Nasi przedwojenni olimpijczycy i ich zawiłe losy

W zimowych igrzyskach olimpijskich uczestniczyliśmy od samego początku, czyli od 1924 r. i mimo, że nieraz stanowiliśmy całkiem liczną ekipę (ponad 50 osób) - to medali nie zdobywaliśmy.  Do tej pory udało nam się wywalczyć 8 medali w tym zaledwie jeden złoty.

Mimo to, wielu polskich olimpijczyków na trwałe przeszło do historii. Powodem były ich niebanalne życiorysy, pełne chwały i bohaterskich dokonań, choć czasem wśród szlachetnych postaci znajdowała się czarna owca.

Naszym pierwszym zimowym olimpijczykiem okazał się Leon Jucewicz. Wystartował w łyżwiarstwie w 1924 r. podczas Tygodnia Sportów Zimowych w Chamonix. Najciekawsze jest to, że Jucewicz o tym, że jest tym pierwszym polskim olimpijczykiem, dowiedział się dopiero rok później. Dopiero po roku bowiem, Międzynarodowy Komitet Olimpijski uznał zawody w Chamonix za pierwsze zimowe igrzyska olimpijskie.
Wyjazd Jucewicza do Chamonix, wywołał sporą krytykę w ówczesnej prasie sportowej. Tak się bowiem złożyło, że w Polsce za lepszego łyżwiarza uznawano sławnego Wacława Kuchara. To Kuchar zdobył mistrzostwo kraju, podczas gdy Jucewicz był dopiero drugi. Polski Komitet Olimpijski dał szansę jednak młodszemu o 5 lat Jucewiczowi i chyba na jego występie się nie zawiódł. W Chamonix zajął, jak pisano, zaszczytne VIII miejsce w wieloboju łyżwiarskim. Po igrzyskach Jucewicz w kraju długo miejsca nie zagrzał. Latem wyjechał do Brazylii i tam już został do końca życia. Nadal interesował się sportem, zwłaszcza tenisem ziemnym i mało kto wie, że posiadał niezwykły talent trenerski – wychował 23 tenisowych mistrzów Brazylii, a jeden z jego podopiecznych został mistrzem świata juniorów. Do końca życia Jucewicz podkreślał swą polskość – zakładał polskie kluby sportowe, wspomagał Polski Fundusz Olimpijski. Zmarł w 1983 r.
W pierwszych zimowych igrzyskach olimpijskich  w 1924 r., startowało jedynie 4 naszych reprezentantów, ale 4 lata później w St. Moritz było już 27. Jedynym zawodnikiem Polski, który startował w obu pierwszych igrzyskach był narciarz Andrzej Krzeptowski I. Być może, dlatego właśnie został chorążym polskiej drużyny. Naszego chorążego z 1928 r. rzadko się jednak wspomina i to wcale nie dlatego, że osiągnął kiepskie wyniki.

Gdy przyszedł czas okupacji hitlerowskiej Krzeptowski I podpisał akces do „goralenvolk”. Był renegatem i czerpał z tego korzyści finansowe. AK wydała na niego wyrok śmierci, ale nie zdążyła go wykonać. Zimą 1945 r. do Zakopanego wkroczyli sowieci. Aresztowany przez NKWD nasz olimpijczyk zażył truciznę i zmarł.
Wśród olimpijczyków z St. Moritz znajdował się też inny narciarz o tym samym imieniu i nazwisku. Krzeptowskiego II (dla odróżnienia po nazwisku podaje się cyfrę) nie raz spotykały nieprzyjemności z powodu fatalnego życiorysu jego, tak samo nazywającego się, kuzyna. Uściślijmy, że Krzeptowski II był żołnierzem WP i dostał się w kampanii wrześniowej do niewoli, w której siedział około roku. Starsi turyści pamiętają go jako powojennego gospodarza schronisk tatrzańskich (w Dolinie Pięciu Stawów i Roztoki). Był przemiłym człowiekiem i znakomitym gawędziarzem. Zmarł w 1981 r.
Podczas igrzysk w 1928 r. Polacy bardzo liczyli na występ drużyny hokejowej.    W Polsce hokej na lodzie był dyscypliną nową, przed I wojną światową niemal nieznaną Polakom. Z powodu braku sztucznych lodowisk, grano na zamarzniętych stawach czy zakolach rzek, co czasem bywało niebezpieczne. Nie przeszkodziło to w popularności tej dyscypliny - w samej Warszawie w latach 30. działało aż 10-12 klubów.   

Liderem reprezentacji Polski był Tadeusz „Ralf” Adamowski, który gry nauczył się w Stanach Zjednoczonych, gdzie na tamtejszym Harwardzie kończył studia. Adamowski, był kuzynem Ignacego Paderewskiego i zrobił tyle dla polskiego hokeja, ile jego wujek dla polskiej polityki. Gdy w 1923 powrócił do ojczyzny, przywiózł ze sobą nowoczesne łyżwy, stroje i kije, a także reguły gry w hokeja. Umiejętności i nauka Adamowskiego nie na wiele się zdały. W igrzyskach olimpijskich w 1928 r. hokeiści odpadli po dwóch meczach eliminacyjnych, choć podobno zostawili po sobie dobre wrażenie.
Najwyższe miejsce hokeiści zajęli na następnych zimowych igrzyskach, w Lake Placid w 1932 r. – byli tuż za podium, bo na IV miejscu. Tyle tylko, że w tych igrzyskach uczestniczyły… 4 zespoły hokejowe. Trenerem, kierownikiem i rezerwowym bramkarzem naszej narodowej reprezentacji był Tadeusz Sachs.
Rok potem Sachs był trenerem innej drużyny – żydowskiej reprezentacji z Polski, występującej na „Makabiadzie”. „Makabiada” czyli spartakiada Żydów z całego świata, w 1933 r. odbyła się w Zakopanem, a Sachs znów występował na niej w potrójnej roli: jako kierownik drużyny polskich Żydów, ich trener i współgospodarz całej imprezy. Tadeusz Sachs nie uczestniczył w kolejnych igrzyskach olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen w 1936 r., a jednym z powodów nie była niechęć do nazistowskiego państwa.

Na tych, zdominowanych przez hitlerowską propagandę igrzyskach, Polskę reprezentował narciarz Wilhelm Weinschenck. Podobieństw między Sachsem, a Weinschenckiem było kilka. Obaj byli polskimi olimpijczykami, choć nie polskiej narodowości Polakami. Obaj nie przeżyli wojny, choć śmierć unicestwiła ich w zupełnie różnych miejscach. Sachs zginął w getcie łódzkim, a Weinschenck jako żołnierz niemiecki na froncie wschodnim. Tu jednak uwaga. Według publicysty Bogdana Tuszyńskiego, Weinschenck podobno przeżył wojnę, odnalazł się w Brazylii i zmarł tam w  latach 80.


Stanisław Marusarz

W II Rzeczpospolitej z pewnością największy sukces osiągnął Stanisław Marusarz, zakopiańczyk popularnie zwany „dziadkiem”. Po raz pierwszy był na igrzyskach olimpijskich w 1932 r. Jeszcze wtedy nie wypadł tam dobrze, ale już w 1936 r. w Garmisch-Partenkirchen skoczył znakomicie (73 i 75,5 m) zajmując V miejsce. W 1938 roku zdobył wicemistrzostwo świata w skokach narciarskich, co było największym triumfem przedwojennego polskiego narciarstwa. Po wojnie jeszcze dwukrotnie jeździł na igrzyska, choć sukcesu z mistrzostw świata z 1938 nigdy nie powtórzył.
Sam Marusarz swój najważniejszy skok życia oddał nie na olimpiadzie i wcale nie na skoczni. W 1940 r. miał być rozstrzelany przez hitlerowców, ale zdołał umknąć z celi śmierci w więzieniu krakowskim na Montelupich. Wyskakując z okna na II piętrze musiał popisać się nie lada zręcznością. I to był ten najważniejszy skok, skok nie na medal, ale za cenę życia.
Do hitlerowskiego więzienia Stanisław Marusarz trafił za to, że był kurierem i przez Tatry z okupowanego kraju przeprowadzał ludzi zagrożonych aresztowaniem. Trzeba przypomnieć, że w ruchu oporu działali inni olimpijczycy: Andrzej Marusarz (olimpijczyk z lat 1932 i 1936), Bronisław Czech (z lat 1928, 1932, 1936), Stanisław Motyka (1928) i Aleksander Rozmus (1928). Ten ostatni w latach 1940-44 przebywał we Francji i przeprowadzał partyzantów przez alpejskie stoki do Szwajcarii. Po wojnie we Francji pozostał i tam też zmarł w 1986 r.


Bronisław Czech


Inny wspomniany - Andrzej Marusarz, po pełnym przygód przedarciu się przez Tatry w 1940 r. do Budapesztu i dalej do Paryża, wstąpił do Wojska Polskiego. On – stuprocentowy góral pełnił służbę w marynarce wojennej. Po wojnie krótko jeszcze pływał po morzach i oceanach na statkach handlowych, po czym wrócił do swoich gór. Zmarł w Krakowie 1968 r.

Z wodą nie był tak zaprzyjaźniony zakopiańczyk Stanisław Motyka. Dwa lata po igrzyskach w 1928 r. zdawał na CIWF (dzisiejszy AWF) i oblał egzamin sprawnościowy z pływania. Miał awersję do wody i ta niechęć nie była całkiem irracjonalna. Po przedostaniu się na Węgry w 1940, utopił się podczas kąpieli w Dunaju.
Do legendy przeszedł inny narciarz, trzykrotny olimpijczyk Bronisław Czech. Należał do najlepszych zawodników II RP i uchodził za wzór sportowca gentelmana. Miał upodobania artystyczne - malował i rzeźbił. Ostatnie jego prace powstały w obozie w Oświęcimiu, gdzie trafił po aresztowaniu przez gestapo w 1940 r. Zmarł  tam cztery lata później.
Polscy przedwojenni olimpijczycy po wojnie zazwyczaj już nie wracali do czynnego uprawiania sportu. Jednym z wyjątków był opisywany wyżej Stanisław Marusarz. Był na igrzyskach w 1948 i 52 r. Po raz ostatni skakał na igrzyskach olimpijskich w 1956 r., ale nie jako zawodnik, ale jako przedskoczek. I tak było to sensacją, bo „dziadek" miał wówczas 43 lata. Na tych właśnie igrzyskach w Cortina d’Ampezzo Polska zdobyła wreszcie pierwszy swój medal, a sprawcą tego sukcesu był Franciszek Groń-Gąsienica. No, ale to już zupełnie inna historia.
 

dr Robert Gawkowski
2010-02-05