Profesor Król

Profesorów jest wielu, niemało też redaktorów naczelnych, sporo jest dziekanów. Marcin Król, piastujący wszystkie trzy te godności publiczne i jeszcze kilka innych, dla wielu ludzi w Polsce był po prostu historykiem idei. Jak nikt inny otwierał, udostępniał, na nowo nazywał całe obszary dorobku intelektualnego, dotąd nieznane, zakazane albo zapomniane.


Zawistnicy, których nigdy nie brakuje, pewnie sarkali: z dobrej rodziny (ojciec – wykładowca Politechniki), chrzestny – legendarny Józef Rybicki (filolog klasyczny, jeden z dowódców Kierownictwa Dywersji Armii Krajowej i więzień polityczny przez dziewięć lat stalinizmu), absolwent Reytana, jednego z najlepszych liceów warszawskich, do tego wysoki, przystojny i z esprit. Świetnie, ale już podwójne magisterium w wieku 22 lat (z socjologii i filozofii; z tej drugiej za przedmiot dociekań wybrał sobie „Absolut epistemologiczny i komunikację intersubiektywną u Kartezjusza i Husserla” to raczej jego własna zasługa.

Debiut w życiu publicznym w ciasnej i dusznej Polsce ostatnich lat rządów Władysława Gomułki miał najlepszy z możliwych. Najpierw, w styczniu 1968, uczestniczył w głośnym proteście ulicznym przeciw zdjęciu ze sceny spektaklu „Dziady” Adama Mickiewicza, klasycznego dzieła literatury polskiej uznanego przez partię komunistyczną za zbyt antyrosyjskie. W niecałe dwa miesiące później jako doktorant wziął udział w demonstracji studenckiej na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego w obronie kolegów relegowanych za przekonania i został wybrany do delegacji studenckiej usiłującej prowadzić rozmowy z rektorem uczelni. W miesiąc później, 10 kwietnia, został zatrzymany, a w 48 godzin później aresztowany na trzy miesiące. Tak się wchodzi do pokolenia. Ale wiadomo to zwykle w 20 lat później.

Na razie został zwolniony z aresztu i szczęśliwie pozostawiony na uczelni: w 1971 roku obronił pracę doktorską, traktującą o „świadomości historycznej w ideologii jakobinów” i został zatrudniony w Polskiej Akademii Nauk. Wypuszczono go nawet na stypendium do Yale i na Texas University, ale w tym samym czasie miał miejsce fakt ważniejszy: podjął współpracę z katolickim, inteligenckim, balansującym między opozycyjnością (oficjalnie niemożliwą) a dystansem wobec władz „Tygodnikiem Powszechnym”. Wraz ze swoim wieloletnim przyjacielem, Wojciechem Karpińskim, opublikował tam cykl portretów intelektualnych najważniejszych polskich myślicieli politycznych XIX i początku XX wieku, pod wspólnym tytułem „Od Mochnackiego do Piłsudskiego. Sylwetki polityczne XIX wieku”.

Mochnacki – jeszcze, ale Piłsudski? Było to świadectwo względnej liberalizacji dekady lat 70., kiedy do władzy doszedł w PRL Edward Gierek. Co jednak cenzura była w stanie zaakceptować w niskonakładowym, „pokazowym” tygodniku katolickim, nie mogło przejść w wydawnictwie książkowym. Cykl opublikowany został pod okrojonym tytułem „Sylwetki polityczne XIX wieku” (1974) i zrobił furorę. Dokładniej, stał się ważną składową znaczącego procesu mentalnego lat 70.: wielkiego odzyskiwania przez Polaków przeszłości, przedtem wypartej lub ocenzurowanej. Nieraz wspomina się, jak temu odzyskiwaniu przeszłości sprzyjała wystawa malarstwa i fotografii „Polaków portret własny” z roku 1979, realizowane w tej dekadzie filmy Andrzeja Wajdy czy pierwsza pielgrzymka papieża Jana Pawła II do Polski, z której pochodził (również rok 1979). „Sylwetki polityczne…” były jednak również ważną cegiełką. Dla osób, które w latach 80. rozpoczynały studia na historii czy polonistyce stopień zaczytania tej książki był renomą.

W połowie dekady Marcin Król habilitował się, podpisał kilka listów protestacyjnych i zaangażował się w tworzenie Towarzystwa Kursów Naukowych – pierwszej w pełni niezależnej od państwa (i formalnie nielegalnej, choć tolerowanej przez władze) instytucji edukacyjnej w Polsce od 1944 roku. W tym samym czasie (1978) założył, znów wspólnie z Wojciechem Karpińskim, miesięcznik „Res Publica”. To był już czas, gdy zaczęto w Polsce drukować wydawnictwa niezależne – od „Biuletynu Informacyjnego KOR”, informującego o pobiciach i zatrzymaniach, po „Zapis”, drukujący młodych poetów – ale żaden inny tytuł nie powstał po to, by publikować rozważania na temat Tocqueville’a! Taki był jednak zamiar Króla: stworzenie forum do liberalno-konserwatywnego, a zarazem racjonalnego myślenia i debatowania o polityce. Temu też służyła wydana przezeń na emigracji (Wydawnictwo Libella, Paryż, 1979) monografia środowiska „neokonserwatystów” czynnego w Polsce lat 30., skupionego wokół dwóch tytułów prasowych („Bunt Młodych” i „Polityka”), choć żywiących ambicje wejścia do wielkiej polityki i modernizowania kraju.

W latach 1980-1981, okresie „karnawału”, był jednym z doradców „Solidarności”. Można jednak uznać, że nie zawsze było mu blisko do spontaniczności i entuzjazmu gigantycznego związku zawodowego. Nadal zajmował się poważną, akademicką refleksją nad myślą konserwatywną w Polsce XX w., a dokładniej – tradycjami i „formatem” tej myśli. Świadectwem tego są jego prace o ugrupowaniu „Stańczyków” (1982) praz „Studia nad polską myślą konserwatywną XIX w.” (1985), daleki był jednak od wskrzeszania ruchów konserwatywnych na zasadzie prostej „rekonstrukcji”. Podobne pomysły kwitował salwą śmiechu i kłębami dymu ulubionego gauloise’a. Opowiadał się za „realizmem”, co w romantycznej, żarliwie kontestującej wprowadzenie stanu wojennego Polsce nie było ani łatwe, ani popularne. Ten realizm doprowadził go do dyskutowania, w ramach Klubu Myśli Politycznej „Dziekania”, ramowych warunków ugody politycznej z komunistami, która miałaby być zawarta w imię ratowania gospodarki i społeczeństwa. W roku 1987 poszedł o krok dalej. Przeprowadził z komunistami rozmowy, w rezultacie których uzyskał zgodę reżimu Jaruzelskiego na legalne wydawanie miesięcznika „Res Publica”.

Na wyposzczonym rynku wydawniczym nowy tytuł budził ogromną ciekawość, swoją legendą, tekstami i szatą graficzną. Przyrównywano go do miesięczników paryskich, lub do „The Atlantic”, zarazem gorzko wyrzucając Królowi zawarcie kompromisu ze znienawidzonymi komunistami. Gniew minął, a czarno-białe okładki „Res Publiki”, wydawane na szorstkiej, zmechaconej tekturze, łatwo chłonące kurz, zostały. W rok później o kompromisie ze znienawidzonymi, lecz w obliczu zapaści gospodarki coraz wyraźniej kapitulującymi komunistami mówili wszyscy, włącznie z wczorajszymi krytykami. I znów Król był „w kontrze”, opowiadając się przeciwko unifikacji opozycji i podporządkowywaniu jej Lechowi Wałęsie. Zarazem jednak zaangażował się po stronie „Solidarności” w rozmowy Okrągłego Stołu, pisząc kilka esejów o ramowych warunkach ugody.

W Polsce, która odzyskała niepodległość, nadal wydawał miesięcznik „Res Publica” (od 2003 kwartalnik – „Res Publica Nowa”), stał na czele Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych UW (2002-2012), stworzył Katedrę Studiów nad Tradycją i Zmianą Społeczną. Raz i drugi zaangażował się bezpośrednio w politykę (udzielając poparcia dwóm kandydatom na prezydenta). Na co dzień jednak nieporównanie bardziej interesowała go działalność grassroots: przewodniczył radzie największego w Polsce liberalnego (i chyba największego w ogóle) pozarządowego think-tanku, czyli Fundacji im. Stefana Batorego. I przez cały czas, niezależnie od obowiązków akademickich, wydawniczych, organizacyjnych – rozmawiał, na seminariach i poza nimi. Przez ostatnie dni listopada w sieciach zaroiło się od wspomnień o nim, pisanych przez doktorantów, dziś już zwykle doktorów. Niekoniecznie orientacji liberalnej: często konserwatystów, formacji bardziej katolickiej lub „świeckiej”, piszących o rozchodzeniu się z Królem, lecz niezmiennie podkreślających jego uczciwość, otwartość, mistrzostwo. „Niewzruszona wdzięczność wobec naszych przewodników to jeden z fundamentów prawości duszy, nawet, gdy idziemy od dawna własną drogą i często nie tak jakby chciał niegdysiejszy drogowskaz”, podsumował te pożegnania inny konserwatywny myśliciel, Paweł Milcarek.

Samemu Królowi z upływem lat było chyba coraz dalej do konserwatyzmu, przynajmniej tego bezkrytycznego. Jeszcze w latach 80. w „Podróży romantycznej”, najbardziej chyba eseistycznej jego książce, omawiał myśl Daniela Bella, Alaina Besançona, Witolda Gombrowicza czy Emmanuela Mouniera – wszystkich dalekich od konserwatywnej ortodoksji. Niezmiennie comme il faut w zachowaniach („Był eleganckim, zawsze punktualnym wykładowcą. Kiedy zaczynał mówić, zdejmował zegarek, kładł na stole i co jakiś czas dyskretnie na niego zerkał. Zawsze zamykał wywód na czas, niekiedy pozwalał sobie na dygresje albo anegdoty, ale zawsze służyły tokowi rozumowania” – pisały na gorąco jego słuchaczki na Facebooku), czasem pozwalał sobie na upust lekko klasistowskiej pasji w tekstach. Przykro brzmiały jego uwagi o ludziach, z którymi nie zgadzał się w polityce, a którym, jego zdaniem, zabrakło w życiu „podróży do Bretanii i smakowania ostryg popijanych chablis”. Ale to były najmniej ważne teksty.

O tym, że zawsze zachowywał niezależność myślenia, świadczył wywiad z nim z roku 2014 (w rok później rozszerzony przezeń do rozmiarów książki) pod głośnym tytułem „Byliśmy głupi”. To nie była kokieteria: w pokolenie po przemianach roku 1989 Marcin Król zarzucał swojemu środowisku liberalnych intelektualistów skupienie się w latach 80. na kategoriach wolności ustrojowej czy intelektualnej – i rezygnację z solidarności społecznej, z działania na rzecz rzeczywistych potrzeb większości Polaków. „Myśmy byli oderwani od realnych ludzkich problemów. Z naszego punktu widzenia w tej całej rewolucji chodziło przecież o wolność. Na przykład problemy z cenzurą w Peerelu. Kto je miał? Dla 97 procent Polaków to w ogóle nie była żadna uciążliwość. A dla nas odwrotnie, to był problem podstawowy, że kreślą albo zakazują drukować tego, co się w pocie czoła wyprodukowało. Wolność była dla nas najważniejsza, absolutnie. Ona nam wystarczyła. A kwestie solidarności społecznej, biedy na wsi, pegeerów, nierówności… Zabrakło nam wyobraźni” – wspominał.

Zostawił ponad 20 książek, pięć antologii, zapewne najważniejsze pismo nawiązujące do tradycji liberalnej, dziesiątki wychowanków, wzorzec mistrzostwa. Przez lata zaliczano go do grupki „młodych konserwatystów” głoszących dość prywatny i elitarny kult innego bardzo samodzielnie myślącego intelektualisty i wydawcy polskiego, Pawła Hertza. Coraz częściej będziemy pewnie stawiać te dwa nazwiska obok siebie.

dr Wojciech Stanisławski

 

Fotografia: Marcin Król. Autor: Andrzej Barabasz (Chepry). Wikimedia. CC.3.0

2020-12-02