Józef Maroszek - polski konstruktor broni

Józef Maroszek urodził się 13 czerwca 1904 roku we wsi Bogolewice leżącej nieopodal Grójca. Rodzice byli właścicielami ziemskimi. Po ukończeniu szkoły powszechnej przeniósł się do Warszawy, gdzie kontynuował naukę. Maturę zdał jako uczeń I Gimnazjum Związku Nauczycielstwa Polskiego.


 
Fot. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego

W latach szkolnych objawił się jako talent konstruktorski, już jako gimnazjalista zbudował miniaturową maszynę parową z kotłem zrobionym z łuski artyleryjskiej. Maszyna posiadała niewielkie dynamo zapewniające energię elektryczną podłączonej żarówce. Jeden z nauczycieli Maroszka poradził mu, aby po maturze złożył papiery na Wydział Mechaniczno-Konstruktorski Politechniki Warszawskiej, by tam rozwijać swój talent. Uczeń posłuchał dobrej rady i został studentem warszawskiej uczelni. Sytuacja finansowa jego rodziny uległa pogorszeniu, musiał więc dorabiać pracami dorywczymi oraz korepetycjami.

Odradzająca się Rzeczpospolita potrzebowała utalentowanych inżynierów. Musiała też stworzyć od podstaw cały przemysł obronny. Dlatego Ministerstwo Spraw Wojskowych, dążąc do wyszukania największych talentów, utworzyło we współpracy z PW Sekcję Uzbrojenia i zaczęło fundować specjalne stypendia dla wyróżniających się studentów. Jednym z jego beneficjentów został Józef Maroszek, który dzięki niemu mógł skoncentrować się wyłącznie na studiach. Stał się wkrótce specjalistą od broni palnej i po ukończeniu studiów, już jako inżynier, został zatrudniony w Wojskowych Instytucie Technicznym Uzbrojenia. Pod jego kierunkiem udało się w Instytucie opracować szereg modeli broni palnej, które okazały się niezwykle nowoczesnymi, wyprzedzającymi swój czas konstrukcjami.

W pierwszej połowie lat trzydziestych inż. Maroszek rozpoczął prace nad karabinem przeciwpancernym, który byłby w stanie skutecznie zwalczać nieprzyjacielskie czołgi lub wozy pancerne. Badania teoretyczne wykazały, że należy skonstruować broń nadającą wystrzeliwanemu pociskowi wysoką prędkością wylotową. Miała ona kluczowe znaczenie, ponieważ zdecydowano się zastosować klasyczny dla karabinów, a nie dla broni przeciwpancernej, kaliber 7,92 mm. Podjęto więc współpracę z wytwórnią prochu w Pionkach, której udało się przygotować odpowiedni gatunek prochu zdolny nadać pociskowi odpowiednią prędkość wylotową. Maroszek, opracowując geometrię lufy karabinu, musiał poradzić sobie z problemem dużego odrzutu broni po wystrzale – w przypadku konstrukcji zagranicznych zdarzało się, że broń łamała obojczyk strzelca. Polski inżynier skonstruował zwiększający bezpieczeństwo żołnierzy hamulec gazów wylotowych. Twórcy karabinu zastosowali również nietypowy ołowiany rdzeń pocisku, który zmniejszał zjawisko rykoszetu przy strzelaniu do płyt pancernych ustawionych pod kątem.

Karabin przeciwpancerny wzór 35 zaprezentowany został prezydentowi RP Ignacemu Mościckiemu oraz generalicji na poligonie w Zielonce. Wyniki  były rewelacyjne. Na dystansie 300 metrów broń przebijała 15 mm pancerza, natomiast z odległości 100 metrów skuteczność wzrastała do 30 mm, co pozwalało na unieruchomienie większości modeli czołgów produkowanych w Europie. Produkcja broni ruszyła w 1938 roku. Do wybuchu drugiej wojny światowej wyprodukowano około 3500 tysiąca karabinów przeciwpancernych wzór 35. Początkowo produkcja była utajniona, czego ślad widać nawet w nazwie własnej karabinu – „Ur” to skrót od Urugwaju, do którego „teoretycznie” miał być eksportowany. Do służby wprowadzono go latem 1939 roku. Dzięki zachowaniu tajności konstrukcji, broń była całkowitym zaskoczeniem dla Niemców w trakcie działań wojennych we wrześniu 1939 roku.

Drugim modelem broni opracowanym przez inżyniera Józefa Maroszka był karabin samopowtarzalny wzór 38M. Prace nad jego konstrukcją rozpoczęły się w drugiej połowie lat trzydziestych w wyniku rozstrzygnięcia konkursu Instytutu Badań Materiałów Uzbrojenia. Broń z założenia miała być lekka, miała posiadać magazynek na dziesięć nabojów oraz lufę tej samej długości, co karabinek wzór 29 używany standardowo przez Wojsko Polskie. Z propozycji nadesłanych na konkurs wybrano trzy, wśród których znalazł się też projekt autorstwa inż. Maroszka. Prototyp nowej broni opracowano w 1936 roku i wkrótce rozpoczęto testy na poligonie w Zielonce. W 1938 roku, po wprowadzeniu niewielkich zmian konstrukcyjnych oraz sprawdzeniu broni w rozmaitych warunkach, podjęto decyzję o wyprodukowaniu tzw. serii informacyjnej. Wkrótce broń zaczęto wprowadzać na testy w jednostkach wojskowych. Do momentu wybuchu wojny wyprodukowano zaledwie 150 sztuk tego karabinu.

Z karabinem wzór 38M wiążą się dwa ciekawe wydarzenia związane z osobą konstruktora. Pierwsze miało miejsce w trakcie pokazowego strzelania na poligonie w Zielonce. Maroszek – mający kwalifikacje strzelca wyborowego – trafił w każdy z dziesięciu celów rozrzuconych na obszarze poligonu, wzbudzając tym zachwyt zgromadzonych po pokazie osób. Podobno został nawet wyściskany przez samego generała Kazimierza Sosnkowskiego. Wyczyn Maroszka świadczył nie tylko o kwalifikacjach strzelca, lecz także o wartości nowej broni. Drugie ze zdarzeń wiąże się z ewakuacją Instytutu Technicznego Uzbrojenia we wrześniu 1939 roku. Cały personel podróżował pociągiem ewakuacyjnym na południe Polski. Znalazł się tam i inż. Maroszek, który, pomimo tego że był cywilem, zabrał ze sobą egzemplarz karabinu wzór 38M. Kiedy pociąg zatrzymał się w okolicach Zdołbunowa, nadleciało kilka samolotów Luftwaffe, które podjęły atak na łatwy cel. Jeden z nich atakował pociąg wyjątkowo uporczywie, zrzucając lekkie bomby. Maroszek, korzystając ze sprzyjającego ułożenia terenu (z jednej strony toru kolejowego biegł nasyp, z drugiej był spadek terenu), wszedł na wzniesienie i rozpoczął ostrzał samolotu z karabinu wzór 38M. W zarejestrowanych w 1970 roku wspomnieniach inżynier opowiada, że trafił nieprzyjacielski samolot, zabił strzelca pokładowego i ranił pilota, co zmusiło go do nagłego lądowania. Konstruktor podbiegł do samolotu, jednak szybko wrócił do pociągu, by zająć się rannymi. Nieopodal znajdowała się niemiecka kolonia i jej mieszkańcy byli ciekawi, kto zestrzelił samolot. Przebywanie pośród nich mogło być zbyt niebezpieczne.

Trzecim projektem, w który inż. Maroszek zaangażował się w okresie międzywojennym było opracowanie egzemplarza broni szkoleniowej – ręcznego karabinu maszynowego, który strzelałby, znacznie tańszą od regularnej amunicji używanej przez wojsko, amunicją myśliwską. Co ciekawe, ta broń treningowa mimo lżejszej wagi pocisku wytwarzała drgania zbliżone do modeli bojowych, co miało oswajać szkolących się z warunkami panującymi na polu walki. Poza tym, po wymianie kilku części, karabin szkolny można było przekształcić w pełni funkcjonalną broń na wojskową amunicję. Przy tej konstrukcji inż. Maroszek współpracował z Działem Broni Małokalibrowej. Broń przeszła próby na poligonie w Zielonce.

Po klęsce wrześniowej inż. Józef Maroszek powrócił do Warszawy i podjął pracę w zakładach Zielezińskiego na Pradze. Rok później, z inicjatywy emigracyjnego rządu RP, utalentowany konstruktor miał zostać przerzucony na Zachód. Na skutek wpadki kuriera podróż skończyła się jednak już w Krakowie. Maroszek powrócił do Warszawy, by ponownie podjąć pracę w zakładach Zielezińskiego, a następnie znaleźć zatrudnienie w firmie Kukiela i Krasuckiego. Były to prywatne zakłady, które współpracowały z podziemiem. Z jednej strony przekupywano Niemców, pozyskując od nich materiały pędne oraz elementy uzbrojenia, z drugiej samodzielnie wykonywano podzespoły broni, m.in. pistoletów maszynowych Sten. Według wspomnień Maroszka, największe problemy przy ich produkcji występowały przy wytwarzaniu sprężyn do podajnika amunicji. Inżynier podjął się wykonania specjalnego oprzyrządowania do ich produkcji i rozpoczął ich wytwarzanie w warunkach domowych. Raz na kilka dni przychodził do niego listonosz, który dostarczał surowiec, a zabierał gotowe sprężyny. Kiedy po dłuższym czasie nie pojawił się on u niego w domu, Maroszek postanowił osobiście dostarczyć na Pragę wykonane komponenty. W ostatniej chwili zorientował się, że nastąpiła wpadka i szybko ukrył wykonane sprężyny na terenie innych zakładów.

Narażał swoje życie także wówczas, gdy w przyczepie motocyklowej przewoził pistolety i granaty. Ukrywał je pod stertą części zamiennych. Jeden z transportów przypadł na dzień 1 lutego 1944 roku. Akurat tego samego dnia Kedyw przeprowadził zorganizował słynny i co najważniejsze udany zamach na Franza Kutscherę, dowódcę policji i SS na dystrykt warszawski Generalnego Gubernatorstwa. Wściekli Niemcy zwiększyli ilość patroli zbrojnych w Warszawie, co znacząco zwiększyło ryzyko kontroli. W swoich wspomnieniach Maroszek mówi, że szybko zorientował się w nietypowej mobilizacji wojsk okupacyjnych i że przez całą drogę, świadom większego niż zwykle ryzyka, odczuwał ogromny stres. Na szczęście i tym razem udało mu się bezpiecznie dotrzeć z Woli aż na Pragę.

Przez pierwsze trzy lata po zakończeniu wojny Józef Maroszek pracował nadal w zakładach Kukiela i Krasuckiego, by następnie przenieść się na Politechnikę Łódzką i podjąć pracę naukową. Po krótkim pobycie w Łodzi powrócił do stolicy, aby objąć stanowisko asystenta na Politechnice Warszawskiej. Maroszek awansował wkrótce na zastępcę profesora i związał się z Wydziałem Mechanicznym i Technologicznym, gdzie wykładał podstawy konstrukcji maszyn. Instytucje wojskowe namawiały go do ponownego zajęcia się konstruowaniem broni, Maroszek jednak odmówił, tłumacząc, że nie widzi perspektyw w kwestii rozwoju broni konwencjonalnych. Poza tym coraz bardziej pociągała go praca dydaktyczna. Przez lata swojej pracy na Politechnice Warszawskiej zyskał szacunek i uznanie wśród swoich studentów. Zmarł 6 stycznia 1985 roku.


Łukasz Kubacki

2014-04-07