Śmierć Grzegorza Przemyka: jednostka kontra komunistyczna dyktatura

W maju 1983 r. milicjanci śmiertelnie pobili Grzegorza Przemyka – młodego chłopaka, świętującego zdanie szkolnych egzaminów. W zatuszowanie tej sprawy oraz zapewnienie bezkarności mordercom zaangażował się cały aparat państwa. Ta tragiczna historia pokazuje, jak bezbronna była jednostka w starciu z systemem opresji.


Grzegorz Przemyk – który 12 maja 1983 r. świętował zdanie egzaminów maturalnych – został zatrzymany przez patrol milicji i wraz z kolegą przewieziony na komisariat. Coś, co początkowo było rutynowym zatrzymaniem zmieniło się w koszmar. Milicjanci uznali, że Przemyk jest zbyt hardy i musi dostać nauczkę. Trzech funkcjonariuszy skatowało go bijąc w brzuch – tak, aby nie zostawić śladów.

Z komisariatu Przemyka zabrała karetka, jednak pobity chłopak przez długi czas wędrował od lekarza do lekarza. Kiedy w końcu trafił w ręce chirurga okazało się, że obrażenia wewnętrzne były tak rozległe, że nawet błyskawiczna operacja nie mogła go uratować. Przemyk zmarł. Informacja o tragedii obiegła wkrótce całą Warszawę. Matka zabitego chłopaka – Barbara Sadowska – była cenioną poetką, wspierającą działalność opozycji demokratycznej. Ona sama została kilka dni przed incydentem pobita przez ubrany po cywilnemu oddział milicjantów, który na zlecenie kierownictwa ministerstwa spraw wewnętrznych wykonywał „brudną robotę”. Podejrzewano, że aresztowanie i torturowanie Przemyka miało być w rzeczywistości zemstą i próbą zastraszenia jego matki.

Straty wojenne

W rzeczywistości była to jednak samowola milicjantów. Takie polityczne zabójstwo nie było nikomu na rękę. Minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak cynicznie stwierdził na jednej z tajnych narad, że gdyby planowano dokonać egzekucji, skierowano by do tego zadania fachowców. Tymczasem sprawa zabójstwa Przemyka zaczynała zataczać coraz szersze kręgi – pisali i mówili o niej zagraniczni korespondenci.

Władze przestraszyły się konsekwencji. Nie chciały dopuścić do wizerunkowej katastrofy, ale nie miały też zamiaru ukarać winnych. Kiszczak tłumaczył, że „funkcjonariuszy, którzy uczestnicząc w walce o zaprowadzenie porządku, zmuszeni byli nadużywać siły i z tego powodu są oskarżani, trzeba bezwzględnie i konsekwentnie bronić. Tego rodzaju wypadki trzeba traktować jako działanie w czasie walki”.

W Polsce w owym czasie trwał stan wojenny, wprowadzony w celu rozbicia „Solidarności” oraz opozycji demokratycznej. Aparat przymusu (milicja, Służba Bezpieczeństwa oraz wojsko), jak również wymiar sprawiedliwość (wojskowe i cywilne sądownictwo oraz prokuratura) były narzędziami pacyfikacji polskiego społeczeństwa – władza wymagała od nich zwrócenia się przeciwko współobywatelom. Nikt o tym nie mówił, ale oczywiste było, że funkcjonariuszom dano przyzwolenie na stosowanie przemocy. Bezkarni milicjanci coraz częściej dawali upust swojej agresji.

Przemyk, który został zakatowany na kilka dni przed swoimi dziewiętnastymi urodzinami, nie był pierwszą ani ostatnią ofiarą takiej polityki władz. Niecały rok wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach zginął – na dzień przed swoimi siedemnastymi urodzinami – Emil Barchański. Takich przypadków było więcej. W Toruniu patrol pobił na śmierć Jacka Osmańskiego, który sam był milicjantem – tego dnia poszedł jednak po cywilnemu na koncert hardrockowej kapeli. Niewinnych ofiar było w stanie wojennym dziesiątki.

Przełożeni milicjantów także i tym razem nie mieli zamiaru przyznać się do winy. Wręcz przeciwnie, zaczęli napędzać spiralę przemocy. Zastraszano licealnych kolegów Przemyka. Jednego z uczniów organizujących demonstracje – Wojciecha Cejrowskiego, dziś znanego publicystę i autora filmów oraz książek podróżniczych – milicjanci zatrzymali, pobili, a na koniec wyłamali mu palce w obu dłoniach. Do egzaminów maturalnych przystąpił z unieruchomionymi rękami. Sprawa pobicia Przemyka była jednak zbyt głośna, aby zamieść ją pod dywan. Wiadomość o bestialstwie milicji – mimo próby uciszenia przez władze – stała się publicznie znana za pośrednictwem zachodnich radiostacji, m.in. Radia Wolna Europa.

Z matką zamordowanego spotkał się osobiście Jan Paweł II, który pod koniec czerwca 1983 r. odbywał pielgrzymkę do Polski. W czasie jednego z publicznych spotkań ktoś zwrócił jego uwagę: „Ojcze, Ojcze, To jest Basia (…) To jest Basia Sadowska, której zamordowali syna”. Papież „przycisnął ją do piersi i w sposób bardzo serdeczny zapytał o Grzesia – odczuła to jako pociechę” - wspominał Wiktor Woroszylski. Zdjęcie Sadowskiej wtulonej w Jana Pawła II trafiło do zagranicznych gazet – zamieścił jego francuski „Le Figaro”. Społeczny sprzeciw wobec stanu wojennego, rozbicia „Solidarności” oraz brutalności i bezkarności milicji zogniskował się wokół tego bezsensownego zabójstwa. Władze były przestraszone.

Działania nękające

W kolejnych miesiącach setki milicjantów i funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa brało udział w szeroko zakrojonych działaniach mających na celu mataczenie w śledztwie. Rozpoczęto od akcji propagandowej, skonsultowano się z psychologami w sprawie strategii „ocieplania” wizerunku milicji. Jednak największe starania podjęto, aby oczernić wszystkich świadków, przyjaciół, rodzinę oraz samego Przemyka. Całe zespoły rozpytywały ludzi, przeczesywały kartoteki i archiwa w poszukiwaniu jakiś skaz na ich życiorysach. Kluczowe osoby objęto całodobową obserwacją, instalowano podsłuchy, wprowadzano do ich otoczenia osoby współpracujące z tajną policją. Do kontrolowanych przez władze mediów przeciekały „plotki” – przekazywane przez SB prawdziwe oraz fałszywe informacje na temat problemów psychicznych i zdrowotnych, grzechów z przeszłości i zawirowań życiowych będących udziałem świadków zeznających przeciw milicjantom. Wszystko to miało skompromitować ich w oczach opinii publicznej, ale także wytworzyć trudną do zniesienia presję psychiczną.

Takie środki od wielu lat były w arsenale tajnej policji, stosowano je głównie wobec osób, których nie można było aresztować, porwać czy pobić czyli znanych działaczy opozycji, literatów czy aktorów. SB określała takie operacje mianem „działań nękających”. Nie pisano o nich w służbowych raportach, ślady pozostawione w dokumentacji zacierano. W jednym z nielicznych zachowanych dokumentów znajdziemy informacje o osobach związanych z Barbarą Sadowską. O Mai Komorowskiej, aktorce i przyjaciółce matki Przemyka, esbecy pisali: „pod jej nieobecność w domu unieruchomiono zamek do mieszkania. Uszkodzono w sposób trwały opony samochodu. Wykonany w późnych godzinach nocnych telefony nękające”.

Ten sam dokument zawiera informacje o tym, jak próbowano deprecjonować Władysława Siłę-Nowickiego, adwokata pracującego dla Sadowskiej: „rozpowszechnione są informacje, że jego kunktatorstwo w obronie [w jednej ze spraw karnych] (…) było celowe i miało spowodować rozpatrywanie sprawy przez Sąd Wojskowy i tym samym wymierzeniu bardziej surowych kar”. Wysyłano mu też anonimy z groźbami. Przeciwko drugiemu z adwokatów pracujących dla Sadowskiej sprokurowano zarzuty, które skutecznie uniemożliwiły mu uczestnictwo w procesie zabójców Przemyka.

Funkcjonariusze – aby złamać lub zastraszyć swoje ofiary – często brali na cel ich najbliższych. Takie środki zastosowano wobec jednego z sanitariuszy, który wiózł Przemyka karetką. Wpierw doprowadzono do tego, że jego teściowe stracili pracę. Potem jego brat został pobity przez nieznanych sprawców. Wreszcie milicjanci zaczęli straszyć go wizjami syna ginącego w wypadku: „Pamiętam to przesłuchanie” – wspominał w rozmowie z Cezarym Łazarewiczem – „wchodzi trzech nieznanych mi cywilów. Rozmawiają ze sobą, ale tak głośno, żebym i ja słyszał. Opowiadają, jak się topił Piotr Bartoszcze, działacz Solidarności, którego znaleźli martwego w rowie, o którym cała Polska huczała, że go SB wykończyło. Oni też mówią, że to nie przypadek. Żartują sobie z tej śmierci, śmieją się na głos. Nagle jeden z nich pyta: >>Czy Piotruś sam wraca ze szkoły? To takie niebezpieczne. Tyle dziś wypadków na drogach<<: Znali jego imię i wiedzieli, do jakiej chodzi szkoty. Zdrętwiałem. Wyczuli moją słabość. Trafili w najczulszy punkt. Wracam do celi i już o niczym innym nie myślę, tylko o Piotrusiu. Czy jest bezpieczny? Czy nikt go nie skrzywdzi? Jak go ochronić?”.

Kozioł ofiarny

Matactwa, zastraszanie świadków ani kampania propagandowa nie przyniosłyby znaczących efektów, gdyby reżim nie znalazł jakiegoś kozła ofiarnego, któremu można by przypisać zabójstwo Przemyka. Wybór padł na pracowników pogotowia ratunkowego. Zaczęło się śledzenie, dręczenie i aresztowania. Szukano ludzi, którzy mogliby złożyć fałszywe zeznania obiciążające sanitariuszy albo lekarzy, starano się nastawiać pracowników pogotowia przeciwko sobie nawzajem.

Kiszczak naciskał: „Ma być tylko jedna wersja śledztwa – sanitariusze”. Ostatecznie zadecydowano, że winą za pobicie zostanie obciążonych dwóch pracowników karetki. Aresztowano ich, a następnie zaczęto przesłuchiwać. Powołano do tego zadania ośmioosobowy zespół śledczych, który miał za zadanie doprowadzić aresztowanych na skraj wycieczenia fizycznego i psychicznego. Celem było uzyskanie zeznań – sanitariusze mieli dokonać samooskarżenia lub obciążyć się wzajemnie. Zostali poddani takiej presji, że jeden z nich podjął próbę samobójczą. Przesłuchujący go później funkcjonariusz z udawanym współczuciem tłumaczył: „Panie Michale, wiem, że chce pan odejść z tego świata. Ale najpierw niech pan weźmie na siebie winę za tych chłopaków z milicji, którzy są w to uwikłani”. Sanitariusze nie mieli szans – byli gotowi powiedzieć cokolwiek, byleby zakończyć koszmar.

Ich wymuszone zeznania nie przekonały nawet prokuratora prowadzącego sprawę. Naciskany przez swoich przełożonych znalazł się w sytuacji bez wyjścia – wołał złożyć rezygnację niż potwierdzić swoim nazwiskiem fałszywe świadectwa. Ostatecznie największy wpływ na kształt aktu oskarżenia miał sam Kiszczak. Zarzuty postawiono zarówno milicjantom, jak i sanitariuszom. O ile tych pierwszych oskarżono tylko o zwykłe pobicie, za co groziła kara do trzech lat pozbawienia wolności, o tyle pracownikom karetki groziła kara wieloletniego więzienia za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Ostatecznie sąd skazał ich na ponad dwa lata więzienia. Milicjantów uniewinniono.

W 1985 r. gen. Wojciech Jaruzelski chwalił ministra spraw wewnętrznych w czasie posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR: „Towarzysze, gdyby nie upór Kiszczaka, żelazny upór (…) to nie wiadomo jak by się to skończyło. Ale jednak on doprowadził, że znaleziono, że udowodniono, że mimo wszystko nie wolno tego wszystkiego na milicjantów zwalić. To dzisiaj przecież jest dla nas pewna ulga: jakby nie było mówią o tym Przemyku, ale muszą mówić półgębkiem, bo jednak telewizja pokazała, wszystko udokumentowano, uzasadniono”.

Następstwa

Czy Jaruzelski naprawdę w to wierzył? Wątpliwe. Nawet Mieczysław Rakowski, jeden z jego bliskich współpracowników, zapisał w dzienniku: „Obserwowałem sprawę Przemyka od pierwszej chwili. Wiadomo, że to milicjanci go skatowali, a jednak nie oni zostali skazani. Jaruzelski cały czas mówił, że trzeba w tej sprawie dojść do prawdy. Ale co przez to rozumiał?”. Atmosfera bezkarności doprowadziła wkrótce do podobnej tragedii – funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa zamordowali księdza Jerzego Popiełuszkę.

Popiełuszko był duchownym związanym z podziemną „Solidarnością”. To on pochował Grzegorza Przemyka oraz pocieszał matkę. Ligia Urniaż-Grabowska wspominała, że był on jedną z tych osób, które przynosiły Barbarze Sadowskiej ukojenie: „Przyszedł do Baśki i oznajmił, że osobiście odprowadzi Grześka. Wszystkim innym też obiecał się zająć. Potem usiadł w fotelu i ją przytulił. I tak siedzieli objęci w milczeniu. Trwało to bardzo długo. Na koniec zrobił jej znak krzyża na czole i wyszedł. Takie gesty pozwalały jej przetrwać”.

Ksiądz został zamordowany przez funkcjonariuszy SB kilkanaście miesięcy po zabójstwie Przemyka. Władze nie mogły zatuszować tej zbrodni, zdecydowały się wiec na pokazowe ukaranie winnych. Proces – zwany toruńskim – przebiegał w ekspresowym tempie, a esbecy zostali skazani na kary pozbawienia wolności. Do dziś nie wiadomo na pewno, kto wydał polecenie zabicia ks. Popiełuszki i kto był politycznie odpowiedzialny za tę zbrodnię. Wydawać by się mogło, że winą powinni zostać obarczeni Jaruzelski i Kiszczak. Tak się jednak nie stało. Obaj generałowie dzięki zabiegom politycznym i socjotechnicznym odsunęli od siebie podejrzenia o sprawstwo.

Sianie plotek, niedomówienia, celowe niedyskrecje i kłamstwa doprowadziły do politycznego obciążenia innych członków komunistycznych władz. Prawda była najprawdopodobniej taka, że w poczuciu bezkarności esbecy przekroczyli granicę. Rakowski notował w dzienniku w kontekście zabójstw Popiełuszki i Przemyka: „To, co się stało jest konsekwencją bezkarności, jaką cieszył się do tej pory resort MSW”. Winę za to ponosił Kiszczak, który jednak i tym razem uniknął odpowiedzialności.

Kwestia matactwa w sprawie Przemyka wyszła na jaw dopiero w 1990 r. Nowo mianowany prokurator generalny odnalazł dokumenty demaskujące rolę Kiszczaka w całej sprawie. W efekcie tego solidarnościowy premier Tadeusz Mazowiecki zwolnił go ze stanowiska. Śledztwo otwarto ponownie, wznowiono proces – w niższych instancjach skazano jednego z milicjantów, jednak przestępstwo zostało ostatecznie przedawnione. Ujawnienia kulis całej historii i tej mikrej namiastki sprawiedliwości nie zobaczyła Barbara Sadowska, która zmarła pogrążona w żałobie w 1986 r. Zabójstwo Przemyka odcisnęło trwałe piętno także na jego przyjaciołach oraz na oskarżonych pracownikach pogotowia ratunkowego, których życie do dnia dzisiejszego naznaczone jest traumą.

 

dr Tomasz Kozłowski, Biuro Badań Historycznych IPN

2021-09-22