Dziesięcioro dzielnych

Mechanizmy sprawowania władzy w PRL można w dość czytelny i obrazowy sposób zaprezentować przez pryzmat zbieranych przez SB materiałów i metod represji oraz codziennego uprzykrzania życia ludziom pióra. Ten, zdawałoby się, wąski wycinek rzeczywistości, ograniczony do osób niezorganizowanych, wrażliwych, często zamykających się w zakamarkach własnej wyobraźni, niepodejmujących wprost działań i zadań politycznych i publicznych, o różnych poglądach i rodowodach, stanowi interesujący przykład niespełnionych marzeń bezpieki.


Piotr Gontarczyk opisuje 10 dzielnych ludzi na podstawie materiałów z IPN, artykułów prasowych z epoki i dostępnych materiałów biograficznych. Wszystkich bohaterów traktuje z należną estymą, ale nie ukrywa ich słabości, życiowych komplikacji. Pokazuje ich odwagę, ale niekiedy i naiwność. W każdym przypadku – zarówno postaci o rodowodzie komunistycznym, jak i zatwardziałych antykomunistów od zarania, a także tych, których poglądy krystalizowały się bardziej w sferze estetyki, filozofii, historii – ukazuje moment zwrotny: swoiste światło alarmowe, gdy władza uznawała ich działalność za zagrożenie.

Innymi słowy, to książka o dziesięciu przykładowych wrogach Polski Ludowej – spośród wytypowanych przez bezpiekę niepokornych pisarzy, poetów, bardów i filozofów, z którymi, mimo ogromnego nakładu sił i środków, aparat władzy nie umiał sobie sprawnie radzić. Krótkie historie Leszka Kołakowskiego, Leopolda Tyrmanda, Wiktora Woroszylskiego, Jacka Kaczmarskiego, Tomasza Burka, Artura Międzyrzeckiego, Jarosława Marka Rymkiewicza, Janusza Szpotańskiego, Anny i Tadeusza Walendowskich oraz Marka Nowakowskiego są w książce Gontarczyka bogato zilustrowane zdjęciami, reprodukcjami esbeckich notatek i protokołów oraz wycinków prasowych.

 

Leszek Kołakowski


Drogi życiowe bohaterów książki są zupełnie różne, inaczej wyglądało ich dojrzewanie literackie i ideowe, tymczasem podejście organów bezpieczeństwa – metody rozpracowywania, nękania, próby złamania – były niesłychanie podobne. Trzeba jednak pamiętać, że literaci i – szerzej – artyści czy naukowcy, wąskie grona twórcze, były przez aparat represji w PRL traktowane nieco inaczej aniżeli wychylający się gdzieniegdzie z szeregu reprezentanci innych grup społecznych. Trudnością istotną w podejściu do takich indywidualności było to, że odstawali od schematu, nie mieścili się w prostych kwalifikacjach i zaszeregowaniach. Ta właśnie trudność powodowała pierwsze zainteresowanie organów bezpieczeństwa. Pierwszym bowiem i najprostszym zabiegiem była – po pierwszej decyzji o obserwacji – próba przywrócenia każdego z bohaterów do szeregu. Leszek Kołakowski, początkowo zafascynowany komunizmem, już po Październiku 1956 wyartykułował swoje pierwsze wątpliwości na łamach „Po prostu” i po raz pierwszy jego artykuł zatrzymała cenzura. Potem wzbudził krytykę towarzysza Gomułki i od 1963 r. dopracował się stałego i systematycznego rozpracowywania. Doświadczenie Tyrmanda było bardziej skomplikowane – od niewiary w niszczycielską siłę komunizmu, poprzez aresztowanie przez NKWD, błąkanie się po świecie, gdy imał się różnych zajęć, aż do powrotu do Polski po wojnie. Pracował w prasie i wydawnictwach, ale naraził się poważnie nieodpowiednim opisaniem meczu bokserskiego Polska – ZSRR. Nie mógł znaleźć żadnej pracy. Zyskał jednak popularność powieścią Zły. Książka, przetłumaczona na wiele języków, ułatwiła mu nawiązanie licznych kontaktów zagranicznych i dyplomatycznych. Dlatego zainteresowała się nim machina Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Szczegółowo rozpracowywały go aż dwa departamenty.

 

Leopold Tyrmand


Całkowicie odmienne były koleje losu Janusza Szpotańskiego. Ten nigdy nie przeżył romansu ani flirtu z komunizmem. Najpierw, ze względu na niewłaściwe pochodzenie, odmówiono mu przyjęcia na studia, a gdy później dostał się na inne – wyrzucono go za niewłaściwe poglądy. Po Październiku pozwolono mu ukończyć polonistykę. SB zawsze miała o nim opinię wroga, ale dopiero po opublikowaniu przezeń satyrycznego „poematu” Cisi i Gęgacze, czyli bal u prezydenta, zajęła się nim na serio. Potem nie miał już szans na pracę i publikacje. Wygłaszał więc swoje kuplety i skecze na spotkaniach – do czasu, aż został aresztowany.

 

Janusz Szpotański

 

Bezpieka uruchamia swój rytuał powtarzalnych zdarzeń: obserwacja, inwigilacja, wprowadzanie do kręgu otaczającego ofiarę tajnych współpracowników, zakaz publikacji, ograniczenia i zakazy pracy, stopniowe pozbawianie środków do życia, pozbawianie paszportu, zatrzymania, aresztowania, w niektórych przypadkach emigracja itd. Jakby na przekór tym zabiegom aparatu bezpieczeństwa zaczął wyrastać drugi obieg kultury. Jak za czasów wcześniejszych konspiracji przed zaborcami czy okupantami, to właśnie ci, którzy odważyli się mówić, pisać, śpiewać, tworzyli na nowo różnobarwne więzi społeczne. Dlatego tak ważne były miejsca stałych spotkań, dyskusji, występów, jak m.in. opisany w książce salon Walendowskich.

Książkę warto polecić zwłaszcza czytelnikom młodym. Historia, ta nieodległa, jawi się tu w pigułce łagodnej i skutecznej – z punktu widzenia tych, którzy ją tworzyli, nie będąc politykami ani wodzami. To oni jednak odgrywali istotną rolę w walce o rząd dusz, z czym nie mógł sobie poradzić ani aparat bezpieczeństwa, ani propagandy.


Piotr Gontarczyk, 10 dzielnych ludzi, Zysk i S-ka, Poznań 2010, s. 238.

 

dr Małgorzata Bartyzel

2013-07-03