które mogą zaspokoić potrzeby stojącej na krawędzi głodu Europy.
Ostatecznie, narzucaną przez Lloyda George’a koncepcję rozmów z „rosyjską delegacją handlową” podjęła 25 kwietnia konferencja przywódców ententy w San Remo, na której spotkali się przedstawiciele Wielkiej Brytanii, Francji (z nowym, od 20 stycznia, premierem – Alexandrem Millerandem, będącym jednocześnie ministrem spraw zagranicznych we własnym gabinecie) oraz Włoch (z premierem Francesco Nittim), tworzący formalnie, wraz z reprezentującym Japonię ambasadorem Keishirō Matsuim, Radę Najwyższą Konferencji Pokojowej.
Wiosną 1920 roku, kiedy Piłsudski rozpoczynał swoją wielką akcję strategiczną w kierunku na Kijów, a Lenin przygotowywał militarną ofensywę, która miała rozbić Polskę, premier brytyjski przeforsował na konferencji alianckiej w San Remo politykę rozmów ekonomicznych, a następnie politycznych z delegacją Rosji sowieckiej. Polska nie uzyskała pomocy mocarstw zachodnich. Kiedy po siedmiu tygodniach pobytu w Kijowie Wojsko Polskie pod naporem nacierającej na północy Armii Czerwonej musiało się w czerwcu 1920 roku wycofać znad Dniepru, a wprowadzona tam władza Symona Petlury nie zyskała w tak krótkim czasie szerszego poparcia ukraińskich mas, pytania o przyszłość systemu wersalskiego na wschodzie Europy powróciły z całą siłą. Przygotowywany od miesięcy atak Armii Czerwonej w kierunku na Warszawę ruszył z niepowstrzymaną, jak się zdawało, siłą. Jego celem było zniszczenie nie tylko Polski, ale całego systemu wersalskiego. W lipcu 1920 roku kierujący tą strategią Lenin pisał do Stalina, który pełnił funkcję komisarza politycznego frontu nacierającego na Galicję:
„Zinowiew, Bucharin i także ja uważamy, że należałoby w tej chwili pobudzić rewolucję we Włoszech. Uważam osobiście, że należy w tym celu sowietyzować Węgry, a być może także Czechy i Rumunię”.
Stalin, który obiecywał w ciągu tygodnia zająć Lwów, następnego dnia odpowiadał:
„Teraz, kiedy mamy Komintern, pokonaną Polskę i mniej czy bardziej przyzwoitą Armię Czerwoną [...] byłoby grzechem nie pobudzić rewolucji we Włoszech. [...] Należy postawić kwestię organizacji powstania we Włoszech i w takich jeszcze nieokrzepłych państwach, jak Węgry, Czechy (Rumunię przyjdzie rozbić). [...] Najkrócej mówiąc: trzeba podnieść kotwicę i puścić się w drogę, póki imperializm nie zdążył jako-tako podreperować swojej rozwalającej się fury”. Podniecony otwierającymi się perspektywami Lenin jeszcze 12 sierpnia nawoływał ze zniecierpliwieniem: „Z politycznego punktu widzenia jest arcyważne, aby dobić Polskę”.
Polska jednak dobić się nie dała.
O samym przebiegu zwycięskiej dla Polski Bitwy Warszawskiej i jej równie zwycięskiej kontynuacji w bitwie nad Niemnem nie będziemy tutaj mówili. Mówimy wyłącznie o skutkach. Przypomnijmy więc najpierw, jak wielkie było rozczarowanie Lenina. Zderzenie z siłą ugruntowanego w zdecydowanej większości społeczeństwa dojrzałego patriotyzmu było dla bolszewików zjawiskiem nowym. Próba sowietyzacji Polski zatrzymała się na tym, co Richard Pipes nazwał europejskim nacjonalizmem, a co tak korzystnie wyróżniło Polskę od anomii społecznej, na której bolszewicy zbudowali swój sukces w Rosji, na Ukrainie czy na Białorusi. „Przeklęta, ciemna Polska” – jak pisał 4 września Kliment Woroszyłow, towarzysz Stalina z walk pod Lwowem – wykazała „szowinizm i tępą nienawiść do »ruskich«”. Nie było już mowy – przez następnych dwadzieścia lat – o sowieckich Węgrzech, Czechosłowacji, Rumunii, w mocy pozostały traktaty pokojowe bolszewików z „burżuazyjnymi” rządami małych republik bałtyckich. Lenin zweryfikował stanowczo całość swojej strategii: pomoc „moralna” i materialna dla sprawy rewolucji w państwach imperialistycznych miała być utrzymana, a nawet zintensyfikowana, w szczególności na terenie kolonii, natomiast wykluczone zostało na długie lata bezpośrednie angażowanie militarne państwa sowieckiego w eksport rewolucji, w każdym razie na terenie Europy. System wersalski został na osiemnaście lat ocalony w Bitwie Warszawskiej, a później niemeńskiej. Wraz z nim ocalała szansa niepodległego rozwoju Europy Środkowo-Wschodniej. Przynajmniej jej części i przynajmniej na pewien czas.
Z zupełnie odmiennej perspektywy oceniał znaczenie zwycięstwa polskiego pod Warszawą i odcięcia przez traktat ryski Rosji sowieckiej od Niemiec Mikołaj Trubecki, twórca nowej, wpływowej do dziś idei geopolitycznej: eurazjanizmu. Po klęsce ostatniego przyczółka białej Rosji na Krymie idea ta krystalizowała się w grupie młodych emigrantów rosyjskich w Sofii. Dla eurazjanistów, z Trubeckim i Piotrem Sawickim na czele, najważniejsze było przeciwstawienie Rosji i Europy, czyli „świata romano-germańskiego”. Sił do wytrwania w takiej odwiecznej konfrontacji z Zachodem Rosja miała poszukiwać w swojej odrębnej, nie europejskiej, ale eurazjatyckiej właśnie tożsamości. Momentem szczególnego ożywienia dyskusji wokół politycznego znaczenia owej tożsamości było już lato 1920 roku: kiedy najpierw bolszewicy wystąpili jako obrońcy „ziemi ruskiej” przed najazdem „polskich panów” na Kijów, a następnie rozwinęli wielką ofensywę na zachód, która „przez trupa białej Polski” miała poprowadzić nową, czerwoną Rosję w głąb Europy. Niezwykle ciekawe uwagi na temat relacji między ruchem bolszewickim a Zachodem naszkicował Trubecki w liście do przyjaciela z Pragi, sympatyka eurazjanizmu, a zarazem twórcy strukturalizmu w językoznawstwie, Romana Jakobsona. Pisał ten list Trubecki już z perspektywy końca wojny sowiecko-polskiej, zamykających się rokowań w Rydze. Proponował zatem ogarnąć jej całość i rozpatrzeć krew mrożące w żyłach eurazjanisty konsekwencje hipotetycznego powodzenia bolszewickiego szturmu na Warszawę oraz dojścia Armii Czerwonej do Berlina. Gdyby Leninowi udało się urzeczywistnić jego plan i zbolszewizować Niemcy – „oś świata natychmiast przemieściłaby się z Moskwy do Berlina”. Trubecki zdawał sobie w pełni sprawę, że podstawa ideowa bolszewizmu – komunizm – nie jest bynajmniej rosyjska, ale stanowi wykwit „romano-germańskiej cywilizacji”. Niemcy zbudowaliby zgodny z tymi zachodnimi źródłami ideał państwa komunistycznego, w Rosji – wskutek jej kulturowej odmienności – niemożliwy do zrealizowania. Po upadku Polski i dojściu Tuchaczewskiego do centrum Niemiec to Berlin stałby się „stolicą wszecheuropejskiej, a może nawet wszechświatowej republiki sowieckiej”. Trubecki nie miał wątpliwości:
„Panowie i niewolnicy zawsze byli, są i będą. Istnieją i w sowieckim ustroju u nas w Rosji. We wszechświatowej republice panami będą Niemcy, ogólnie rzecz biorąc – romanogermanie, a niewolnikami – my, to jest wszyscy pozostali. Stopień niewolnictwa będzie wprost proporcjonalny do »poziomu kulturalnego«, to jest do oddalenia od romanogermańskiego wzoru”.
Trubecki, nastawiony zdecydowanie antykomunistycznie, nie dostrzegał w bolszewikach żadnych „zbawców” Rosji. To raczej efekt ich przegranej w Bitwie Warszawskiej, zatrzymania ich pochodu na zachód pozwala im odegrać rolę formacji, która podtrzymuje odrębność, a nawet przeciwieństwo Rosji i świata „romano-germańskiego”. Ocena geopolitycznych skutków roku 1920 przez eurazjanistów da się ostatecznie streścić jednym zdaniem: Polacy uratowali nie tylko Europę przed sowietyzacją, ale także Rosję (bolszewicką) przed poddaniem jej znowu jarzmu Zachodu.
Lenin i Stalin musieli tymczasem rozliczyć się ze swych pochopnych nadziei na rozbicie Polski i systemu wersalskiego na IX konferencji swej partii, w końcu września 1920 roku. Obaj stwierdzali, iż jako rewolucjoniści bolszewicy nie mogli nie spróbować wstrząsnąć podstawami całego europejskiego systemu kapitalistycznego. Lenin w czasie swego tajnego przemówienia na tej konferencji, ujawnionego dopiero kilka lat temu przez archiwistów rosyjskich, użył charakterystycznego wyrażenia o „macaniu bagnetem” (szczupaniju sztykom) dojrzałości Polski i całej Europy Środkowo-Wschodniej do sowietyzacji, wskazując jednocześnie raz jeszcze, że nie chodziło o samą Polskę, ani nawet o jej sąsiadów, ale o rzucenie wyzwania całemu systemowi wersalskiemu. Kropkę nad i postawił, odpowiadając z sali na krytyczny głos Karola Radka, który sarkastycznie zauważył, że nie trzeba „macać” od razu bagnetem, wystarczy czytać gazety, by zorientować się, że rewolucja na Zachodzie, zwłaszcza w Anglii, jeszcze nie dojrzała. Lenin dorzucił wówczas, że nie o Londyn mu chodziło, ale o Berlin przede wszystkim... „Wódz rewolucji” wracał do koncepcji tymczasowego układu z „imperialistycznym okrążeniem”. Musiał go zawrzeć na znacznie gorszych warunkach aniżeli te, jakie rysowały się w propozycji lorda Curzona z lipca 1920 roku. Symbolicznie niemal zbiegło się w czasie – w marcu 1921 roku – podpisanie pokoju ryskiego z Polską i układu handlowego z Wielką Brytanią.
Piłsudski korzystał ze swoistej luki w rozmieszczeniu sił, jaka powstała na wschodzie Europy po I wojnie światowej, w czasie wojny domowej w Rosji. Nie chciał zmarnować tego krótkiego momentu, gdy maksymalne naprężenie polskiego wysiłku mogło przeważyć przejściowo sparaliżowane potencje wielkich sąsiadów. Jednak nie tylko ententa, ale również ludność wschodnioeuropejskiego Międzymorza zachowała w pamięci raczej doświadczenie potęgi Rosji (i Niemiec), którą mogłyby zrównoważyć – gdyby chciały – mocarstwa zachodnie, nie zaś osamotniona Polska, startująca przecież w 1918 roku z tego samego pułapu co pozostałe pozbawione własnej państwowości narody regionu. Próba zasadniczej zmiany geopolitycznej architektury Europy Wschodniej nie powiodła się. Polska obroniła swoją niepodległość, ale pozostała sama ze swoimi projektami. Choć niemała, niezredukowana do roli bufora czy to Niemiec, czy to Rosji, to jednak wciąż zbyt mała – by utrzymać się między wrogimi, napędzanymi totalitarnymi ideologiami Niemcami i Rosją. Zasadniczy cel geopolitycznej „rewolucji”, jaką zamierzył Piłsudski, najlepiej chyba oddaje wizja „Imperium Wschodniego – Polskiego Imperium Dominiów”, jak to określił niedoszły współpracownik tego projektu (na odcinku litewskim) Michał Römer. Imperium, łączące ziemie Polski, Ukrainy, Litwy i Białorusi – w formie federacji, ścisłego sojuszu czy innego ścisłego związku strategicznego – miało stać się w końcu alternatywą dla dominacji rosyjskiej (albo: niemiecko-rosyjskiej) nad Europą Środkowo-Wschodnią. Ale się nie stało.
Pokój ryski oznaczał zakończenie konfliktów zbrojnych wyniszczających Europę Wschodnią od sierpnia 1914 roku i początek stabilizacji dla wielu milionów mieszkańców tego regionu. W tym sensie domykał on na pewno prawnomiędzynarodowe ramy nowego porządku, który w większej części Europy wprowadził już wcześniej traktat wersalski. Kraje, które utrzymały niepodległość w marcu 1921 roku, zachowały ją przez kolejnych siedemnaście–osiemnaście lat. Czy to dużo, czy mało? Badacze, którzy patrzą na to zagadnienie z perspektywy roku 1939 – paktu Ribbentrop–Mołotow i jego fatalnych następstw – często w warunkach pokoju ryskiego widzą istotną przesłankę późniejszej katastrofy. Porozumienie geopolityczne Rosji (w ideologicznej formie ZSRR) i narodowo-socjalistycznych Niemiec tłumaczy się oczywistym niepogodzeniem obydwu mocarstw z terytorialnymi ustępstwami na rzecz Polski, wymuszonymi w Wersalu na Niemczech i przyjętymi w Rydze przez sowiecką Rosję, a przede wszystkim niezgodą Moskwy i Berlina na ich odseparowanie przez polskie „przepierzenie”. Takie niebezpieczeństwo – fatalnego dla porządku wersalskiego porozumienia Moskwy i Berlina, zawartego z winy Polski i jej wygórowanych ambicji – widzieli także współcześni, i to najróżniejszych orientacji politycznych.
Warto w tym kontekście przypomnieć komentarze Wiktora Koppa, sowieckiego dyplomaty, który zabiegał w 1920 roku o geopolityczne porozumienie na linii Moskwa–Berlin. Jesienią tego roku Kopp ubolewał bardzo nad tym, że go nie zawarto. Przypomniał, że była na to już wtedy wielka szansa i że to właśnie pokój ryski tę szansę pogrzebał. Nieznany jeszcze nikomu Hitler nie mógł być wówczas stroną takiego porozumienia, ale – jak ich określał Kopp – niemieccy „nacjonał-bolszewicy” (i patronujący im militaryści spod znaku gen. Ericha Ludendorffa) byli już realną siłą w polityce, a przynajmniej w niemieckiej opinii publicznej. Nie wygrali w roku 1920, wbrew nadziejom i staraniom Koppa. Utrwalenie niepodległej, względnie silnej Polski, ustabilizowanie porządku wersalskiego na wschodzie Europy przez traktat ryski oraz brak bezpośredniego połączenia terytorialnego między Rosją i Niemcami – wszystko to rzeczywiście osłabiało orientację wschodnią, prorosyjską w polityce niemieckiej. Koncepcja, którą chciał zrealizować Kopp, oznaczała sojusz Berlina z Moskwą nie tylko przeciw Polsce, lecz także przeciw Europie Zachodniej, przeciw zwycięskiej entencie. W polityce niemieckiej po 1920 roku owa orientacja miała swoją oczywistą kontynuację – od Rapallo w 1922 roku poczynając, poprzez kolejne sowiecko-niemieckie układy polityczne i handlowe. Jednak przecież nie ona dominowała w następnych kilkunastu latach, przeciwnie – aż do 1933 roku przeważała zdecydowanie tendencja do nieprowokowania zwycięskich mocarstw zachodnich, do stopniowego wpasowania Niemiec w porządek Europy wersalskiej.
Przywołując ten scenariusz historii alternatywnej: potencjalny sukces orientacji wschodniej w polityce niemieckiej i zbliżenie bolszewików w Rosji z „nacjonał-bolszewikami” w Niemczach już w roku 1920, chcemy poddać pod rozwagę jeszcze dwie kwestie. Skoro nad owym planem jak najbardziej realnie pracowano już w roku 1920, a jego główny wykonawca tak, a nie inaczej ocenił konsekwencje traktatu ryskiego, to może wolno spojrzeć na ów traktat jako na polityczny układ, który w istocie opóźnił, odsunął na wiele lat fatalny w skutkach (nie tylko dla porządku wersalskiego, ale dla milionów istnień ludzkich) geopolityczny sojusz komunistycznej Moskwy z rewanżystowskim Berlinem? Jeśli w sierpniu 1939 roku doszło do paktu Stalina z Hitlerem, to czy rzeczywiście była to konsekwencja niedoskonałości podpisanego ponad osiemnaście lat wcześniej pokoju ryskiego, czy też raczej wynik błędów politycznych popełnionych nie tylko w Rydze i nie tylko w Warszawie, ale także w innych stolicach europejskich, i to nie w roku 1920, ale w drugiej połowie lat 30. XX wieku?
Można też zastanowić się nad alternatywą, jaką dla wywalczonego przez Wojsko Polskie zwycięstwa pod Warszawą i warunków geopolitycznego kompromisu, uzyskanych po tym zwycięstwie w pokoju ryskim, tworzyła koncepcja brytyjskiego premiera Davida Lloyda George’a. Jej istotą było jak najszybsze włączenie Rosji sowieckiej do europejskiego układu politycznego i wymiany handlowej – układu i wymiany, której stronami miały być wielkie mocarstwa. O genezie tej koncepcji i próbie jej realizowania od stycznia 1920 roku pisałem obszernie gdzie indziej. Tu przypomnę tylko, że Polska była dla brytyjskiego premiera jedynie przeszkodą, chyba że udałoby się ją skurczyć do rozmiarów, w których mogłyby ją zaakceptować i Moskwa, i Berlin – właściwi partnerzy nowej wymiany. Stąd wynikała idea tzw. linii Curzona, wytyczonej w istocie przez sir Philipa Kerra, osobistego sekretarza i najbliższego powiernika politycznego Lloyda George’a, a przedstawionej w nocie sekretarza stanu Foreign Office do Gieorgija Cziczerina z 11 lipca 1920 roku. Następstwem tej koncepcji były także prowadzone od końca maja w Londynie rozmowy z sowiecką delegacją handlową, które przekształciły się z inicjatywy Lloyda George’a w negocjacje polityczne. Ich rangę potwierdzał udział Lwa Kamieniewa (osoby numer trzy w hierarchii sowieckiego państwa i partii bolszewickiej). Już 4 sierpnia był on z wizytą na Downing Street 10, a sześć dni później przysłuchiwał się z loży przeznaczonej dla najznakomitszych gości w parlamencie brytyjskim, jak premier Lloyd George uzasadnia potrzebę przyjęcia przez Polskę sowieckich warunków pokoju (w istocie zgody na kapitulację i sowietyzację).
Lloyd George od początku zakładał klęskę Polaków w militarnym starciu z Rosją sowiecką. Wyjeżdżał w połowie sierpnia do szwajcarskiej Lucerny w przekonaniu, podtrzymanym przez powracającego z misji informacyjnej do Polski sekretarza gabinetu Maurice’a Hankeya, że upadek Warszawy jest nieuchronny. Liczył, że prowadzone od trzech miesięcy w Londynie pertraktacje z wysłannikami czerwonej Moskwy przyniosą w tym krytycznym momencie rezultat. Chciał wykorzystać ten moment, aby wynegocjować nowy ogólnoeuropejski układ polityczny, który byłby w istocie zasadniczą korektą systemu wersalskiego. Elementem tej strategii był wcześniejszy pomysł organizacji konferencji w Londynie, na której w głównej roli – obok gospodarza – wystąpiłby wysoki przedstawiciel Rosji sowieckiej. Mniejsze kraje Europy Wschodniej, sąsiedzi Rosji, miałyby na niej jedynie wysłuchać werdyktu wydanego przez mocarstwa.
Polityczny projekt Lloyda George’a upadł wskutek zdecydowanego zwycięstwa polskiego w sierpniu, odniesionego wbrew oficjalnym sugestiom Londynu, by Warszawa skapitulowała przed Moskwą. Jak mogłyby wyglądać skutki powodzenia planu Lloyda George’a, w interesujący sposób pokazał kanadyjski historyk dyplomacji sowieckiej Richard K. Debo. W świetle znanej dokumentacji źródłowej nie miał on wątpliwości, że zwycięstwo sowieckie nad Polską oznaczałoby co najmniej sowietyzację Polski. Lenin i towarzysze z Politbiura mogliby następnie zawrzeć układy z Niemcami (w duchu umów przygotowywanych latem przez Koppa) oraz Wielką Brytanią. Brytyjski premier zakładał, że fala sowietyzacji zatrzyma się na granicy Niemiec. Po 20 sierpnia spotkał się w Lucernie z włoskim premierem Giovannim Giolittim, który w swej polityce wobec Rosji sowieckiej dał się już poznać jako zwolennik linii Lloyda George’a. Niedaleko, również w Szwajcarii, bawił wtedy także premier niemiecki Walter Simons. Lloyd George i Giolitti mogliby wówczas wspólnie zaapelować do Simonsa i francuskiego przywódcy Alexandre’a Milleranda o natychmiastowe spotkanie na międzynarodowej konferencji, która uzgodniłaby konieczną rewizję Wersalu, aby zażegnać kryzys. Oczywiście razem z przedstawicielami uznanej za równorzędne mocarstwo Rosji sowieckiej. Czy Francja, naturalnie niechętna takiemu rozwiązaniu – pyta retorycznie Debo – mogłaby się jednak sprzeciwiać w sytuacji, kiedy miałaby przeciw sobie Wielką Brytanię, a na wschodzie Europy zabrakłoby jej (po upadku Polski) jakiegokolwiek, nawet „zastępczego”, sojusznika? Czy Paryż odważyłby się popychać Niemcy w otwarte szeroko objęcia czerwonej Moskwy? Miałaby miejsce konferencja, tyle że w pełni „udana” i przyniosłaby takie efekty, jak wydarzenia 1922 roku z Genui i Rapallo.
Tylko czy taka konferencja, o jakiej myślał Lloyd George, mimo że istotnie mogła uwolnić Europę od widma kolejnej wielkiej wojny, przyniosłaby trwałe rezultaty i stabilizację? Kanadyjski historyk wyraził w tym względzie zasadniczą wątpliwość. Stwierdził, że sama siła polskiego nacjonalizmu, zepchniętego wówczas na margines, byłaby prawdziwą piętą achillesową zarówno systemu sowieckiej dominacji, jak i całego nowego układu międzynarodowego w Europie Wschodniej. Rosja sowiecka nie miała jeszcze dość sił, zauważa Debo, by rozszerzyć swoje wpływy aż do granic Niemiec.
„Nie można się nie zgodzić z twierdzeniem, że Moskwa była zbyt rozległa terytorialnie. Rok 1920 to nie 1945 (lub 1939) [...]. Piłsudski tak naprawdę zrobił przysługę bolszewikom, odciągając ich od Polski w 1920 roku. W dłuższej perspektywie Rosja sowiecka prawdopodobnie skorzystała na tym terytorialnym status quo, które idealnie odzwierciedlało aktualny układ sił. Sowieckiej Polski nie dałoby się uchronić ani przed wewnętrzną destabilizacją, ani zewnętrzną agresją. Istnienie takiego tworu stanowiłoby źródło ogromnej słabości i poważne zagrożenie dla wewnętrznej stabilności i międzynarodowego bezpieczeństwa Rosji sowieckiej”.
Scenariusz alternatywny przedstawiony przez kanadyjskiego badacza zawiera dwa założenia, które bliskie były samemu Lloydowi George’owi: jedno formułowane otwarcie, że Polska poniesie klęskę (czyli nie będzie miała głosu w nowym układzie politycznym 1920 roku), drugie – przyjmowane po cichu – że Rosja sowiecka zagra w owym scenariuszu taką rolę, jaką przypisze jej „walijski czarodziej”. Przypomnieć zatem warto, że Lenin i jego współtowarzysze z Politbiura nie mieli wcale takiego zamiaru. To oni chcieli wykorzystać Lloyda George’a i prowadzoną przezeń grę, nie myśleli wcale zatrzymywać się na granicy Niemiec. Wskazywały na to nie tylko cytowana wyżej korespondencja między Leninem i Stalinem z końca lipca, lecz także konkretne działania z połowy sierpnia (np. przygotowywanie maszyn drukarskich z niemieckimi czcionkami oraz „niemieckich towarzyszy”, którzy mieli ruszyć po upadku Warszawy z nową falą propagandy za zachodnią granicę Polski). W tej perspektywie koncepcje Lloyda George’a okazywały się zdecydowanie nierealistyczne.
Na początku września premier brytyjski zdawał sobie sprawę, że wydarzenia w Europie Wschodniej wymknęły się spod jego kontroli. Być może taki jest właśnie najważniejszy sens traktatu ryskiego. Choć często uznajemy go (słusznie) za swoiste dopełnienie systemu wersalskiego, to trzeba koniecznie pamiętać, że nie został on podyktowany przez zwycięzców I wojny światowej. Nie był porządkiem narzuconym przez mocarstwa zachodnie, ale raczej wyrazem ich bezsilności. Z chwilą kiedy w 1920 roku Stany Zjednoczone faktycznie porzuciły problemy europejskie, a w relacjach między Londynem i Paryżem pojawiły się liczne rozbieżności dotyczące zarówno stosunku do pokonanych Niemiec, jak do spraw rosyjskich (sowieckich) i wschodnioeuropejskich w ogóle, pojęcie „mocarstwa sprzymierzone i stowarzyszone”, które zdawało się gwarantować siłę nowemu, powojennemu ładowi, stało się puste. Wielka Brytania miała więcej kłopotów z utrzymaniem swego ogromnego imperium niż możliwości wykorzystania tej potęgi w Europie. Lloyd George widział, że Francja w roli pomocnika nie wystarczy, nawet jeśli wesprą ją jeszcze Włochy. Dlatego upatrywał kandydatów gdzie indziej – wśród państw, które zawsze były mocarstwami: w Niemczech, choćby nawet pokonanych, i w Rosji, choćby i sowieckiej. Wielka Brytania konkurowała z nią gdzie indziej – w Azji. Tej konkurencji obawiała się nadal w Turcji, na Zakaukaziu, w Afganistanie i Indiach (na tych azjatyckich frontach ewentualnej rywalizacji z Rosją sowiecką koncentrował swą uwagę kierownik Foreign Office George Curzon – całkowicie bierny w sprawach Polski i całego regionu). W Europie Wschodniej rada byłaby podzielić się odpowiedzialnością za porządek właśnie z Rosją, także dlatego, by odciągnąć ją od spraw azjatyckich. Lloyd George zmierzał w istocie do tego, by ład wersalski zaczął przypominać bardziej ten z Wiednia, czyli taki, o którym decydują wyłącznie mocarstwa, dzieląc się odpowiedzialnością. Nie pierwszy raz zatem mniejsze państwa, narody i ich aspiracje postrzegane były wyłącznie jako swoisty kłopot, z którym wielcy muszą sobie radzić.
Zwycięstwo polskie pod Warszawą, a następnie negocjowany samodzielnie przez Polskę traktat pokojowy z Rosją sowiecką budziły irytację Lloyda George’a i później także resentyment. Z owego resentymentu wynika być może przynajmniej część gorzkich uwag kierowanych zwłaszcza przez historyków anglosaskich pod adresem systemu wersalskiego (a tym bardziej wersalsko-ryskiego), którego Lloydowi George’owi nie udało się „zreformować” w duchu dawnego koncertu mocarstw. W takiej perspektywie możemy zobaczyć szczególne znaczenie polskiego zwycięstwa militarnego w sierpniu 1920 roku i następnie pokoju w Rydze. Traktat nie spełnił oczywiście wszystkich aspiracji narodowych obecnych w Europie Wschodniej po I wojnie światowej. Niektóre – zwłaszcza ukraińskie i białoruskie – boleśnie podeptał. Na tym polegała jego oczywista słabość (nie była to wina „złowrogich knowań” narodowej demokracji i jej delegata w Rydze Stanisława Grabskiego, jak głosi stworzona w obozie Piłsudskiego legenda, podtrzymywana do dziś nawet przez tak poważnych badaczy jak Timothy Snyder; legendę tę obalił ostatecznie Jerzy Borzęcki w swej mistrzowskiej monografii przebiegu rokowań ryskich). A jednak traktat ten łamał zasadę, iż tylko wielkie mocarstwa, bez żadnego głosu państw mniejszych, mogą decydować o kształcie międzynarodowego porządku, szczególnie w Europie Wschodniej i Środkowej, gdzie rolę jedynych odpowiedzialnych gospodarzy przypisano w takiej imperialnej mentalności Niemcom i Rosji. Polska torowała drogę mniejszym państwom, które chciały samodzielnie decydować o swym losie przy akceptacji mocarstw. Rosja sowiecka czuła się zmuszona, choćby tymczasowo, to prawo uznać. Mocarstwa zachodnie, przynajmniej w tym wypadku, również. Traktat ryski pozostaje więc w historii tej części Europy, która z perspektywy Zachodu najczęściej postrzegana jest jako obszar między Rosją a Niemcami, przykładem respektowania przez mocarstwa suwerenności mniejszych państw.
Okazała się ona efemeryczna, ponieważ zabrakło dla niej tego geopolitycznego poparcia ze strony mocarstw zachodnich, zwłaszcza anglosaskich, o jakie dopominał się bez skutku Piłsudski. Trwałego geopolitycznego przełomu sama Polska, bez wsparcia Zachodu, nie była w stanie osiągnąć. Ukazała jednak praktyczną możliwość takiego przełomu. I uratowała system wersalski – prawie na dwie dekady. W odnowionej postaci niepodległość mniejszych narodów i państw położonych na styku imperium niemieckiego i rosyjskiego wróci w 1991 roku. Zostanie wtedy poszerzona na kraje, które nie zdobyły jej w roku 1920, takie jak Ukraina czy Białoruś. Czy byłoby to możliwe, gdyby nie pamięć tamtych osiemnastu lat – „darowanych” Polsce, Litwie, Łotwie, Estonii, Finlandii, Rumunii, Węgrom i (nie chcącej na pewno o tym pamiętać, ale stanowiącej bezspornie część regionu i jego swoistej wspólnoty geopolitycznego losu) Czechosłowacji? To były lata, powtórzmy na koniec, „darowane” wbrew intencji brytyjskiego premiera i zadeklarowanej otwarcie bierności Stanów Zjednoczonych wobec tego obszaru i problemu, oraz wbrew próbie podjętej przez Lenina, Trockiego i Stalina, by przebić i obalić zaraz, już w 1920 roku, owo sriedostienije, cienkie przepierzenie między potężnym kułakiem sowieckim a mocarną dłonią niemieckiego robotnika.
Z tym pytaniem i refleksją zostawiam Czytelnika niniejszych rozważań nad problemem sprawczości, samodzielnego znaczenia polityki (i armii) polskiej – przynajmniej tej z roku 1920.
Bibliografia:
Jerzy Borzęcki, Pokój ryski 1921 roku i kształtowanie się międzywojennej Europy Wschodniej, Warszawa 2012.
Richard K. Debo, Survival and Consolidation. The Foreign Policy of Soviet Russia, 1918–1921, Montreal 1992.
W[ładimir] I[ijicz] Lenin, Nieizwiestnyje dokumienty 1891–1922, red. J.N. Amiantow, J.A. Achapkin,
W.T. Łoginow, Moskwa 1999.
Andrzej Nowak, Pierwsza zdrada Zachodu. 1920: zapomniany appeasement, Kraków 2015.
Andrzej Nowak, Polska i trzy Rosje. Studium polityki wschodniej Józefa Piłsudskiego (do kwietnia
1920 r.), Kraków 2001.
Richard Pipes, Rosja bolszewików, przeł. Władysław Jeżewski, Warszawa 2005.
Polsko-sowietskaja wojna 1919–1920 (Ranieje nie opublikowannyje dokumienty i matieriały), cz. I,
red. I[wan] I. Kostiuszko, Moskwa 1994.
Timothy Snyder, Tajna wojna. Henryk Józewski i polsko-sowiecka rozgrywka o Ukrainę, przeł. Bartłomiej Pietrzyk, Kraków 2008.
Zara Steiner, The Lights that Failed. European International History 1919–1933, Oxford 2005.
Wiktor Sukiennicki, Przyczyny i początek wojny polsko-sowieckiej 1919–1920, cz. II, „Bellona” 1963,
z. 3–4.
Artykuł pochodzi z książki „Polskie zwycięstwo 1920” wydanej przez Muzeum Historii Polski.