Pokój w Tylży. Powstanie Księstwa Warszawskiego

Z prof. Barbarą Grochulską
rozmawia Ewa Zientara
 
 

W jakich okolicznościach powstało Księstwo Warszawskie?

Powstało w wyniku wojny, której miało nie być, a więc w okolicznościach dość zaskakujących. Rozgromienie wspomaganej przez Rosję Austrii w bitwie trzech cesarzy pod Austerlitz 2 grudnia 1805 roku, w rocznicę koronacji Napoleona, i pokój zawarty z Austrią w Preszburgu 26 grudnia satysfakcjonowały cesarza Francuzów. Austria zrzekła się Wenecji, Istrii i Dalmacji na rzecz Królestwa Włoskiego, a Szwabii i Tyrolu na rzecz elektora wirtemberskiego i bawarskiego. Pół roku później, 12 lipca 1806 roku, 16 państw niemieckich zawiązało Związek Reński, występując z Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, i sprzymierzyło się z Napoleonem, przechodząc faktycznie pod zwierzchnictwo Francji. Cesarstwo Rzymskie rozpadło się 6 sierpnia 1806. Cesarz Franciszek II złożył cesarską koronę, pozostając już tylko przy tytule cesarza Austrii, jako Franciszek I. Mapa polityczna Niemiec i Włoch została ułożona wedle dyktatu Napoleona, pokój był więc dla niego korzystny, zwłaszcza, że społeczeństwo francuskie było już zmęczone wojnami i Napoleon zdawał sobie z tego sprawę. Depesza powiadamiająca naród francuski o zwycięstwie i rozpoczęciu pertraktacji pokojowych kończyła się zapewnieniem, że nadzieja na rychły pokój stanowiła i stanowi stale obecną i najważniejszą ideę cesarza. Wszystko wskazywało na to, że Napoleon nie zamierzał posunąć dalej swojej ekspansji. Rozgrywka z Anglią pozostawała w planie dalszych, ostatecznych rozstrzygnięć.

Sprawy przybrały jednakże inny obrót. Rosja, zamiast z Francją, sprzymierzyła się z Prusami przeciwko Napoleonowi, bardziej ufając starym sojuszom. Głównym powodem niezadowolenia Prus były wzrastające wpływy francuskie na terenie Niemiec, a utworzenie Związku Reńskiego stało się sygnałem alarmowym. Nastroje antyfrancuskie zaostrzyła jeszcze bardziej sprawa obiecanego Prusom w grudniu 1805 roku Hanoweru, który rok później Napoleon zaproponował Anglii. Propaganda antyfrancuska przypominała czasy niedawnej świetności, kiedy Fryderyk Wielki dyktował warunki Europie, a armia pruska słynęła jako jedna z najlepszych, najbardziej nowoczesnych armii świata. Rozbiory Polski umocniły poczucie siły.

26 września Fryderyk Wilhelm III, pod naciskiem ministrów Steina i Hardenberga, wysłał Napoleonowi ultimatum z terminem realizacji żądań do 8 października. Zażądał wycofania wojsk francuskich z terenu Niemiec oraz wyrażenia zgody na utworzenie związku państw północnoniemieckich pod protektoratem Prus. Napoleon warunki odrzucił. W trzy tygodnie później, 14 października, armia pruska została rozgromiona w dwóch bitwach: pod Jeną i pod Auerstädt, gdzie dowodził Davout. Rozmiary klęski Prus były tak wielkie, że zaskoczyły nawet samego Napoleona. Nie doszło jednak do podpisania pokoju. Pozostawała ostateczna rozgrywka z Rosją.

Rozbicie głównych sił pruskich umożliwiło Francuzom operowanie poszczególnymi korpusami, które w pościgu za rozproszonymi wojskami pruskimi rozeszły się ku zachodowi i północy. Armia francuska posuwała się na wschód, w stronę granic Polski, na olbrzymiej przestrzeni od Bałtyku po Dolny Śląsk. Sam Napoleon, na czele szczupłych sił, ruszył wolno ku Berlinowi, dokąd uroczyście wjechał 27 października. Tu właśnie zapadła decyzja o użyciu w tej wojnie sprawy polskiej. Generał Dąbrowski, który stawił się na rozkaz cesarza w kwaterze głównej już kilka dni wcześniej, oraz Józef Wybicki, z upoważnienia cesarza, wydali 3 listopada 1806 r. odezwę do Polaków, wzywającą do mobilizacji sił. Pojawiła się w niej także zapowiedź rychłego przyjazdu Tadeusza Kościuszki, który - jak wiadomo - odmówił współpracy z Napoleonem. Odtąd wypadki potoczyły się błyskawicznie. Korpus Davouta miał pierwszy przekroczyć granicę polską. Trochę wcześniej przybyli do Poznania Wybicki i Dąbrowski, którym cesarz dał pełnomocnictwo do organizowania władz i wojska. Obaj wywiązali się z tego zadania znakomicie. Prowadząc zręczną politykę faktów dokonanych, wciągali Napoleona w grę o Polskę. Starali się przyśpieszyć formowanie sił zbrojnych, wyzyskując stare i nowe sposoby rekrutacji. Na żądanie Napoleona Dąbrowski ogłosił też pospolite ruszenie. Dąbrowski i Wybicki wykonali olbrzymią pracę organizacyjną. Prawie pół roku przed traktatem tylżyckim z Rosją i Prusami ziemie polskie drugiego i trzeciego zaboru pruskiego miały polską administrację, wojsko i nadany przez Napoleona rząd tymczasowy, zwany Komisją Rządzącą. Polacy czekali z nadzieją na dalszy rozwój wydarzeń.


Dlaczego nowopowstałe państwo nazwano Księstwem Warszawskim?

Taktyka niejasnych obietnic, kluczenia, stosowania uników w wypowiedziach na temat spraw polskich, jaką stosował Napoleon w Berlinie, Poznaniu, a początkowo i w Warszawie, w Tylży nabrała innego kolorytu. Nie chodziło już o powołanie państwa dla Polaków: to państwo, choć nieformalnie, praktycznie już istniało. Miało swój rząd, administrację, wojsko, radziło sobie, lepiej czy gorzej, z obsługą armii, z zakwaterowaniem i ze wszystkimi kłopotami wojny. W Tylży chodziło więc nie o powołanie państwa, ale o to, jak zostanie ono osadzone na mapie Europy: czy będzie to zaczątek odradzającej się Polski, czy nowe państewko wymyślone przez cesarza na użytek doraźnie stosowanej taktyki, niezakorzenione w tradycji, które może zniknąć tak nagle, jak nieoczekiwanie się pojawiło. W interesie państw rozbiorczych leżało, by na mapie Europy nie pojawiła się Polska. Pozornie Napoleon był w świetnej sytuacji. Niedawny pogromca Austrii i Prus po dwóch poważnych bitwach z wojskami rosyjskimi, ponoć zwycięskimi, zdobyciu Tczewa i Gdańska, mógł - wydawało się - dyktować spokojnie warunki pokoju. Ale wojna toczyła się nadal i car nie był skłonny wyjść z propozycją pokoju. Sytuacja stawała się kłopotliwa. Armia francuska poniosła duże straty - około 20 tysięcy zabitych. Żołnierze byli wyczerpani trudami wojny w dokuczliwie zimnym klimacie, a długi pobyt poza granicami kraju sprzyjał zniechęceniu i demoralizacji.

Rozeznając się już w tym, co jest najbardziej newralgiczne w pertraktacjach z Aleksandrem, Napoleon zagrał dwoma atutami, które pozwoliły mu, nie drażniąc nadmiernie cara, utrzymać status quo w sprawie polskiej: nazwą nowego państwa i koroną dla jego władcy. Cesarz miał już na tyle duże doświadczenie w kreowaniu nowych państw w Europie, że pomysł nazwy przyszedł łatwo i mieścił się w standardach jego poczynań. W okresie wcześniejszym, Dyrektoriatu, nowo powstałe państwa nazywano przeważnie republikami, inaczej: rzeczpospolitymi. Później, w czasach Konsulatu i dalej Cesarstwa Napoleon używał bardziej etatystycznej formuły, jak księstwo, wielkie księstwo czy królestwo. Maleńkie państwo powstałe w Tylży mieściło się w kategorii księstwa. Przymiotnik "polskie" musiał być wykreślony, naturalna była więc nazwa utworzona od największego miasta i w dodatku dawnej stolicy kraju. Koronę przyszłego władcy ofiarował Aleksandrowi. Ten w zamian zaproponował, żeby korona przeszła w ręce kogoś z rodziny cesarza Francuzów. Pertraktacje zakończył uzgodniony wybór Fryderyka Augusta z dynastii Wettinów saskich.

Wybór ten nawiązywał do tradycji Rzeczypospolitej. Konstytucja 3 maja przeznaczyła tron Polski potomstwu Augusta III jako następcom tronu po śmierci Stanisława Augusta. Teraz tron księstwa miał objąć Fryderyk August. Formuła ustrojowa była jednakże skomplikowana i dwuznaczna. Jako władcy Księstwa Warszawskiego przysługiwać mu powinien tytuł Księcia Warszawskiego. W konstytucji nie ma jednak takiego wyrażenia. Jest mowa tylko o królu, ponieważ stanowisko księcia, korona książęca warszawska, należały dziedzicznie do króla saskiego. W kręgach dyplomatycznych państw rozbiorczych problem ten wywoływał nie tylko zainteresowanie, ale dużą nerwowość. Ostateczna wersja traktatu pokojowego pozwoliła im odetchnąć z ulgą.

Za przykład nastrojów tamtych dni może posłużyć list jednego z dyplomatów austriackich, pisany z Warszawy do ówczesnego ministra spraw zagranicznych Johanna Stadiona: "Mam zaszczyt zawiadomić Waszą Ekscelencję, że przybyłem tutaj i śpieszę przede wszystkim sprostować pewien błąd, który wkradł się do mojego raportu z dziewiątego tegoż miesiąca. Jego Królewska Mość Król Pruski zapewniał mnie, że wiadomość, jakoby ziemie odebrane Jemu i oddane Królowi Saskiemu miały znowu nazywać się Polską, jest fałszywa. Władca Saski będzie posiadał te ziemie pod nazwą Księstwa Warszawskiego, co czyni jednak małą różnicę i powoduje ogromne niezadowolenie Polaków".


Jak Polacy przyjęli powołanie Księstwa?

Jak pisze Marian Kallas w książce Konstytucja Księstwa Warszawskiego: "Sojusz Napoleona z Aleksandrem został okupiony (głownie ze względu na Rosję, a także Austrię) szeregiem ustępstw ze strony Napoleona (zwłaszcza w »sprawie polskiej«). Traktat pokojowy przyniósł uznanie przez Rosję przewagi francuskiej w Europie (m.in. uznanie Związku Reńskiego i Ks. Warszawskiego). Traktat ten będący w gruncie rzeczy pozornym i nietrwałym sukcesem, wywołał niezadowolenie, z różnych zresztą względów, w wielu krajach, a zwłaszcza w Rosji, Prusach, Austrii, Saksonii no i w Księstwie Warszawskim, i - oczywiście - w Anglii. Wśród Polaków traktat pokojowy wywołał konsternację i oburzenie. Nieprzychylnie przyjęto utworzenie małego księstwa, nawet pozbawionego nazwy »polskiego«. Również relacje ze strony francuskiej wskazują na niezadowolenie i jednocześnie zdumienie wywołane traktatem tylżyckim. Szczególnie odnośnie postanowień terytorialnych dotyczących ziem polskich. Sytuacja na ziemiach polskich po Tylży znalazła też odbicie w licznych pamiętnikach z tego okresu. Ich autorzy o najróżniejszych przekonaniach politycznych, w przeważającej mierze zgodni byli w ocenie nastrojów Polaków po utworzeniu Księstwa Warszawskiego".

Buntować się zaczęli nawet najbardziej związani z cesarzem wojskowi. Tak o tym pisano: "Wielu z IchMP oficerów polskich, zapomniawszy, że wykonali przysięgę wierności N. Cesarzowi, poważają się, po oberżach i miejscach publicznych schadzek, używać słów nieprzyzwoitych i wyrazów uwłaczających powinnego temuż monarsze uszanowania". Rozgoryczenie Polaków dotyczyło zarówno terytorium nowego państwa, jak i przedstawionej propozycji ustrojowej. Drażniło wyeliminowanie z politycznego języka słów: "Polska", "Polacy", "państwo polskie". Napoleon proponował, żeby obywateli księstwa nazywać Warszawianami. Później przyznał, że zrobił to, by nie drażnić Aleksandra. Po pierwszym szoku nastroje z wolna się uspokajały. Rzeczywistość przedstawiała się ostatecznie lepiej, niż przewidywano. Trudno jednak ocenić ogólnie stosunek Polaków do nowego, trochę dziwnego państwa. Uspokojeniu i stabilizacji nastrojów nie sprzyjała wciąż niestabilna sytuacja polityczna w Europie. W ciągu sześciu lat istnienia księstwa mało było chwil spokoju. W obu wojnach, które rozgrywały się również na ziemiach polskich - z Austrią w 1809 roku i z Rosją w 1812 - uczestniczyli Polacy.

O ocenę stosunku Polaków do Napoleona i do państwa, które podarował, spierali się zarówno obserwatorzy współczesnych wydarzeń, jak i historycy. Sądy ich zależały w dużej mierze od poglądów politycznych czy światopoglądu. Na ogół jednak wszyscy prawie bez wyjątku rozumieli, że casus Polski jest odmienny i nie przystaje do standardów europejskich. Przekonanie to wyrażali zarówno ówcześni, jak i późniejsi komentatorzy. Oto co pisała pani de Staël, zajadła przeciwniczka cesarza, dla której każdy, kto opowiedział się za Napoleonem, był nienawistny jako sprzymierzeniec tyrana: "Polacy to jedyni Europejczycy, którzy bez wstydu mogą służyć pod sztandarami Napoleona". Norman Davies, historyk angielski, a zarazem znawca historii Polski, napisał: "Dla Francuzów kampania w Rosji była po prostu kolejnym aktem rewolucyjnego imperializmu. Dla Rosjan stała się ostatecznym sprawdzianem integralności i trwałości ich cesarstwa. Jedynie dla Polaków była to wojna wyzwoleńcza". Warto na koniec przytoczyć mądrą, zrównoważoną opinię na ten sam temat przenikliwego w sądach historyka Mieczysława Żywczyńskiego. "Choć eksploatowani ogromnie przez Francję, choć zamknięci w państewku wasalnym, obejmującym tylko część ziem polskich, wszyscy uświadomieni politycznie mieszkańcy Księstwa w swojej większości, to jest część szlachty i ogromna większość mieszczaństwa, byli oddani Napoleonowi. Przekreślił przecie dzieło rozbiorów, dał awans społeczny mieszczaństwu, zwiększył możliwość wpływów oświecenia, ożywił nadzieje na pełne odrodzenie państwa polskiego".


Dlaczego w Księstwie Warszawskim nie wprowadzono Konstytucji 3 maja?

Prawdopodobnie zrobiono by to, gdyby decyzja nie zależała od Napoleona. To on, ponad głowami Polaków, wynegocjował z Rosją i Prusami utworzenie nowego państwa, wasalnego, jak wiele podobnych państw w podbitej Europie. On też określał formę ustroju takich państw. Możliwości powrotu do Konstytucji 3 maja w ogóle nie brano pod uwagę, tak ze względów taktycznych, jak ideologicznych. Względy taktyczne skłaniały do wielkiej ostrożności, z racji drażliwości Aleksandra. Pokój co prawda został już zawarty, chodziło jednak o to, by był trwały. Podobnie jak w kwestii nazwy państwa, tak i kwestii jego ustroju, należało unikać wszelkich odniesień do tradycji Rzeczypospolitej. Przywołanie ustawy majowej, niosącej tak wielki ładunek patriotycznych emocji, wiążących się ze wspomnieniem Sejmu Czteroletniego, kierowanych najczęściej przeciwko Rosji, byłoby prowokacją. Niezależnie od tego, Konstytucja 3 maja była dla Napoleona nie do przyjęcia, jako zbyt odległa od modelu konstytucji napoleońskich.

Napoleon był opętany ideą unifikacji Europy, którą traktował jako misję cywilizacyjną. Europa zjednoczona i ucywilizowana to nie tylko idée fixe cesarza, ale i konsekwentnie realizowany program działania. Polityka Napoleona polegała przecież - pisał Władysław Sobociński - nie tylko na faktach, ale także na tworzeniu instytucji i norm, które wychodziły częściowo poza Francję. Sama koncepcja cesarstwa, nawiązująca do rzymskiej i karolińskiej, miała na względzie panowanie Napoleona w skali europejskiej czy światowej. Do ulubionej idei wracał Napoleon często we wspomnieniach ze Świętej Heleny. Żalił się, że Europa nie zrozumiała jego intencji, że - przeciwnie - zjednoczyła się, żeby go zniszczyć. Ostrzegał, że będzie poniewczasie żałowała, iż obaliła jego imperium, które byłoby stabilizatorem stosunków między państwami. Twierdził, że "Europa pilnie potrzebuje konstytucji politycznej". Widząc problem ustroju księstwa w tej perspektywie, nie należy się dziwić, że dostało ono z rąk cesarza ustawę podobną do innych konstytucji napoleońskich, takich jak francuska z roku 1799, z późniejszymi poprawkami, włoska z 1802 czy westfalska z 1807. Ale ludzie współcześni tej perspektywy nie mieli. Przyjęli konstytucję, która była zaprzeczeniem ustroju majowego, ustawę oddającą pełnię władzy wykonawczej oraz inicjatywę ustawodawczą w ręce króla, ograniczającą kompetencje sejmu i samorządów, ze scentralizowaną, rozbudowaną administracją.


Jaki był stosunek Napoleona do Polaków?

Pytanie o stosunek Napoleona do Polski i Polaków jest niezwykle trudne, podobnie jak trudne byłoby pytanie inne: o jego stosunek do czegokolwiek lub kogokolwiek. Osobliwość tej postaci była i jest przedmiotem refleksji zarówno naocznych świadków jego życia, jak i następnych pokoleń ludzi nauki, sztuki, mężów stanu, pisarzy i poetów. Niewiele jest tematów w historii Europy obciążonych wciąż równie silnymi emocjami, jak dzieje tych kilkunastu lat, kiedy powstało i upadło imperium francuskie, pozostawiając kontynent w sytuacji gruntownie zmienionej. Stało się tak za sprawą młodego Korsykanina spragnionego sukcesów, w którego umyśle, doskonale logicznym, zagościło trwale marzenie o zjednoczeniu krajów europejskich w jednym uniwersalnym państwie. W miarę podbojów myśl ta powoli stawała się jego obsesją. Wracał do niej często w pamiętniku z wyspy Świętej Heleny, dowodząc, że była to jedyna możliwość uporządkowania Europy i zapewnienia jej trwałego pokoju. Tak więc w polu zetknięcia żelaznej woli małego kaprala i marzeń stwórcy ładu powszechnego rozgrywały się losy Europy w latach 1796-1815. Jedynie w tej perspektywie dostrzegane wydarzenia układają się w zracjonalizowany porządek, w którym nie ma miejsca na zarzut szaleństwa, a taki pojawiał się nawet w ówczesnych kręgach rządowych Francji. Zrozumiała staje się też formuła legitymizacji swojej władzy i jej moralne uzasadnienie: "To ja jestem niewolnikiem - mówił - najbardziej zniewolonym, bo mój pan jest bez serca, a moim panem jest natura rzeczy". W takim ujęciu stawiane mu często zarzuty o zdradę ideałów młodości, o dyktatorstwo, o cynizm i nielojalność wobec ludzi oddanych, przestają istnieć. To nie on jest dyktatorem - on jest sługą dyktatora. Natura rzeczy wskazuje cel, pozostaje zadanie osiągnięcia go.

Ślady takiego rozumienia fenomenu Napoleona odnajdujemy w opiniach współczesnych. Idąc tropem dociekań jednego z najbardziej wnikliwych badaczy, Stefana Treugutta, przytoczę, podobnie jak on, opinię pani de Staël: "Widywałam ludzi bardzo godnych szacunku, widywałam także ludzi okrutnych. We wrażeniu, jakie Bonaparte na mnie zrobił, nie było nic, co by przypominało tych pierwszych lub tych drugich. Spostrzegłam dość szybko, że charakteru jego niepodobna określić słowami, jakimi się zwykle posługujemy. Nie był ani dobry, ani gwałtowny, ani łagodny, ani też okrutny na sposób, taki jak indywidua nam znane. Ktoś taki, nie mający podobieństw do nikogo, nie może odczuwać ani skłaniać do sympatii, do jakiegoś współodczuwania. To więcej lub mniej niż człowiek. Widując Bonapartego częściej, wcale nie nabierałam pewności siebie. Onieśmielał mnie coraz bardziej. Niejasno odczuwałam, że żadne odruchy serca nie mogą na niego wpłynąć. Na stworzenia ludzkie nie patrzył on, jak na podobnych sobie, ale jak na rzecz, przedmiot".
 
Potwierdzenie tej prawdy o sobie dawał Napoleon w wypowiedziach zanotowanych w pamiętniku ze Świętej Heleny. Jedno z nich warto przytoczyć. Kiedy mówiono o tłumie pisarzy wypowiadających się przeciw niemu, stwierdził lekceważąco: "Jestem przeznaczony do tego, by stanowić dla nich żer, ale nie obawiam się zbytnio, żebym stał się ich ofiarą. Będą szarpać granit, żeby mnie pokonać z sukcesem, trzeba okazać siłę autorytetu swoich dokonań. Jeśliby Wielki Fryderyk lub ktoś o podobnej mocy wystąpił przeciwko mnie, byłoby to co innego, może to byłby właśnie moment, żeby się zacząć niepokoić, ale jeśli chodzi o tych innych, ktokolwiek by to był, przeżyję. Jeszcze kiedyś, kiedy będą chcieli się podobać, zaczną mnie chwalić".

Mamy do czynienia z filozofią podziału na "gigantów mocy" i ludzki tłum nierozpoznawalny, męczący, ale potrzebny, wymagający, którego siły powinny być maksymalnie wykorzystane. Czyżby to miała być wyrażona w ten sposób idea dyktatury? Nie - geniusz to znacznie więcej niż dyktatura. Nie ma powodu sądzić, by stosunek Napoleona do Polski i Polaków kształtował się według innych zasad. Klimat pierwszych spotkań generałów polskich z ówczesnym wodzem armii włoskiej jest tego potwierdzeniem. Generałowie Dąbrowski i Wojczyński przywieźli z trudem wyjednaną decyzję dyrektoriatu zezwalającą na utworzenie pierwszego, pomocniczego oddziału polskiego, którą to decyzję wraz z listem polecającym mieli wręczyć Bonapartemu. Szli poruszeni perspektywą spotkania, dumni, że ich trud nie poszedł na marne, spragnieni natychmiastowego włączenia się do działań. Scenerię tych spotkań opisał sugestywnie Jan Pachoński: "Rano, 2 grudnia, Dąbrowski i Wojczyński udali się do starego pałacu Serbellonich na Corso Venezia. Jednakże Bonaparte był niedysponowany i wyznaczył im spotkanie na dzień następny, w południe. Nazajutrz generał Dąbrowski w mundurze polskiego generała, a Wojczyński po cywilnemu stanęli przed wodzem. Przyjął ich siedząc, wymizerowany w paradnym mundurze. Listu ministra wojny nawet nie czytał. Oświadczył, że wie o co chodzi i że tytułem próby mogą formować kompanię. Jeśli będzie ona dobrze walczyć rozwinie formację, jeżeli nie, mogą być spokojni o swój los. Widoczne było, że chce się pozbyć przybyszów".

Dąbrowski poczuł się głęboko dotknięty sposobem potraktowania go jak kondotiera. Wracali obaj zdruzgotani. Sądzili, że postępowanie Bonapartego wiąże się z dwulicową polityką Dyrektoriatu, który chciał się ich pozbyć i odpowiednie instrukcje przesłał do Mediolanu. Mylili się jednak, bo ostatecznie współpraca ułożyła się dobrze. Napoleonowi potrzebny był świeży dobór żołnierzy, a Polacy cieszyli się sławą walecznych: zabiegali o nich werbownicy różnych nacji - niemieccy, pruscy, angielscy. Bonaparte doceniał w Dąbrowskim fachowość wodza i wysoki poziom jego morale. Historia legionów jest znana, znamy też tragiczny ich koniec. Z sześciu tysięcy żołnierzy wysłanych na San Domingo w celu pacyfikacji zrewoltowanych mieszkańców wróciło zaledwie sześciuset. Bilans całego przedsięwzięcia jednostronnie zapisany w rubryce strat: legioniści nie zdołali wesprzeć sprawy wyzwolenia kraju, Dąbrowski nie wyprowadził ich z ziemi włoskiej do Polski. Nastrój rozgoryczenia opanował umysły.
 
Jak to się jednak stało, że pomimo dojmującego poczucia krzywdy tradycja legionów tak mocno wrosła w świadomość narodową Polaków, że w trzy lata później Dąbrowski i inni, nawet najbardziej rozgoryczony Wybicki, stawili się u boku Napoleona na pierwsze jego wezwanie? Fenomen takiej wierności można tłumaczyć co najmniej na dwa sposoby. Pierwszym jest przypuszczenie, że legiony zostały po części beneficjentem legendy napoleońskiej, i to tej młodej, pięknej, nieskalanej jeszcze duchem imperialnego ekspansjonizmu. Z portretów wyzierała chłopięca postać wodza o hardym spojrzeniu, jego rozwiane włosy i koń rwący się do skoku. Była to symbolika młodości, siły i piękna. Drugim sposobem tłumaczenia głębokiego zakorzenienia w polskiej tradycji legionów - okresu przecież bardzo krótkiego - jest to, że miała ona przedłużenie w armii Księstwa Warszawskiego. Twardy rdzeń korpusu oficerskiego Księstwa to byli legioniści, którzy później zasilili szeregi wojska Królestwa Polskiego.
 
Utworzenie Księstwa Warszawskiego zmieniło stosunek Napoleona do sprawy polskiej. Coraz bardziej pogrążony w marzeniach o stabilizacji swojego imperium, dostrzegł w Polsce ważny element całej budowli. Planując dalszą wojnę z Rosją, usiłował pchnąć przeciw niej Portę Ottomańską i Persję. W liście do szacha perskiego ujawnił program działania, w którym znalazły się również słowa o Polsce, świadczące o intencji długofalowej polityki wyparcia Rosji z terenu zaboru rosyjskiego oraz przywrócenia Polsce jej dawnego miejsca w Europie. Pisał: "Warszawa, w której przebywam, była stolicą wielkiego państwa, które swojego czasu dominowało nad Rosją i które w pewnym momencie może jeszcze odzyskać swoją świetność". Podobną myśl wyraził w przesłaniu do senatu francuskiego, ubolewając, że dopiero teraz, po latach zwycięstw, udało się odrobić stratę, jaką dla Francji były rozbiory Polski.

Uznał tymczasem istnienie Polski za konieczny element równowagi europejskiej. Było to raczej posunięcie taktyczne, jednak bardzo ważne, gdyż głos Napoleona w tym czasie rozlegał się głośnym echem na całym kontynencie. Trudno powiedzieć, czy dotrzymałby obietnic poszerzenia granic Polski, gdyby wcześniej odniósł wyraźnie rozstrzygające zwycięstwo w wojnie z Rosją. Zdawał sobie sprawę z rozczarowania Polaków. Tłumaczył w Dreźnie członkom Komisji Rządzącej, że zrobił tyle ile mógł, w tej chwili więcej dla Polski zrobić nie może. W Warszawie poczuł się swojsko. Przyjmowany z najwyższym szacunkiem w salonach polskiej arystokracji, rozładowywał zapewne kompleksy francuskie. Gwałtowne uczucie, jakie wzbudziła w nim Maria Walewska, dodało blasku całemu pobytowi. Polubił tych wszystkich "ski" i te wszystkie "ska", jak zwierzał się baronowi de Caulaincourt, który towarzyszył mu w drodze ze Smorgoń do Paryża. Ale tony serdeczności Polaków ujawniły się najpóźniej, wobec perspektywy rychłej śmierci. "Unoszę z sobą wdzięczność Polaków" - powiedział, żaląc się na niewdzięczność Europy, która go nie zrozumiała. Jak gdyby przeczuł, że polski romantyzm stanie się znaczącą siłą nośną jego legendy.


 
 
Prof. Barbara Grochulska - związana z Instytutem Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, członek Rady Naukowej rocznika "Wiek Oświecenia", członek jury nagrody Klio, przewodnicząca jury nagrody im. Jerzego Skowronka, autorka m.in.: Małe państwo wielkich nadziei (1987), Księstwo Warszawskie (1991).
 

Ilustracja: Napoleon wita cara Aleksandra I na tratwie na Niemnie w Tylży według obrazu Adolfa Roehna z 1807 r., Muzeum Narodowe Pałacu w Wersalu, CC-BY-NC.