Prezydenci III Rzeczpospolitej

Kiedy we wrześniu 1990 r. Sejm kontraktowy dokonał nowelizacji konstytucji i wprowadził zasadę wyboru prezydenta w głosowaniu powszechnym, nikt zastanawiał się nad dalekosiężnymi konsekwencjami tego rozwiązania. Uwaga polityków i społeczeństwa koncentrowała się wówczas na trwającej od kilku miesięcy „wojnie na górze”, jak nawiązując do jednej z wypowiedzi Lecha Wałęsy nazywano konflikt wewnątrz obozu solidarnościowego. Powszechne wybory prezydenckie zaproponowali zwolennicy premiera Tadeusza Mazowieckiego, przekonani, że ma on szansę pokonać Wałęsę i powstrzymać w ten sposób głoszone przez zwolenników lidera „Solidarności” hasło przyspieszenia przemian, które oceniali jako awanturnictwo. Z kolei Wałęsa, przekonany o swoim zwycięstwie już w pierwszej turze głosowania, wolał otrzymać mandat od narodu niż od parlamentu wybranego w częściowo tylko demokratycznych wyborach z czerwca 1989 r. Dlatego nie poparł propozycji współpracującego z nim wówczas Jarosława Kaczyńskiego, aby elekcji głowy państwa dokonało to same Zgromadzenie Narodowe, które w lipcu 1989 r. wybrało większością zaledwie jednego głosu na prezydenta PRL gen. Wojciecha Jaruzelskiego.

Po jesieni ludów z 1989 r., a w szczególności po grudniowej egzekucji rumuńskiego komunistycznego dyktatora Nicolae Ceauşescu, Jaruzelski zachowywał się z maksymalną powściągliwością, zdając sobie sprawę z trudnego położenia w jakim się znalazł. W lipcu 1990 r., gdy premier Mazowiecki zdecydował się w końcu usunąć ze swojego rządu jego najbliższych współpracowników (generałów Kiszczaka i Siwickiego), Jaruzelski wyraził nawet gotowość ustąpienia z urzędu. Nie chciał tego jednak Mazowiecki, wciąż obawiający się kontrofensywy sił starego reżimu skoncentrowanych w armii oraz przechodzących bardzo ograniczoną metamorfozę służbach specjalnych. Jednak po dwóch miesiącach rosnąca presja społeczna oraz coraz głośniejsze protesty zwolenników Wałęsy sprawiły, że obóz Mazowieckiego zdecydował się na wystąpienie z inicjatywą powszechnych wyborów prezydenckich.  

Polacy polubili wybory prezydenta bardziej niż inne głosowania. W III RP dochodziło do  nich już sześć razy, a frekwencja nie spadała w nich zwykle poniżej 50 proc. (jedynie w I turze tegorocznej elekcji wyniosła 49 proc.).  Wszelako w ślad za tą popularnością nie poszły konstytucyjne uprawnienia prezydenta. Najszerszymi dysponował w pierwszych dwóch latach swej prezydentury Lech Wałęsa, gdy określała je jeszcze nowelizacja konstytucji PRL z 1989 r. wynegocjowana przy okrągłym stole. To wtedy, zakładając sześcioletnią prezydenturę Jaruzelskiego, nadano temu urzędowi bardzo szerokie kompetencje z prawem praktycznie nieograniczonego rozwiązywania parlamentu włącznie. Jednak już mała konstytucja z 1992 r. okroiła kompetencje głowy państwa, a obowiązująca obecnie konstytucja RP z 1997 r. pogłębiła ten proces. W rezultacie kolejni prezydenci III RP dysponujący bardzo silnym mandatem politycznym z racji sposobu w jakich ich wybrano, wchodzili równocześnie w coraz ciaśniejsze ramy swoich kompetencji określonych przez ustawę zasadniczą. Reagowali na to różnie, tworząc dwa odmienne modele polskiej prezydentury. Pierwszy, którego reprezentantami byli dwaj Lechowie (czyli Wałęsa i Kaczyński), zakładał otwartą, ostrą walkę prezydenta o jak największy zakres władzy wykonawczej. Drugi, stworzony przez Aleksandra Kwaśniewskiego i do pewnego stopnia naśladowany przez Bronisława Komorowskiego,  nie oznaczał bynajmniej rezygnacji z wpływu na egzekutywę, ale cel ten obaj realizowali przy pomocy działań o charakterze zakulisowym, starając się unikać otwartych konfliktów politycznych.

Trybun ludowy

Wałęsa nigdy nie ukrywał, że obowiązujący w Polsce system parlamentarno-gabinetowy uważa za błędny. Po pierwszych całkowicie wolnych wyborach parlamentarnych z października 1991 r. zaproponował nawet zdumionym posłom, że sam zostanie premierem. Z chwilą zaś, gdy prawnicy wytłumaczyli mu, że konstytucja wyklucza unię personalną między stanowiskami prezydenta i premiera, konsekwentnie głosił konieczność wprowadzenia systemu prezydenckiego, domagając się konsolidacji całości władzy wykonawczej w swoim ręku. Okazało się to kompletnie nierealne, ponieważ w Sejmie I kadencji poparcie dla ustrojowych pomysłów Wałęsy było niewielkie, a kiedy rozczarowany tym doprowadził w 1993 r. (po udzieleniu przez Sejm wotum nieufności rządowi Hanny Suchockiej) do przedterminowych wyborów, w Sejmie II kadencji dominowali już posłowie z SLD i PSL, którzy dążyli do jeszcze silniejszego ograniczenia roli prezydenta, co znalazło swój wyraz w uchwalonej w cztery lata później konstytucji.

Największym sukcesem Wałęsy jako prezydenta było doprowadzenie do porozumienia z Rosją na temat wyprowadzenia jej wojsk z Polski oraz pożegnanie w symbolicznym dniu 17 września 1993 r. ostatniego z oddziałów. W przeciwieństwie do Niemiec, które zapłaciły Kremlowi za ewakuację żołnierzy z obszaru byłej NRD miliony marek, stronie polskiej udało się wynegocjować tzw. opcję zerową. Kilka tygodni wcześniej, w sierpniu 1993 r., Wałęsie udało się nawet na moment przekonać prezydenta Rosji Borysa Jelcyna do złożenia tzw. deklaracji warszawskiej, w której uznał prawo Polski do członkostwa w NATO. Wprawdzie wkrótce potem Jelcyn wycofał się z tego pod naciskiem własnej generalicji, ale Wałęsa zdołał nakłonić prezydenta USA Billa Clintona do jasnego oświadczenia, że nie oznacza to definitywnego zamknięcia przed Polską drzwi do Paktu Północnoatlantyckiego. To zaś było niezbędnym wstępem do podjęcia negocjacji na temat członkostwa w NATO, które sfinalizował już Kwaśniewski.

Znacznie gorzej niż na arenie międzynarodowej wiodło się Wałęsie w polityce krajowej. Nie potrafił sobie ułożyć relacji z żadnym z rządów, które istniały w okresie jego prezydentury, z wyjątkiem gabinetu Jana Krzysztofa Bieleckiego, który działał w 1991 r. i powstał w większym stopniu w oparciu o wolę nowo wybranego prezydenta, niż dogorywającego Sejmu kontraktowego. Najgłośniejszy był oczywiście spór z rządem Jana Olszewskiego, z którym Wałęsa walczył zarówno w sprawie kontroli nad armią (konflikt z ministrem obrony Janem Parysem), decydującego głosu w prowadzeniu polityki zagranicznej (awantura z rządem o jeden z załączników do traktatu polsko-rosyjskiego z 1993 r.), jak i sensu przeprowadzenia lustracji. Spór w tej ostatniej kwestii, w której istotną rolę odgrywała znajdująca się wówczas w archiwum UOP teczka tajnego współpracownika SB ps. „Bolek” doprowadziła prezydenta do kompromitującej państwo polskie operacji obalenia rządu Olszewskiego podczas słynnej „nocy teczek” w Sejmie z 4 na 5 czerwca 1992 r. Jednak z powstałym później rządem Hanny Suchockiej relacje były tylko nieco lepsze. Jej cierpiący na brak stabilnej większości parlamentarnej gabinet, w milczeniu znosił kolejne posunięcia prezydenta w rodzaju mianowania Marka Markiewicza przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji bez wymaganej prawem kontrasygnaty pani premier. Niewiele mu to pomogło i po niespełna roku istnienia Wałęsa zainspirował złożenie przez sejmową reprezentację „Solidarności”  skutecznego wniosku o wotum nieufności wobec rządu Suchockiej. Krótko trwał też miodowy miesiąc Wałęsy z kolejnym rządem, tym razem koalicji SLD-PSL, na którego czele stał Waldemar Pawlak. W tym przypadku jedna awantura goniła drugą, a jesienią 1994 r. Wałęsa urządził na poligonie w Drawsku Pomorskim głosowanie wśród generałów, w którym wyrazili nieufność wobec ministra obrony Piotra Kołodziejczyka, który popadł w niełaskę prezydenta. Było to najbardziej jaskrawe pogwałcenie zasady cywilnej kontroli nad armią w dotychczasowych dziejach III RP.

Jednak to nie konflikty z kolejnymi rządami i ich szefami były tym, co najbardziej bulwersowało Polaków w zachowaniu prezydenta Wałęsy, który wprowadzając się do Belwederu nie potrafił wyjść z roli trybuna ludowego. Wizerunkowi Wałęsy najbardziej szkodziły takie zachowania i wypowiedzi, które dość powszechnie uważano za kompromitujące sprawowany przez niego urząd. Tak było, gdy prezydent wysyłał do gazet rozwiązania krzyżówek i chlubił się wygranymi dzięki temu nagrodami, tak też było, gdy obrzucał publicznie wyzwiskami swoich oponentów, składał oderwane od rzeczywistości obietnice „puszczenia aferzystów w skarpetkach”. Do rangi symbolu urasta tu słynne zdanie o nodze, której podanie zaproponował Kwaśniewskiemu zamiast ręki, gdy ten rozwścieczył go podczas debaty telewizyjnej przed II turą wyborów prezydenckich w 1995 r.

Republikański król

Aleksander Kwaśniewski stanowił w wymiarze wizerunkowym całkowite zaprzeczenie poprzednika. Jak ognia unikał nie tylko ostrzejszych wypowiedzi, ale i otwartych konfliktów politycznych. Początkowo zresztą nie musiał, bo gdy tylko udało mu się uniknąć uwikłania w aferę „Olina”, która zmiotła rząd Józefa Oleksego i pozbyć ludzi Wałęsy ze służb specjalnych miał przed sobą blisko dwa lata spokojnej koegzystencji z kolejnym rządem koalicji SLD-PSL, na którego czele stał Włodzimierz Cimoszewicz. Problemy zaczęły się dopiero po wyborach parlamentarnych z 1997 r., w których AWS zdołała pokonać SLD. Jednak Kwaśniewski trzymał w szachu rząd Jerzego Buzka, który aż do 2000 r. dysponował wprawdzie stabilną większością w Sejmie, ale nie na poziomie 3/5, co umożliwiałoby przełamywanie prezydenckiego weta wobec ustaw. Nie było zasadniczego sporu Kwaśniewskiego z tym rządem jeśli chodzi o politykę zagraniczną. W pierwszej kadencji prezydenta z SLD Polska weszła do NATO i rozpoczęła negocjacje na temat członkostwa w UE. Jednak inaczej wyglądało to w przypadku polityki wewnętrznej.

Najostrzejszy spór między Kwaśniewskim a rządem koalicji AWS-UW dotyczył liczby województw, w związku z przygotowaną przez ekipę Buzka reformą podziału administracyjnego kraju. Prezydent zawetował ustawę przewidującą podział na 15 województw i domagał się by było ich – tak jak przed reformą z czasów Gierka – 17. Ostatecznie dopisano województwo świętokrzyskie i ustawę w tym kształcie Kwaśniewski podpisał. A z prawa weta wobec ustaw przygotowanych przez rząd Buzka korzystał jeszcze w 27 innych przypadkach, skutecznie torpedując m.in. uruchomienie procesu reprywatyzacji oraz reformę podatków przygotowaną przez Leszka Balcerowicza. Nie udało mu się jedynie zablokować ustawy o utworzeniu IPN, ponieważ w głosowaniu nad wetem koalicję wsparli (oczywiście nie za darmo) politycy PSL.

Wszystkie te weta udawało się Kwaśniewskiemu uzasadniać na tyle skutecznie, że jego popularność pod koniec pierwszej kadencji sięgnęła zenitu i w 2000 r. znacznie rzadziej zastanawiano się nad tym, czy uzyska on reelekcję, niż w której turze to nastąpi. O tym, że udało mu się to już w pierwszym głosowaniu (otrzymał blisko 54 proc. poparcia) przesądziło kilka przyczyn, wśród których obok dużych talentów medialnych prezydenta oraz słabości konkurentów (lider AWS Marian Krzaklewski nie zdobył nawet drugiego miejsca), niebagatelne znaczenie miała osoba jego małżonki Jolanty. Starannie pielęgnowany przez nią wizerunek pierwszej damy i inicjatorki licznych akcji charytatywnych, stale goszczącej zarówno na łamach prasy kobiecej, jak i w mediach elektronicznych, przysporzył Kwaśniewskiemu wielu głosów. Żaden inny z prezydentów III RP nie wykorzystał tak skutecznie potencjału swojej żony, która nie zawahała się nazwać go publicznie „pomazańcem  bożym”. Pozowanie przez parę prezydencką do zdjęć w strojach XIX-wiecznych arystokratów, czy demonstracyjne okazywanie bliskich związków towarzyskich z rodzinami królewskimi kilku krajów Europy Zachodniej, zdawały się wręcz sugerować, że znaleźliśmy się na drodze ku monarchii elekcyjnej, co zresztą w Polsce nie byłoby nowością.

Większość społeczeństwa aprobowała arystokratyczne ciągoty prezydenta i jego małżonki, a także wystawny styl ich życia, którego symbolem stały się nie tylko wyszukane kreacje Jolanty Kwaśniewskiej, ale i rozbudowa licznych rezydencji głowy państwa w Juracie, Wiśle, Spale oraz innych miejscowościach. Wymagało to stałego wzrostu budżetu Kancelarii Prezydenta, który w 2005 r. sięgnął poziomu 164 mln złotych, co było kwotą o jedną czwartą wyższą od funduszu, jakim dysponował prezydent Francji, posiadający  znacznie większy zakres władzy i związane z tym liczniejsze obowiązki. Polacy byli wyrozumiali nawet dla takich zachowań Kwaśniewskiego, jak parodiowanie papieża Jana Pawła II podczas wizyty w Kaliszu, czy też zataczanie się nad grobami zamordowanych przez NKWD polskich oficerów w Charkowie. Inna rzecz, że filmów pokazujących te incydenty nie eksponowano w mediach, ale gdy zdesperowany sztab wyborczy Krzaklewskiego zdecydował się je nagłośnić w trakcie kampanii w 2000 r., to i tak odebrały one prezydentowi – jak wynikało z badań - zaledwie kilka procent poparcia i nie zapobiegło jego zwycięstwu już w pierwszej turze.

Rysy na teflonowej powłoce, którą zdawał się być pokryty Kwaśniewski, pojawiły się dopiero podczas jego drugiej kadencji, gdy zaczęły się nasilać przypadki, w których dziennikarze przyłapywali prezydenta na mijaniu się z prawdą. Zaszkodziła mu też zaskakująco ostra rywalizacja z dawnym politycznym druhem Leszkiem Millerem, który nie zgadzał się na prezydencką kuratelę nad swoim rządem. Wprawdzie obaj politycy dość zgodnie zakończyli proces akcesji Polski do UE, wysłali polskich żołnierzy do Iraku i pozwolili CIA urządzić więzienie w szkole wywiadu w Starych Kiejkutach, ale już znacznie trudniej przychodziło im się porozumieć w sprawie nadzoru na służbami specjalnymi, czy też obsadą władz spółek skarbu państwa. Nic przeciwko dominacji prezydenta nie miał natomiast kolejny premier czyli Marek Belka, który objął ten urząd głównie dzięki determinacji Kwaśniewskiego i w sytuacji postępującej po wybuchu afery Rywina zapaści SLD. Jednak tym, co miało najsilniej określić prezydenturę Kwaśniewskiego okazało się niepodziewanie jego zaangażowanie w rozwiązanie kryzysu politycznego na Ukrainie związanego z pomarańczową rewolucją z 2004 r. Kwaśniewski, szukający dotąd przez lata sposobu na ocieplenie relacji z Rosją, zdecydował się wtedy na rzucenie jej wyzwania, co wywołało otwarte niezadowolenie na Kremlu.

Osamotniony marzyciel

Próba prowadzenia aktywnej polityki na wschodzie, jaka naznaczyła ostatni rok prezydentury Kwaśniewskiego, wydaje się zarazem jednym z nielicznych elementów wspólnych łączących go z Lechem Kaczyńskim. Poza tym oraz udziałem w słynnych tajnych rozmowach w Magdalence wiosną 1989 r. obu tych polityków dzieliło niemal wszystko. Kaczyński od początku swego urzędowania starał się bowiem uczynić z Polski podwójnego lidera. Z jednej strony grupy państw zagrożonych rosyjskim neoimperializmem, czego szczytowym przejawem był zorganizowany przez niego wyjazd do Tbilisi grupy przywódców tych krajów  w trakcie wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r., z drugiej zaś lidera regionalnego należących do UE państw Europy Środkowo-Wschodniej. Niestety ten ambitny plan szybko okazał się niewykonalny, co pokazało zarówno fiasko kolejnych szczytów energetycznych, zorganizowanych przez Kaczyńskiego w 2007 r. w Krakowie i Wilnie, na których próbowano tworzyć alternatywny wobec Rosji system dostaw ropy naftowej i gazu do Europy Środkowej z Azerbejdżanu i Kazachstanu. Osamotnieniem Polski skończyła się też batalia prezydenta na szczycie UE w Brukseli w czerwcu 2007 r., w trakcie której bezskutecznie próbował przeforsować wprowadzenie do traktatu lizbońskiego tzw. pierwiastkowego systemu głosowania w Radzie UE, który wzmacniałby znaczenie państw średniej wielkości (takich jak Polska), kosztem tych największych czyli przede wszystkim Niemiec.

Wchodząc w ostry spór z Moskwą i nieco tylko łagodniejszy z Berlinem, Kaczyński bardzo liczył na zacieśnienie relacji polsko-amerykańskich, co jednak okazało się – zwłaszcza z chwilą objęcia władzy w USA przez demokratę Baracka Obamę, głoszącego ideę tzw. resetu w relacjach z Moskwą – ślepą uliczką. Dopiero po rosyjskiej aneksji Krymu i wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej z 2014 r. w różnych stolicach zaczęto sobie uświadamiać realność zagrożeń, o których Lech Kaczyński mówił już kilka lat wcześniej.

Na polu polityki wewnętrznej prezydentura Kaczyńskiego dzieli się na wyraźne dwie fazy. W pierwszej, do jesieni 2007 r., pozostawał wyraźnie w cieniu swojego brata-bliźniaka, który stojąc na czele rządu wyjątkowo niestabilnej koalicji PiS-LPR-Samoobrona, próbował wcielić w życie projekt polityczny budowy IV RP. Po przegranych przez PiS przedterminowych wyborach parlamentarnych  prezydent wdał się w coraz ostrzejszy konflikt z nowym premierem Donaldem Tuskiem. Jego najbardziej spektakularnym przejawem był kompromitujący państwo polskie spór o to, kto ma reprezentować Rzeczpospolitą podczas szczytu UE w Brukseli w październiku 2008 r. Na wieść, że prezydent zamierza tam polecieć rządowym samolotem, szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski wystosował list do głowy państwa, w którym odmówił jego udostępnienia. Gdy zaś Kancelaria Prezydenta wyczarterowała odrzutowiec i Lech Kaczyński pojawił się w Brukseli, przywitały go słowa szefa polskiego rządu: „Powiem brutalnie: nie potrzebuję pana prezydenta, na tym polega problem. Nie stać nas na to, aby (…) w delegacji polskiej było dwóch polityków, którzy mają inne zdanie”.

Chroniczny konflikt z Tuskiem, w którym większość mediów stała po stronie premiera bezpardonowo atakując Lecha Kaczyńskiego, skądinąd kompletnie nie radzącego sobie w kontaktach z dziennikarzami, doprowadziła do brzemiennego w skutkach rozdzielenia wizyt obu polityków w Katyniu w kwietniu 2010 r. Katastrofa smoleńska, a dokładniej spór o jej przyczyny, doprowadziła do jeszcze silniejszej polaryzacji życia politycznego w Polsce. Przekreśliła też ostatecznie marzenie Lecha Kaczyńskiego o powrocie Polski do tzw. polityki jagiellońskiej, ponieważ jego następca na urzędzie głowy państwa czyli Bronisław Komorowski uważał ją za błędną, a swoją wizję polityki zagranicznej oparł na lansowanej przez Tuska koncepcji maksymalnego zbliżenia do Niemiec.

Zadowolony notariusz

Bronisław Komorowski był jak dotąd jedynym prezydentem w dziejach III RP, który w trakcie całej swojej kadencji uniknął konieczności kohabitacji, czyli współistnienia z rządem innej orientacji politycznej. Cztery lata jego prezydentury upłynęły mu w cieniu rządów Donalda Tuska, z którym konsekwentnie starał się nie wchodzić w jakiekolwiek otwarte spory. Z tego punktu widzenia był z pewnością tym prezydentem, który w znacznie większym stopniu niż poprzednicy łagodził negatywne konsekwencje wadliwej konstrukcji naszej władzy wykonawczej. Przez lata większość Polaków doceniała koncyliacyjny styl Komorowskiego, obdarzając go wysokim poziomem zaufania. Niezwykle korzystne sondaże do tego stopnia uśpiły prezydenta i jego otoczenie, że gdy wiosną 2015 r. przyszło mu stawić czoła młodemu i dynamicznemu kandydatowi PiS, Komorowskiemu wyraźnie zabrakło pomysłu na przekonanie do siebie wystarczająco wielu obywateli, by zapewnić sobie reelekcję, która jeszcze na początku tego roku wydawała się czymś niemal pewnym.

Na pełniejszy bilans prezydentury Komorowskiego przyjdzie nam jeszcze poczekać, ale trudno nie odnieść wrażenia, że przyjął on bez oporów wyznaczoną mu przez Tuska rolę  notariusza, który niemal zawsze podpisywał ustawy przychodzące z parlamentu, a firmowane przez koalicję PO-PSL. Z prawa weta skorzystał jedynie czterokrotnie (Kwaśniewski – 34, Kaczyński – 19), a jedenaście innych ustaw skierował do Trybunału Konstytucyjnego (Kwaśniewski – 25, Kaczyński – 20). W dodatku żadne z wet nie dotyczyło kwestii zasadniczych dla funkcjonowania państwa. O tym, że to ostatnie działa w sposób najlepszy w dotychczasowej  historii Polski Komorowski powtarzał publicznie tak często, że w końcu okazało się to jedną z przyczyn jego wyborczej porażki.

Z pewnością dokonaniem Komorowskiego była stanowcza reakcja Polski na rosyjską agresję na Ukrainie oraz zainicjowanie decyzji o zwiększeniu nakładów na obronność, w ramach których ma powstać m.in. zaproponowana przez prezydenta tarcza antyrakietowa. Udało mu się też doprowadzić do tego, że kolejny szczyt NATO odbędzie się w lipcu 2016 r. w Warszawie, a jego tematem będzie wzmocnienie wschodniej flanki sojuszu. Jednak nawet jeśli dołoży się do tego dokonania prezydenta na polu polityki prorodzinnej, czy ustanowienie nagrody gospodarczej, to lista realnych sukcesów Komorowskiego nie dowodziła jego wielkiej aktywności. Dotyczyło to także tych obszarów, w których – jak na przykład w polityce historycznej czy promocji Polski za granicą – nie groził mu żaden istotny konflikt z administracją rządową.

Piszę te słowa w przededniu inauguracji prezydentury Andrzeja Dudy. Trudno dziś stwierdzić, w który z przedstawionych modeli prezydentury wpisze się nowa głowa naszego państwa. Z pewnością sporo będzie tu zależało od wyniku jesiennych wyborów parlamentarnych i tego, z jaką większością rządową przyjdzie Dudzie współpracować. Jednak bez względu na ich rezultat, do czasu zmiany obecnej konstytucji, zrodzony w 1990 r. model dwugłowej egzekutywy będzie w Polsce wciąż stwarzał zagrożenie dla stabilności władzy wykonawczej.  

 

Antoni Dudek

 

prof. dr hab. Antoni Dudek - politolog i historyk, profesor nauk humanistycznych, pracownik Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego i członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej, autor i współautor kilku książek m.in.: „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988-1990”, „PRL bez makijażu”, „Instytut. Osobista historia IPN”.

2015-07-15