A. Grajewski: przygotowania do zamachu na Jana Pawła II rozpoczęto już jesienią 1979 r.

Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski stała się sygnałem alarmowym dla Moskwy. Sekretariat KC Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego wydał dyrektywę, którą można ocenić jako wydanie wojny papieżowi – mówi dr Andrzej Grajewski, redaktor „Gościa Niedzielnego”, współautor publikacji IPN „Papież musiał zginąć. Wyjaśnienia Ali Agcy” (Katowice 2012) oraz „Agca nie był sam. Wokół udziału komunistycznych służb specjalnych w zamachu na Jana Pawła II” (Katowice 2015).


MHP: 13 maja 1981 roku o godz. 17:17 na Placu Św. Piotra w Rzymie turecki zamachowiec Mehmet Ali Ağca oddał strzały do Jana Pawła II, zmierzającego na cotygodniową audiencję generalną. Ciężko ranny Ojciec Święty osunął się w papamobile, a na jego sutannie pojawiła się krew. Komu zależało na śmierci papieża?

Andrzej Grajewski: Istniało kilka ośrodków, którym zależało na tym, by pontyfikat Jana Pawła II zakończył się jak najszybciej. Niewątpliwie najlepiej udokumentowana jest praca Moskwy, a więc de facto całego bloku komunistycznego. Nauczanie papieża doskonale wybrzmiało podczas dwóch pielgrzymek w 1979 roku, które były zapowiedzią jego aktywności na forum międzynarodowym: pierwsza pielgrzymka – do Meksyku, okazała się bardzo ważna nie tylko w kontekście latynoamerykańskim, ale również w kontekście sowieckich planów infiltracji tego kontynentu. Druga – do Polski (w czerwcu 1979 roku) wywołała rezonans w całym bloku i stała okazją do ogłoszenia programu słowiańskiego w Gnieźnie, podczas wielkiej homilii. Kolejną przyczyną opracowywania planów „skrócenia” pontyfikatu było jednoznaczne wsparcie udzielone przez papieża Kościołowi greckokatolickiemu, który został zdelegalizowany we wszystkich krajach Europy Wschodniej – najpierw na Ukrainie Zachodniej w 1946 roku, na Rusi Zakarpackiej, w Rumunii i Czechosłowacji w roku 1948. Papież od samego początku upominał się o prawa milionów grekokatolików pozbawionych swojego Kościoła.

To wszystko spowodowało, że (w jakiś sposób) zachwiał się dotychczasowy stan równowagi między Wschodem i Zachodem, który został zbudowany na bazie konferencji KBWE w Helsinkach oraz układów o rozbrojeniu i likwidacji arsenału nuklearnego. Nagle pojawił się Jan Paweł II, który burzył status quo. To sprawiło, że Moskwa była zainteresowana, by ten pontyfikat nie trwał dłużej.

Poza tym na świecie istniały wpływowe siły „z cienia”, z przerażeniem obserwujące ożywienie religijne za sprawą nowego pontyfikatu. Należy w tym kontekście pamiętać, że tuż po zamachu nastąpiło bezprecedensowe w historii masonerii ujawnienie członków loży Propaganda Due (P-2) we Włoszech, co spowodowało polityczne trzęsienie ziemi i sparaliżowało włoskie śledztwo dotyczące próby zabicia Jana Pawła II. Ten wątek nie jest bez znaczenia.

Jeszcze inną kwestię stanowi niejednoznaczna reakcja świata islamu. Ówczesny islam, przeżywający skutki rewolucji Chomeiniego, na pewno bacznie przyglądał się działaniom nowego następcy św. Piotra. Odrzucam tezę, że za zamachem stały siły islamskie, ale przywódcy islamu również mogli z niepokojem obserwować kierunek rozwoju tego pontyfikatu.

MHP: W kontekście zamachu oczywiście najczęściej przewija się nazwisko Alego Ağcy. Wiemy jednak, że nie działał w pojedynkę. Kim wobec tego byli mocodawcy? Jak wyglądała sieć powiązań stworzona wokół tureckiego zabójcy?

Andrzej Grajewski: Całą sekwencję wydarzeń należałoby podzielić na kilka segmentów, ponieważ jest dość skomplikowana. Głównym zleceniodawcą w moim przekonaniu była Moskwa. Byli też Bułgarzy – i to na szczeblu kierownictwa państwa – odpowiedzialni za organizację zamachu od strony technicznej: wynajmowanie kolejnych podwykonawców, a więc mafię kryminalną braci Ugurlu, którzy przygotowali pierwszy etap podróży Ağcy, czyli jego przerzut z Turcji do Bułgarii, zaopatrzyli go w fałszywy paszport i pieniądze. Ich ludzie odebrali Ağcę w Sofii i zalegalizowali jego ponad miesięczny pobyt w stolicy Bułgarii. W tym miejscu dochodzimy do jeszcze bardziej technicznego poziomu organizacji całej akcji: w spisek zaangażowany był przyjaciel Ağcy z dzieciństwa w Malatyi – Oral Celik, odpowiedzialny za koordynację szeregu działań i odbiór pieniędzy. Do kluczowego spotkania doszło w sofijskim hotelu Vitosha w sierpniu 1980 r. Wzięli w nim udział Celik, Ağca i Bekir Celenk, niezwykle ważna postać, ponieważ to on w imieniu Sowietów złożył zlecenie na przeprowadzenie zamachu. Nie powiedział Ağcy wprost o inspiracji Moskwy, ten jednak się tego domyślił, ponieważ kontakt do Celenka otrzymał poprzez radcę ambasady sowieckiej w Sofii, niejakiego Malenkowa, do którego namiar przekazał mu z kolei major KGB Władimir Kuziczkin, pracujący pod przykryciem dyplomatycznym w Teheranie. Podział zadań wyglądał następująco: major Kuziczkin wysłał Ağcę do Sofii, mafia braci Ugurlu zorganizowała przerzut przy wykorzystaniu dwóch fałszywych paszportów, a ich człowiek, Ömer Mersan odebrał Ağcę i skontaktował go z Malenkowem. 

Wróćmy do spotkania w hotelu Vitosha. Wspomniany Bekir Celenk, to człowiek bardzo bogaty, właściciel floty handlowej, robiący podejrzane interesy między Wschodem a Zachodem w handlu bronią i narkotykami. To on był płatnikiem zamachu i ustalał z Ağcą wszelkie szczegóły. W spotkaniu wziął udział również Todor Ajwazow, który przedstawił się operacyjnym nazwiskiem „Sotir Kolew”. W czasie śledztwa, gdy Włosi pokazali Ağcy zdjęcia kilkudziesięciu dyplomatów bułgarskich i członków personelu bułgarskiego w Rzymie, Turek wskazał owego „Sotira Kolewa”, a śledczy rozpoznali w nim właśnie Ajwazowa. Z trójki Bułgarów, o których wiemy, był najważniejszy, znacznie ważniejszy niż Siergiej Antonow czy Żeljo Wasiliew. Ajwazow ustalił z Ağcą, że gdy ten dotrze do Rzymu (co nastąpiło po raz pierwszy w listopadzie 1980 roku), to właśnie z nim będzie się kontaktować.

Następnie należy wspomnieć o środowiskach Turków żyjących w Europie Zachodniej, które pomagały Ağcy przemieszczać się przez Francję, Szwajcarię, prawdopodobnie również Niemcy, wreszcie przez Austrię, gdzie dokonał zakupu broni, z której strzelał do papieża. Byli to głównie Turcy z organizacji radykalnie prawicowych, powiązanych z Szarymi Wilkami. Trzeba też pamiętać, że człowiekiem z otoczenia Ağcy w początkowym okresie był także jeden z przywódców nielegalnego w Turcji ruchu komunistycznego, Teslim Tore. To właśnie on przerzucił Ağcę do Teheranu i zorganizował spotkanie z majorem Kuziczkinem. Ważne jest też nazwisko Musy Serdara Celebiego, szefa organizacji tureckich w Niemczech, pomagających Ağcy w poruszaniu się po Europie. On również odebrał część pieniędzy, a konkretnie 3 mln marek niemieckich, które Ağca otrzymał za zamach. Ci wszyscy ludzie umożliwiali mu poruszanie się w ciągu kilku miesięcy od września 1980 roku do maja 1981 roku. Jak widzimy, wokół zamachowca byli więc ludzie bardzo różnej konduity, z lewa i z prawa – choć przeważali ci z prawa.

MHP: Ağca kilkukrotnie zmieniał zeznania. Czy informacje, jakie przekazał, można uznać za wiarygodne?

Andrzej Grajewski: Zależy które. Najczęściej odnosimy się do jego wyjaśnień złożonych w drugim procesie rzymskim. W czasie pierwszego, który odbył się w lipcu 1981 roku, praktycznie milczał. Za pierwszym razem uznano więc, że był „samotnym wilkiem”. Włochom zależało na tym, by szybko doprowadzić do zakończenia procesu. Mieli przecież bezpośredniego sprawcę i nie szukali zleceniodawców, mimo że ślady wskazujące na ich istnienie były wyraźne. Śledczy włoscy wiedzieli, że rezerwacji pensjonatu dla Turka dokonał obcokrajowiec dobrze mówiący po włosku (Ağca wówczas po włosku nie mówił). Należało więc przynajmniej poszukać osoby, która dokonała rezerwacji. Oczywiście tego nie zrobiono. Zaniedbań na pierwszym etapie śledztwa było więcej. To na ich skutek nie wiemy na przykład, ile strzałów do papieża oddano. Sam Ağca nie miał co do tego pewności.

Jak wspomniałem Turek zaczął kluczyć na drugim etapie: zmieniał zeznania, udawał szaleńca, mówiąc, że jest Chrystusem i że przyszedł zmienić bieg historii. Fundamentem ustaleń są informacje, jakie podawał włoskim śledczym od października 1982 roku. Stanowiły one podstawę do sformułowania drugiego aktu oskarżenia wobec niego i jego wspólników. Była to zwarta, logiczna i kompleksowa wersja wydarzeń. Zawierała wprawdzie pewne luki (niekiedy Ağca znowu wyraźnie kluczył), ale nie zmienia to faktu, że zasadniczy obraz faktów był prawdziwy. Warto zwrócić uwagę, że w tej opowieści nie było postaci i wydarzeń, których nie dałoby się zweryfikować, a wymienione postacie nie miały alibi w tych konkretnych sytuacjach. W sensie faktograficznym, topograficznym i personalnym wszystko się zgadza.

Jest jeszcze jeden ważny dowód świadczący o prawdziwości zeznań Ağcy. To dokument opracowany przez funkcjonariusza bułgarskich służb specjalnych z wydziału śledczego, pułkownika Pana Nikołajewa. Wynika z niego, że był on oficerem prowadzącym Ömera Mersana, który to przebywał w Sofii w sierpniu 1980 roku, czyli w czasie, gdy miał pilotować Ağcę. Na tej podstawie można stwierdzić, że z całą pewnością Bułgarzy wiedzieli o pobycie u nich Ağcy, dzięki Mersanowi pilnowali go, a być może również przydzielali zadania.

Tak więc Ali Ağca nie fantazjował przed śledczymi, natomiast bardzo ostrożnie, ale konkretnie i precyzyjnie mówił o swoich mocodawcach. Wymieniał nazwiska, a gdy ich nie znał – podawał imiona. Pamiętajmy, że to nie było pierwsze zlecenie Ağcy. W lutym 1979 roku z zimną krwią zastrzelił redaktora naczelnego liberalnego pisma tureckiego „Milliyet”. Za to morderstwo siedział w więzieniu, z którego udało mu się uwolnić już w listopadzie 1979 roku(!).

Trzeba jasno powiedzieć, że Ağca był nieprzeciętnie inteligentnym człowiekiem, bystrym, opanowanym. Idealnie dobranym do zadania.

Sąd w drugim rzymskim procesie uniewinnił Antonowa oraz Turków, którzy byli razem z nim oskarżeni nie dlatego, że byli niewinni, ale z braku twardych dowodów. To ogromna różnica. Gdyby sąd rzymski dysponował dokumentami, które udało się zgromadzić w śledztwie IPN, jestem przekonany, że wszyscy poszliby siedzieć. Łącznie z Antonowem, o którym dzisiaj wiemy, że był agentem bułgarskiego wywiadu o pseudonimie „Krum”.

MHP: Czy wiadomo, kiedy zaczęto planować zamach na papieża?

Andrzej Grajewski: W moim przekonaniu jesienią 1979 roku, po pielgrzymce do Polski, która stała się sygnałem alarmowym dla Moskwy. Sekretariat KC Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego wydał dyrektywę, którą można ocenić jako wydanie wojny papieżowi. Znamy jedynie pierwszą część tego dokumentu. Był publikowany również w Polsce dzięki prof. Andrzejowi Paczkowskiemu, który dyrektywę odnalazł. Zawarto w niej stwierdzenie, że pontyfikat Jana Pawła II jest na tyle groźny, że wszystkie sowieckie instytucje powinny wydać mu walkę. Wymieniono m.in. MSZ, KGB, TASS. Każda z tych instytucji dostała odrębne zalecenia co do dalszego działania. Znamy więc generalny, strategiczny kierunek, natomiast techniczne elementy operacji opracowywano dopiero później.

W listopadzie 1979 roku miały miejsce dwa ważne wydarzenia: środowiska przestępcze powiązane z bułgarskimi służbami wyciągnęły Ağcę z najbardziej strzeżonego więzienia tureckiego. Wiemy, że po prostu przebrał się w mundur strażnika więziennego i wyszedł. Drugi moment jest jeszcze bardziej niezwykły: Ağca razem z Celikiem napisał list do gazety „Millyet” – tej samej, której redaktora naczelnego kilka miesięcy wcześniej zabił – list w absurdalnej sprawie, biorąc pod uwagę sytuację Ağcy. Otóż on, człowiek niewierzący, ścigany przez tureckie służby specjalne i wróg nr 1 wysłał list, w którym deklarował, że zabije papieża podczas jego pielgrzymki do Turcji w listopadzie 1979 roku. Według mnie był to element gry. List został opublikowany i nikt nie zwrócił na niego uwagi, nie wziął go na serio. Dopiero po zamachu w prasie komunistycznej przypominano ten list, nazywając Ağcę tureckim fanatykiem, faszystowskim ekstremistą, który już wcześniej planował zabicie papieża.

W czerwcu 1981 roku bułgarskie służby zainicjowały operację „Erozja”, która miała na celu zatarcie tropów prowadzących do Bułgarii. Miała ona na celu dezinformację, sugerującą powiązania Ağcy z liderem Szarych Wilków Alpaslanem Turkesem, którego nigdy Ağca na oczy nie widział.

Reasumując: jesienią 1979 roku jeszcze nie wszystko było dokładnie ustalone, natomiast jasny był cel i wybrano zamachowca. Całe przedsięwzięcie przypomina mi trochę zamach na Trockiego. Proszę zwrócić uwagę, że jego zabójca długo szukał podejścia, długo się legalizował w różnych miejscach, by w pewnym momencie znaleźć się przy Trockim i go zamordować. Również Ağca krążył po Europie, zmieniał tropy. W końcu udał się na Majorkę, żeby zniknąć z Włoch tuż po otrzymaniu informacji od Bułgarów, że jest przeciek i należy się spieszyć. Francuskie służby dostały cynk, że jest przygotowywana jakaś operacja przeciwko papieżowi. Pojawił się na Placu Św. Piotra dopiero 10 maja 1981 roku, by dokonać wizji lokalnej z trzema Bułgarami: wybrać miejsce i planować szczegóły.

Wydaje się, że zakładano okres długiego krążenia Ağcy po Europie i budowania struktury złożonych powiązań tak, by w żaden sposób nie był kojarzony z komunistami. I to się udało. Przekonanie o tym jest silne również i dzisiaj, ponieważ wersja o sowieckich mocodawcach wcale nie jest przyjmowana jako jedyna i powszechna.

MHP: Zanim przejdziemy do polskiego śledztwa, chciałbym poprosić o wyjaśnienie określenia, które często się pojawia – „bułgarski ślad”. Czy ta koncepcja jeszcze się broni? Czy oprócz Bułgarów jeszcze inne służby były zaangażowane w przygotowanie zamachu?

Andrzej Grajewski: Nie znamy roli, jaką odegrały w przygotowaniach do zamachu sowieckie służby (poza postacią Kuziczkina, oficera KGB). Inne służby Bloku Wschodniego były aktywnie zaangażowane w zacieranie śladów po zamachu. Na prośbę Bułgarów wschodnioniemiecka Stasi przeprowadziła operację o kryptonimie „Papst”. W innych krajach za Żelazną Kurtyną, także w Polsce, ukazywały się publikacje, których celem była dezinformacja i odciągnięcie uwagi od bułgarskich służb. Natomiast poza Bułgarami oraz nadzorującymi ich Sowietami nie zaangażowano innych ośrodków, a w każdym razie nie ma na to dowodów.

Śledztwo IPN negatywnie zweryfikowało informację, jakoby służby wojskowe PRL cokolwiek wiedziały o przygotowaniach do zamachu. Nie korzystano z pomocy polskich służb, natomiast korzystano z wszelkich informacji mogących pomóc w przygotowaniach. Pamiętajmy, że powiązania miedzy służbami państw Bloku Wschodniego były tak silne, że każdą istotną informację przekazywano do Moskwy, zarówno kanałami oficjalnymi – poprzez oficerów łącznikowych, jak i nieoficjalnymi – przez współdziałanie terenowe między np. działającymi pod przykrywką dyplomatyczną funkcjonariuszami wywiadu. Ale możemy przyjąć, że poza Bułgarami inne służby nie były bezpośrednio zaangażowane w przygotowanie zamachu.

MHP: Wspomniane przez Pana śledztwo pion śledczy IPN rozpoczął w 2006 roku. Czego jeszcze dowiedzieli się polscy prokuratorzy?

Andrzej Grajewski: Polscy śledczy zgromadzili szereg materiałów, którymi nie dysponowali Włosi. Były to nie tylko akta służb PRL, ale także NRD, a nawet Bułgarii. W tych ostatnich znalazło się kilka ciekawych informacji, które m.in. pozwoliły zweryfikować tożsamość wspomnianego „Kruma”, czyli Siergieja Antonowa. Bardzo ważne są też przesłuchania polskich oficerów z ataszatu wojskowego w Rzymie, którzy mówili o tym, że tuż po zamachu zniknęło z bułgarskiej ambasady dwóch jej pracowników. W momencie, kiedy w mediach zaczęto mówić o udziale bułgarskich służb w zamachu, skojarzono, że ci dwaj to byli właśnie Ajwazow i Wasiliew. Prawdopodobnie zniknęli od razu po aresztowaniu Ağcy. Powrócili dopiero, gdy został osądzony w pierwszym procesie, na którym milczał. Wyjechali ponownie, gdy Włosi przymierzali się do ich zatrzymania.

MHP: Data 13 maja nie jest przypadkowa. To rocznica objawień w Fatimie.

Andrzej Grajewski: Oczywiście, natomiast zamachowcy tego nie wiedzieli.

MHP: Jak w tym kontekście sam papież wypowiadał się o zamachu? Znamy jego słynne zdanie, że „czyjaś ręka strzelała, inna prowadziła kule”.

Andrzej Grajewski: Jan Paweł II wypowiedział te słowa rok po zamachu. Powiedział to w Fatimie. Gdy powracał do zdrowia, został skonfrontowany z wiedzą o objawieniach z 1917 roku. Początkowo nie miał świadomości, że zamach nastąpił, nazwijmy to umownie, w „okolicznościach fatimskich”. Zwrócił mu na to uwagę w lipcu 1980 roku jego bliski znajomy, prof. Gabriel Turowski z Krakowa, który był wtedy członkiem zespołu leczącego papieża. Zauważył, że nie tylko data dzienna, ale nawet godzina była taka sama. Z moich rozmów z kardynałem Dziwiszem wynika, że papież nie interesował się wcześniej objawieniami fatimskimi. Dopiero jako rekonwalescent po zamachu poprosił, by przedstawiono mu treść trzeciej tajemnicy fatimskiej. Właśnie w opisie pozostawionym przez s. Łucję odnalazł swoją historię. Dzisiaj wiemy, że przepowiednia ta jest bardzo obrazowa i nie wpisuje się dokładnie w wydarzenia z Placu Św. Piotra. Jest zasadnicza różnica: według tekstu z Fatimy postać w białych szatach ginie. Kard. Joseph Raztinger, jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary skomentował to tak, że przeznaczenie nie jest nieuchronne, że można zmienić bieg wydarzeń.

Papież uświadomił sobie, że został uratowany w jakimś celu. Zdecydował się odbyć pielgrzymkę do Fatimy, a skala oddziaływania religijnego objawień zaczęła rosnąć w niesamowicie szybkim tempie. W marcu 1984 roku Jan Paweł II dokonał zawierzenia świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi, co było bardzo ważnym aktem religijnym. Później wielokrotnie powracał do Fatimy z orędziami i był głęboko przekonany, że ustępy z tajemnic fatimskich mówiące o nawróceniu Rosji, mogą się ziścić. Wkrótce do władzy doszedł Gorbaczow, który próbował realizować program naprawy Związku Sowieckiego, jednak jego reformy ostatecznie doprowadziły do pogłębienia chaosu, a w konsekwencji do rozpadu ZSRR, co otworzyło drogę do wolności dla narodów i ludzi religijnych. W 1988 roku, w rocznicę Milenium chrztu Rusi Kijowskiej, delegacja z Watykanu prowadziła z Gorbaczowem rozmowy, a następnie sam Gorbaczow został przyjęty przez papieża na audiencji. Przyniosło to efekt w postaci nowej rosyjskiej ustawy o wolności sumienia z października 1990 roku, na mocy której, jak w wypadku edyktu mediolańskiego sprzed wieków, odwołano prześladowanie chrześcijan, co praktycznie zakończyło najdłuższą wojnę religijną XX wieku rozpoczętą dekretami bolszewickimi ze stycznia 1918 roku. W tym sensie przepowiednia z Fatimy jest realizowana. Rosja może się nie nawróciła, ale przywrócono tam wolność religii, co jest warunkiem sine qua non dalszego nawrócenia.

MHP: Chciałbym na koniec powrócić jeszcze do cudownych i niezwykłych wydarzeń towarzyszących uratowaniu życia i zdrowia papieża.

Andrzej Grajewski: Ağca zamierzał strzelać w głowę. Przypominam, że był to zawodowy morderca, przygotowany do wykonania zadania z zimną krwią. Znajdował się w odległości 3–4 metrów od celu, miał znakomitą broń – browninga kal. 9 mm. Jednak papież został nagle zasłonięty, ponieważ podano mu do błogosławieństwa małą dziewczynkę, Sarę Bartoli. Zatem cel się przemieszczał, był ruchomy i Ağca podjął decyzję, że nie będzie strzelać w głowę (co było obarczone większym ryzykiem chybienia), ale w brzuch (początkowo chciał strzelić w głowę, gdyż błędnie zakładał, że papież ma na sobie kamizelkę kuloodporną). Samo to, że nie mógł oddać strzału w głowę zwiększyło szanse papieża na przeżycie. Drugim elementem była dziwna trajektoria kuli w organizmie papieża, co spowodowało ominięcie najważniejszych organów. Dowodem na śmiertelne niebezpieczeństwo strzału jest papieska sutanna wystawiona obecnie w sanktuarium w Łagiewnikach. Z przodu nie jest mocno zakrwawiona, lecz z tyłu, gdzie kula wypadła, widać, że czyniła w ciele ogromne spustoszenie.

Problemem była decyzja, gdzie zabrać ciężko rannego papieża. Niedaleko Bazyliki Św. Piotra znajduje się szpital Santo Spirito in Sassia, tylko, że nikt nie był tam przygotowany na podobne sytuacje. Papieski sekretarz, ks. Dziwisz zadecydował więc, by jechać do Polikliniki Gemelli, gdzie był przygotowany dla papieża pokój. Papieża przewieziono przez Rzym karetką, w której tuż po wyjeździe z Watykanu zepsuła się syrena. Pomimo tego, używając klaksonu, kierowca zdołał przebić się przez zakorkowane miasto w niezwykle krótkim czasie. Na miejscu, w klinice nie było ordynatora, wybitnego chirurga prof. Francesco Crucitti. Zamiast niego operację rozpoczął młody chirurg dr Angelo Di Marzio. Profesor, który o zamachu dowiedział się w samochodzie, natychmiast zawrócił i dojechał do Gemelli.

Niezwykłych zdarzeń było zresztą dużo więcej. Trzeba nade wszystko powiedzieć, że uratowanie życia papieża było cudem samym w sobie.

Rozmawiał Piotr Abryszeński

 

Tekst ukazał się także na portalu dzieje.pl, fotografa: PAP

2021-05-13