OSTATNIA MISJA PIANISTY. 80 LAT TEMU UMARŁ PADEREWSKI

„Myśl o Polsce wielkiej i silnej, wolnej i niepodległej była i jest treścią mego istnienia, urzeczywistnienie jej było i jest jedynym celem mego życia” − mówił Ignacy Paderewski. Swoją ostatnią podróżą do Stanów Zjednoczonych jeszcze raz udowodnił, że nie były to słowa rzucane na wiatr. Mimo słabego stanu zdrowia i niemal 80 lat udał się latem 1940 r. w kolejną, jak się okazało, ostatnią misję - by pomóc sprawie polskiej. Umarł 29 czerwca 1941 r. w hotelu Buckingham w Nowym Jorku.


„Na trzeci dzień w niedzielę zmarł na minutę przed godziną 11 wieczór - pisał kompozytor Henryk Opieński - Tak zakończył życie (...)  w osiemdziesiątym pierwszym roku życia Ignacy Paderewski, wspaniały i niespożyty człowiek”.

ZOSTAWIŁ BEZPIECZNIE SCHRONIENIE

Stan zdrowia pianisty od dłuższego już czasu budził niepokój bliskich. Ale Paderewski niechętnie słuchał lekarzy. Wiosną 1939 r. odbył tournée po USA, pisał też listy i apele polityczne - choćby o uwolnienie Wojciecha Korfantego, który po powrocie do kraju został aresztowany. Pisał też do Roosevelta o wsparcie Polski po niemieckim ultimatum z 28 sierpnia.

Wiadomości o kampanii wrześniowej przyjmował pozornie ze stoickim spokojem. „Chcąc wiedzieć absolutnie wszystko przyjmował w milczeniu nawet najbardziej druzgocące wiadomości. (...) Tylko jeden, jedyny raz można było zobaczyć łzy w oczach Paderewskiego − było to w chwili kiedy słuchał oficjalnego komunikatu o zniszczeniu Warszawy” − wspominał Opieński.

Był jednym z poważnych kandydatów do przejęcia władzy od Ignacego Mościckiego. „Jeśli chodzi o Ignacego Paderewskiego, którego uważał za najbardziej odpowiedniego kandydata, to zaznaczył, że ze względu na bardzo podeszły wiek i zły stan jego zdrowia nie będzie go można obarczyć tak ciężką misją” − wspominał ambasador w Bukareszcie Roger Raczyński.

Sam Paderewski też nie garnął się do tej funkcji − starał się pomóc w przejęciu władzy przez gen. Władysława Sikorskiego. „Całą odpowiedzialność przed narodem za powodzenie naszych wysiłków spoczywa wyłącznie na Panu, Generale. Nie może ani na chwilę Pan Generał zapomnieć, że ani Pan Prezydent Rzeczpospolitej, ani reszta członków rządu, ludzi najlepszej zresztą woli i najszlachetniejszych zamiarów, nie uosabiają ani wobec naszych sprzymierzeńców, ani wobec kraju tych wielkich nadziei, jakie pokładamy w Panu, drogi Generale”.

Paderewski został natomiast przewodniczącym Rady Narodowej Rzeczpospolitej Polskiej − czyli organu doradczego i konsultacyjnego przy nowym prezydencie Władysławie Raczkiewiczu.

Nad wyjazdem do Stanów Zjednoczonych były premier zastanawiał się od dłuższego czasu. „Moja obecność w Stanach Zjednoczonych może sprawie nasze oddać pewne usługi. Nie chcę przeceniać swoich sił, ale sądzę, że uda mi się wykorzystać moje wpływy dla ożywienia działalności wychodźstwa i dla skoordynowania jego wysiłków. Nie wykluczam również możliwości interwencji przyjacielskiej u prezydent Roosevelta lub u moich amerykańskich przyjaciół, o ile taka interwencja okazałaby się dla naszej sprawy potrzebna czy pożyteczna”.

Idea podróży Paderewskiego do USA bardzo odpowiadała Sikorskiemu. „Obecność prezydenta Paderewskiego w Stanach Zjednoczonych byłaby dla sprawy niezwykle pożądana. Za ryzyko podróży nie mogę wziąć jednak odpowiedzialności. Jeśli stan zdrowia pozwala, wyjazd byłby ze wszech miar pożądany” − pisał na początku lipca 1940 r. 

Paderewski obawiał się też, że pozostając w swoim domu w Szwajcarii mógłby też - w przypadku zajęcia tego kraju przez Niemcy − zostać, jak to sam określał „więźniem Europy”.

Daleka wyprawa nie była w pełni bezpieczna nie tylko ze względu na stan zdrowia byłego premiera. Ewentualna interwencja dyplomatyczna za Oceanem nie mogła odpowiadać Niemcom, którzy i tak wpisali jego muzykę na czarną listę. A Paderewski musiał przejechać przez Francję Vichy oraz przez rządzoną przez faszystów Hiszpanię. O wyprawie wiedzieli więc tylko nieliczni - osoby blisko związane z pianistą.

Tuż przed wyjazdem Paderewski nagrał pożegnanie dla Szwajcarów. W tym kraju spędził z przerwami ponad 40 lat − w willi Riond-Bosson w Morges, nad Jeziorem Genewskim. Pożegnalne słowa nadane zostały kilka tygodni po wyjeździe Paderewskiego w czasie koncertu w Lozannie poświęconego jego utworom.

„Kiedy usłyszycie te słowa, będę już daleko stąd. (...) Poświęciłem życie dla swojej ojczyzny. Służyłem jej z całego serca i ze wszystkich sił moich, a wiecie, jak bardzo jest ona teraz nieszczęśliwa i jak cierpi. To ona wezwała mnie 'do służby'. W takich okolicznościach nie liczy się ani wiek, ani stan zdrowia, ani ryzyko ciężkiej i długiej podróży”.

Do Portugalii jechał samochodem. Największe kłopoty miał ze strony Hiszpanów, którzy zgodzili się go wpuścić, ale nie chcieli wypuścić z kraju. Sprawa szybko nabrała międzynarodowego charakteru. Interweniował ambasador Stanów Zjednoczonych i nuncjusz papieski. Najważniejsza okazała się jednak interwencja Roosevelta u gen. Franco. Prezydent USA poinformował, że Paderewski będzie jego osobistym gościem.

Paderewski opuścił Portugalię 27 października na statku American Export Line's Excambron. 4 listopada był na Bermudach, a dwa dni później mimo sztormu i spotkaniu z niemiecką łodzią podwodną dotarł do Nowego Jorku.

BOHATER AMERYKI

„Nie przyjeżdżam na odpoczynek!” − zapowiedział dziennikarzom schodząc ze statku. Jego przybycie wzbudziło wielkie zainteresowanie. Paderewski jeszcze tego samego zdania złożył oświadczenie. „Miłość jest szlachetnym, konstruktywnym uczuciem (...) Przez nią bronimy spraw, które nam leżą na sercu. Wierzcie mi, to nie nienawiść, nie niski instynkt zemsty, lecz umiłowanie tego wszystkiego, co jest szlachetne, co jest wzniosłe w naturze ludzkiej oraz miłość dla mojej biednej uciemiężonej ojczyzny, jak też miłość dla wszystkich innych niezasłużenie cierpiących narodów Europy i lęk o zagrożone bezpieczeństwo naszej cywilizacji - to wszystko upoważnia mnie, aby podzielić się z państwem moim niepokojem i nadziejami”.

Zarówno dla Paderewskiego, jak i Stanów Zjednoczonych dzień przyjazdu był datą znaczącą. Pianista zszedł na brzeg dokładnie w dzień swoich 80 urodzin. Amerykanie zaś po raz drugi wybrali prezydentem − przyjaciela pianisty − Roosevelta.

Paderewski został przyjęty po królewsku. Z okazji 50-lecia jego pierwszej trasy koncertowej w Stanach Zjednoczonych zorganizowanych zostało aż 6 tys. koncertów! „Tydzień Paderewskiego” okazał się wielkim sukcesem − dzięki niej udało się zebrać duże fundusze na chorych i rannych polskich żołnierzy w Wielkiej Brytanii.

Z tej okazji otrzymał też telegram od Roosevelta.

„Niewielu jest Amerykanów, którzy znają Pana tak długo jak ja, właśnie od momentu przybycia tutaj, w pamięci mojej zachowało się niezatarte wrażenie tej niezapomnianej chwili, gdy jako młody chłopiec zostałem Panu przedstawiony bezpośrednio po jedynym z pierwszych Pana koncertów. Jestem zatem jednym z Pańskich najstarszych przyjaciół i wielbicieli i cieszę się, że mogę brać udział w tym jubileuszu. (...) Przez pół wieku był Pan dla Amerykanów żywym przykładem siły ducha, zdobył Pan nasz podziw, poważanie i miłość, które wszędzie Pana otaczają, są tylko cząstką należnej sławy. Wzruszony, kieruje moje najserdeczniejsze życzenia do artysty, do patrioty i gorącego obrońcy wolności, o którą walczył Pan zawsze tak usilnie i szlachetnie”.

Pianista zatrzymał się w hotelu Ritz Tower w Nowym Jorku. Nie miał zbyt wiele czasu na odpoczynek − niemal codziennie ktoś go odwiedzał, hotel był też oblegany przez wielbicieli jego talentu. Paderewski rzucił się w wir działania. Przygotowywał memoriały, przemawiał przez radio, spotykał się z ludźmi, brał udział w różnego rodzaju mitingach − głównie z udziałem Polonii, którą namawiał do zbiórki pieniędzy oraz zaciągania się do wojska.

Uruchomił też swoje prywatne kontakty. „Mój drogi Panie Paderewski − pisał Roosevelt w jednym z listów − 11 lutego otrzymałem twój list, w którym podnosisz kwestię możliwej pomocy Polsce za pomocą 'Land Lease Bill', nad którym obecnie obraduje Kongres. Mam nadzieję, że wciąż poświęcając tak wiele myśli sprawie demokracji, nie zaniedbujesz swojego zdrowia. Mam szczerą nadzieję, podobnie jak wielu przyjaciół w tym kraju, że odzyskasz zdrowie, tak szybko jak to możliwe”.

Niestety stan zdrowia Paderewskiego cały czas się pogarszał. Zimę spędził na Florydzie, gdzie w Wielkanoc spotkał się m.in. z Sikorskim i Stanisławem Mikołajczykiem. W maju musiał zrezygnować z gry w ulubionego brydża, bo nie był w stanie utrzymać talii kart w ręku. Na spotkaniach coraz częściej zastępował go jego sekretarz Sylwin Starkacz.

Gdy jednak 22 czerwca Niemcy uderzyły na Związek Sowiecki. Paderewski zdał sobie sprawę, że to chwila przełomu w wojnie.

„Kogo bogowie chcą  zniszczyć, najpierw zsyłają na niego szaleństwo” − powiedział do Starkacza. Był tak wzburzony, że w nocy nie mógł zasnąć, a następnego dnia − wbrew protestom współpracowników − wyruszył samochodem na spotkanie Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Oak Ridge w stanie Nowy Jork. Trudy jazdy samochodem, a także wygłoszona przemowa wygłoszona w pełnym słońcu − w której wzywał Polaków do do czynu zbrojnego podobnie jak w 1917 r. dodatkowo mogły nadwątlić jego siły.

W piątek o północy zachorował − lekarz stwierdził zapalenie płuc... W niedzielę zmarł.

Bezpośrednią przyczyną śmierci było zapalenie płuc, ale jak wykazała sekcja zwłok muzyk cierpiał też na chorobę nowotworową - z przerzutami do płuc. Ostatnia misja Paderewskiego przyniosła jednak efekty − poza zbiórką pieniędzy, udało się też załatwić kredyty na uzbrojenie polskiej armii w Wielkiej Brytanii.

Pogrzeb przerodził się w wielką manifestację. W samej katedrze św. Patryka zgromadzić się miało ok. 4,5 tys. osób, a przed kościołem dalsze 35 tys. żegnających. „Mimo to, ta trumna była jeszcze wielką nadzieją odzyskania tego, cośmy stracili − wspominał ks. Józef Jarzębowski − Nadzieją, którą żył i przywiózł ze sobą ten znękany i obolały starzec, którą mniemał ożywić, jak przed laty, w masach Polonii ofiarność, natchnąć Biały Dom i Parlament (...) Zdaje się, że z tej trumny starego, znękanego człowieka płynęło owe modlitewne zaklęcie: Lecz zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei”. Paderewski pochowany został w alei zasłużonych na Narodowym Cmentarzu Arlington w Waszyngtonie. W 1992 r. jego szczątki przeniesiono do Polski i złożono w katedrze św. Jana w Warszawie. 

 

Łukasz Starowieyski

Fotografia w tle: Ignacy Paderewski, NAC.

 

 

 

2021-06-29