Źródła historyczne

Myślicie o zeszłorocznych wakacjach? Nie możecie przypomnieć sobie, jaki kolor miał kajak na którym pływaliście, kto Wam towarzyszył? Nie ma problemu – sięgacie do nakręconych filmików, oglądacie zdjęcia, pytacie rodziców. Czytacie wysłane do rodziny kartki. Czy wiecie, że wszystko to, co robicie jest właściwe dla pracy historyka, a albumy rodzinne, zbierane przez dziadków pocztówki, opowieści rodziców, czy w końcu Wasze pamiętniki są niczym innym jak źródłem historycznym? Na podstawie przenoszonych przez nie informacji możecie np. napisać wypracowanie pt. „Wspomnienie znad morza/spod gór”, potencjalnie  wzbogacające dorobek historiografii polskiej.

Dokładnie tym samym zajmuje się  zawodowy badacz dziejów. Co ma on zrobić wtedy, gdy jednak chce poznać czasy, w których ludzie nie znali jeszcze nowoczesnych technologii, nie robili zdjęć, nie nagrywali, ba nawet nie znali pisma… Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd wiemy, że na polskich ziemiach rozwijało się hutnictwo, że Mieszko I był księciem Polan, jak ubierał się król na koronację i co wymyślił Kopernik… Otóż o tym wszystkim opowiadają nam źródła historyczne. Szukamy ich wszędzie – w ziemi i w rzeczywistości obok nas. Tym zajmuje się archeologia. Naukowcy na podstawie znalezionych przedmiotów np. narzędzi pracy lub odkrywanych pochówków są w stanie odtworzyć wiek tych artefaktów, wygląd ludzi wówczas żyjących, zarys starych miast.

Podstawą naszej wiedzy historycznej są jednak tzw. źródła pisane  np. najstarsza polska kronika sporządzona prawdopodobnie w latach 112-1116 przez autora, którego imienia nie znamy stąd jego przydomek Gall Anonim. „Mieszko, objąwszy księstwo zaczął dawać dowody zdolności umysłu […]. W końcu zażądał w małżeństwo jednej, bardzo dobrej chrześcijanki z Czech, imieniem Dąbrówka.” – czytamy w niej i stąd wiemy, że żoną księcia polskiego została owa czeska księżniczka. Nie możemy jednak poprzestać na tej jednej informacji. Przecież sami wiecie, jak omylny bywa człowiek. Czasem też kłamie. Musimy więc zawsze potwierdzać zdobytą wiedzę – po pierwsze porównując z innymi źródłami np. kronikami sąsiadujących państw. Zadajemy sobie także pytanie czy autor kroniki, pamiętników, listów – to wszystko zaliczamy do kategorii źródeł  - mógł być świadkiem tego, co opisał. Jeśli nie, to skąd mógł to wiedzieć… Odpowiedzi na te pytanie zbliżają nas do odkrywania prawdy, a opisana metoda nazywa się krytyką źródła.

Są oczywiście takie źródła, którym możemy udzielić bezwzględnego kredytu zaufania. To są dokumenty. One bowiem nie opisywały, a tworzyły rzeczywistość. Są też takie – zwłaszcza związane ze sztuką, które wymagają szczególnej ostrożności. I jak portretom możemy zaufać zakładając, że jedynym przestępstwem malarza była chęć upiększenia obiektu, tak do scen historycznych, mitologicznych, biblijnych itp. musimy podchodzić z duża ostrożnością. Często bowiem zdarzało się i nadal zdarza, że artysta przedstawił swoich bohaterów w kostiumach i scenerii sobie współczesnych lub dodał do obrazu osoby czy symbole, które nie mogły się tam znaleźć. Sztuka bowiem rządzi się swoimi prawami. Tak jest np. z obrazem Jana Matejki pt. Unia lubelska. Malarz umieścił tam postaci Anny Jagiellonki, biskupa Stanisława Hozjusza, prymasa Jana Łaskiego, choć z różnych względów nie byli oni obecni podczas ceremonii. Chciał, poprzez wykorzystanie tych postaci jako symboli, zawrzeć ideowe przesłanie dla oglądających. Podobny zabieg zastosował np. słynny włoski malarz Caravaggio ubierając postaci ewangeliczne w stroje barokowe – np. na obrazie Złożenie do grobu.

Krótko mówiąc wszystko, co pochodzi z przeszłych wieków jest potencjalnym źródłem historycznym. Jak wiele z tego wydobędziemy zależy od naszej umiejętności zadawania pytań i nabytej podejrzliwości, która w życiu codziennym przeszkadza, w nauce zaś jest pomocna.

 

Ilustracja w tle: Pierwsza strona Kroniki polskiej Galla Anonima.

2020-03-20