Józef Beck – w okowach „czarnej legendy”

Z prof. dr. hab. Mariuszem Wołosem rozmawia dr Tomasz Siewierski


Tomasz Siewierski: „Józef Beck. Biografia”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego ma swoją dwudziestoletnią historię. Czy tak długo powstawała?

Mariusz Wołos: Skoryguję jednak, że książka nie była pisana dwadzieścia lat, a znacznie krócej. Proces pisania przypadł zasadniczo na lata 2016–2018, potem oczywiście były liczne redakcje, które robiliśmy niemalże do chwili ukazania się monografii. Natomiast zbieranie materiałów trwało w przypadku zarówno mówiącego te słowa jak i mojego współautora Marka Kornata około dwudziestu lat, z permanentnie towarzyszącym nam przekonaniem, że ta biografia kiedyś powstanie. Pierwsze nasze publikacje, które dotyczyły Józefa Becka ukazywały się już na początku XXI wieku.

Choć brak kompletnej biografii Becka był odczuwalny i dwadzieścia lat temu jak i jeszcze wcześniej, tak moment publikacji wydaje się wyjątkowo trafiony. Książka ukazuje się bowiem w momencie gdy wprawdzie nie po raz pierwszy, ale wyjątkowo głośno podnoszone są tezy o błędnej polityce zagranicznej prowadzonej przez Becka i z dogmatycznym wręcz przekonaniem lansowana jest koncepcja należąca do domeny historii alternatywnej o tym, iż w latach 30. zbawienny dla Polski okazałby się sojusz z hitlerowskimi Niemcami.

Wtedy kiedy zaczynaliśmy tę pracę, nikt nie był w stanie przewidzieć, że książka ukaże się w momencie owych gorących dyskusji dotyczących przedpola II wojny światowej, zwłaszcza wydarzeń związanych ze stosunkami polsko-niemieckimi i tła w postaci bardzo mocnego podkreślania przez grupę historyków oraz publicystów roli i znaczenia Władysława Gizbert-Studnickiego. Ta rola jest oczywiście przesadzona, co od razu trzeba podkreślić. Studnicki był myślicielem, publicystą, ale to nie był człowiek, którego można by nazwać aktywnym politykiem mającym wpływ na bieg dziejów czy nawet powszechne kształtowanie opinii. Poza tym takim doskonałym i nieomylnym wizjonerem Studnicki bynajmniej nie był. Wykazał to w swoich badaniach prof. Jacek Gzella z Torunia, widać to również po lekturze niektórych mniej znanych pism, jakie wyszły spod pióra Studnickiego. Co więcej, przywołane teorie powtarzają się w naszej historiografii i publicystyce od lat. Zaczął je Stanisław Cat-Mackiewicz w okresie tuż przedwojennym, głosił je w czasie wojny i po niej. Znalazło się całkiem pokaźne grono autorów, którzy je kontynuowali i jak widać wciąż kontynuują. Sądzę jednak, że Józef Beck jest na tyle ważną postacią w dziejach Polski, Europy i świata, że niezależnie od tego w jakim momencie ta książka by się ukazała winna wzbudzić zainteresowanie tak historyków, jak i miłośników historii.

Józef Beck równa się polska polityka zagraniczna lat 30. – to wiemy. Jakie jest znaczenie międzynarodowe Becka?

Jako długoletni minister spraw zagranicznych w ostatnich miesiącach przed wojną uważał się za dziekana wszystkich europejskich ministrów spraw zagranicznych, dlatego że miał najdłuższy staż w pełnieniu tej funkcji po usunięciu z urzędu Maksyma Litwinowa w maju 1939 roku. Przede wszystkim Beck nie jest postacią anonimową w większości krajów. Bardzo wiele wpływowych środowisk historycznych m.in. anglosaskich prowadzi debaty koncentrujące się wokół tez opartych na przekonaniu, że Polska popełniała same błędy. Wraz z Niemcami brała udział w rozbiorze Czechosłowacji. A przecież gdyby oddała Niemcom Gdańsk to prawdopodobnie nie doszłoby do II wojny światowej. Więc za wybuch wojny odpowiedzialna jest polska elita, a tym najważniejszym winowajcą jest oczywiście szef dyplomacji – Józef Beck. Ten czarny PR Becka jest ukorzeniony nie tylko w historiografii anglosaskiej, ale także francuskiej, rosyjskiej (a wcześniej sowieckiej), czeskiej. Tak czy owak postać to znacząca, jeden z najistotniejszych i najpoważniejszych graczy na arenie międzynarodowej w przededniu najpotworniejszego konfliktu zbrojnego jakim była II wojna światowa. Jest jeszcze jeden ważny aspekt: przyjęcie odpowiedzialności za wybuch wojny. Ci którzy byli odpowiedzialni – myślę głównie o Niemczech, ale też o Związku Sowieckim, a także Wielkiej Brytanii i Francji, które prowadziły politykę appeasementu – chętnie zrzucają winę na tych słabszych, których głos w świecie, także w świecie naukowym, jest mniej znany czy słabiej słyszalny. Myślę, że nasza książka będzie ważnym głosem polskich historyków badających te sprawy niemalże przez całe swoje naukowe życie. Czy odbije się echem na arenie międzynarodowej? Tego nie wiem. Ale wielu moich znajomych historyków ze Stanów Zjednoczonych, Francji, Rosji bardzo się tą książką interesuje. Dostaliśmy także propozycje tłumaczeń na obce języki, np. rosyjski. Warto byłoby na pewno wydać książkę w języku angielskim.

Czy w zagranicznych publikacjach charakteryzujących cechy polityki zagranicznej Józefa Becka nie ma wyjątków, w których działalność zostałaby oceniona pozytywnie?

Takie próby były podejmowane w pierwszym rzędzie przez polskich historyków emigracyjnych, aczkolwiek wykształconych i pracujących w uniwersytetach zachodnich, zwłaszcza amerykańskich. Mam tu na myśli dwie postacie dobrze znane, których pamięci dedykujemy naszą książkę: prof. Anna Maria Cienciała i prof. Piotr Stefan Wandycz. Oni jednak funkcjonowali w świecie anglosaskim, prace swoje publikowali w językach kongresowych ze wskazaniem na angielski. I tu może nawet większą rolę odegrała Cienciała, która była gorliwym obrońcą Józefa Becka i walczyła z jego czarnym PR, istniejącym do dziś w historiografii zachodniej. Sporo na ten temat publikowała, polemizowała z tymi, którzy Becka oczerniali. Niemały wkład ma też Wandycz. To on obalił mit o rzekomym usunięciu Becka ze stanowiska attaché wojskowego w Paryżu w atmosferze skandalu. Muszę także podkreślić, że we współczesnej historiografii francuskiej zajmującej się polityką zagraniczną dwudziestolecia międzywojennego szkoła prof. Georgesa-Henri Soutou (Isabelle Davion, Frédéric Dessberg) jest o wiele bardziej stonowana w ocenie polityki polskiej w ogóle, w tym także polityki Becka w odróżnieniu choćby od swojego wielkiego poprzednika Jeana-Baptiste’a Duroselle’a, który szefa polskiej dyplomacji wyraźnie krytykował. Historiografia niemiecka jest w nieco innej pozycji, dlatego że Niemcy w przeciwieństwie do Związku Sowieckiego oraz Federacji Rosyjskiej przyjęli odpowiedzialność za wybuch II wojny światowej i patrząc z tej perspektywy inaczej oceniają polską politykę zagraniczną. Nie są tak jednoznacznie krytyczni.

Zaryzykowałbym następujące twierdzenie: jeżeli ktoś rzeczywiście pozna polskie archiwa, myślę tutaj o tych nielicznych historykach zagranicznych, którzy znają język polski i badali u nas dokumenty dyplomatyczne, to jego spojrzenie jest bardziej wyważone czy stonowane. Podam przykład włoskiej badaczki Sandry Cavallucci, która napisała książkę o polskiej polityce zagranicznej w przededniu wojny i jest to spojrzenie obiektywne, choć przecież nietożsame ze spojrzeniem polskich historyków. Bez wątpienia jej pracę można rekomendować jako pozycję poważną. Autorka wcale udatnie stara się bowiem zrozumieć polski punkt widzenia. A to jest rzadkość.

W pierwszej kolejności z książką będą się mogli zapoznać polscy czytelnicy, dla których ta publikacja jest także doniosłym wydarzeniem. Przecież ta pierwsza pełna biografia Józefa Becka ukazuje się 76 lat po jego śmierci. Postać tak znacząca w dziejach Polski długo czekała na opracowanie.

Do tej pory Józef Beck był jedną z ostatnich ważnych postaci II RP, która nie doczekała się swojej biografii. Może jeszcze należałoby napisać solidną biografię marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. Reszta właściwie biografie posiada: Piłsudski, Dmowski, Witos, Korfanty, Sikorski, Rataj… – oni wszyscy doczekali się wcześniej monografii. Beck takiej biografii nie miał. Trudno uznać za takową książkę Olgierda Terleckiego, opublikowaną w połowie lat 80., która nie jest dziełem naukowym, jest natomiast pracą pisaną pod z góry założoną tezę.

Porozmawiajmy więc o źródłach „czarnej legendy” Józefa Becka, bo mimo, że nie doczekał się biografii, nie brak w dorobku historyków zagranicznych i polskich, emigracyjnych czy krajowych, publikacji przedstawiających go oraz jego politykę w sposób skrajnie negatywny. Jakie są przyczyny takiego stanu rzeczy?

Źródła „czarnej legendy” Becka są bardzo głębokie i bardzo wczesne. Był to przedmiot moich badań. Co ciekawe, najpierw pojawia się jego „czarna legenda” na arenie międzynarodowej. Stało się tak za sprawą Francuzów. Chodzi o znaną kwestię wymuszenia przez Piłsudskiego zgody na agrément dla Becka jako attaché wojskowego w Paryżu, na którą część wpływowych środowisk francuskich nie chciała się zgodzić. A nie chcieli się zgodzić dlatego, że Beck jako oficer wywiadu popadł w głęboki konflikt z wywiadem Francuskiej Misji Wojskowej w Polsce na tle spraw sowieckich. Pokazałem to na podstawie dokumentów, które ponad dwadzieścia lat temu udało mi odnaleźć w Moskwie, ponieważ tam była zdeponowana teczka Becka prowadzona przez wywiad francuski. Zestaw tych dokumentów był najbogatszy dla wyjaśnienia interesującej nas kwestii. Chodziło o to, że Beck jako jeden z szefów Oddziału II (wywiadu i kontrwywiadu) odpowiadający za sprawy wschodnie, nakazał przechwytywać wracających z sowieckiej Rosji i Ukrainy agentów, zabierając im dokumenty, które mieli przy sobie, i pieniądze. Niektórzy z tych agentów pracowali dla wywiadu francuskiego. Francuzi zaczęli więc skarżyć się na Becka, jako tego, który podbiera im agentów, a na dodatek ich łupi. Sam oskarżony zasadnie tłumaczył swoje działania tym, że chroni Polskę przed infiltracją przez podwójnych agentów, doskonale zdając sobie sprawę, iż ludzie powracający z Sowietów mogli być zwerbowani przez tamtejszy wywiad. I to jest tło konfliktu.

Do tego dochodzą inne czynniki. W pewnym momencie już nie tylko wywiad Francuskiej Misji Wojskowej, ale i jej szef generał Henri Niessel zaczął pisać na temat Becka bardzo nieciekawe pisma, potęgując tym samym niechęć wobec niego w kręgach politycznych i wojskowych Paryża. Tu pojawia się słynne oskarżenie – nierealne i nigdy nie udowodnione, że Beck był agentem niemieckim lub austriackim. Po latach obalał te wyssane z palca teorie Wandycz. Swoją cegiełkę dołożyłem i ja. „Czarna legenda” Becka żyła już jednak własnym życiem na arenie międzynarodowej, bynajmniej nie tylko we Francji. Pomówienia krążyły coraz szerzej i dalej. Pisali o niej w raportach dla Foreign Office dyplomaci brytyjscy, dając przełożonym do zrozumienia, że coś musiało być na rzeczy skoro najpierw Francuzi nie chcieli Becka u siebie przyjąć, a potem opuścił on ich kraj w co najmniej podejrzanych okolicznościach. A okoliczności wcale nie były podejrzane. Beck sam zrezygnował z pracy w attachacie paryskim po tym jak w 1923 roku Józef Piłsudski wycofał się z czynnego życia politycznego. Bohater naszej książki uważał się i faktycznie był zdeklarowanym piłsudczykiem, już wówczas jednym z najbliższych współpracowników Marszałka. Swoim postępowaniem solidaryzował się z wodzem. Nie chciał służyć pod rozkazami przeciwników politycznych Piłsudskiego.

Ale jak wiemy opinia o Becku w kraju nie była lepsza. Nad Wisłą także krążyły historie, które rzutowały na jego postawę bardzo negatywnie.

„Czarna legenda” Becka zaczęła się w Polsce pojawiać wówczas, gdy pełnił on funkcję szefa Gabinetu Ministra Spraw Wojskowych, którym po zamachu stanu w 1926 roku był Józefa Piłsudskiego. Beck stał się wówczas postacią rozpoznawalną, dziś powiedzielibyśmy publiczną. Bacznie mu się przyglądano. Mam na myśli zwłaszcza dwa wydarzenia, które są bardzo trudne do rozpracowania źródłowego ze względu na niedostatek materiałów: zniknięcie generała Włodzimierza Ostoi-Zagórskiego w 1927 roku i sprawę brzeską z 1930 roku. Becka oskarża się, że współuczestniczył, czy nawet sam zamordował Zagórskiego. Sugestie tego rodzaju pojawiały się w prasie oraz w publicystyce, również zagranicznej. Jak to najczęściej bywa i tym razem zaczęły one żyć własnym życiem. Nie omijają też literatury naukowej. W książce poświęconej śledztwu w sprawie zabójstwa gen. Zagórskiego Zbigniew Cieślikowski zwrócił uwagę, że Beck zapewne z premedytacją skierował je na fałszywe tory. Był bowiem autorem pisma, w którym informował, iż zwolniony z więzienia Zagórski miał się stawić u Piłsudskiego, a się nie stawił, zatem zniknął, zdezerterował i należy go szukać. Istotny przyczynek do „czarnej legendy” został tym samym dopisany. Abyśmy się dobrze zrozumieli – nie twierdzę, że Beck nie miał nic wspólnego ze zniknięciem Zagórskiego czy tuszowaniem śledztwa, ale jako historyk na podstawie dostępnych mi, a nader skąpych źródeł nie jestem w stanie tego przekonywująco i jednoznacznie udowodnić.

Drugą sprawą, może nawet bardziej nośną, na której buduje się do dziś „czarną legendę” Becka jest Brześć. Niewykluczone, iż został on powołany w sierpniu 1930 roku przez Piłsudskiego na stanowisko wicepremiera właśnie po to, ażeby między innymi dozorować rozprawę z opozycją polityczną i przeprowadzić aresztowania jej liderów. Wiemy, że Beck nadzorował wywiezienie i pobyt więźniów politycznych w twierdzy brzeskiej. On to kontrolował, trzymał nad tym pieczę. Więc odium Brześcia w niemałym stopniu spada właśnie na niego. I trudno z tym polemizować, choć nie znamy jego relacji na ten temat. Brześć przypomniano mu kilka tygodni później, gdy został wiceministrem spraw zagranicznych. Na początku 1931 roku w socjalistycznym „Naprzodzie” ukazał się artykuł pod wymownym tytułem „Trudności p. Becka”, gdzie omówiono jego rolę w sprawie brzeskiej. Opozycja pamiętała o niej nie tylko w latach 30., ale i podczas II wojny światowej, kiedy to jej przedstawiciele sprawowali władzę na wychodźstwie. Uważam, że Beck – identycznie jak Piłsudski – kierował się w okresie rozprawy z opozycją prostą zasadą. Państwo było dla niego ważniejsze od demokracji. Jeśli zatem demokracja sprzyjała wzmocnieniu państwa, to należało ją popierać. Jeśli jednak osłabiała państwo, to należało z nią walczyć. Własne niepodległe państwo było bowiem wartością absolutnie nadrzędną dla wielu piłsudczyków urodzonych w niewoli pod zaborami, którzy przelewali krew w latach 1914–1920, marząc o jego powstaniu, a potem utrzymaniu. Rozumiem doskonale, że dzisiejsze standardy nijak się mają do sposobu myślenia takich ludzi jak Beck. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że Polska istniała, istnieje i istnieć będzie. Z perspektywy 1930 roku wyglądało to jednak inaczej. Obowiązkiem historyka jest poznanie sposobu rozumowania ludzi z odległych epok, o których pisze, wyczucie epoki i dziejowych meandrów. To niełatwe zadanie, może nawet jedno z największych wyzwań dla badacza przeszłości, zwłaszcza biografa.

Jak zatem widać „czarna legenda” Becka formowała się długo przed tym zanim został on ministrem spraw zagranicznych. Natomiast jako minister bywał różnie oceniany, nawet we własnym obozie politycznym był przez niektórych nielubiany, po cichu krytykowany. Oczywiście, najcięższe oskarżenie, powtarzane do dziś w Polsce i poza jej granicami, sprowadza się do pojęcia, iż Beck był „grabarzem II Rzeczypospolitej”, a swoim uporem zaprzepaścił szansę uratowania pokoju wartego każdej ceny. Odwraca się wektory. Tym najgorszym był nie Hitler, nie Stalin, nie Mussolini, ale właśnie Beck jako uosobienie nieszczęścia, symbol ślepoty, może wręcz głupoty. Śledząc dalsze dzieje jego „czarnej legendy”, dodać trzeba, iż świetnie się ona miała w środowisku rządu wychodźczego w Paryżu, potem w Londynie ze wskazaniem na samego gen. Władysława Sikorskiego i jego najbliższych współpracowników na stanowiskach ministerialnych (Stanisław Kot, Jan Stańczyk i kilku innych). Odium klęski wrześniowej można było całkowicie zrzucić na obóz pomajowy ze szczególnym wskazaniem na Becka. Co więcej, można było taką postawą zaskarbić sobie przychylność Francuzów, może nawet niektórych Brytyjczyków, rzecz jasna ze wskazaniem na niedawnych gorliwych stronników appeasementu. Dlatego też zwłaszcza w pierwszym okresie wojny niejeden członek polskich władz na wychodźstwie pisał i mówił o Becku źle, wręcz obraźliwie. Po klęsce Francji w 1940 roku ta wymierzona w niego kampania nieco zmalała, ale niechęć do byłego szefa dyplomacji była wciąż na tyle silna, że skutecznie paraliżowała próby wydobycia go z Rumunii, gdzie został internowany i gdzie w końcu zmarł w 1944 roku. Dwutorowość oceny Becka jest widoczna w pracach historyków i publicystów emigracyjnych także po wojnie. Środowiska historyczne związane z piłsudczykami jak Władysław Pobóg-Malinowski czy Wacław Jędrzejewicz starały się ocieplać wizerunek Becka i go bronić. Ale byli też tacy, którzy cały czas szli w stronę krytyki, uważając, że polityka Becka – zwłaszcza udział w rozbiorze Czechosłowacji – była błędem.

A jak było w PRL-u?

W przypadku Polski zwanej „ludową” Beck był traktowany jako bête noire (czarna owca) przedwojennej polityki zagranicznej, tak jak jego najbliższy przyjaciel Bolesław Wieniawa-Długoszowski był traktowany jako bête noire życia obyczajowego w międzywojniu. Świadectwem tego jest wspomniana już książka Olgierda Terleckiego, która ukazała się w ogromnym nakładzie.

Można odnieść wrażenie, że ta „czarna legenda” trwa nadal.

Bez wątpienia ma się świetnie. Jej wciąż bijącym źródłem są spory o kierunki polskiej polityki zagranicznej i wytykanie jej najróżniejszych błędów. Stąd bierze się przeciwstawianie Beckowi takich postaci jak choćby Studnicki. To także popularna w pewnych kręgach teza, że trzeba było iść z Niemcami i w najgorszym przypadku skończylibyśmy tak jak Bułgarzy, Węgrzy, Rumuni czy Finowie, którym udało się łagodniej przejść przez tryby II wojny światowej, a po jej zakończeniu wylądowali tak samo jak my, a może nawet lepiej. Tymczasem to teza z założenia błędna, bo pomijająca dalekosiężne plany Hitlera wobec naszej części Europy Środkowej oraz jego niechęć do Polaków, zwłaszcza zaś do Żydów zamieszkujących ziemie polskie. Ale myśmy nie pisali tej książki, by walczyć z „czarną legendą”, natomiast mieliśmy świadomość jej istnienia. Chcieliśmy więc dostarczyć czytelnikom materiału, żeby sami sobie wyrobili zdanie jakim człowiekiem, wojskowym, dyplomatą i wreszcie politykiem był Józef Beck i przed jakimi dylematami stawał, a także jak wielkie brzemię odpowiedzialności niósł na swoich barkach. Przedstawianie Becka jako szaleńca, który jest alkoholikiem i niewiele wie co się wokół dzieje, jest dla niego mocno krzywdzące, choć i takie książki popularnonaukowe ostatnio się pojawiają. My zaś chcieliśmy po prostu przedstawić wieloaspektowość tej postaci, pokazać sposób myślenia i wartości wyniesione przez naszego bohatera z dzieciństwa, młodości, wreszcie własnych doświadczeń.

Czy jako współautor monumentalnej biografii Józefa Becka byłby Pan Profesor w stanie wskazać błędy popełnione przez szefa polskiej dyplomacji?

Oczywiście, że tak. Tych błędów było kilka. Podstawowy dla mnie błąd to wiara Becka w sojuszników, którzy przyjdą nam z pomocą. Nikt się nie spodziewał, że sojusznicy nie dopełnią wziętych na siebie zobowiązań. Inna kwestia to niedocenienie Stalina i jego imperialistycznych zamiarów. Po wielkiej czystce w Związku Sowieckim Beck należał do tej grupy ludzi, którzy uważali, że państwo to nie odegra przez jakiś czas żadnej znaczącej roli na arenie

międzynarodowej. W jego przekonaniu kraj, który pozwala sobie na wymordowanie elity armii (kilkudziesięciu tysięcy ludzi, choć prawdziwej skali mordów wówczas nie znano), nie będzie w stanie takiej roli odegrać. To jednak był błąd. Różnie można też oceniać udział Polski w rozbiorze Czechosłowacji w warunkach istniejących jesienią 1938 roku. Trzeba tylko pamiętać, że nie była to akcja skoordynowana z Niemcami, lecz paralelna i prowadzona niezależnie od Berlina, a nadto popierana przez większość społeczeństwa. Beck miał świadomość, że lepszej szansy na naprawienie historycznej krzywdy jaką było odebranie nam w sposób brutalny Zaolzia – poprzez atak zbrojny w styczniu 1919 roku – po prostu nie będzie. Jednak to co określimy błędami nie przeważa nad całością działalności. Zgadzamy się z opiniami tych historyków dyplomacji, jak choćby wspomnianego Piotra Wandycza, którzy pisali, że w praktyce alternatywy dla polityki Becka nie było.

Krytycy jednak jak mantrę powtarzają: trzeba było iść z Niemcami. To była alternatywa?

Te rewizjonistyczne teorie nijak się mają do rzeczywistości. A co z ideologią nazistowską? A co z antyslawizmem? A co z antysemityzmem? A co z Lebensraumem? Czy tego nie było? Przecież było. Co z niechęcią do Polski, która pomorskim „korytarzem” odgrodziła Rzeszę od Prus Wschodnich? Skoro ten sojusz był możliwy, co wymagało przecież odrobiny przychylności dla Polaków, to dlaczego Niemcy na rozkaz Hitlera już na początku wojny wymordowali część polskiej inteligencji. W sposób okrutny, w egzekucjach pokazowych mordowano ziemian, polityków, księży, urzędników, nauczycieli, działaczy niepodległościowych… Dlaczego? Te działania miały konkretne źródła, znacznie głębsze niż gra dyplomatyczna w przededniu wojny. Nie były efektem tego, że Beck odmówił Niemcom wspólnego pójścia na wschód i jeżeli ktoś tego nie zauważa to może lepiej, żeby o historii nie pisał, bo po prostu prowadzi swoich czytelników na manowce.

Wspomniał Pan Profesor, że Beck nie docenił zagrożenia ze wschodu. Chciałbym zatem spytać kim był Tadeusz Kobylański i jaką rolę odegrał ten dyplomata odpowiedzialny za politykę wobec Sowietów w gabinecie ministra spraw zagranicznych?

Rozumiem, że chodzi o tezę, którą wprost wyartykułował śp. prof. Paweł Piotr Wieczorkiewicz, iż Kobylański był agentem sowieckim, a zatem Moskwa miała świetny wgląd w całość polityki polskiej, bo przecież był on szarą eminencją MSZ, a nadto człowiekiem blisko związanym z Beckiem. Rola Kobylańskiego jest przeceniana. Prześledziłem źródła informacji wskazujących, że Kobylański był agentem. Pochodzą one z procesu Artura Artuzowa, twórcy kontrwywiadu sowieckiego, który stojąc już przed obliczem śmierci, będąc przesłuchiwany przez NKWD, wyciągnął atut w postaci zwerbowania polskiego attaché wojskowego. Zrobił to być może po to, żeby ratować życie, bo jako funkcjonariusz sowiecki doskonale wiedział, że to dla niego gra o najwyższą stawkę. Jak na razie przekaz Artuzowa to jedyne istotne źródło na ten temat agenturalnej działalności polskiego dyplomaty. To nie jest tak, że ktoś w archiwach NKWD odkrył teczkę agenta Kobylańskiego. Rosyjscy historycy Aleksandr Papczinski i Michaił Tumszys w swojej popularnej pracy bez przypisów – właśnie na podstawie akt śledczych Artuzowa – podali tę informację, a dopiero w drugim wydaniu odwołali się w przypisie do dokumentów z przesłuchań Artuzowa. Więc jest to źródło pośrednie, do którego odnieść się trzeba z wielką dozą krytycyzmu. Jako historyk nie jestem aż tak odważny jak prof. Wieczorkiewicz. Dysponując takim źródłem o agenturalnej działalności Kobylańskiego, byłbym bardzo ostrożny w ferowaniu wyroków. Rzecz jasna, nie można z góry wykluczyć, iż był on agentem sowieckim, ale łatwe szafowanie oskarżeniami o szpiegostwo nie powinno być domeną szanujących się badaczy. Mam nadzieję, że sprawa kiedyś zostanie wyjaśniona w sposób jednoznaczny. W moim przekonaniu ostateczna odpowiedź, jeśli w ogóle istnieje, znajduje się w niedostępnych archiwach sowieckich służb, może też w Archiwum Prezydenta Federacji Rosyjskiej na Kremlu. Miejmy nadzieję, że kiedyś będą one w pełni otwarte dla historyków.

Biografia Józefa Becka opracowana została na imponującej ilości materiału źródłowego, który autorzy pozyskiwali w kilkunastu krajach. Uwagę zwracają dość szeroko wykorzystywane, a jak wiemy trudno dostępne, materiały źródłowe właśnie z archiwów postsowieckich. Na ile okazały się one ważne, a może sensacyjne?

Dla pewnego okresu działalności Józefa Becka archiwa polskie przechowywane w Moskwie były wręcz podstawowym źródłem informacji, choćby dla czasu, gdy sprawował funkcję attaché wojskowego w Paryżu. Najwięcej telegramów i raportów Becka z tego okresu jest w Moskwie, w Rosyjskim Państwowym Archiwum Wojskowym. Natomiast w resortowym archiwum rosyjskiego MSZ są bardzo ciekawe opinie o Becku, które pisali sowieccy dyplomaci i ich przełożeni. Rzucają one sporo światła: widać olbrzymią niechęć do tej postaci, ale niekiedy także szacunek.

Warto też podkreślić, że mamy do czynienia z pierwszą pełną źródłową biografią Józefa Becka. Należy zwrócić uwagę na elementy życiorysu do tej pory właściwie nieznane. Myślę więc o okresie poprzedzającym działalność Becka jako dyplomaty, a więc pierwsze dwudziestolecie: dom rodzinny, dojrzewanie. W tym zakresie książka, o której rozmawiamy wnosi bardzo wiele nowego. Jakie wydarzenia z młodości Józefa Becka zdeterminowały jego późniejszą karierę?

Przede wszystkim służba w Legionach Polskich. Z tego okresu pochodzą pierwsze dokumenty pisane jego ręką, które wskazują, że jest zdeklarowanym piłsudczykiem, świadczące też o negatywnym stosunku do Niemców po kryzysie przysięgowym 1917 roku itd. Myślę też, że determinującą rolę w procesie wchodzenia Becka do wąskiej grupy zaufanych współpracowników Piłsudskiego odegrała ośmiomiesięczna misja w charakterze emisariusza Polskiej Organizacji Wojskowej na Ukrainę i do Rosji w 1918 roku. To jest okres niedoceniany w jego biografii, a bardzo ważny. Wówczas wykonuje zadania niezwykle trudne, ocierając się kilkakrotnie o śmierć. Zdobywa pierwsze szlify jako dyplomata, dotyka rewolucji i wojny domowej w Rosji, obraca się w różnych środowiskach. Piłsudski bardzo cenił emisariuszy Polskiej Organizacji Wojskowej, którzy działali w imieniu jego środowiska na Ukrainie i w Rosji. Wiedział dobrze jak trudny to teren i jak trudna materia, z którą przyszło im się zmierzyć.

Często jest podkreślana ogromna rola w jaką w życiu – także zawodowym – Józefa Becka pełniła jego druga żona, Jadwiga. Czy rzeczywiście była postacią tak znaczącą dla tej biografii?

Jadwiga Beckowa była bardzo oddaną żoną, towarzyszyła mężowi do końca, w najtrudniejszych chwilach. W Rumunii, gdy był już bardzo chory, troskliwie się nim opiekowała. Była też świadkiem jego śmierci. Następnie bardzo dbała o pamięć męża. W dużej mierze to dzięki jej staraniom w Neuchâtel w 1951 roku opublikowano „Ostatni raport” w języku francuskim. U boku męża-ministra odgrywała rolę ważną, także reprezentacyjną. Towarzyszyła Beckowi w wielu podróżach zagranicznych. Była postacią, która w jakimś sensie dopełniała Józefa Becka. To Jadwiga pozostawiła interesujące relacje dotyczące osobistego życia swego małżonka spisywane już później. Przekazała je Janowi Weinsteinowi, dyplomacie, który w warunkach emigracyjnych przymierzał się do napisania biografii Ministra. W tych tekstach dzieliła się np. opiniami zasłyszanymi od rodziców Becka, których poznała w drugiej połowie lat dwudziestych. I chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt: świetne relacje Becka ze swoją pasierbicą, córką Jadwigi, Joanną Burhardt-Bukacką, po mężu Tymieniecką, w domu nazywaną „Bubą”. Doskonale się dogadywali, mieli wspólne zainteresowania, pisali do siebie listy. To właśnie ona w ostatnich miesiącach życia ojczyma, nazywanego przez nią „wujkiem”, przejęła częściowo ciężar opieki nad bardzo już chorym Beckiem.

Wspominaliśmy o ogromnej ilości wykorzystanych przy pisaniu tej biografii źródeł. Zasób opracowań jest także potężny. Czy jednak możemy mówić o kompletnej biografii Becka, czy pozostają jakieś białe plamy?

Jest ich sporo, przede wszystkim jeśli chodzi o najwcześniejszy okres życia Becka. Dla okresu dzieciństwa i wczesnej młodości na ogół nie mamy nadmiaru źródeł, więc niemal każdy biograf ma w tym przypadku podobny problem. Na szczęście zachowały się materiały ze szkoły średniej, czyli z Wyższej Szkoły Realnej w Krakowie, do której Beck uczęszczał w latach 1908–1912. Tam uzyskał maturę. To jest dzisiejsze V Liceum Ogólnokształcące im. Augusta Witkowskiego przy ul. Studenckiej. Są też zachowane dokumenty ze Szkoły Politechnicznej we Lwowie, jak i źródła z Akademii Eksportowej w Wiedniu, gdzie studiował. Ale już na przykład korespondencji, przekazów czy wspomnień kolegów, zachowało się dla tych lat niewiele, a jeśli są to spisane zostały znacznie później, z perspektywy osób wiedzących, że Beck został potem ministrem. Zmniejsza to ich wiarygodność. Wartościowych relacji jest więc bardzo mało. Nieco lepiej to wygląda dla okresu legionowego, ale znów gorzej dla pierwszych lat międzywojnia. Mamy skąpą ilość źródeł z okresu, gdy Beck był oficerem wywiadu. Może jakieś dokumenty na ten temat uda się jeszcze odnaleźć? Trzeba podkreślić jedno – Beck nie lubił pisać o sobie, nawet w ostatnich latach podczas internowania w Rumunii. Dyktowane wówczas wspomnienia nie tyle dotyczą jego własnej aktywności, ile polskiej polityki zagranicznej. Beck nie miał też zwyczaju odnosić się do oskarżeń kierowanych przeciwko niemu, nie mówiąc o dementowaniu rozmaitych plotek. Z perspektywy jego „czarnej legendy” można powiedzieć, że był to błąd. Innymi słowy, źródeł bezpośrednio dokumentujących jego działalność w okresie zanim został szefem dyplomacji jest tyle co kot napłakał. I nie mam bynajmniej na myśli Stanisława Kota.

2021-02-02