List biskupów polskich do biskupów niemieckich

Z prof. Janem Żarynem
rozmawia Michał Starczewski
 

18 listopada 1965 roku polscy biskupi skierowali do biskupów niemieckich słynny list ze słowami "przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Czy słowa te miały wówczas takie samo znaczenie, jakie my im teraz nadajemy?

Słowa te już wówczas miały olbrzymie znaczenie, choć bez wątpienia intencje biskupów polskich różniły się od skutków, które przyniosły. Skutki były równie ważne, choć nie w pełni kontrolowane przez stronę kościelną. List miał niebagatelne znaczenie dla relacji między państwem i Kościołem. Był efektem dwóch okoliczności: z jednej strony zakończenia prac II Soboru Watykańskiego, z drugiej - zbliżającej się bardzo ważnej dla Kościoła w Polsce rocznicy: milenium chrztu Polski. List biskupów polskich do biskupów niemieckich został wystosowany jako specjalne zaproszenie dla episkopatu niemieckiego do przeżywania wspólnych obchodów milenium. Biskupi polscy uważali, iż dwadzieścia lat po zakończeniu II wojny światowej, w atmosferze soborowej, należy wykonać pewien gest, który mógłby prowadzić do pojednania między Polakami - dotkniętymi okupacją i całym złem, które Niemcy wyrządzili nam w latach 1939-1945 - a Niemcami.
 
Treść Orędzia też była sama w sobie bardzo ciekawa. Z jednej strony biskupi w sposób  jednoznaczny odnieśli się do winy niemieckiej, przypominając niezaprzeczalne fakty: obozy koncentracyjne i mordy na oraz polskiej ludności cywilnej oraz to, iż to Niemcy były stroną agresywną, która napadła na wolny i suwerenny kraj, wskazując także na cierpienia polskiego duchowieństwa katolickiego w latach wojny. Przypomnijmy, że z 10,5 tysiąca polskich kapłanów zginęło w sumie ponad dwa tysiące.
 
Jednocześnie biskupi polscy, szukając płaszczyzny porozumienia, przypomnieli, iż chrześcijaństwo jest wspólnym dobrem i dziedzictwem narodu niemieckiego i polskiego w Europie Środkowo-Wschodniej. Podkreślali pozytywny wkład konkretnych Niemców, świętych - zarówno kobiet, jak i mężczyzn, którzy przynieśli chrześcijaństwo na tereny polskie. Ten wątek miał przypomnieć, iż relacji polsko-niemieckie w ciągu tysiąca lat nie wyznacza tylko okres II wojny światowej.
 
Jaka była reakcja władz PRL?
 
List, choć dopiero po odpowiedzi episkopatu niemieckiego z 5 grudnia 1965 roku, stał się dla władz komunistycznych pretekstem do politycznej nagonki na cały polski episkopat, a przede wszystkim na prymasa kardynała Stefana Wyszyńskiego. Nagonka ta miała na celu zdyskredytowanie Kościoła w Polsce i obniżenie autorytetu prymasa. Hasła używane przez ówczesną propagandę komunistyczną totalnie rozmijały się z intencją i treścią listu polskich biskupów. Pomawiano prymasa o zdradę interesów polskich, o naiwność, o uzurpację. Krytykowano pośrednio także biskupów niemieckich, że nie zdecydowali się na sformułowanie jasnej deklaracji w sprawie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.
 
Czy ta kampania odniosła skutek?
 
Argumenty komunistów, a także całej ówczesnej prasy, były niestety bardzo celnie użyte. Propaganda komunistyczna podkreślała przede wszystkim, że episkopat i prymas nie uzyskali niczego od Niemców, przede wszystkim potwierdzenia, że granice Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej są granicami sprawiedliwości dziejowej i że ziemie te powinny na wieki wieków przypaść narodowi polskiemu jako ofierze niemieckiej okupacji. Strona komunistyczna w emocjonalnym języku propagandowym orzekła, że prymas Polski i Kościół w Polsce wpisali się w politykę rewizjonizmu niemieckiego, dążącego usilnie do podważenia granic na zachodzie i likwidacji państwowości polskiej. Straszono Niemcami rewizjonistami, legitymizując uzurpatorską władzę w kraju. Propaganda komunistyczna stwierdzała również, że tylko i wyłącznie Państwo Ludowe prowadzi polską politykę zagraniczną. Kościół nie powinien się wtrącać w nieswoje sprawy, zwłaszcza że czyni to nieumiejętnie. To miało podsycić niechęć społeczeństwa polskiego do Kościoła i znienawidzonego przez komunistów prymasa Wyszyńskiego. Trzeba powiedzieć, że w jakiejś mierze zostało to osiągnięte.

Resentymenty dotyczące II wojny światowej i realna pamięć narodu polskiego powodowały, że Gomułka odwołując się do haseł pseudopatriotycznych wprowadził pewien zamęt pojęciowy - tym większy i skuteczniejszy, że propaganda komunistyczna nie dopuszczała żadnych głosów broniących ludzi Kościoła. Co więcej, w ten rydwan krytyki wpisali także działacze katoliccy, w tym najbardziej wiarygodni - związani ze środowiskiem Znak. Cenzura była bardzo czujna - wymuszała na wszystkich tytułach prasowych i środowiskach, w tym również katolickich, redagowanie jednogłośnie brzmiących deklaracji potępiających episkopat Polski.
 
Komuniści - co bardzo często im się zdarzało - jednak przedobrzyli. W styczniu 1966 roku podjęli decyzję, by odmówić prymasowi paszportu. Z tego powodu nie mógł on wyjechać do Rzymu na otwarcie uroczystych obchodów milenijnych w całym Kościele powszechnym. Paweł VI musiał otworzyć je bez prymasa. Kardynał nie po raz pierwszy stał się widoczną ofiarą systemu ateistycznego. Wszystko wróciło na swoje miejsce. Represje okazały się dla prymasa zdecydowanie pomocne, ponieważ społeczeństwo polskie, zdezorientowane przez cztery tygodnie bardzo ostrą kampanią antykościelną, zobaczyło, że w gruncie rzeczy zostało oszukane przez władze, którym chodziło jedynie o zdyskredytowanie prymasa Wyszyńskiego. Okazało się, że celem władz nie było podtrzymywanie wartości narodowych i patriotycznych, lecz zniszczenie poważanych w Polsce autorytetów.

Jaką rolę w pojednaniu polsko-niemieckim odegrał list polskich biskupów? Czy można powiedzieć, że to był czynnik inaugurujący proces pojednania?

Z perspektywy czasu, gdy widzimy, co się wówczas stało, a szczególnie, gdy przyjrzymy się nieoficjalnym wypowiedziom ludzi Kościoła - zwłaszcza prymasa Wyszyńskiego oraz późniejszego kardynała, Bolesława Kominka, głównego redaktora listu - to zobaczymy, że już wówczas biskupi mieli świadomość, iż podejmując inicjatywę napisania listu do biskupów niemieckich, wkraczają w przestrzeń, w której dotychczas nie uczestniczyli. Miało to zaowocować w przyszłości. Odwołując się do języka religijnego, nie politycznego, przełamali żelazną kurtynę i porządek jałtański, zapraszając do tego także Kościół powszechny - w roku milenijnym. Ówczesne losy Europy była zdeterminowane przez podział polityczny świata na dwa obozy ideologiczne i gospodarcze, mimo że jej wcześniejsze dzieje predestynowały ją do budowania jedności cywilizacyjnej opartej na chrześcijaństwie. Kościół, nie posługując się językiem polityki, ale religijnego pojednania, dał sygnał, że należy szukać łączności między wschodem a zachodem, ponieważ Europa jest jedna i na dodatek jest ona chrześcijańska. Język wspólnoty chrześcijańskiej i wartości świata chrześcijańskiego powinny być przypominane, ponieważ one w gruncie rzeczy dominują nad każdym, nawet najbardziej tragicznym przeżyciem europejskim, w tym też nad II wojną światową. W tym kontekście list biskupów polskich do biskupów niemieckich jest - i powinien być - postrzegany jako fundament, na którym wspierają się wszystkie kolejne gesty pojednania, aż do współczesności.

Czy Kościół stracił, czy zyskał przez napisanie tego listu?

W perspektywie trzech tygodni na pewno stracił, w perspektywie dłuższej rzecz jasna zyskał, nie tylko sensie "marketingowym" i historycznym, to znaczy że większość społeczeństwa nadal stała po stronie Kościoła, a nie władz komunistycznych. Zyskał też oczywiście w najważniejszej przestrzeni, to znaczy z punktu widzenia obrony podstawowych wartości ludzkich, a jedną z nich jest bez wątpienia podtrzymywanie w Europie świadectwa, że chrześcijaństwo konstytuowało w sposób pozytywny i twórczy kontynent europejski, tworzyło jego prawa, kulturę, bardzo szeroko pojętą. To zaakceptowanie prawdy o tym, że chrześcijaństwo tworzyło zręby cywilizacji europejskiej, jest kluczem do zrozumienia Starego Kontynentu, a na dodatek jest kluczem do rozwiązania ewentualnych napięć między państwami i narodami europejskimi; napięć, które były wynikiem historycznych procesów, odchodzenia ludów i państw od dekalogu. Trawestując słowa papieża Jana Pawła II można powiedzieć, że Europy nie można zrozumieć bez chrześcijaństwa.

Kościół katolicki, jak sama nazwa mówi, jest powszechny. Jednocześnie duchowni angażują się w sprawy narodowe. Na ile biskupi polscy, a później niemieccy, pisali swoje listy jako biskupi katoliccy, a na ile jako Polacy i jako Niemcy?

Myślę, że obydwa te porządki się ze sobą krzyżowały, albo też szły równolegle i się wspierały. Niewątpliwie biskupi polscy występowali nie tylko w imieniu Kościoła polskiego, ale de facto w imieniu narodu polskiego, który wyartykułować różnych kwestii nie mógł. Ta podwójna rola Kościoła była oczywistością w latach PRL. Nie przez przypadek nazywano prymasa Wyszyńskiego interreksem, niezależnie od tego, czy on sam był przywiązany do tego tytułu. Każda więc ważna enuncjacja Kościoła, czy to prymasa, czy - jak w tym przypadku - wszystkich biskupów polskich, była postrzegana jako głos narodu. Z kolei biskupi niemieccy nie reprezentowali co prawda narodu niemieckiego, dużo bardziej zróżnicowanego wyznaniowo, i nie mieli też ambicji wchodzenia w gestie należne państwu demokratycznemu, jakim były Niemcy Zachodnie, jednak wpisywali się w swojej odpowiedzi w porządek prawny i okazywali lojalność wobec państwa niemieckiego. Stąd, między innymi, biskupi niemieccy nie zdecydowali się na przejście tego Rubikonu, który jeszcze dla ówczesnego państwa niemieckiego był nie do przebycia, czyli nie uznali jednoznacznie granic na Odrze i Nysie Łużyckiej, choćby w formule języka religijnego, mówiącego o sprawiedliwości i zadośćuczynieniu za krzywdy, które Niemcy wyrządzili narodowi polskiemu.

Czy list poruszył opinię międzynarodową?

To było wydarzenie medialne w Europie Zachodniej. Jedynie Polacy, żyjący w PRL nie byli tego świadomi. W zasadzie można powiedzieć, że wszystkie większe media - od związanych z partiami chadeckimi czy wręcz konserwatywnymi po liberalno-socjalistyczne - z dużą dozą sympatii analizowały list biskupów polskich do biskupów niemieckich. Nie zawsze działo się tak z powodów religijnych - często tylko z przyczyn czysto politycznych. Jedyny kierunek polityczny na Zachodzie, która wpisał się w linię prasy peerelowskiej, to byli komuniści, szczególnie włoscy, ale też francuscy. Próbowali oni znaleźć złoty środek między własną opinią publiczną a lojalnością wobec komunistów moskiewskich: pisali filipiki antykościelne, a jednocześnie próbowali udowadniać, że nie naruszają europejskiego porządku. W swoich artykułach stali więc w niezdrowym rozkroku. Szczególnie ważne były cytaty z wypowiedzi biskupów niemieckich oraz tamtejszych przedstawicieli Kościoła ewangelickiego - zdecydowanie propolskie.
 
Prof. Jan Żaryn - kierownik Katedry Historii Kościoła w Czasach Najnowszych Uniwersytetu Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, pracownik Instytutu Historii PAN, b. dyrektor Biura Edukacji Publicznej IPN. Zajmuje się historią najnowszą, ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Kościoła katolickiego w Polsce. Opublikował m.in.: Kościół w Polsce w latach przełomu (1953-1958). Relacje ambasadora RP przy Stolicy Apostolskiej [2000]; Dzieje Kościoła katolickiego w Polsce (1944-1989) [2003].
 

Fotografia: ostatnia strona listu polskich biskupów prezetntowanego na wystawie MHP "Odwaga i pojednanie” w Sejmie RP, ze zbiorów Historycznego Archiwum Arcybiskupstwa Kolonii, CC-BY-NC.