Turystyka po staropolsku

Turystyka nie jest zjawiskiem ostatnich dziesięcioleci. Od najdawniejszych czasów świat przemierzali koczownicy, kupcy, żołnierze i dyplomaci. Dla wielu z nich podróże były koniecznością życiową, jednak niektórzy wędrowali kierowani chęcią poznania innych krajów, ludzi, cudów natury i architektury. Nie inaczej było w czasach I Rzeczpospolitej. Jak zatem podróżowali Polacy w czasach nowożytnych?


Trójkonna kibitka, popularna w Rosji. Aleksander Orłowski, 1819

Polscy podróżnicy to niemal wyłącznie szlachta. Zarówno synowie królewscy, jak i niezbyt zamożni księża i studenci. Ci pierwsi podróżowali zwykle w sporych orszakach, odwiedzając po drodze zaprzyjaźnione dwory europejskie. Ci ostatni podróżowali skromniej, z opiekunami, którzy mieli pilnować, by podróż miała jak najwięcej walorów edukacyjnych oraz by student dotarł do wyznaczonej mu przez ojca uczelni, mimo pokus czyhających po drodze. Współczesnych turystów najbardziej jednak przypomina grupa podróżników średniozamożnych, przemierzających świat samotnie lub w towarzystwie najwyżej kilku służących.

Przykładem może tu służyć anonimowy autor diariusza z 1595 roku. Wyrusza on z Włoch, gdzie najprawdopodobniej studiował, w podróż do Hiszpanii. Jego celem jest zasadniczo Santiago de Compostela, lecz zmierza tam bardzo okrężną drogą, zwiedzając po drodze Barcelonę, Saragossę, Madryt, Sewillę i Lizbonę. Interesują go przede wszystkim relikwie świętych i starożytne budowle, lecz przygląda się też bystro zwyczajom Hiszpanów, przyrodzie i funkcjonowaniu gospodarki tego państwa. Podróżuje sam - na wozie, mule lub pieszo; w rozmaitym towarzystwie. Nie wstydzi się oglądania dawnych meczetów, czy brania udziału we mszy w obrzędzie mozarabskim.

Najbardziej popularnymi celami podróży Polaków były Włochy z ich uniwersytetami (Padwa, Bolonia) oraz licznymi wspaniałościami Rzymu, Francja (Sorbona) i Niderlandy (zwłaszcza tamtejsze twierdze uważane za najnowocześniejsze na świecie). Zwykłym przystankiem po drodze, a czasem i celem były kraje niemieckie. Rzadziej jeżdżono do Hiszpanii (szczególnie do Santiago de Compostela i rezydencji Habsburgów w Escorialu) i do Ziemi Świętej. Ze względów religijnych kraje protestanckie, Rosja i Turcja stosunkowo mniej interesowały polskich turystów – tam jeździli głównie dyplomaci.

Nie licząc najbogatszych, rzadko podróżowano na własnym „sprzęcie”. Wozy często się psuły, zwierzęta doznawały kontuzji bądź chorowały – bardziej opłacało się wynająć wspólnie z innymi podróżnymi woźnicę z jego pojazdem lub przyłączyć się do kupieckiej karawany. Np. przy przekraczaniu Alp najkorzystniej było pozbyć się wozu, kupić konia lub muła i na jego grzbiecie przebyć góry, by potem sprzedać zwierzę z zyskiem na Nizinie Padańskiej. Co poniektórzy podróżowali nawet pieszo, choć nie było to zbyt wygodne, jak opisuje nam to anonimowy Polak zwiedzający Hiszpanię: Zażyłem tego dnia takiego gorąca, że chodźem miał dwoiste podszycie w trzewikach, poczyniły mi się pryszcze na podeszwach; więc do tego wody nie było nigdy na drodze, bo ta Aragonia nad insze państwa jest [w] szerokość kamienista, piaszczysta, bez źródeł, bez wód, tak że barzo duszno chodzić trzeba i na 10 mil polskich wodę z sobą nosić albo więc z bydłem wespół pić w cysternach (…)


Polski szlachcic we Włoszech. Stefano della Bella, I poł. XVII w.

 Drogi w nowożytnej Europie były niemal wyłącznie nieutwardzone. Ich przejezdność była przede wszystkim uwarunkowana pogodą i typem gleby, po której biegły. Znakomity historyk Antoni Mączak opisując stan nowożytnych szlaków, przywołuje sztychy ze zbioru Brauna i Hogenberga. Widać na nich rozjeżdżone koleiny i nierówny pas ziemi pozbawiony trawy – to wszystko, co wskazuje na fakt istnienia w tym miejscu drogi „międzymiastowej”. Jak wiemy, mogło być znacznie gorzej – ulewne deszcze bądź obfite opady śniegu potrafiły uczynić dany szlak zupełnie nieprzejezdnym dla wozów – podstawowego w owych czasach środka transportu. Szczególnie złą sławą cieszyły się Alpy – obowiązkowa przeszkoda na drodze do popularnych i dawniej, i dziś Włoch. Najczęściej pokonywano ją na grzbietach koni, mułów lub – najbezpieczniej – w lektyce służącej też często za sanie, niesionej przez doświadczonych alpejskich przewodników-górali.

Nieodłączną „atrakcją” europejskich dróg byli bandyci. Stanowili on stałe zagrożenie na drogach, zwłaszcza w bardziej niespokojnych czasach i miejscach – we Włoszech, w Niemczech czasu wojny trzydziestoletniej, czy w Karpatach. Jednak ówcześni rozbójnicy, jak dowiadujemy się ze wspomnień podróżników, nieraz okazywali pewien stopień zrozumienia i zostawiali swoim ofiarom część pieniędzy i zwierzęta, by mogli oni dotrzeć do najbliższego miasta.

 


Krajobraz górski z dwoma podróżnymi. Teodor Lubieniecki, ok. 1700 r.

Gdy strudzony podróżnik szukał noclegu w nowożytnej Europie, trafiał zwykle do gospody. Tam różnice regionalne często dawały mocno znać o sobie: Przyprawicie Niemca o chorobę, każąc mu spać na materacu; takoż Włocha w pierzu; Francuza zasię bez kotar i ognia. Żołądek Hiszpana nie zniesie nie zniesie naszego [francuskiego] jadła, ani nasz znów picia szwajcarską modą. Bawiłem się szczerze słuchając w Augsburgu pewnego Niemca, który zwalczał nasze kominki tymi samymi argumentami, jakimi my posługujemy się zwyczajnie, aby przyganiać ich piecom - pisze francuski filozof i podróżnik Michel de Montaigne.

W gospodach jadło się i spało zwykle w dużych izbach na kilkadziesiąt osób. Prywatne pokoje były luksusem. W łóżkach (jeżeli w ogóle były) dla oszczędności miejsca i ciepła leżało zwykle po 2 podróżników. Stwarzało to sporo zabawnych sytuacji, o których możemy się przekonać po lekturze popularnych rozmówek angielsko-francuskich:
 
  • Czy leżymy razem?

  • Uwielbiam leżeć osobno / uwielbiam leżeć w towarzystwie

  • Pan jesteś kiepskim towarzyszem w łóżku

  • Nic pan nie robisz, tylko kopiesz

  • Ściągasz całą kołdrę

  • Pan masz moją poduszkę

 



Karczma "Rzym" w Suchej Beskidzkiej. Bryła budowli pozostała niezmieniona od XVIII wieku. Fot. W. Grabowski


Polska niestety nie miała opinii miejsca szczególnie przyjaznego dla podróżnych.  Ten kraj ma niewiele miast; jeśli cudzoziemiec zatrzyma się na krótko w jednym z nich, łatwo znajdzie Niemca, czy Niderlandczyka, który przyjmie go w gościnę i obsłuży wygodniej niż ktokolwiek z tego narodu, choć zapewne po niezwykłych cenach [...] Gospody w głównych miastach dysponują wygodnymi łózkami i obfitością zarówno mięsa, jak i ryb słodkowodnych. Te zaś ryby przyrządzają ostrzej, niż by wystarczyło, pieprzem i korzeniami; sławi się za to Polaków ponad Niemców i wszelkie inne nacje, jednak korzenie, przywożone z daleka i drogo sprzedawane podnoszą koszt sosu wyżej niż warta jest sama ryba […] We wsiach i miasteczkach przy drodze przybysz nie znajdzie łóżka; powinien wieźć je ze sobą na powozie i siedzieć na nim wygodnie. Inni zwykli spać na słomie owinięci w kożuch woźnicy, który zwykle noszą […] Wszyscy podróżni leżą razem w ciepłej izbie z rodziną [gospodarza], razem kobiety i mężczyźni. Nie znają w takich miejscach ani wina, ani dobrego mięsa, które trzeba wozić z miasta ze sobą w powozie. - opowiada angielski podróżnik Fynes Moryson.


Podobnie, jak i dziś, różnice cen w różnych rejonach potrafiły niemile zaskoczyć podróżnych. Badania Antoniego Mączaka dowodzą, że najdroższe dla turystów były okolice górnego Renu – od Zurychu do Frankfurtu nad Menem. Trochę tańsze były przyległe krainy – Ile de France, Niderlandy, kraje alpejskie i Włochy. Jako stosunkowo tanie określa się kraje skandynawskie i Czechy, a koszty utrzymania w Polsce należały do jednych z najniższych w Europie łacińskiej. Z tych względów podróże zagraniczne były dla polskiej szlachty – przyzwyczajonej do niskich cen – często za drogie. Dodatkowo sytuację utrudniał fakt, że dużą część majątku, nawet zamożnych, posesjonatów, stanowiły dobra, które trudno było w Rzeczpospolitej spieniężyć.

Ciekawie przedstawiała się kwestia dysponowania pieniędzmi podczas podróży. Wożenie ich ze sobą było ryzykowne i dość niewygodne – pieniądze kruszcowe w dużej ilości były po prostu bardzo ciężkie. Pamiętajmy, że moneta była tyle warta, ile ważył czysty kruszec w niej zawarty. Niektórzy jeszcze w XVIII wieku przewozili pieniądze ze sobą. Jednak coraz bardziej powszechną metodą było wykorzystanie listów wekslowych. Wpłacało się określoną sumę kupcowi-bankierowi np. w Krakowie, Gdańsku bądź Wrocławiu, a on wystawiał interesantowi list wekslowy na określoną sumę w walucie kraju docelowego i przesyłał jego kopię do miejsca, gdzie miała nastąpić wypłata – np. w Wiedniu, Amsterdamie, czy Rzymie.

Mimo wielu trudności, Polacy aż do połowy XVII w. chętnie wybierali się na zagraniczne wojaże, bądź wysyłali młodzież dla „obycia się” w świecie. Znajomość łaciny, podobnie jak dzisiaj angielskiego, ułatwiała znacznie kontakt w krajach Europy Zachodniej. Niestety znaczne zubożenie kraju po najeździe szwedzkim poważnie ograniczyło możliwości szlachty do fundowania sobie takich wyjazdów. Znamienne również, że nie słyszymy prawie o polskich mieszczanach – podróżnikach. Brak możliwości porównywania jakości życia, sposobów gospodarowania, czy wykorzystywanych nowinek technicznych w Rzeczpospolitej i za granicą przyczynił się na pewno do zacofania szlacheckiej republiki w postępujących latach. Dopiero zniknięcie Polski z mapy Europy wyzwoliło na powrót polskie ciągoty podróżnicze, co w rezultacie poskutkowało dość gwałtownym „unowocześnieniem” światopoglądu bogatszych warstw społeczeństwa.
 

Łukasz Wojtach

 




Inrmację wprowadził: Łukasz Wojtach 2009-06-18

Informację zmodyfikował: Wojciech Andrzej Szydłowski 2009-08-17

2009-06-18