Poznań 1956: bunt, który wstrząsnął systemem

Strajk rozpoczęty przez robotników największej fabryki w Poznaniu, Zakładów Metalowych im. Józefa Stalina, rozszerzył się na całe miasto i nabrał charakteru antykomunistycznego buntu. Dla stalinowskiego reżimu było to trzęsienie ziemi.


28 czerwca 1956 r. o 6.00 rano, gdy robotnicy wydziału W-3 przyszli do pracy, nikt z nich nawet nie spojrzał na maszyny. Dźwięk fabrycznej syreny nie oznaczał zakończenia nocnej zmiany i rozpoczęcie dziennej, lecz obwieszczał rozpoczęcie strajku. Pół godziny później główna syrena fabryczna zawyła po raz drugi, tym razem wzywając do strajku wszystkich robotników. Tak zaczynał się dzień nazwany później „czarnym czwartkiem” lub poznańskim Czerwcem.

Odwilż

Śmierć Stalina w marcu 1953 r. była momentem zwrotnym w globalnej historii komunizmu. Utrwalone przez ćwierćwiecze kluczowe cechy systemu opartego na strachu i bezprecedensowym terrorze, były nie do utrzymania, a imperium, choć zdawało się być u szczytu potęgi, w istocie wyczerpało potencjał funkcjonowania na dotychczasowych zasadach. Świadomi tego następcy Stalina rozpoczęli proces kontrolowanej transformacji. W rządzonych przez komunistów Polsce i na Węgrzech, z różnych powodów, zakończyło się to wybuchem niezadowolenia społecznego.
W porównaniu do innych państw bloku „odwilż” w Polsce zaczęła się ze znacznym opóźnieniem. Impulsem, który ją przyspieszył były nadawane w Radiu Wolna Europa audycje zbiegłego na Zachód Józefa Światły, wicedyrektora X Departamentu w budzącym grozę Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, do niedawna jednego z najbardziej zaufanych i wprowadzonych w sekrety władzy funkcjonariuszy tajnej policji, osobiście aresztującego takich ludzi jak m. in. były sekretarz generalny partii komunistycznej Władysław Gomułka. W nadawanych od września 1954 r. pogadankach słuchanych przez tysiące ludzi Światło obnażał metody działania bezpieki i ujawniał fakty kompromitujące elitę władzy. Ferment objął też część elity partyjnej, co przeraziło i zmusiło do reakcji rządzących, którzy starali się przerzucić całą odpowiedzialność za ogrom zbrodni z siebie i partii komunistycznej na najważniejszych funkcjonariuszy bezpieki i aparat represji.
Opublikowany we wrześniu 1955 r. na łamach „Nowej Kultury” Poemat dla Dorosłych Adama Ważyka, niegdyś fanatycznego piewcy socrealizmu, nie bez powodu nazywanego „terroretykiem”, był świadectwem fermentu w środowiskach kulturalnych i naukowych. W tym samym czasie do niedawna śmiertelnie nudne pismo dla studentów „Po Prostu” zmieniło formułę i zaczęło się ukazywać jako „pismo studentów i młodej inteligencji”. Skupiało młodych ludzi, w większości związanych z komunizmem, którzy teraz w nadziei na uczynienie systemu bardziej ludzkim kreślili wizje powrotu do źródeł marksizmu – i stali się symbolem fermentu ogarniającego dziennikarzy i młodzież.
Najmocniejsze ciosy dla stabilności reżimu nad Wisłą nadeszły z najmniej oczekiwanej strony – z Moskwy. Po pierwsze, w czasie XX Zjazdu KPZR w lutym 1956 r. sowiecki lider Nikita Chruszczow z zaskakującą pasją obciążył Stalina odpowiedzialnością za wiele zbrodni, co wbrew jego intencjom uderzyło w sowiecki model budowy socjalizmu w krajach bloku. Po drugie, wkrótce po zakończeniu obrad zjazdu umarł polski namiestnik Stalina, Bolesław Bierut. Fakt ten ostatecznie zburzył chwiejąca się stalinowską strukturę władzy i wytworzył próżnię na szczytach władzy.
Dokonany w porozumieniu z Kremlem wybór jego następcy, Edwarda Ochaba tylko pozornie był manifestacją jedności partii. W rzeczywistości Ochab był postrzegany jako przywódca tymczasowy. Elita partyjna była głęboko podzielona na skonfliktowane frakcje, obciążające się wzajemnie odpowiedzialnością za stalinizm, spierające o program zmian i – co najistotniejsze – utrzymanie czy też próbę zmniejszenia zależności od Związku Sowieckiego. Nadzieje z tym związane społeczeństwo coraz powszechniej utożsamiało z niedawno zwolnionym z więzienia Władysławem Gomułką, odsuniętym od władzy za (jak powszechnie sądzono) upieranie się przy odrębnej, „polskiej drodze do socjalizmu”. Szybko rosnąca popularność sprawiała, że wokół jego powrotu do polityki toczyła się intensywna rywalizacja partyjnych frakcji.
Jak widać, bunt Poznania poprzedzało kilkanaście miesięcy, w czasie których na monolicie systemu komunistycznego przybywało rys świadczących o sile skrytych pod powierzchnią strukturalnych konfliktów i wewnętrznych sprzeczności.

Robotnicy

Robotnicy jako grupa rzekomo reprezentowana przez władzę „ludową” szczególnie silnie odczuwała kontrast między zapowiedziami komunistów a realiami świadczącymi o nieracjonalności całego systemu. Szczególnie boleśnie doświadczali gospodarczego chaosu, braku kompetencji kadry zarządzającej, represyjności reżimu i jego uzależnienia od Związku Sowieckiego. W 1955 r. na terenie fabryk wyraźnie rosło napięcie. Z jednej strony, w ramach redukcji aparatu represji zlikwidowano 90 proc. tzw. referatów ochrony, czyli kilkuosobowych komórek UB tworzonych w celu tłumienia w zarodku niezadowolenia i psychologicznego terroryzowania załóg. W efekcie kontrola aparatu bezpieczeństwa nad robotnikami słabła. Z drugiej strony, po tym jak w styczniu 1955 r. partia zapowiedziała walkę z „biurokratycznymi wypaczeniami” i ostrożnie zezwoliła prasie na opisywanie lokalnych patologii, naruszone zostało status quo lokalnego aparatu władzy. To wybiło aparatczyków z ról, do których byli przyzwyczajeni przez lata, byli coraz bardziej zdezorientowani i zagubieni.
Z perspektywy robotników deklaracje partii były czystą retoryką, gdyż przedstawiciele dyrekcji, najczęściej ci sami, którzy odpowiadali za drakońską dyscyplinę, teraz mówili o potrzebie poprawy doli „klasy robotniczej”. Ci zaś widzieli, że nic się zmienia i nie mieli złudzeń, co do szczerości oficjalnych zapewnień. Stały one w jaskrawej sprzeczności z doświadczanymi codziennie trudami pracy i życia codziennego. Tak więc na terenie fabryk jednocześnie opadała bariera strachu i rosło poczucie społeczno-ekonomicznej deprywacji robotników, co musiało doprowadzić do wybuchu. Czerwcowy bunt Poznania i wrzenie w fabrykach, jakiego do końca 1956 r. doświadczała cała Polska stanowiło rodzaj rachunku wystawionego komunistycznej władzy za całokształt jej polityki społecznej po 1945 r.

Trzęsienie ziemi

Wydaje się, że strajk taki, jak w Zakładach Metalowych im. Józefa Stalina (wcześniej i później zakładów im. Hipolita Cegielskiego) mógł się zdarzyć w każdym większym ośrodku przemysłowym. Problemy i konflikty występujące w Poznaniu odzwierciedlały warunki panujące w całym kraju. Niezależnie od miejsca zamieszkania i branży, postawy robotnic i robotników kształtowały takie zjawiska jak: wysokie normy pracy, niskie płace, fatalne warunki BHP, trudności aprowizacyjne, dramatyczne warunki mieszkaniowe, arogancja, zakłamanie i skorumpowanie przedstawicieli władz, terror, brutalna walka z Kościołem i uzależnienie Polski od Związku Sowieckiego.
Te powszechne doświadczenia były też udziałem robotników „Cegielskiego”. Trudno nie zwrócić uwagi, że w fabryce, która po głośnym referacie Chruszczowa była jednym z najbardziej rozdyskutowanych miejsc w Poznaniu, większość głosów dotyczyła fasadowości reżimowych związków zawodowych, żądań likwidacji sklepów i punktów gastronomicznych „za żółtymi firankami”, poprawy warunków BHP oraz żądań, które z całą mocą powróciły w czerwcu 1956 r. – zwrotu bezprawnie zawyżonego podatku od wynagrodzeń i przywrócenia progresji premiowej.
Prawdopodobieństwo wybuchu akurat w Cegielskim radykalnie zwiększył splot kilku okoliczności. Po pierwsze historycy wielokrotnie zwracali uwagę na szczególnie niekorzystną, na tle kraju, sytuację ekonomiczną, socjalną i mieszkaniową w Wielkopolsce, a w szczególności w Poznaniu. Po drugie, chodziło o zakład, w którym duży odsetek załogi stanowili robotnicy z przedwojennym stażem, kultywujący tradycyjny etos pracy, zdolni do działań zbiorowych w obronie swoich interesów. Po trzecie, konflikt nabrzmiewał od wielu miesięcy, co umożliwiło wyłonienie grupy liderów, nawiązanie kontaktów z innymi zakładami i przygotowanie wspólnego wystąpienia. Po czwarte w końcu, robotnicy wyczerpali wszystkie możliwości legalnej walki o swoje postulaty.
Gdy po rozmowach delegatów wysłanych do Warszawy dla przedstawienia robotniczych żądań, w zakładzie pojawił się odpowiedni minister, jego wystąpienie odczytano jako odrzucenie najważniejszych postulatów. Zdawano sobie sprawę, że pozostało już tylko sięgnąć po broń ostateczną – strajk – a zarazem, że władza mimo wszystko mięknie, co daje jakąś szansę na sukces. Zbliżające się Międzynarodowe Targi Poznańskie, organizowane po raz drugi po pięciu latach przerwy, stwarzały zdeterminowanym robotnikom wyjątkową okazję, by nadać protestowi duży rozgłos. Na targi do stolicy Wielkopolski przybywali nie tylko przedstawiciele zakładów z całego kraju, ale przede wszystkim liczni obcokrajowcy z Zachodu. By świat dowiedział się o proteście, strajkujący musieli jednak opuścić mury fabryki i przejść w pobliże terenów targowych.
Na dźwięk fabrycznej syreny ogłaszającej strajk prawie cała załoga, około 10 tys. robotników, przekroczyło bramę Cegielskiego zdejmując z niej napis: „Zakłady im. Józefa Stalina”. Po drodze dołączali do nich pracownicy innych zakładów i mieszkańcy Poznania od rana krzątający się w swoich sprawach. Na centralnym placu miasta i sąsiadujących ulicach zgromadziło się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Żaden z robotniczych liderów nie miał planu na to „co dalej” i gdy tłum obległ już gmachy władzy, a próby rozmów z jej zaskoczonymi przedstawicielami zakończyły się niczym, nikt nie kontrolował sytuacji. Wydarzenia zaczęły toczyć się żywiołowo i eskalować.
Pojawiły się hasła o charakterze politycznym, śpiewano już nie „Międzynarodówkę”, jak w czasie przemarszu, ale hymn państwowy, pieśni patriotyczne i religijne. Demonstranci powiewali biało-czerwonymi flagami, chodzili po mieście z transparentami z żądaniami obniżki cen i norm oraz napisami „Żądamy chleba” i „Chcemy żyć”. „Precz z dyktaturą” – napisał ktoś na tramwaju. Uczucia demonstrantów chyba najlepiej oddają dwie tablice zawieszone przez nich na gmachu komitetu wojewódzkiego partii: „Chleba” i „Wolności”. Protest przerodził się w bunt o obliczu antysystemowym i narodowym. Nie powinno to dziwić, gdyż uczucia narodowe motywują ludzi o wiele silniej niż społeczne i kiedy nie ma już wiele do stracenia, intensywność przemocy zrodzonej z powodów patriotycznych jest na ogół silniejsza, niż skala przemocy zrodzonej z niezadowolenia na tle ekonomicznym.
W ciągu kilku godzin stalinowski aparat władzy w Poznaniu załamał się. Demonstranci opanowali gmachy lokalnych władz, rozbili więzienie, gdzie zdobyli broń, zaatakowali siedzibę sądu i prokuratury, zniszczyli nadajnik zagłuszający zachodnie radiostacje, przede wszystkim Radio Wolna Europa. Opór stawili im dopiero broniący swojej siedziby funkcjonariusze UB, nie bez racji obawiający się jak zostaną potraktowani, gdy dostaną się w ręce tłumu. Oddane z gmachu pierwsze strzały rozpoczęły jego kilkugodzinne oblężenie. Wśród uczestników protestu powtarzano pogłoski o starciach także w innych miastach, a szturmowany i ostrzeliwany budynek policji politycznej jawił się ludziom na ulicach jako ostatni niezdobyty bastion komunizmu. Uzbrojone grupy demonstrantów rozbrajały komisariaty milicji w Poznaniu i okolicznych miejscowościach w celu zdobycia dodatkowej broni i amunicji. Mechanizmy rządzące psychologią tłumu tłumaczą dynamikę protestu ewoluującego od buntu społeczno-ekonomicznego, przez rebelię antykomunistyczną, do powstania narodowego, jakim jawił się Czerwiec jego uczestnikom, odwołującym się do wzorców zachowań podsuwanych przez pamięć zbiorową.
Bunt Poznania wywołał chaos na wszystkich szczeblach decyzyjnych reżimu, ujawnił nieprzygotowanie do reakcji na tego typu wystąpienia i skutkował uruchomieniem sił nieproporcjonalnie dużych w stosunku do rzeczywistych rozmiarów oporu. Do miasta wprowadzono dwie dywizje pancerne liczące 360 czołgów i dwie dywizje piechoty, razem ponad 10 tysięcy żołnierzy. W czasie starć, w tym także na skutek przypadkowych postrzałów zginęło 57 osób, a 650 zostało rannych. Najmłodszą ofiarą był 13-letni Romek Strzałkowski.

Napięcie rośnie

Z dzisiejszą wiedzą o dalszych losach Polski pod rządami komunistów wyraźnie widać, iż Czerwiec był zarówno ostatnią próbą zbrojnej insurekcji jak i prekursorem nowej formy otwartego, masowego sprzeciwu społecznego: strajku ewoluującego w demonstrację kierującą się do lokalnego przedstawicielstwa władzy. Wówczas głównym odniesieniem, zwłaszcza dla partyjnych decydentów lub obserwatorów na Zachodzie, było wcześniejsze o trzy lata antykomunistyczne powstanie w NRD i – w mniejszym stopniu – bunt robotników w zakładach samochodowych (przedwojennej Škody) w Pilźnie. Analiza reakcji reżimów NRD i Czechosłowacji i ich polityki społeczno-ekonomicznej po buntach z 1953 r. być może pozwoliłaby sformułować hipotezę, dlaczego to w Polsce po 1956 r. dochodziło do kolejnych kryzysów. Możliwe, że w Polsce nie wyciągnięto odpowiednich wniosków z bolesnych doświadczeń „bratnich” reżimów, a w 1955/1956 r. było już na to za późno.
Decydenci w Warszawie wpadli w trwogę, ich obawy o rozprzestrzenienie się wystąpień na inne obszary kraju były uzasadnione, o czym świadczyły trafiające na ich biurka alarmujące raporty policji politycznej o nastrojach i reakcjach społecznych. Drastyczne spacyfikowanie buntu zapobiegło takiemu rozwojowi wydarzeń, ale nie było w stanie stłumić rozchodzenia się po całym kraju wiadomości i pogłosek. Mimo ścisłej blokady informacyjnej i zakłamanej kampanii propagandowej społeczeństwo z reguły dobrze przeczuwało co tak naprawdę wydarzyło się w Poznaniu – że wystąpili zdesperowani robotnicy – i wszędzie reagowało ogromnym poruszeniem. Głównym tematem setek codziennych rozmów były głodowe płace, zawyżone normy, odrzucenie oficjalnej narracji o „wrogiej prowokacji” i zrozumienie racji poznaniaków. Często solidaryzowano się z nimi w setkach spontanicznych i gwałtownych reakcji indywidualnych i zbiorowych.
Władze czuły, że ścigają się z czasem i gorączkowo szukały rozwiązań, które uspokoiłyby rewolucyjne nastroje społeczne, ale z powodu klinczu w Biurze Politycznym i głębokich podziałów partyjnej elity, o których po lipcowym VII Plenum KC wiedziało pół Polski, znalazła się w impasie. We wrześniu 1956 r. temperatura społeczna zaczęła wzrastać, by w październiku, w dniach poprzedzających VIII Plenum KC, które miało przynieść definitywne rozstrzygnięcia, osiągnąć stan wrzenia – co wyniosło do władzy Władysława Gomułkę. To wzbudzony w Czerwcu strach reżimu przed przebudzonym społeczeństwem był kluczowym elementem prowadzącym do przesilenia w Październiku i nie będzie wielkiej przesady w stwierdzeniu, że bez Czerwca nie byłoby Października. Gdyby jednak nie jesienny przełom i rehabilitacja buntu Poznania, uznanego przezGomułkę za uzasadniony protest klasy robotniczej (niezależnie na ile było to podyktowane taktyką i krótkotrwałe), zapewne pozostałby on wydarzeniem takim jak antykomunistyczne powstanie w NRD z 17 czerwca 1953 r. – odosobnionym, o którym pamięć na długie lata tamtejszej władzy udało się w znacznym stopniu wymazać ze świadomości narodowej.

Paweł Sasanka

Artykuł w wersji anglojęzycznej dosptępny jest na portalu PolishHistory.pl

 

2021-06-28