Bić się czy nie bić? – wywiad z prof. Jerzym Zdradą o powstaniu styczniowym. część 1.

Od wybuchu powstania styczniowego minęło 150 lat, ale „rok 1863” wciąż budzi dyskusje. O sytuacji politycznej przed wybuchem tego zrywu niepodległościowego i o tym, czy można było go uniknąć – mówi prof. Jerzy Zdrada, w pierwszej części rozmowy poświęconej powstaniu.


Ewelina Szpak: Klęska Rosji w wojnie krymskiej i wiosna posewastopolska obudziły nadzieje Polaków na korzystne dla nich zmiany polityczne, kulturalne i gospodarcze. Jednak przebywający w 1856 w Warszawie car Aleksander II jasno stwierdził: „Żadnych marzeń, panowie”. Jak te słowa zostały przyjęte przez różne ugrupowania polskie? Jakie postawy wówczas przeważały?

Prof. Jerzy Zdrada: Mikołaj I był do tego stopnia znienawidzony, iż już samo objęcie tronu przez Aleksandra II w lutym 1855 powitane zostało w Rosji jako zapowiedź lepszych czasów. Polacy także liczyli na zelżenie sytemu, ale bezpośrednio śmierć Mikołaja I, poza zrozumiałymi wówczas reakcjami radości (okazywanymi jednak tylko w najbardziej zaufanych gronach rodzinnych i przyjacielskich), żadnych zmian w Królestwie Polskim nie przyniosła. Nadal rządził namiestnik Paskiewicz, który uosabiał istotę systemu mikołajowskiego wobec Polaków. Dopiero śmierć „Księcia Warszawskiego” (1 II 1856), jak tytułowano Paskiewicza, symbolicznie kończyła epokę Mikołaja I w Królestwie Polskim, ale to jeszcze nie oznaczało zapowiedzi zmian.

Jednakże, jak to bywa w takich okolicznościach, rosły nadzieje, że wkrótce nastąpi oczekiwana zmiana polityki wobec Polaków. Składały się na to dwie okoliczności. Z jednej strony odczuwalny już w 1856 powiew liberalizmu idący z Petersburga i Moskwy, któremu nadano nazwę „wiosny” lub też „odwilży” poswastopolskiej (notabene, właśnie wtedy zrodziło się  pojęcie, które do naszych czasów jest używane do opisywania kolejnych fal zmiany polityki władz w Rosji, a do niedawna również w Europie Środkowo-Wschodniej). Z drugiej – nowy układ sił na arenie międzynarodowej: w 1856 zawarty został sojusz Cesarza Napoleona III z Aleksandrem II, który miał służyć realizacji ich mocarstwowych interesów. Francja posługując się hasłem praw narodowości przygotowywała się już do usunięcia Austrii z Włoch i dążyła do oparcia granic na Renie a Rosja pragnęła odzyskać dominująca pozycję w rejonie Morza Czarnego i na Bałkanach, którą utraciła po przegraniu wojny krymskiej.

Do realizacji tych planów Francja i Rosja potrzebowały i udzielały sobie wzajemnego poparcia. I tu pojawiła się kwestia polityki Rosji wobec Polaków. Można nawet powiedzieć, iż była to jej „pięta Achillesa”. Oto w czasie rokowań pokojowych w Paryżu w 1856, kończących wojnę krymską, Anglia i Francja przymuszając Rosję do przyjęcia narzucanych jej warunków, zaszantażowały Aleksandra II groźbą poruszenia sprawy polskiej, na co car natychmiast odpowiedział poufnym zapewnieniem wprowadzenia w Królestwie Polskim „ulepszeń”. Ta obietnica zadowoliła zwłaszcza Napoleona III. Wiedział o niej także książę Adam Czartoryski, a pewne informacje musiały przeniknąć do Warszawy. Dlatego, kiedy - 22 maja 1856,  niespełna dwa miesiące po zawarciu pokoju paryskiego – Aleksander II po raz pierwszy przyjechał do Warszawy, witany zresztą entuzjastycznie, w kręgach ziemiańskich postanowiono to wykorzystać dla przedłożenia carowi petycji („adresu”) wyrażającego nadzieje na koncesje polityczne przywracające niektóre instytucje sprzed 1831, odebrane po klęsce powstania listopadowego. Wtedy okazało się, że car samodzierżca nie tylko nie miał zamiaru wysłuchać, a tym bardziej przyjąć owego polskiego „adresu”, ale uprzedzając polską inicjatywę, dwukrotnie rzucił znamienne ostrzeżenie „Żadnych marzeń panowie” (Messieurs, point de rêveries), bo nie mieściło się w jego wyobraźni, aby poddani bez zezwolenia ośmielali się zwracać do cara z prośbami i to natury par excellance politycznymi…

 

Od 1860 w Warszawie mamy do czynienia ze zjawiskiem określanym niekiedy „rewolucją moralną”, w której odrodziła się idea niepodległościowa. Na czym owa rewolucja polegała i w jakim stopniu przyczyniła się do wybuchu powstania? 

 Pojęcia historyczne związane są najściślej ze stanem świadomości, z emocjami epoki, w której powstały, choć w latach późniejszych bardzo często zmieniają znaczenie, gdyż zawsze istniała pokusa „aktualizacji” do konkretnych potrzeb. Otóż epoka powstania styczniowego dostarczyła chyba najwięcej przykładów żywotności pojęć i symboli, które wpływały na kształtowanie się wiedzy potocznej (nawet emocjonalnego stosunku do powstania), rodziły czarno-białe stereotypy, inspirowały twórców sztuki (zwłaszcza malarstwa), ale także używane były (np. przed 1914) do bieżącej walki politycznej.

Jednym z nich było pojęcie „rewolucji moralnej”, którym w 1861 określano postawę mieszkańców Warszawy, a wkrótce tej części społeczeństwa polskiego na ziemiach zaboru rosyjskiego, które czynnie manifestowało dążenia do niezależności, o zdecydowanie antyrosyjskim charakterze, w istocie niepodległościowe, choć jeszcze nie powstańcze. Istotnym zjawiskiem był fakt, iż kiedy władze rosyjskie użyły wojska i na Pl. Zamkowym oraz Krakowskim Przedmieściu w Warszawie padło kilkudziesięciu zabitych oraz kilkuset rannych, manifestujący w uniesieniu gotowi byli na największe ofiary w myśl hasła „gińmy za Ojczyznę”. Wrażenie tych wydarzeń w kraju oraz zagranicą było olbrzymie, a obserwowana pewna ustępliwość władz carskich, zrodziła przekonanie, iż manifestacje to nie tylko sposób mobilizacji społeczeństwa polskiego, ale także dobry instrument nacisku na Rosję. Zwłaszcza, że opinia europejska potępiała władze rosyjskie za brutalne traktowanie pokojowych manifestacji polskich.

Bez wątpienia ruch polski określany jako „rewolucja moralna” miał znaczny wpływ na rozwój dążeń powstańczych, choćby z tego względu, że dawał oparcie tym, którzy tworzyli pierwsze konspiracyjne organizacje, już z programem powstańczym. W październiku 1861, kiedy na patriotyczne manifestacje Rosjanie odpowiedzieli atakiem na kościoły i szerokimi aresztowaniami w Warszawie, utworzono Komitet Ruchu, z którego w czerwcu 1862 powstał Komitet Centralny Narodowy przygotowujący powstanie. 

 

Czy powstania styczniowego można było uniknąć? 

 Toczy się o to spór właściwie od 1863 roku! I od tego czasu pod pozorem dyskusji historycznej przekształcał się w debatę ideowo-polityczną z bardzo silnymi wątkami „aktualizującymi”, mającymi służyć jakimś celom całkiem współczesnym. Ale też odpowiedź nie jest ani prosta, ani łatwa. Pewne sprawy, które determinowały wybuch powstania, poruszyłem już wcześniej. Tu wspomnieć należy o powszechnym przekonaniu, że Rosja osłabiona po wojnie krymskiej będzie musiała cofnąć się pod naciskiem opinii europejskiej, a w końcu groźbą wojny ze strony mocarstw i że w samej Rosji dojdzie do buntu chłopskiego.

Wiadomo było również, że sprawie polskiej sprzyja europejski ruch rewolucyjny i narodowy, że wreszcie – czas najwyższy, aby przez odbudowę polskiej niepodległości naprawić zbrodnie rozbiorów. Był to bardzo silny splot aspiracji, obowiązku walki o wolność tak, jak go wówczas rozumiano oraz kalkulacji opartych na analogiach, zwłaszcza zwycięstwa ruchu włoskiego, który w latach 1859-1861 przyniósł utworzenie zjednoczonych Włoch. Moim zdaniem powstania jako takiego uniknąć się nie dało, ale co więcej – nie dało się także uniknąć jego wybuchu w chwili, kiedy przygotowania były dopiero w początkowej fazie. Wiadomo, że Komitet Centralny Narodowy zakładał możliwość podjęcia walki zbrojnej na wiosnę 1863, ale była to ogólna dyrektywa, bez wyznaczania daty. Wiedział o tym także Wielopolski i postanowił sprowokować głównego wroga, jakim dla jego koncepcji politycznej ugody z Rosją była Organizacja Narodowa, do podjęcia walki w narzuconym przez siebie terminie, słowem: nie czekać biernie na wybuch, ale przejąć inicjatywę polityczną. To jest geneza i istota „branki”.

Wielopolski dobrze wiedział, że taka prowokacja zmusi KCN do akcji, a tym, którzy go ostrzegali przed ryzykiem takiego kroku mówił: „Wrzód zebrał i rozciąć go należy. Powstanie stłumię w ciągu tygodnia i wtedy będę mógł rządzić”. Ruch, Organizacja Narodowa kierowana przez KCN, cofnąć się nie mógł, prowokacja się udała. Tyle, że uruchomiony został bieg wydarzeń, nad którymi Margrabia w żadnym przypadku nie mógł zapanować.

Reformy margrabiego Aleksandra Wielopolskiego i jego stanowisko wobec Rosji do dziś oceniane są niejednoznacznie, a niekiedy skrajnie. Czy Wielopolski był narodowym zdrajcą czy może skutecznym politykiem, wyprzedzającym swą epokę? Dlaczego jego ocena nie jest taka prosta?

 W jakiejś części odpowiedziałem na to pytanie mówiąc o „prowokacji przez brankę”. Trudno mówić o wielkości politycznej Wielopolskiego, który z premedytacją użył prowokacji jako narzędzia taktyki rządzenia społeczeństwem dążącym do niepodległości, nawet jeśli dwa główne stronnictwa – biali i czerwoni – różnili się co do drogi na jakiej tą niepodległość można będzie odzyskać. Przywykło się podkreślać „ciężar gatunkowy” tych koncesji i reform, jakie dzięki ugodowemu programowi Wielopolskiego wprowadzono w latach 1861-1862 w Królestwie Polskim: polskie szkolnictwo ze Szkołą Główna Warszawską na czele, spolszczenie administracji, zaczątki samorządu, równouprawnienie Żydów, a nawet program przymusowego oczynszowania, choć to ostatnie było rozwiązaniem społeczno-gospodarczym gorszym od uwłaszczenia, za którym opowiadał się obóz niepodległościowy.

 

Portret Aleksandra Wielopolskiego

Tyle, że były to koncesje z łaski cara, niegwarantowane konstytucyjnie, czego żądali biali. Petersburg w istocie traktował Margrabiego jako bardzo przydatnego realizatora swojej polityki wobec Polaków. Intencje cara Aleksandra II dobrze oddawał list do brata, wks Konstantego wysłanego do Warszawy w charakterze namiestnika: „Królestwo Polskie w jego obecnych granicach powinno na zawsze pozostać własnością Rosji”. Polska „nie powinna być ciężarem dla Rosji, lecz przynosić jej pożytek”, głównie „służąc jej jako więź z resztą Europy”. Ustępstwa  są ostateczne. To jest rosyjska „rękojmia pojednania”. O dalszych ulgach „nawet mowy być nie może, a w szczególności ani o konstytucji ani o armii narodowej. [...] Zgodzić się na to oznaczałoby wyrzeczenie się Polski i uznanie jej niepodległości ze wszystkimi jej zgubnymi konsekwencjami dla Rosji, tj. oderwanie się od niej tego wszystkiego, co kiedyś było podbite przez Polskę i co do dziś polscy patrioci uważają za swoją własność”. 

Car uważał, że należy utrzymać stan wojenny i zalecał Konstantemu, by Wielopolskiemu nie ustępował w niczym „co nie będzie w zgodzie z ogólnym interesem rządu i monarchii”. Margrabia właściwie nie rozumiał, że uzyskane koncesje zawdzięczał polskiemu ruchowi niepodległościowemu, który w Petersburgu uznano za groźny dla Rosji i zdecydowano się na taktyczne „primirenie” by zażegnać niebezpieczeństwo, ale także dokonać podziału w społeczeństwie polskim.

                                                         Rozmawiała Ewelina Szpak

W 2. części wywiadu o stanowisku „białych” i „czerwonych” wobec powstania styczniowego i znaczeniu sprawy polskiej w kontekście międzynarodowym.

 

 

 

Modyfikacja: 03/05/2013 16:50:51 przez HS

Modyfikacja: 03/26/2013 13:05:05 przez HS

2013-01-22