Trwoga po wielkiej wojnie

Pisanie o wydarzeniach historycznych z perspektywy strachu, dotyczącego zbiorowości, grup albo całych narodów, nie mieści się w tradycyjnej metodologii badań historycznych, choć poważna refleksja w humanistyce w takim właśnie ujęciu była już podejmowana. Trudnego zadania – rozpoznania mentalności i emocji, z których wynikły konkretne wydarzenia jednostkowe i zbiorowe – podjął się Marcin Zaremba w książce „Wielka trwoga”.


 

Sam autor tłumaczy swoje podejście do skomplikowanej problematyki: „Książka powstała w duchu historii rozumiejącej, które to słowo nie jest synonimem usprawiedliwienia”. Przedstawienie kontekstu społecznego, kulturowego i emocjonalnego, zamieszania strukturalnego oraz innych czynników w interesujący sposób dopełnia, a często wyjaśnia zjawiska i działania społeczne i polityczne u schyłku II wojny światowej i tuż po niej.

Pisanie książki historycznej w perspektywie interdyscyplinarnej – tutaj głównie psychologicznej i socjologicznej – musi mieć uzasadnienie. Z dzisiejszej jednak perspektywy, kiedy wiemy więcej o wpływie emocji na zachowania zbiorowości, gdy poważna polityka koncentruje się bardziej na kampaniach wizerunkowych, stanowiąc w większej mierze wynik pracy politycznych marketingowców aniżeli starcie doktryn politycznych i wynikających z nich rozwiązań, warto przyjrzeć się próbie podjętej przez Marcina Zarembę, tym bardziej że dostarcza ona sporej wiedzy ogólnej i daje pole do dalszych interpretacji. Równocześnie rozrastające się szybko w wieku XX środki społecznego komunikowania po raz pierwszy stawały się coraz silniejszymi narzędziami propagandy i manipulacji i mogły rozbudzać emocje, posługując się lękami, strachem, niekiedy doprowadzając do trwogi wywołującej zamierzone reakcje zbiorowe. Jak silne to narzędzia, pokazała III Rzesza, a z drugiej strony stalinowski Związek Sowiecki. Współcześnie nową postacią zarządzania strachem stał się terroryzm, uwzględniający nowoczesną technikę w komunikacji i upowszechnianiu informacji . Może właśnie i z tego powodu warto wczytać się w badania Zaremby, tym bardziej że choć autor sięga do źródeł i dorobku naukowego kilku dziedzin humanistyki, pisze w sposób przystępny także dla odbiorcy nieprzygotowanego do takiej dawki wiedzy.

Autor najpierw wyjaśnia i systematyzuje pojęcia. Rozróżnia strach jako reakcję na bodźce zewnętrzne i lęki, które w części mają charakter atawistyczny, w części zaś irracjonalny, wyobrażony. Jest jednak indywidualny. W zbiorowości strach i lęki mogą przechodzić w trwogę. Zagrożenie odczuwane przez wielu ludzi w tym samym czasie może powodować niebezpieczne w skutkach reakcje, np. panikę. Strach rozprzestrzenia się szybko, na ogół w dół hierarchii społecznej, i łatwiej jego nieokiełznanemu charakterowi ulegają ludzie po trudnych doświadczeniach, zwłaszcza ciężkiej traumie. To ważne zagadnienie z punktu widzenia omawianego okresu historycznego. Wcześniejszego nosiciela strachu – pogłoskę – zastępują media. W warunkach wojennych czy tużpowojennych, wobec przemieszania się narzędzi propagandowych wrogich armii, informacji konspiracyjnych, rozerwania ciągów komunikacyjnych, pogłoska odgrywała jednak wciąż dużą rolę, podobnie jak może ją odegrać nawet dziś, w świecie nośników elektronicznych, w okolicznościach kryzysowych, kiedy słabnie zaufanie do przekazu oficjalnego.

Z perspektywy tych zjawisk autor analizuje zjawiska, które towarzyszyły schyłkowi wojny i  nieuchronnym zmianom w porządku powojennego świata. Jedno z zagrożeń odczuwanych w różnych środowiskach polskich, podobnie jak litewskich, czeskich, ukraińskich czy węgierskich, były lęki, w ekstremalnych warunkach przechodzące w trwogę, przed panowaniem Żydów, którzy w odwecie za obozy, prześladowania i straty, wyniszczą te kraje. Do tego dochodził silny w niektórych regionach mit mordu rytualnego, który przypisywano społecznościom żydowskim. W Polsce nowoczesny antysemityzm narodził się wraz pojawieniem się Litwaków (na przełomie XIX/XX w.) – rosyjskich Żydów, nieznających  polskiego, którzy imigrowali dość licznie na teren Królestwa Polskiego. Gdy wiosną 1946 r. do Polski zaczęli wracać polscy Żydzi z Sowietów, w wyniszczonym wojną kraju zrodziła się obawa o spotęgowanie nędzy, brak miejsc pracy. Obecność Żydów w szeregach bolszewickich zagarniających polskie ziemie po wojnie 1920 r. wywołała strach obecny już w kulturze dwudziestolecia, zawierający się w zbitce „żydokomuna”.

Nic dziwnego, że trauma wielkiej wojny przyniosła psychospołeczne konsekwencje. Przede wszystkim świeże było doświadczenie wszechogarniającej śmierci, życia w otoczeniu pełnym trupów. Jawiło się widmo zarazy, głodu, chorób. Przemarsze wojsk wiązały się z rabunkami, gwałtami, okrucieństwem, które nie kończyły się wraz z kresem wojny. Zwłaszcza na terenach wschodnich, gdzie świeże były rany po wkroczeniu wojsk sowieckich 17 września 1939 r., ale także w dużych miastach, przez które przechodziły wojska powracające z wojny, rosła atmosfera grozy. Do tego pogłębiał się chaos towarzyszący zbiorowym wędrówkom w poszukiwaniu bliskich, dawnego miejsca, miejsc nowych. Dezintegracja społeczna powodowała także zamykanie się w mniejszych społecznościach rodzinnych bądź lokalnych. Szczególnie trudna sytuacja panowała w rejonach poniemieckich, które powracający czerwonoarmiejcy traktowali jak zdobyczne, nie bacząc na Polaków – tamtejszych ani repatriantów. Tu niebezpieczeństwo gwałtu, łupieży itd. było największe.

Zważywszy na niespotykaną w historii Europy liczbę ofiar wojny po polskiej stronie, w tym ogromne straty wśród inteligencji, dawał się odczuwać silny lęk przed brakiem przywództwa i autorytetów. To rodziło większe rozprzężenie moralne, szabry i grabieże, motywowane wolą przetrwania. Zapowiedzi terroru, kolejnego i nieznanego, obawy przed plagami kolektywizacji i nacjonalizacji, odwety i usprawiedliwienia – to była rzeczywistość w atmosferze trwogi. Ze względu na zniszczenia wojenne, przesiedlenia i ciąg wędrówek, kolejną zmorą niszczącą resztki przywiązania do miejsca, własnego dorobku, ciągłości pokoleniowej był przymusowy kwaterunek.

W tej sytuacji jedyną ostoją pozostał Kościół (nie tylko ze względu na wiarę, ale też na uporządkowane oparcie instytucjonalne), która zresztą też poniósł znaczne straty, a po wojnie utracił większość dóbr. W tym niekończącym się ciągu traum i lęków nie miał on  jednak wystarczającej siły dla opanowania sytuacji.

Warto sięgnąć po książkę Zaremby, by lepiej zrozumieć polski przełom powojenny, idąc za autorem, a niekiedy pozostając z nim w sporze. Książka, opatrzona potężną bibliografią i dokumentacją, najbogatsza jest w cytaty z kontrolowanej korespondencji, prywatnych wypowiedzi przekazujących nastroje i przekonania. Ta metoda, w zestawieniu ze źródłami oficjalnymi, niekiedy demitologizuje, czasem – jak można sądzić – wbrew pierwotnym założeniom autora, powszechnie obowiązujące przekonania.

Są też poważne pułapki tej metody, która znaczącą część dziejów sprowadza do sfery emocji i lęków. Można by w tym kontekście wymienić chociażby dzieje „Żołnierzy wyklętych” i całej Drugiej Konspiracji. Niezależnie od nierównowagi sił, były to przecież zorganizowane i wciąż w tym okresie organizujące się struktury, i to organizujące się w imię porządku, a przeciw niegodziwościom stanowiącym pokłosie wojny. W opisanej w tej książce społecznej zawierusze praktycznie nie ma dla nich miejsca.

Historia rozumiejąca, pisana w szerokim kontekście społecznym, uwzględniającym masowe emocje, musi uwzględnić nie tylko zasadnicze rozstrzygnięcia wielkiej polityki i wędrówek ludów, lecz również widzieć w wymienionej w podtytule książki Zaremby „ludowej reakcji na kryzys” próby okiełznania strat i chaosu. Pominięcie wielu jeszcze innych aspektów życia zbiorowego, które mogły regenerować tkankę społeczną, dawać szansę przetrwania i przezwyciężania traumy pomimo  wstrząsów i klęsk, to zapewne jedna ze słabszych stron książki.

dr Małgorzata Bartyzel


Marcin Zaremba, „Wielka trwoga. Polska 1944-1947: ludowa reakcja na kryzys”, Znak/Instytut Studiów Politycznych PAN, Kraków-Warszawa 2012, s. 694.

2014-03-04