Bić się czy nie bić? – wywiad z prof. Jerzym Zdradą o powstaniu styczniowym. część 2.


O stanowisku „białych” i „czerwonych” wobec powstania styczniowego, znaczeniu sprawy polskiej w kontekście międzynarodowym i „dyktaturze” Traugutta, z prof. Jerzym Zdradą rozmawia Ewelina Szpak.


Ewelina Szpak: „Czerwoni” czyli zwolennicy i inicjatorzy powstania ideowo oraz programowo różnili się znacznie od bardziej ugodowych i „rozsądnych” białych. W ostateczności także i „biali”, skupieni wokół Andrzeja Zamoyskiego, wsparli powstanie. Dlaczego tak się stało? Czy chodziło o sytuację międzynarodową, w której mocarstwom zachodnim i Austrii, czyli potencjalnym sojusznikom walczącej Polski na rękę było powstanie przeciw Rosji, czy też może akces „białych” podyktowany był poczuciem narodowego obowiązku, bo skoro już powstanie wybuchło...?

Prof. Jerzy Zdrada: Część „białych”, zwłaszcza młodszego pokolenia, opowiedziała się po stronie Organizacji Narodowej i współpracowała z KCN już jesienią 1862, bo uważając powstanie za nieuchronne chciała „być z narodem”. Wybuch powstania oczywiście ten problem ukazał w całej ostrości. Poza Warszawą wahania znikały szybciej niż w kierownictwie tego obozu, które brało przede wszystkim pod uwagę szanse na pomoc zagraniczną, zwłaszcza Francji. Kiedy taka nadzieja pojawiła się w połowie lutego 1863 akces „białych” do udziału w powstaniu – jako „narodowego” – był przesądzony, ale z warunkiem dostępu do władzy w Rządzie Narodowym. Epizod z dyktaturą Mariana Langiewicza w marcu 1863 pokazuje nawet, że „biali” chcieli całkowicie zapanować nad powstaniem. Skończyło się na utworzeniu „koalicyjnego” RN, który w tej formule przetrwał do końca powstania (choć przy zmieniającym się składzie personalnym), poza dwoma epizodami (w maju i wrześniu 1863), kiedy władzę próbowali przejąć radykalniejsi działacze „czerwonych”.

W jakim stopniu wewnętrzne konflikty „białych” i „czerwonych” osłabiały powstańców?

Rozdwojenie w polskim obozie niepodległościowym na „białych” i „czerwonych” było faktem, który kształtował ideowe oblicze tych ugrupowań (a raczej obozów). Ta polaryzacja miała genealogię dłuższą, niż tylko z roku 1861, od pierwszych manifestacji patriotyczno-religijnych. Najogólniej rzecz ujmując oba obozy nie akceptowały koncepcji ugodowych Wielopolskiego, były programowo niepodległościowe, różniły się natomiast w kwestii „drogi”. „Czerwoni” dążyli do zbrojnego powstania przeciw Rosji w perspektywie, jeśli nie miesięcy, to około dwóch lat, „biali” sądzili, iż lepsza jest droga „etapowa” i jako pierwszy warunek stawiali przywrócenie Królestwu Polskiemu statusu konstytucyjnego z 1815 lub przynajmniej w wersji okrojonej według Statutu Organicznego z 1832 (notabene nigdy w życie nie wprowadzonego!), nie rezygnowali także definitywnie z powstania, odkładając je do czasu odpowiedniej koniunktury międzynarodowej. Te zasadnicze różnice nie znikły wraz z klęską powstania styczniowego. To był jeden z czynników kształtowania polskiej myśli politycznej w epoce nowożytnej. Natomiast po 22 stycznia 1863 nie brakowało przypadków wzajemnej nieufności, zwłaszcza na tle respektowania przez ziemiaństwo dekretów uwłaszczeniowych RN oraz charakteru walk powstańczych. Radykalniejsi członkowie RN zarzucali „białym” ociąganie się z pomocą w oczekiwaniu na interwencję mocarstw. Prawdą jest natomiast, że przystąpienie „białych” do powstania umożliwiło na wiosnę i w lecie 1863 rozwinięcie działań zbrojnych zarówno w Królestwie, jak na Litwie i Ukrainie. To w polityce RN służyło także polskim akcjom dyplomatycznym w Paryżu i Londynie na rzecz interwencji politycznej i militarnej mocarstw europejskich w obronie Polski. W ostatnim okresie powstania, od jesieni 1863, rosła już rezerwa dawnych „białych” wobec idei kontynuowania powstania, a to sił powstańczych nie wzmacniało. Ale też patriotyczna część ziemiaństwa polskiego, która w Królestwie i na Ziemiach Zabranych czynnie powstanie wspierała, zapłaciła za to wysoką cenę tracąc majątki ziemskie w drodze konfiskat, sekwestrów i przymusowej sprzedaży. Właśnie to stało się głównym powodem krytyki celowości powstania.

Czy powstanie miało szansę na zwycięstwo? W co wierzyli powstańcy – czy ich zryw był wynikiem romantyzmu i naiwności, czy rzeczywiście szanse na zwycięstwo i niepodległe państwo było w zasięgu ich możliwości?

Powstanie styczniowe upadło, tak jak wszystkie poprzednie, mimo że organizatorzy starali się uniknąć tego, co w ocenie postania listopadowego uznano za błędy polityczne i społeczne: od początku walką kierował Rząd Narodowy, dekretem uwłaszczeniowym zachęcano masy ludowe do walki z zaborcą, powstanie wywołało jedyną w XIX w. interwencję polityczną mocarstw na rzecz Polski, ruch objął cały kraj mobilizując szerokie kręgi społeczeństwa, a dzięki wielkiej ofiarności i poświęceniu prowadzono walkę najdłużej ze wszystkich naszych zrywów niepodległościowych.

Zawiodły jednak dwa elementy: w kraju dekrety uwłaszczeniowe nie pociągnęły chłopów do masowego udziału w walce, a mocarstwa podjęły wprawdzie interwencję dyplomatyczną, ale realnej pomocy militarnej Polska nie otrzymała.
Na ogół panuje przekonanie, że największe szanse na sukces miało powstanie listopadowe. Tymczasem w przeciwieństwie do barwnej wojennej epopei listopadowej właśnie szare partyzanckie powstanie styczniowe było znacznie bliżej sukcesu. Mam na myśli nie jego stronę militarną: tu nie ma wątpliwości – wojna partyzancka nie mogła pokonać Rosji pomimo bohaterstwa i determinacji powstańców, którzy zapisali niejedną piękną kartę i przeszli do tradycji narodowej. Klucz do zwycięstwa leżał w politycznej i militarnej pomocy zewnętrznej idącej w sukurs walczącej Polsce.

Powstanie spowodowało największe zaangażowanie mocarstw europejskich w sprawę polską w XIX w., wywołało jeden z poważniejszych kryzysów politycznych w Europie i wpłynęło w sposób decydujący na rozwój stosunków międzynarodowych. W Paryżu, Londynie i Wiedniu, a także w Petersburgu wiedziano, że kryzys polityczny spowodowany polskim powstaniem może przekształcić się w nową wojnę z Rosją. Dyplomacja rosyjska neutralizując zagrożenie twierdziła, iż powstanie to jej sprawa wewnętrzna, a ruch polski wymierzony jest w porządek europejski. Ujawnienie rosyjsko-pruskiej konwencji z 8 lutego 1863, tzw. konwencji Alvenlebena, o solidarnej walce z Polakami „umiędzynarodowiło” powstanie i umożliwiło mocarstwom zachodnim przejęcie inicjatywy dyplomatycznej w imię pomocy dla Polaków, ale przede wszystkim dla realizacji własnych celów. Napoleon III owładnięty ideą oparcia granic na Renie skierował atak polityczny przeciw Prusom dążąc do sprowokowania wojny i zabiegał o sojusz z Austrią. Wielka Brytania nie zamierzała dopuścić do wojny Francji z Prusami, blokowała możliwość sojuszu francusko-austriackiego i dążyła do rozbicia porozumienia francusko-rosyjskiego. Austria osłabiona kryzysem wewnętrznym, rywalizowała wprawdzie z Prusami o prymat w Niemczech, ale odrzuciła francuskie oferty sojuszu, bo nie mogła sobie pozwolić na wspieranie Napoleona III kosztem narodowych interesów niemieckich.
Tak wyglądał tzw. kontekst międzynarodowy. Ale ten splot dążeń i sprzeczności powodował, że noty Francji, Anglii i Austrii wysłane do Petersburga w trakcie trzech faz interwencji dyplomatycznej, utrzymane były właściwie w tonie perswazji, a brak jednobrzmiących żądań świadczył, że mocarstwa nie mają wspólnej linii politycznej. Nie wysunięto otwarcie sprawy polskiej niepodległości, choć o to toczyła się walka powstańcza i o to zabiegała dyplomacja polska. Napoleon III zachęcał do kontynuowania powstania (Durez!), ale o zbrojnej pomocy, na którą liczyli Polacy, nie mówiono. RN spodziewał się, że rozwój powstania będzie popychał mocarstwa do konfliktu zbrojnego. Toteż polskie akcje dyplomatyczne wobec rządów francuskiego, brytyjskiego, austriackiego i kurii rzymskiej, a także zachodniej opinii publicznej, zmierzały do skłonienie Francji, Anglii i Austrii do przejścia od interwencji dyplomatycznej w Petersburgu do bezpośredniego militarnego wsparcia walczącej Polski. Przynajmniej przez fakt uznania Polaków za stronę walczącą („belligerantów”).

To było celem Rządu Narodowego i powstańczej dyplomacji, z Agencją Główną Zagraniczną RN w Paryżu kierowaną przez Władysława Czartoryskiego oraz placówkami w stolicach europejskich. Wobec zagranicy RN występował jako jedyna prawowita władza walczącego o wolność narodu. Z kwestii polskiej starano się uczynić oś spraw europejskich. Podkreślano zwłaszcza, że niepodległa Polska stanie się zwornikiem, gwarantem trwałego pokoju (paix durable) w Europie.
Tymczasem brak stanowczości mocarstw pozwolił Rosji na przeciąganie negocjacji, a następnie ich zerwanie we wrześniu 1863, kiedy groźba wojny z Zachodem minęła. Fiasko interwencji przesądzało o politycznej klęsce powstania. Polacy, prowadząc wojnę partyzancką, mogli ze zmiennym szczęściem walczyć z wojskami rosyjskim, ale nie mieli szans na ostateczny militarny sukces. Ale jest też faktem, że nadzieje i oczekiwanie na pomoc Zachodu wpływały na charakter walki zbrojnej, która prowadzona była tak, aby pokazać narodowy charakter powstania, jego terytorialny zasięg, a główne możliwości militarne zachować na czas spodziewanej wojny Zachodu z Rosją. Ta „demonstracja zbrojna” miała dać czas dyplomacji, jak otwarcie mówili ministrowie Napoleona III.

W walce o niepodległość potrzebowaliśmy sojuszników, widzieliśmy ich w społeczeństwach krajów liberalnych, w rządach Francji i Wielkiej Brytanii, w europejskim ruchu rewolucyjnym skierowanym przeciw Świętemu Przymierzu i jego ideowym kontynuatorom. Nie zdołaliśmy jednak przełamać barier, jakie tworzyły różnice interesów między mocarstwami z jednej, a polskimi aspiracjami niepodległościowymi z drugiej strony.

Dzieje sprawy polskiej od powstania listopadowego do styczniowego – pokazują, jak interesy Francji i Anglii były zasadniczo rozbieżne z polskimi dążeniami do niepodległości. Nie dlatego, że społeczeństwa i rządy uważały, iż Polacy na niepodległość nie zasługują. Ale moralna wyższość sprawy niepodległości nie wystarczała. Potrzebna była siła powstania zdolnego do długotrwałej walki. Potrzebni byli sojusznicy, dla których rozwiązanie sprawy polskiej oznaczało polityczne i gospodarcze korzyści, sojusznicy gotowi użyć nie tylko perswazyjnych not dyplomatycznych, ale rzucić na szale argument siły. Walka o wolność i zjednoczenie narodowe Włochów, Węgrów czy Niemców także prowadziła przez pasmo klęsk nie mniejszych niż doświadczali ich Polacy, ale sprzyjająca koniunktura międzynarodowa i pomoc zewnętrzna dały im zwycięstwo w tym samym czasie, kiedy na nas spadła klęska powstania styczniowego. W XIX w. żaden naród nie odzyskał niepodległości samodzielnie: do zwycięstwa potrzebna była pomoc obca, w niejednym przypadku, jak na ironię, także ze strony mocarstw ciemiężących Polskę. Tej pomocy dla Polski zabrakło.
 
Powstanie wzbudzało gorące sympatie, ale pokonać Rosję można było tylko w wyniku wojny europejskiej. A tej w 1863 mocarstwa zachodnie nie chciały. Decydujące znaczenia miała rywalizacja Francji z Wielką Brytanią, która w gruncie rzeczy podtrzymywała rozbiorowe status quo na ziemiach polskich. W tym samym czasie trzy mocarstwa rozbiorowe miały więcej wspólnych interesów w sprawach polskich niż przeciwieństw na innych polach polityki europejskiej. Ta solidarność przesądzała o utrzymaniu polskiej niewoli.

Za pośrednictwem francuskiej dyplomacji pojawiła się idea zwołania nowego kongresu europejskiego – została ona odrzucona przez inne mocarstwa, jednak w swych działaniach Polacy nie byli osamotnieni. Wsparli ich zarówno działacze kształtującego się wówczas ruchu robotniczego, liberałowie, demokraci, ale też kuria rzymska i prawicowi katolicy z Austrii, Francji... Wielu również wsparło powstańców w walce. Jak liczny był udział obcokrajowców w powstaniu? Czy miało to jakiś wpływ na jego przebieg?

Interwencja dyplomatyczna zmontowana przez Napoleona III zakończyła się fiaskiem w sierpniu 1863, co w istocie – jak dziś to wiemy – grzebało polskie nadzieje na pomoc zagraniczną dla powstania. W końcu lata i jesienią 1863 zaczęto sobie z tego zdawać sprawę także w obozie powstańczym, ale jeszcze sądzono, że dojdzie do korzystniejszej koniunktury międzynarodowej dla Polski. Liczono na konflikt europejski w związku z „kryzysem duńskim”. Jednym z takich faktów politycznych, który przez kilka tygodni ożywił polskie nadzieje, była propozycja Napoleona III (5 XI 1863) zwołania kongresu międzynarodowego dla rozwiązania spraw europejskich, a wśród nich także polskiej. W gruncie rzeczy był to dyplomatyczny manewr Napoleona III, który po niepowodzeniu w sprawie polskiej, zdając sobie sprawę z rosnącej izolacji, chciał tą inicjatywą uratować przynajmniej część prestiżu międzynarodowego. Zakończyło się to kolejną porażką dyplomatyczną, bo ideę kongresu odrzuciły potencjalne aliantki – Anglia i Austria, nie mówiąc już o Rosji i Prusach, które nie dopuszczały myśli o poddaniu się kongresowym werdyktom. Z polskiego punktu widzenia kongresowe pomysły Napoleona III okazały się szkodliwe dla sprawy powstania. Nie bez racji Julian Klaczko pisał: „Dzień […] 5 listopada przeniósł sprawę polską w sfery tak idealne, że nie mogła jak tylko zniknąć. W gruncie rzeczy wypowiadała Francja dnia tego mowę pogrzebową sprawie polskiej”.

W październiku 1863 r. po upadku Rządu Narodowego, dyktatorem powstania został Romuald Traugutt. Czy w chwili objęcia przez niego przywództwa miał on realne szanse na powodzenie?

 

Romulad Traugutt
Romuald Traugutt

 Zmiany personalne we władzach naczelnych powstania były zjawiskiem właściwie permanentnym, bo wynikały zarówno z faktu, iż rosyjska policja nie próżnowała i niektórzy z członków Rządu Narodowego trafiali do Cytadeli. Wreszcie w łonie Organizacji Narodowej przez cały okres powstania trwała walka ideowa między radykalnym skrzydłem „czerwonych”, a tymi, którzy uważali za konieczność polityczną współpracę z tą częścią „białych”, która poparła powstanie przeciw Rosji i zaakceptowała ogólny program zawarty w Manifeście powstańczym oraz dekretach uwłaszczeniowych z 22 stycznia 1863. Ale też ten kompromis był przez skrzydło radykalne ostro krytykowany: zarzucano zwłaszcza, iż RN złożony z ludzi mało „rewolucyjnych” hamuje powszechne wciągnięcie ludu – pod którym rozumiano głównie chłopów – do walki; że ogląda się na pomoc obcą zamiast w pełni wykorzystać „siły żywotne” narodu. Dwukrotnie „czerwoni” przejęli władzę, na przełomie maja i czerwca oraz we wrześniu 1863, ale ostatecznie za każdym razem musieli ustąpić, gdyż sukcesów w prowadzeniu walki również nie mieli. Odnosi się to zwłaszcza do tzw. „rządu wrześniowego”, przeciw któremu zwróciła się część Wydziałów RN, organizacji miejskich oraz dowódców oddziałów wojskowych. W oparciu o te siły 17 października 1863 r. Romuald Traugutt przejął władzę stając się de facto Rządem Narodowym, gdyż nie miał wokół siebie innych pełniących funkcje formalnych członków RN, a jego najbliższymi współpracownikami byli dyrektorzy Wydziałów RN. Ten fakt spowodował, iż zwykło się mówić o „dyktaturze” Traugutta, choć w odróżnieniu od dyktatur Mierosławskiego i Langiewicza, nie miał Traugutt żadnego aktu formalnego oddającego mu takie uprawnienia. Z drugiej zaś strony stracenie Traugutta i czterech dyrektorów Wydziałów RN 5 sierpnia 1863 od razu nazwane zostało egzekucją „Rządu Narodowego” – przez Rosjan dla podkreślenia klęski ostatecznej powstania, a przez opinię polską jako dobitny wyraz martyrologii i tak już przeszło to do potocznej wiedzy o powstaniu styczniowym.

Traugutt obejmując władzę nad powstaniem był głęboko przekonany, że na wiosnę koniunktura międzynarodowa będzie dla sprawy polskiej korzystniejsza. Tak też sądzili ci działacze i dowódcy oddziałów (m.in. generałowie J. Hauke-Bosak, M. Heidenreich-Kruk, E. Różycki), którzy Traugutta poparli. Spodziewano się, iż w 1864 wybuchnie wojna europejska. Dlatego dla Traugutta głównym zadaniem stało się utrzymanie powstania do wiosny 1864 i wówczas rozwinięcie walki poprzez ogłoszenie pospolitego ruszenia. Te nadzieje zawiodły: kryzys europejski wywołany wojną duńską nie przekształcił się w konflikt europejski, a na ziemiach polskich przygniatająca przewaga militarna Rosji nie dawała szans na kontynuowanie walki powstańczej, tym bardziej, iż władze carskie przeprowadzając uwłaszczenie chłopów niejako „przechwyciły” najważniejszy element programu powstańczego. W marcu 1864, przed aresztowaniem, Traugutt miał świadomość, iż walka jest już prowadzona bez nadziei na zwycięstwo. Uważał jednak, że nie wolno mu opuścić posterunku.

                                                 
                                                        Rozmawiała Ewelina Szpak

W 3. części wywiadu m.in. o fenomenie społecznym i narodowym powstania styczniowego.

 

2013-01-23