Piotr Osęka: Jaruzelski - I sekretarz

Opisując ostatnie godziny przed wprowadzeniem stanu wojennego generał Jaruzelski pisał we wspomnieniach „Jest sobota, 12 grudnia, minęła kolejna ciężka noc. Trudno ją nazwać nocą snu i odpoczynku. Cały ten okres – zwłaszcza ostatnie tygodnie i dni – były udręką, koszmarem. Może jako żołnierz nie powinienem ujawniać stanu swego ducha, ludzkiej słabości, która prowadziła do desperackich myśli. Nieraz kładłem dłoń na chłodnej rękojeści pistoletu. Ale to wspomnienie osobiste...”.


 
Wojciech Jaruzelski
Fot. Andrzej Barabasz/Wikimedia Commons
 

Chociaż ton relacji może wydawać się zbyt melodramatyczny w zestawieniu z losem tysięcy Polaków, którzy zostali tego dnia internowani z rozkazu I sekretarza – nie da się ukryć, że istotnie generał miał powody do rozpaczy. Żaden inny pierwszy sekretarz nie obejmował stanowiska w równie niesprzyjającej sytuacji politycznej. Zarówno Gomułka jak i Gierek, stając na czele partii, otrzymali ogromny kapitał społecznego zaufania. Pierwsze lata ich rządów były pasmem sukcesów, dopiero z czasem przychodziły kryzysy, które miały wyrzucić ich poza nawias życia politycznego. W przypadku generała było – można powiedzieć – odwrotnie.

Wojciech Jaruzelski stanął na czele PZPR 18 października 1981, wybrany przez plenum KC. Partia, której miał przewodzić znajdowała się wówczas w stanie rozpadu, zaś „Solidarność” otwarcie domagała się wolnych wyborów, które niechybnie doprowadziłyby do upadku komunizmu w Polsce. W dodatku Moskwa cały czas domagała się bardziej energicznych kroków „w walce z kontrrewolucją”, niedwuznacznie grożąc, że w przeciwnym wypadku wyznaczy nowe kierownictwo partii „spośród oddanych i stanowczych komunistów”.

O tym, jak bardzo Jaruzelski bał się gniewu radzieckich towarzyszy, świadczyć może rozmowa telefoniczna, jaką odbył z Leonidem Breżniewem nazajutrz po wyborze: „Bardzo Wam dziękuję, drogi Leonidzie Iliczu, za gratulacje i przede wszystkim za zaufanie, którym mnie obdarzyliście. Chcę Wam otwarcie powiedzieć, że zgodziłem się przyjąć to stanowisko po dużej wewnętrznej walce i tylko dlatego, że wiedziałem, że Wy mnie popieracie, i że Wy jesteście za taką decyzją. Jeżeli byłoby inaczej, nigdy bym się na to nie zgodził. Jest to bardzo ciężkie, bardzo trudne zadanie w tej złożonej sytuacji w kraju, w jakiej obecnie się znajduję jako premier i jako minister obrony. Ale zrozumiałem, że jest to właściwe i niezbędne, jeśli Wy tak uważacie.[…] Uczynię, Leonidzie Iliczu, wszystko jako komunista i jako żołnierz, aby stało się lepiej, aby osiągnąć przełom w sytuacji w kraju i w naszej partii”.

I sekretarz był zdeterminowany, żeby za wszelką cenę odzyskać kontrolę nad biegiem wydarzeń. Nie ma powodu wątpić, że głęboko wierzył w hasło „Socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości” i szczerze zapewniał swoich współpracowników, iż „stan wojenny został wprowadzony dla ratowania narodu, a nie dla ratowania partii”. Z punktu widzenia doktryny realnego socjalizmu były to po prostu pojęcia nierozerwalnie złączone: Polska mogła istnieć tylko jako kraj komunistyczny albo skazana była na starcie z mapy.
Jak przystało na zawodowego oficera, Jaruzelski podszedł do sprawy ze sztabową precyzją.

„Ani kroku wstecz” – zapowiedział na posiedzeniu Biura Politycznego z 5 grudnia 1981 r. Gdy stało się jasne, że stan wojenny osiągnął wyznaczone cele, podsumował sytuację: „Wygraliśmy pierwszą bitwę, ale nie wygraliśmy kampanii (na co potrzeba kilku miesięcy) ani wojny (potrzeba 10 lat, aby odwojować spustoszenia w świadomości i podźwignąć gospodarkę z ruin)”.

Dwa lata później zdawało się, że przyjęta strategia sprawdziła się. Uliczne protesty, organizowane przez działaczy podziemnej „Solidarności”, nie zdołały osłabić wojskowej dyktatury, a kolejne manifestacje gromadziły coraz mniej osób. Tylko niewielka część 10-milionowego Związku była gotowa na czynny opór wobec władzy. Również 75-procentowa frekwencja w wyborach do Rad Narodowych w 1984 r. (opozycja szacowała ją na 57%) utwierdzała kierownictwo partii w przekonaniu, że kryzys został ostatecznie zażegnany.

„[Do wyników wyborów] nie [należy] podchodzić w sposób triumfalistyczny – oznajmił Jaruzelski na posiedzeniu BP – Ale jest to w jakimś sensie udzielenie nam kredytu zaufania. Ludzie poszli do urn, bo są za spokojem, normalizacją, odnową socjalistyczną itp.”. Również radzieckie kierownictwo najwyraźniej było zadowolone z obrotu spraw w Polsce. „Co się tyczy kierownictwa PZPR, to w sprawach kadrowych zrobiliśmy generalnie prawidłowy wybór. W danej sytuacji osoba Jaruzelskiego jest jedyną do przyjęcia do kierowania krajem”. – oświadczył Konstantin Rusakow podczas obrad sowieckiego Politbiura.

W połowie lat 80. zdecydowanie poważniejszym problemem niż opozycja wydawał się stan gospodarki. Co prawda pod osłoną stanu wojennego udało się przeprowadzić drakońską podwyżkę cen, która pozwoliła ustabilizować budżet – były to jednak tylko półśrodki odwlekające katastrofę.

Jaruzelski miał świadomość, że konieczna jest zasadnicza reforma gospodarki. Problemem było jednak to, że nieufnie podchodził do wszelkich koncepcji wolnorynkowych (z pogardą mówił o „nowym NEP-ie”), a remedium na puste sklepy i kolejki przed nimi szukał w rozwiązaniach administracyjnych. Najpierw wierzył, że już samo wprowadzenie komisarzy wojskowych do fabryk i urzędów uzdrowi sytuację i położy kres nadużyciom. Potem jego idee fixe stała się Inspekcja Robotniczo-Chłopska – instytucja kontrolna przeczesująca zaplecza sklepów w poszukiwaniu ukrytych towarów.

Współpracownicy zgodnie przyznają, że był tytanem pracowitości. Do późnego wieczora przesiadywał w swoim gabinecie w Urzędzie Rady Ministrów, przygotowując się do niezliczonych narad i konsultacji, które – jak wierzył – miały wreszcie wyciągnąć polską gospodarkę z otchłani.

„Obrady wyglądały w ten sposób, że na początku towarzysz Jaruzelski zagajał dyskusję. – wspominał posiedzenia BP Wojciech Wiśniewski – W końcowej fazie generał Jaruzelski był jak zawsze bardzo przejęty i zdenerwowany. Sprawy były przecież ważne i pilne, tymczasem rozwiązań nie było widać. Komentarze Jaruzelskiego do obrad ciągnęły się często godzinami, były szczegółowe, miały charakter paternalistyczny, przypominały pouczającą mowę zirytowanego ojca do niezbyt rozumnych dzieci. Mówił mniej więcej tak: »no cóż, towarzysze, o ile wiem, to wy osobiście nie macie problemów z zaopatrzeniem w podstawowe artykuły żywnościowe, ani z zaopatrzeniem w artykuły czystości, w sprzęt gospodarstwa domowego. Samochody kupujecie na talony, macie niezłe mieszkania i pensje, i w ten sposób odrywacie się od rzeczywistości. A tam, na dole, klasa robotnicza i całe społeczeństwo cierpi z powodu braków, których wy nie odczuwacie. Co więcej, nie podpowiadacie sposobów, jak pomóc«. […] Byłem i jestem przekonany, że Jaruzelski to w klasycznym rozumieniu człowiek przyzwoity i uczciwy. Był to jednak, jak sądzę, człowiek głęboko zagubiony, nieogarniający problemów, które go przerastały, nie mieściły się bowiem w doktrynie komunistycznej, którą był na wskroś przesiąknięty i w którą szczerze wierzył. W rzadkich chwilach, kiedy zdejmował ciemne okulary, dostrzegałem w jego oczach niezdecydowanie i bezradność”.

Niewątpliwie trzeba zapisać na korzyść generała, że – odmiennie niż poprzednie ekipy –  potrafił wyciągać wnioski z niepowodzeń. Jako pierwszy przywódca PRL z uwagą śledził (utajnione) badania opinii publicznej. Kiedy w 1986 r. nasilające się braki na rynku doprowadziły do katastrofalnego załamania nastrojów społeczeństwa, zaczął szukać nowej strategii.

Rozwiązaniem miało się okazać częściowe odejście od zasad centralnego planowania na rzecz zwiększenia samodzielności zakładów produkcyjnych. Jednak władza musiała odzyskać społeczne zaufanie, niezbędne do wdrożenia niepopularnych reform.

A czas naglił. Dwie fale strajków, które przetoczyły się przez kraj wiosną i latem 1988 r. uzmysłowiły Jaruzelskiemu, że w każdej chwili może dojść do niekontrolowanego wybuchu protestów społecznych. Za namową Michaiła Gorbaczowa, a także zespołu doradców, wśród których ważną rolę odgrywali Jerzy Urban i Stanisław Ciosek, I sekretarz zdecydował się na ucieczkę do przodu: częściową legalizację opozycji, która w zamian za przyznanie pewnych (w gruncie rzeczy pozornych) swobód, udzieliłaby poparcia PZPR.

Na czerwcowym plenum KC zadeklarował, że „Wobec środowisk i grup zainteresowanych stowarzyszeniową formą pluralizmu w PRL, występujemy z ofertą podjęcia rzeczowej dyskusji nad kształtem konkretnych rozwiązań. Uważamy za celowe spotkanie przy okrągłym stole reprezentantów szerokiej gamy istniejących i inicjowanych stowarzyszeń”.

Szczegóły oferty wyłuszczyć miał Czesław Kiszczak, który jako minister spraw wewnętrznych stanął na czele zespołu partyjnych negocjatorów prowadzącego rokowania z Lechem Wałęsą i pozostałymi przywódcami podziemnej „Solidarności”. Znamienne, że o pełnienie funkcji arbitra w tych rozmowach partia poprosiła Episkopat. Opozycji zaproponowano udział w wyborach do parlamentu – choć na szczególnych zasadach, w myśl których liczba dostępnych dla niej mandatów w Sejmie miała zostać ograniczona do 35%. W zamian władze godziły się na ponowną legalizację Związku.

W istocie plan Jaruzelskiego był podstępem. Kierownictwo PZPR liczyło, że opozycja nie zdąży przygotować się do wyborów a rola posłów „Solidarności” w parlamencie będzie marginalna. Za fasadą demokratycznych reform przetrwać miała komunistyczna dyktatura. „Nie możemy dopuścić do władzy w Polsce sił reakcyjnych – mówił towarzyszom z BP – Partia chce się podzielić władzą, ale mądrze”.

Jeszcze bardziej pryncypialne było jego wystąpienie podczas spotkania z oficerami Pomorskiego Okręgu Wojskowego. „Wraca pytanie o gwarancje, iż nie zostaniemy zepchnięci z drogi socjalizmu. Wykluczone! – grzmiał I sekretarz – Kto miałby taki zamiar, niech go sobie wybije z głowy [...] Ten okręt – socjalistyczna Polska – był, jest i będzie niezatapialny”.

Wynik głosowania z 4 czerwca 1989 r. był dla generała szokiem, podobnie jak dla całego kierownictwa partii. Dopracowany w każdym szczególe plan zawalił się w ciągu kilku godzin. „Posiedzenie rozszerzonego Sekretariatu KC. Miny towarzyszy niewesołe. Od rana wiadomo, że wybory zakończyły się naszą klęską” – opisywał nastroje po ogłoszeniu wyników Mieczysław Rakowski.

Chociaż część opozycji obawiała się, że władze pod byle pretekstem unieważnią wybory, a nawet wtrącą do więzienia posłów „Solidarności”, nie ma przesłanek by podejrzewać, że generał rozważał powrót do metod stanu wojennego. Choć z ciężkim sercem, partia uznała werdykt społeczeństwa.

19 sierpnia Wojciech Jaruzelski – już jako prezydent PRL – powierzył misję tworzenia rządu Tadeuszowi Mazowieckiemu. Ostatniego dnia roku podpisał pakiet ustaw gospodarczych tworzących plan Balcerowicza, a także ustawę o zmianie konstytucji, z której zniknąć miały słowa „socjalizm”, „Polska Rzeczpospolita Ludowa” i „przewodnia rola partii”.

Zakrawa na paradoks, że to właśnie Jaruzelski – w wymiarze symbolicznym – miał okazać się grabarzem systemu, który przez całe życie tworzył.

 

 

Piotr Osęka
Adiunkt w Instytucie Studiów Politycznych PAN, wykładowca Collegium Civitas


 



Wojciech Jaruzelski (1924-2014) – polityk i dowódca wojskowy. Pochodził z rodziny ziemiańskiej. Po wybuchu wojny znalazł się na Litwie, a następnie wraz z rodziną został zesłany na Syberię. Nie dostał się do Armii Andersa, wstąpił do wojska organizowanego przez Związek Patriotów Polskich. Ukończył szkołę oficerską w Riazaniu. Powrócił do kraju wraz z armią Zygmunta Berlinga.

W latach 1945-1947 brał udział w walkach z polskim podziemiem antykomunistycznym. Według dokumentów z archiwów IPN współpracował w latach 1946–1954 jako agent informator z Informacją Wojskową zajmującą się rozpracowywaniem organizacji antykomunistycznych. W 1947 roku wstąpił do PPR i szybko awansował, a w 1956 roku został najmłodszym generałem w Ludowym Wojsku Polskim. W latach 1957-1960 był dowódcą dywizji zmechanizowanej, a następnie szefem Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego (do 1965). Między 1965-1968 zajmował stanowisko szefa sztabu generalnego, 1962-1968 wiceministra obrony narodowej.

Od 1968 roku był ministrem obrony narodowej. Podległe mu jednostki LWP brały udział w tłumieniu Praskiej Wiosny przez siły Układu Warszawskiego w ramach operacji Dunaj. Po objęciu władzy przez Edwarda Gierka wszedł do Biura Politycznego KC PZPR. Na szerszą arenę polityczną wypłynął w okresie karnawału „Solidarności” w latach 1980-1981.

Był kolejno premierem rządu (1981), I sekretarzem KC PZPR (1981). 13 grudnia 1981 roku wprowadził w Polsce stan wojenny i stanął na czele Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego - WRON (do lipca 1983). W połowie lat 80. Zreorganizował swą władzę, zrzekł się urzędu premiera i został przewodniczącym Rady Państwa. Wciąż jednak pozostawał głównym rozgrywającym sceny politycznej PRL. Był współautorem nieudanych reform gospodarczych. W wyniku zmian w ZSRS i postępującego kryzysu gospodarczego zgodził się na rozmowy z opozycją.

19 lipca 1989 roku przez kontraktowy sejm przewagą jednego głosu został wybrany prezydentem PRL. Miesiąc później desygnował na stanowisko premiera kandydata opozycji Tadeusza Mazowieckiego. W wyniku nacisku społecznego 19 września 1990 już jako prezydent RP zgłosił projekt ustawy skracającej jego kadencję oraz wprowadzający do porządku konstytucyjnego wybory powszechne. Po wyborze w grudniu 1990 roku Lecha Wałęsy na stanowisko prezydenta wycofał się z czynnego życia politycznego.

Przeciw Jaruzelskiemu toczyły się dwa procesy – za masakrę robotników Wybrzeża w grudniu 1970 roku oraz za wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 1981 roku. Oba były zawieszone od lata 2011 roku z powodu złego stanu zdrowia Jaruzelskiego. Teraz – z powodu śmierci – Sąd Okręgowy w Warszawie umorzy obydwa jego procesy.

2014-05-26