Jak Feniks z popiołów. W 50. rocznicę rekonstrukcji Zamku Królewskiego w Warszawie

Dawna siedziba książąt mazowieckich oraz polsko-litewskich monarchów od wieków pozostaje symbolem polskiej państwowości. Obradował w niej parlament, była świadkiem triumfów (takich jak hołd złożony królowi Zygmuntowi III przez wziętego do niewoli rosyjskiego cara), ale również wydarzeń haniebnych, takich jak zgoda skorumpowanych i zastraszonych posłów na pierwszy rozbiór. Po odzyskaniu suwerenności, zanim do Zamku wprowadził się prezydent Polski, mieszkał w nim pisarz Stefan Żeromski, zwany „sumieniem narodu”.


Egzekucja na raty

Po rozbiorach Warszawa dostała się w ręce Prusaków, a potem – na sto lat – Rosjan. Królewska rezydencja zachowała reprezentacyjny charakter, była siedzibą carskich namiestników i generał-gubernatorów, ale stopniowo pozbawiano ją oryginalnego wyposażenia. Nawet Napoleon, gdy zaawanturował się w te strony, zabrał „na pamiątkę” dzieła sztuki, które najbardziej mu się spodobały. Najgorsi okazali się jednak okupanci niemieccy. Zaraz po kapitulacji Warszawy, jesienią 1939 roku zaczęli Zamek nie tylko okradać, ale i dewastować. Rabunek nadzorował wybitny historyk sztuki, Dagobert Frey, który wcześniej bywał w Polsce. „Według swoich przedwojennych notatek wskazywał, które rzeźby należy wywieźć, które kominki marmurowe wyłamać, które oderwać boazerie” - wspominał naoczny świadek aktów wandalizmu, dyrektor stołecznego Muzeum Narodowego Stanisław Lorentz.

Generalny gubernator Hans Frank własnoręcznie zerwał srebrnego orła z baldachimu nad królewskim tronem. Podwładni poszli za jego przykładem. Frank, mianowany nadzorcą okupowanej przez III Rzeszę części Polski, zamieszkał na krakowskim Wawelu, który postanowił „upiększyć” obrazami i rzeźbami skradzionymi z Zamku. Warszawska rezydencja królów była już wtedy w opłakanym stanie. Od początku oblężenia stała się jednym z ulubionych celów niemieckiej artylerii. Apogeum ostrzału nastąpiło 17 września, na osobisty rozkaz Hitlera, który obserwował walkę o polską stolicę z wieży kościoła w Marysinie Wawerskim. Widok płonącej Wieży Zygmuntowskiej, utrwalony przez film i fotografie, stał się symbolem narodowej tragedii. Tego samego dnia Polska została bowiem zaatakowana od wschodu przez sojusznika III Rzeszy, Związek Sowiecki. To przypieczętowało wynik wojny obronnej.

Nikt nie miał złudzeń, jaki los szykują Niemcy pokiereszowanej budowli, zwłaszcza że zabronili naprawy dachów i usunęli z wnętrza grzejniki. Saperzy z Wehrmachtu przystąpili do wiercenia w murach otworów na ładunki wybuchowe. Mało kto wiedział, że 80 procent zabytków udało się uratować dzięki poświęceniu strażaków i pracowników Zamku. Kustosz Kazimierz Brokl zanim zginął, trafiony odłamkiem pocisku, wyniósł z kaplicy patriotyczną relikwię - urnę z sercem Tadeusza Kościuszki, wodza pierwszego z antyrosyjskich powstań i bohatera wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych.

Trafiła na przechowanie do Muzeum Narodowego. Profesor Lorentz i jego współpracownicy, powołując się na rzekomy rozkaz generalnego gubernatora, starali się pozyskać ze skazanej na zagładę budowli jak najwięcej fragmentów wystroju i architektonicznych detali, które miały ułatwić (i ułatwiły) powojenną odbudowę.

Wypatroszona bryła Zamku straszyła do jesieni 1944 roku. Po upadku Powstania Warszawskiego Niemcy przystąpili do systematycznego burzenia miasta. Po 600 latach nieprzerwanego istnienia, z siedziby władców jednego z największych państw Europy została sterta gruzu.

Kaktus na dłoni Gomułki

Gdy ucichły armaty, zrujnowana stolica Polski odżyła błyskawicznie. Odbudowa najważniejszych zabytków zdawała się oczywistością, którą musiał uznać nawet nowy, uzurpatorski rząd z moskiewskiego nadania. Z ocalałych fragmentów naprędce złożono portal Bramy Grodzkiej, co opinia publiczna odebrała jako zwiastun rychłego zmartwychwstania królewskiej siedziby. Wyłoniony w sfałszowanych wyborach Sejm zdecydował, że Zamek zostanie odtworzony w ciągu pięciu lat „z przeznaczeniem na  siedzibę Najwyższych władz Polski Ludowej i ośrodek życia kulturalnego mas ludowych”.

Architektura była konikiem szefa komunistycznej partii, Bolesława Bieruta. Uważając się za przyszłego lokatora Zamku instruował architektów, że „strupieszałe podejście konserwatorskie budzi ostre zastrzeżenia” i by „wnętrzami zabytkowymi się nie krępować”. Rezydencja miała się odrodzić nie historycznym kształcie, lecz w formie socrealistycznej wydmuszki. Pojawiły się głosy, by dodać jej wielką kopułę, kilka pięter i podwyższyć tak by, zasłoniła górującą nad Starówką katedrę. Przypominało to plany Niemców wzniesienia na wiślanej skarpie gigantycznej Hali Ludowej. Edmund Goldzamt, architekt wykształcony w Moskwie, poszedł najdalej – zaprojektował nowoczesny wieżowiec, który chciał ustawić w miejscu, gdzie znajdował się Zamek.

Tymczasem po sąsiedzku odbudowano ulicę Krakowskie Przedmieście, będącą początkiem Traktu Królewskiego i najstarszą, pamiętającą średniowiecze dzielnicę miasta. Komuniści skorzystali jednak z okazji, by nadać jej bardziej świecki charakter. Odtworzono zabytkowe fronty domów, ale czar pryskał po wejściu do środka lub na podwórko. Okazywało się wtedy, że pod historycznym kostiumem kryje się współczesne osiedle mieszkaniowe. Do dziś tablica, wmurowana w narożną kamienicę informuje, że rynek jest “pamiątką rewolucyjnych walk ludu Warszawy”. O Zamku nie dało się tego powiedzieć, co stało się jednym z powodów odłożenia jego rekonstrukcji ad calendas Graecas.

Po śmierci Stalina i Bieruta władza, jeszcze niedawno epatująca wizjami wielkich inwestycji, spuściła z tonu. Na długie lata schowano do szuflady plan budowy metra w stolicy. Mimo to profesor Lorentz próbował zainteresować nową ekipę rządową losem Zamku. W kierowanym przez siebie Muzeum Narodowym przechowywał fragmenty kolumn, posadzek, mebli, ram okiennych, drzwi, świeczników, kominków, malowideł i sztukaterii. Grupa  pasjonatów, nie czekając na polityczną decyzję, przygotowywała plany rekonstrukcji zamkowych wnętrz.

Nowego szefa partii, Władysława Gomułkę, brano za patriotę, jednak w rzeczywistości był on ortodoksyjnym komunistą. Do „pamiątek feudalizmu” stosunek miał jednoznacznie negatywny. Daremnie Lorentz proponował, by odbudową siedziby królów uczcić 20-lecie PRL lub tysięczną rocznicę powstania państwa polskiego. Gomułka powiedział mu wprost, że prędzej mu kaktus na dłoni wyrośnie, niż na to pozwoli. Państwowa cenzura pilnowała, by media nie wspominały o sprawie. Zasypano odsłonięte podczas wstępnych prac zamkowe piwnice, teren wyrównano i  wyłożono kamiennymi płytami. Pojawiły się trawniki i betonowe klomby z kwiatami. Z myślą o czekających na miejskie autobusy postawiono kilka ławeczek. Widok na Wisłę psuł nieco fragment narożnika saskiego skrzydła budowli, uznany za trwałą ruinę. U stóp skarpy kamienne elementy unicestwionego Zamku zarastały zielskiem.

Podaj cegłę

Gomułka doszedł do władzy jesienią 1956 roku. Stracił ją 14 lat później, po krwawej łaźni sprawionej robotnikom z Wybrzeża. Jego następca, Edward Gierek, był z innej gliny ulepiony. Czuł się w obowiązku wykonać jakiś gest w stronę społeczeństwa. Szukał też uznania w oczach kulturalnej elity. 19 stycznia 1971 roku ścisłe kierownictwo rządzącej partii podjęło decyzję, którą następnego dnia Gierek osobiście zakomunikował „przedstawicielom środowisk twórczych”: Zamek zostanie zrekonstruowany.

Lorentz, potomek niemieckiego kapelusznika, który przybył do Warszawy pod koniec XVIII wieku, triumfował. Jego upór został nagrodzony – został wiceprzewodniczącym Obywatelskiego Komitetu Odbudowy Zamku Królewskiego. Fotel przewodniczącego zarezerwowano dla szefa warszawskich struktur partii. Inwestycja została sfinansowana z dobrowolnych składek, co było ewenementem w skali całego bloku komunistycznego. W ZSRR i państwach satelickich „czyn społeczny” zawsze kojarzył się z przymusem. 

Odbudowa kosztowała znacznie mniej, niż się spodziewano - 500 milionów ówczesnych złotych. Na konto Komitetu wpływały dochody z meczów piłkarskich i wyścigów konnych, koncertów i loterii, datki wiernych zbierane podczas niedzielnej mszy. Wielka szklana skarbonka, ustawiona na placu Zamkowym nigdy nie świeciła pustkami. Wiosną na placu budowy pojawili się pierwsi wolontariusze, w sumie pracowało bez wynagrodzenia ponad 27 tysięcy ludzi. Ta ofiarność potwierdzała fakt, że dla Polaków Zamek jest symbolem utraconej niepodległości. Na propagandowych filmach eksponowano milicjantów i górników, przerzucających cegły w strojach galowych. Pomagało wojsko i państwowe zakłady przemysłowe (innych zresztą w kraju nie było).

Apel Komitetu do Polaków mieszkających za granicą podzielił emigrację. Pisarz Józef Mackiewicz przekonywał, że Zamek będzie służył „wygodzie i podniesieniu prestiżu polskich bolszewików” i wezwał patriotów do zbojkotowania zbiórki. Szef wpływowej paryskiej „Kultury” Jerzy Giedroyc nazwał prośbę o wsparcie „dywersją”. Dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Jan Nowak-Jeziorański uznał jednak, że trzeba zademonstrować solidarność z rodakami w kraju. W antykomunistycznym Londynie Komitet niewiele wskórał. Lepiej poszło w Ameryce, bo tamtejsza emigracja była bardziej zasobna i sentymentalna.

Kraków kontra Warszawa

Już po trzech latach od wbicia w ziemię pierwszej łopaty gmach był ukończony w stanie surowym. Na Wieży Zygmuntowskiej uruchomiono zegar, który przestał odmierzać czas tragicznego 17 września 1939 roku. Fasada Zamku od strony miasta odzyskała kształt wczesnobarokowy z czasów dynastii Wazów, od strony Wisły rządziło  saskie rokoko. Największym wyzwaniem było odtworzenie wnętrz na podstawie przedwojennych fotografii, rysunków i opisów z końca XVIII wieku. Wszędzie gdzie się dało, wmurowywano oryginalne elementy wystroju.

W rekonstrukcji baldachimu w Sali Tronowej pomogło odnalezienie jednego z oryginalnych srebrnych orłów w Kanadzie. Boazerie, ornamenty ścienne i ramy obrazów pokryte zostały cienką warstwą złota najwyższej próby. Zużyto go w sumie 40 kilogramów. Kruszec nieco gorszej jakości posłużył do ozdobienia tarcz zegarów, gałek na wieżach, klamek i kandelabrów. Tymczasem w zaciszu gabinetów narastał spór partyjnych notabli z muzealnikami. Gierkowi marzył się powrót do sytuacji przed wojną, gdy głowa państwa urzędowała w dawnej siedzibie królów. W kraju zaczął się jednak gospodarczy kryzys, który w 1980 roku zrzucił go kozła. Lorentz znowu wygrał - nominację na dyrektora Zamku dostał jeden z jego zastępców z Muzeum Narodowego, profesor Aleksander Gieysztor.

Gmach otwarto dla publiczności 31 sierpnia 1984 roku. Eksperci podawali w wątpliwość kolor tynków i kształt narożnych wieżyczek. Nie przywrócono dawnego kształtu Izby Poselskiej, podzielonej na dwie mniejsze sale w czasach rosyjskich z zemsty za detronizację cara przegłosowaną tu w styczniu 1831 roku. Komunistom tradycje parlamentaryzmu były obce, poza tym panowała opinia, że polsko-litewski Sejm nie stanął na wysokości zadania. Zwiedzający opuszczali Zamek zachwyceni, choć do oglądania była tylko jedna dziesiąta tego, co obecnie.

Kolekcję muzeum uzupełniły zakupy i darowizny. Premier Szwecji Olof Palme podarował zrabowany przez jego rodaków w XVII wieku bezcenny gwasz, przedstawiający uroczysty wjazd do Krakowa orszaku ślubnego króla Zygmunta III Wazy. Do Zamku trafiła też część kolekcji Lanckorońskich, w tym dwa obrazy Rembrandta oraz bezcenny zbiór starych map biznesmena Tomasza Niewodniczańskiego.

Była rezydencja królewska wiedzie dziś podwójne życie. Odbywają się w niej wystawy polskich i obcych dzieł sztuki, festiwale muzyki dawnej, imprezy kulturalne i historyczne wykłady. Do zrekonstruowanego gmachu wróciła również polityka.  W Pokoju Towarzyskim przy okrągłym rokokowym stole, uratowanym z dawnego wyposażenia, w czerwcu 1987 roku rozmawiali w cztery oczy Jan Paweł II i ostatni przywódca komunistycznej Polski, generał Wojciech Jaruzelski. Wizyta na Zamku jest żelaznym punktem programu wizyt, składanych nad Wisłą przez  prezydentów, premierów i monarchów. Są zaskoczeni faktem, że ponad 80 procent wyposażenia jest autentyczne.

Tradycyjne animozje między starą i nową stolicą Polski sprawiły, że w Krakowie częściej niż gdzie indziej można usłyszeć: „warszawski zamek to atrapa”. Warszawiacy ripostują, że Wawel jest skorupą. Z jego wyposażenia nie zachowało się wszak nic, z wyjątkiem arrasów króla Zygmunta Augusta i tronu Stefana Batorego. Nawiasem mówiąc, obie budowle znajdują się na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ich rekonstrukcja stała się wzorem dla sąsiednich państw (rezydencja Jagiellonów w Wilnie, zamek Habsburgów w Bratysławie, zamek Wettinów w Dreźnie, pałac Hohenzollernów w Berlinie).

Ostatnim akcentem odbudowy warszawskiego Zamku było odrestaurowanie ogrodów. Udostępnione wiosną 2019 roku, w przyszłości mają sięgać aż do Wisły. Nie słabnie też nadzieja, że odnajdą się kolejne zamkowe zabytki, które pochłonęła noc zaborów i okupacji.

Wiesław Chełminiak

Fotografia w tle: Odbudowa Zamku Królewskiego w Warszawie / Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

2021-01-19