Henryk Samsonowicz (1930-2021): badacz, świadek i współtwórca historii

Gdyby w epitafium zmarłego w piątek 28 maja br. profesora Henryka Samsonowicza wymienić wszystkie jego prace, nie starczyło by już pewnie miejsca na nic więcej: katalog Biblioteki Narodowej wymienia ponad 500 pozycji, w tym ponad 130 książek i podręczników; niektóre wznawiano wielokrotnie.


Oczywiście, najbardziej znany był jako mediewista: tego dotyczy większość z tych pięciuset pozycji, czy będą to „Zagadnienia kultury miast nadbałtyckich w XIV i XV wieku”, czy „Miasto i wieś na prawie niemieckim w późnym średniowieczu”, czy „Mity, podania i legendy jako źródło historyczne”. Pozostał wierny tej fascynacji i przekonaniu o fundamentalnym znaczeniu średniowiecza jako epoki, która sformułowała Europę. „Jest średniowiecze epoką złożoną, ograniczoną niską wiedzą ludzką i nawykami sprzed tysięcy lat – pisał. – Ale jest początkiem życiorysu zbiorowego całej europejskiej ludzkiej populacji”. Ale jego zainteresowania obejmowały nieporównanie szerszy krąg tematów i zarazem sięgały głębiej.

Tego, że zajmował się nie tylko średniowieczem, dowodzi choćby najpopularniejszy podręcznik jego pióra, „Historia Polski do roku 1795”, z którego do matur i egzaminów na studia przygotowywało się wiele roczników. Ale on sam nieraz podkreślał choćby swoje przywiązanie do epoki napoleońskiej. „Do dzisiaj znam tę tematykę nie najgorzej. Potrafię nie tylko według alfabetu wymienić wszystkich 28 marszałków Napoleona, ale wiem też, jakie bitwy skończyli poszczególni z nich, kto zwyciężył, kto przegrał” – wspominał w rozmowie-rzece, jaką przeprowadził z nim prof. Andrzej Sowa. Nie szło jednak tylko o wielkie epoki: klucze od sołtysa Długosiodła dostał za cykl studiów napisanych – ot, tak, en passant, podczas wakacyjnych pobytów  - o Kurpiach, opisując w luźnej rozmowie Warszawę swojego przedwojennego dzieciństwa płynnie przechodził do wyliczenia jurydyk i wałów Lubomirskiego, by wyjaśnić przebieg granic stolicy. Można to nazwać „uprawianiem historii totalnej” – albo po prostu nie opuszczającą go nigdy fascynacją.

Z tym samym podejściem „totalnego historyka” opisuje swoją młodość i rodzinne korzenie na kartkach „Świadka epoki”, wspomnianej już rozmowy-rzeki, rozdzielając doświadczenia jednostkowe, od tych, które ilustrują epokę, w jakiej przyszło mu dorastać. Te drugie składają się na portret pewnego czasu, ale i formacji społecznej: ojciec – profesor geologii, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego i UJK, matka – nauczycielka gimnazjalna, w młodości łączniczka POW. Pierwsze „wspomnienie polityczne”? Pogrzeb Marszałka. Wakacje w majątku ziemskim lub nad morzem, na wpół zburzona kamienica we wrześniu 1939, tajne komplety. I to, co najtrudniejsze – śmierć starszego brata Andrzeja, ps. „Xiążę”, porucznika batalionu „Zośka”, w połowie września 1944.

Również w powojennych latach można mówić o pewnej spójności wyborów i orientacji grupy młodych inteligentów – z doświadczeniem klęski Powstania, z potrzebą przemian społecznych, z pragnieniem podjęcia życia naukowego, z ciekawością nowych metod badawczych, na większą niż dotąd skalę wykorzystujących dane statystyczne i gospodarcze. „Miałem wówczas [pod koniec lat 40.] kilku najbliższych przyjaciół, należeli do nich Janusz Tazbir, kolega z klasy maturalnej, oraz Antoni Mączak i Benedykt Zientara” – wspominał. To pierwsze pokolenie powojennych historyków dalekie było od angażowania się w stalinizm (choć kończyło w tym czasie studia) – ale w roku 1956 wybrało akces do przemian (a często do partii). Czasem z pełnym przekonaniem, czasem w duchu, który w wiele lat później ochrzczono mianem „neopozytywizmu”: pozytywnego działania w granicach geopolitycznych możliwości.

U Henryka Samsonowicza doszukać się pewnie można obu tych motywacji. „Na seminarium profesora Witolda Kuli (…) fascynowała mnie historia gospodarcza i może dlatego odpowiadały mi marksistowskie tezy (…). Wówczas wyjaśniały wiele spraw, czyniły historię bardziej zrozumiałą, prostszą, oczywistą. I to był główny bodziec, który spowodował, że razem z Antonim Mączakiem zgłosiliśmy akces do partii” – mówił w „Świadku epoki”. Zaraz też jednak dodawał: „Decyzji swojej nie żałuję z kilku powodów. Udało mi się jako członkowi partii zrobić trochę wartościowych rzeczy, między innymi pomóc ludziom”. I w tej roli wpisał się w historię polskiej nauki i wspólnoty akademickiej Uniwersytetu Warszawskiego wyjątkowo mocno.

Z Uniwersytetem związany był przez całe życie zawodowe: studia ukończył tam w wieku 20 lat, w 1954 obronił doktorat („Rzemiosło wiejskie w Polsce w XIV–XVI w.”), habilitował się już w roku 1960 („Badania nad kapitałem mieszczańskim Gdańska w drugiej połowie XV wieku”). Od połowy lat 60. Był prodziekanem, w latach 1969-1974 pełnił funkcję dziekana Wydziału Historycznego, a w latach 1975-1980 – dyrektora Instytutu Historycznego. Był w tym czasie obecny przy wszystkich ważniejszych wydarzeniach na wydziale i uczelni („Jako prodziekan siedziałem nawet przy stole prezydialnym” – wspominał półżartem zebranie „Kultura polska dziesięć lat po Październiku” z historycznym wystąpieniem Leszka Kołakowskiego) – i zgromadził kapitał zaufania społecznego, chroniąc studentów i wykładowców zarówno w okresie po Marcu 1968 jak w drugiej połowie lat 70., w chwili rozwoju wielu inicjatyw niezależnych. W tym też czasie (1978) został karnie zawieszony na rok w funkcji dyrektora. Najwyraźniej - było warto. „Instytut Historii nie poniósł praktycznie żadnych strat – mówił o represjach pomarcowych. – Byłem w tej sprawie niejednokrotnie wzywany i do rektora, i do Komitetu Warszawskiego PZPR. Ale udało się. Nie został wyrzucony żaden >syjonista<, żaden >wichrzyciel<, żaden >wróg ustroju<”. Była to pozycja niełatwa. „Pewnie fałszywie, ale wyobrażałem sobie, że będąc w partii jestem trochę tarczą i parasolem nie tylko dla studentów-kontestatorów, ale i dla zagrożonych pracowników naukowych” – tłumaczył.

Tak naprawdę, były to jednak kolejne kroki, jak określił to sam profesor – „przekraczanie kolejnych Rubikonów”. „Pierwszy Rubikon przekroczyłem kilka lat wcześniej, kiedy zdecydowałem się zanieść rektorowi list studentów w obronie wyrzucanego [za udział w działaniach KSS KOR] dr. Marka Barańskiego” – wspominał. Kolejnym krokiem było dołączenie podpisu do listu warszawskich naukowców i literatów z apelem o podjęcie rozmów ze strajkującą Stocznią. Tak rósł kapitał zaufania – i sprawił, że 1 października 1980 roku – w miesiąc po zakończeniu strajku w Stoczni Gdańskiej, w atmosferze rozpoczynającego się „Karnawału” – Henryk Samsonowicz został wybrany przez Senat Uniwersytetu Warszawskiego na funkcję rektora.

Te półtora roku (do kwietnia 1982) nie zostały przez Samsonowicza opisane w osobnej książce wspomnieniowej: szkoda, może otrzymalibyśmy coś na kształt „Kadencji” Jana Józefa Szczepańskiego, zapisu przewodniczenia w latach Karnawału Związkowi Literatów Polskich. Rola, jaką odegrał Uniwersytet w ciągu tego półtora roku wolności jest jednak bezsporna: dość wspomnieć choćby niezależne obchody rocznicy Marca 1968, powołanie przez Senat komisji, zajmującej się losem wyrzuconych z uczelni pracowników czy uroczyste rozpoczęcie roku akademickiego 1981/1982, w których ku niezadowoleniu PZPR wziął udział ówczesny prymas Polski. Henryk Samsonowicz otworzył na UW drogę do odbudowania autentycznego samorządu studenckiego, uczynił z UW miejsce publicznych debat, akceptował jego rolę jako „oazy wolności”, silnej placówki „Solidarności” i NZS, miejsca spotkań, wystąpień i kolportażu wydawnictw niezależnych. Takie sytuacje nie mogły mieć miejsca po wprowadzeniu stanu wojennego – nic więc dziwnego, że rektor odwołany został ze swojej funkcji (z pominięciem wszelkich procedur) już w kwietniu 1982 r. Do wielkiej polityki wrócił dopiero w kilka lat później, włączając się w prace Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie, biorąc udział w obradach Okrągłego Stołu, a w rządzie Tadeusza Mazowieckiego obejmując funkcję ministra edukacji narodowej.

W wielu opracowaniach, notach encyklopedycznych i epitafiach przywoływany jest ten właśnie cursus honorum: prodziekan, dziekan, rektor, negocjator, minister… Ważny, wpisujący się w „wielką” historię polityczną Polski, dalece jednak nie mówi wszystkiego o głębokim zaangażowaniu prof. Henryka Samsonowicza w dydaktykę, w doskonalenie kadr historyków, w wysiłek na rzecz umacniania pamięci zbiorowej i czynienia jej bardziej „wielowymiarową”, wolną od uproszczeń i skrótów.

Dlatego obok funkcji ministerialnych koniecznie należy wymienić jego wieloletnią (1978-1982) działalność jako przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Historycznego, a od roku 1982 – członka Towarzystwa Naukowego Warszawskiego. Jego aktywność jako wiceprzewodniczącego Komitetu Badań Naukowych (1991-1996) i przewodniczącego Wydziału I Nauk Społecznych PAN (1999-2006), a następnie członka jej Prezydium. Do jego zatrudnieni obywatela-historyka należy członkostwo w jury Nagrody Naukowej Klio i Nagrody im. Kazimierza Moczarskiego, przewodniczenie Forum Współpracy i Dialogu Polska-Litwa, zasiadanie w Radzie Muzeum Historii Żydów Polskich. Ba, nie bez znaczenia jest zainicjowanie przezeń Olimpiady Historycznej (pod egidą PTH), a nawet udział, jako eksperta, w teleturniejach „Wielkiej gry” poświęconych historii Polski. Nie najmniejszym z tych zatrudnień – z którego, jako Muzeum, jesteśmy wyjątkowo dumni – było sprawowanie w latach 2011-2019 funkcji wiceprzewodniczącego Rady Muzeum Historii Polski.

Wojciech Stanisławski

Na zdjęciu Prof. Henryk Samsonowicz podczas rozdania nagród Stowarzyszenia Forum Współpracy i Dialogu Polska-Litwa w 2015 r. Fot. MHP/Wojciech Paduch.

2021-05-31