Mord w Katyniu

13 kwietnia 1943 r. niemieckie radio podało informację o odkryciu w miejscowości Kosogory grobów polskich oficerów zamordowanych przez żołnierzy radzieckich. Polacy zginęli od strzałów w tył głowy. W dwa dni później radio w Moskwie nadało komunikat mówiący, iż "oszczercy Goebbelsa rozpowszechniali podłe wymysły". Miejsce straceń zostało odkryte przez Niemców w lutym 1943 r. Zaprowadził ich tam Iwan Kisielew, chłop z pobliskiej wsi Gniezdowo. W Lesie Katyńskim oficerowie NKWD rozstrzelali 4143 polskich jeńców z obozu w Kozielsku. 17 kwietnia rząd polski w Londynie poprosił Międzynarodowy Czerwony Krzyż o zbadanie sprawy. Jednocześnie z taką prośbą zwrócili się do tej organizacji Niemcy.
 
Rząd polski od dłuższego czasu poszukiwał zaginionych w ZSRR jeńców i domagał się wyjaśnień od Rosjan. Reakcją władz ZSRR na ujawnienie zbrodni było zerwanie stosunków z Polską w nocy z 25 na 26 kwietnia 1943 r. Rosjanie oskarżali rząd polski o współpracę z hitlerowskimi Niemcami. Sprawa odkrycia grobów pod Smoleńskiem posłużyła więc jako pretekst do zerwania kontaktów z rządem londyńskim, który domagał się m.in. uznania za obowiązującą granicy Polski sprzed wybuchu wojny, podczas gdy Rosjanie zamierzali zająć wschodnie ziemie Rzeczypospolitej. Alianci zachowali w tej sprawie milczenie w imię współpracy ze wschodnim sojusznikiem. Prawda o zbrodni bardzo długo była ukrywana, a wręcz zakłamywana. Dopiero w 1990 r. prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow przyznał, że mordu dokonali Rosjanie. W 1992 prezydent Rosji Borys Jelcyn zadecydował o udostępnieniu stronie polskiej  dokumentów na temat zbrodni katyńskiej.

BW


Rozmowa z dr. Witoldem Wasilewskim


Czy zbrodnia katyńska była wyjątkowa?

Zbrodnia katyńska miała — nawet w warunkach sowieckiego systemu masowego terroru doby stalinowskiej — charakter szczególny. O tej wyjątkowości przesądza nie tyle ludobójczy charakter mordu, gdyż inne zbrodnie popełniane na różnych grupach narodowych w ZSRS również nosiły cechy ludobójstwa, ile raczej wymordowanie przeszło dwudziestu tysięcy oficerów wojska i innych obywateli obcego państwa, przez samych sprawców traktowanych jako jeńcy wojenni -wojennopliennyje. Decyzję o zagładzie Polaków wydał najwyższy partyjno-państwowy organ władz Związku Sowieckiego, czyli Biuro Polityczne Komitetu Centralnego WKP(b). To właśnie podczas jednego z posiedzeń Politbiura, 5 marca 1940 roku, zapadło postanowienie o wymordowaniu 25 700 Polaków - jeńców obozów w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie oraz więzień tak zwanej Zachodniej Białorusi i Ukrainy. Podpisali je osobiście lub przez sekretarza wszyscy członkowie Biura Politycznego, w tym oczywiście Stalin jako sekretarz generalny partii. Decyzja ta została przesłana do realizacji kierowanemu przez Ławrientija Berię Ludowemu Komisariatowi Spraw Wewnętrznych - NKWD.
 
Mord katyński był zbrodnią popełnioną na zamówienie polityczne przywódców Związku Sowieckiego. W skład Biura Politycznego wchodzili przedstawiciele najwyższych władz państwowych, między innymi Michaił Kalinin, który jako przewodniczący Prezydium Rady Najwyższej ZSRS był formalnie głową sowieckiego państwa, a także ludowy komisarz spraw zagranicznych, premier Wiaczesław Mołotow i głównodowodzący, ludowy komisarz obrony Klimient Woroszyłow. Rola ustanowionej w decyzji z 5 marca 1940 roku tak zwanej centralnej trójki, czyli Kolegium Specjalnego - funkcjonariuszy NKWD Wsiewołoda Mierkułowa, Bachczo Kobułowa i Leonida Basztakowa - w tworzeniu "list śmierci" nie jest oczywista. Niewątpliwie trojka nie przeprowadziła jednak, choćby z braku czasu, nawet zwykłego dla "trybu trójkowego" parasądowego postępowania i w istocie należy przyjąć, że "listy śmierci" zostały stworzone w trybie czysto "administracyjnym" w 1. Wydziale Specjalnym NKWD, którego naczelnikiem był Basztakow. Wpisano na nie przeszło dwadzieścia tysięcy Polaków, wyłączono kilkaset osób przewidywanych w intencji samych Sowietów do wykorzystania w dalszych działaniach politycznych i operacyjnych oraz tych, w których sprawie pojawiły się kłopotliwe dla ZSRS międzynarodowe interwencje. Zbrodniczy tryb katyńskiej machiny zagłady wyglądał więc następująco: najważniejszy w ZSRS organ władzy wydał rozkaz, a aparat NKWD skrupulatnie go wykonał.

Czy istniała współpraca między NKWD i Gestapo w czasie przygotowań do eksterminacji ludności polskiej i podczas jej przeprowadzania?

W zachowanych i rozpoznanych źródłach nie znajdujemy żadnych przesądzających dowodów bliskiej współpracy NKWD z Gestapo czy SS w tym zakresie. Podawane często jako dowód wspólnictwa spotkania przedstawicieli dwu antypolskich reżimów nie przesądzają o istnieniu współpracy rozumianej jako wspólne planowanie czy nawet szeroka wymiana informacji na temat skierowanych przeciwko Polakom akcji eksterminacyjnych, takich jak mord katyński czy akcja AB.
 
Konferencji niemiecko-sowieckich od października 1939 roku aż do kryzysu w stosunkach między oboma państwami w listopadzie 1940 roku było wiele. Dotyczyły one kwestii współpracy gospodarczej, delimitacji granicy, wymiany ludności, w tym jeńców. Dochodziło do spotkań, w których uczestniczyli funkcjonariusze — mówiąc dzisiejszym językiem — służb specjalnych obu mocarstw. Odbywały się one na przykład w okupowanym przez Sowietów Lwowie i w miejscowościach granicznych. Najbardziej znane są jednak tak zwane konferencje krakowsko-zakopiańskie z grudnia 1940 roku i marca 1941, rozpoczynane w Krakowie, z którego następnie sowieccy delegaci udawali się na południe. W grudniu 1940 — po przyjęciu delegacji sowieckiej przez generalnego gubernatora Hansa Franka na Wawelu — w Zakopanem odbyło się kilkudniowe spotkanie z udziałem oficerów SS i NKWD: bankiet w restauracji na Gubałówce, potem wspólna przechadzka znanym większości Polaków górskim grzbietem, następnie udano się do ultranowoczesnego, jak na ówczesne warunki, hotelu górskiego na Kalatówkach. Nie wiadomo jednak, czego dokładnie dotyczyły rozmowy. Nie ma przesłanek, aby stwierdzić, że koordynowano wówczas w Tatrach eksterminację Polaków. Podobnie rzecz ma się z marcowym pobytem Sowietów w Krakowie i wszystkimi innymi znanymi spotkaniami, w tym na przykład komisji do spraw granicy odbywanymi w Moskwie czy wizytą niemiecką w Berlinie w listopadzie 1941 roku — nie ma dowodów dających nam pewność, że podczas którejkolwiek z narad rozmawiano na temat wspólnej eksterminacji Polaków.

Nie zmienia to w niczym faktu, iż oba totalitaryzmy: niemiecki nazizm i rosyjski komunizm, oraz oba państwa: hitlerowska III Rzesza i stalinowski ZSRS, dokonywały równolegle zbrodni na Polakach. W tej równoległości antypolskich działań upatruję głównego źródła spekulacji na temat ścisłego sowiecko-niemieckiego współdziałania na tym polu. Bezpośrednio podobne przypuszczenia wynikają niewątpliwie z tego, iż skutkiem zarówno dokonanej wiosną 1940 r. zbrodni katyńskiej, jak zrealizowanej wiosną i latem 1940 roku akcji AB - Außerordentliche Befriedungsaktion, wymierzonych w polską inteligencję niemieckich działań, przeprowadzonych w GG - było wyniszczenie polskich elit. W wypadku zbrodni katyńskiej było to działanie jednoznacznie celowe i systematyczne, akcja AB miała natomiast charakter bardziej doraźny — jej głównym celem była pacyfikacja po części rzeczywistej, a po części domniemanej konspiracyjnej działalności Polaków, a co za tym idzie - nie była ona działaniem stricte ludobójczym. Zainicjowały ją władze Generalnego Gubernatorstwa z Hansem Frankiem na czele, a nie najwyższe instancje partyjne NSDAP czy władze państwowe Trzeciej Rzeszy, choć oczywiście polityka nazistowska tworzyła dogodne podłoże polityczne i ideologiczne dla takich działań, a w późniejszym okresie niemiecka polityka okupacyjna wobec Polaków nabierze już cech jednoznacznie ludobójczych.


Czy Rosjanie od chwili założenia obozów planowali wymordowanie osadzonych tam w nich ludzi? W którym momencie Stalin poczuł się na tyle bezkarny, żeby zdecydować się na zagładę tylu osób?

Zarząd ds. Jeńców Wojennych, czyli specjalną strukturę w Ludowym Komisariacie Spraw Wewnętrznych - NKWD - utworzono dopiero pod koniec września 1939 roku,  choć przecież jeńców wojennych, na przykład Japończyków, Sowieci brali już wcześniej. Może to wskazywać na to, iż Rosjanie mieli w odniesieniu do polskich oficerów specjalne plany. Armia Czerwona przekazała jeńców NKWD. Część szeregowców zwolniono do domów, natomiast dla oficerów Wojska Polskiego utworzono trzy obozy specjalne: w Kozielsku, Starobielsku i w Ostaszkowie, gdzie osadzeni byli również funkcjonariusze Policji Państwowej oraz innych służb mundurowych. Obozy w Kozielsku i Ostaszkowie utworzono na terenie niegdysiejszych klasztorów prawosławnych. Również utworzenie obozów i wyodrębnienie tej grupy wskazywało na szczególne plany Rosjan wobec tych osób. Ostateczna decyzja zapadła jednak prawdopodobnie dopiero na przełomie lat 1939/1940.

Dopiero na naradach, które odbyły się w lutym i na początku marca, tuż przed podjęciem zbrodniczej decyzji z 5 marca 1940 roku, ustalono szczegółowy sposób zgładzenia Polaków, który później zatwierdziło Biuro Polityczne. Trudno się natomiast zgodzić ze stwierdzeniem, które pojawia się w historiografii, że bezpośrednim impulsem do podjęcia decyzji o "rozładowaniu obozów", jak eufemistycznie nazywano wymordowanie Polaków, był napływ Finów-jeńców z tak zwanej wojny zimowej i konieczność stworzenia miejsc dla nich. Kontekst niewątpliwie był szerszy i stał za nim ludobójczy plan Stalina, który dążył do przeprowadzenia czystek etnicznych na Polakach, a szczególnie na polskich elitach z wcielonych do ZSRS kresów Rzeczypospolitej, oraz do likwidacji specyficznej grupy ludzi przebywających w trzech Obozach Specjalnych i w więzieniach na tak zwanej Zachodniej Ukrainie i Zachodniej Białorusi.


Czy te obozy były później wykorzystywane?

Tak, choć nie w taki sam sposób. Historia tych obozów nie zaczyna się zresztą wraz z osadzeniem tam zamordowanych później Polskich oficerów, dlatego mówi się często o "Kozielsku I", "Kozielsku II" i nawet "Kozielsku III", biorąc pod uwagę kolejne okresy istnienia obozu, rejony odosobnienia i kategorie więzionych. Przetrzymywano tam podoficerów, żołnierzy, których później przenoszono lub zwalniano. W połowie 1940 roku, już po "rozładowaniu" katyńskim, do obozów trafiła grupa oficerów, która została wiosną i latem tego roku przejęta z Litwy i z Łotwy po wcieleniu tych państw do Związku Sowieckiego. Oni uniknęli zagłady, ponieważ decyzja Biura Politycznego ich nie dotyczyła. Obozy były jednak nadal wykorzystywane, osadzano w nich ludzi.

Czy informacje o istnieniu tych obozów przebijały się do międzynarodowej opinii publicznej?

To, że oficerowie wojska polskiego i policjanci znaleźli się w specjalnych obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie, nie było tajemnicą — za sprawą korespondencji więźniów z ich bliskimi, nawet pomimo cenzury oraz zabiegów dezinformacyjnych, jak na przykład znanego sposobu oznaczania listów z Kozielska jako korespondencji z domu wypoczynkowego, i pomimo tego, iż bliscy musieli adresować listy i kartki na skrzynki pocztowe. Generalnie sam obieg dość pokaźnej korespondencji, a przede wszystkim jej treść, którą cenzorzy przepuszczali, nie pozostawiały wątpliwości, gdzie i w jakim charakterze Polacy się znajdują. Ze Starobielskiem istniała na przykład łączność telegraficzna. Znam korespondencję telegraficzną między jednym z polskich oficerów zawodowych Wacławem Plewaką a jego żoną Kamillą, która przebywała w tym czasie w okupowanym Kowlu. Porozumiewali się oni telegramami.

Co więcej, kiedy jeńcy polscy byli już wywożeni i mordowani, istniała możliwość nawiązania kontaktu z obozami. Znam przypadki wywiezionych w kwietniu 1940 roku do Kazachstanu żon polskich oficerów ze Starobielska, które po przybyciu na zsyłkę nawiązały łączność z obozem, choć prawdy o ich losie im nie przekazano. Sama zbrodnia była najściślej strzeżoną tajemnicą, ale wiadomo było, że Polacy przebywali w obozach specjalnych i że wiosną 1940 roku urwał się z nimi  kontakt w związku z ich "zniknięciem" z tychże obozów.

Niemniej trzeba zaznaczyć, iż ze względów natury politycznej rząd Sikorskiego zajmował się w latach 1939 i 1940 sprawą polskich jeńców w ZSRS w niewielkim zakresie. Koncentrował się w tym czasie bardziej na zwalczaniu piłsudczyków oraz oczywiście również - dodajmy gwoli sprawiedliwości - organizowaniu sił zbrojnych z tych, którzy znaleźli się na Zachodzie, i szukaniu politycznego miejsca u boku Francji i Wielkiej Brytanii. Z perspektywy wiemy, że działania podjęte dla najpierw zabezpieczenia, a potem ustalenia losu oficerów znajdujących się w trzech obozach, były niewystarczające.

Trzeba jednak pamiętać, że zniknięcie polskich żołnierzy zostało przemyślnie zakamuflowane. Sowieci na ten temat milczeli. Chcieli przekonać, że jeńcy podzieleni na mniejsze grupy zostali przewiezieni do innych obozów i nadal znajdują się na terenie Związku Sowieckiego. Ponadto aż do wybuchu wojny z Niemcami i zawarcia w lipcu 1941 roku układu Sikorski-Majski stosunki dyplomatyczne pomiędzy rządem ZSRS a rządem RP formalnie i faktycznie nie istniały. Adresowane do jeńców przesyłki prywatne i kierowane przez Czerwony Krzyż wracały z adnotacją "adresat nieobecny".

Po nawiązaniu stosunków polsko-sowieckich sytuacja uległa zmianie. W związku z tworzeniem armii Andersa zaczęto naciskać na Stalina, aby odpowiedział, co się dzieje z polskimi oficerami, którzy po ogłoszonej amnestii nie zgłaszają się do punktów zbornych. Stalin cały czas zwodził Polaków posługując się tak absurdalnymi stwierdzeniami jak to, że "prawdopodobnie uciekli oni do Mandżurii". NKWD stwierdzał, że wymienieni oficerowie nie znajdują się na terenie Związku Sowieckiego bądź że Rosjanie ich szukają. Taki stan rzeczy trwał aż do ogłoszenia przez Niemców w 1943 roku prawdy o losie polskich oficerów. Hitlerowcy wykorzystywali ją oczywiście w celach propagandowych - zawyżyli liczbę pomordowanych w lesie katyńskim, rozciągając ją na wszystkich zabitych oficerów. Reakcją sowiecką było przypisanie odkrytego mordu Niemcom.

Postępowanie rządu w celu uzyskania informacji o zaginionych Polakach, szczególnie w okresie od wymordowania polskich oficerów, czyli od wiosny 1940 roku, aż do lipca 1941 roku, nie było zbyt energiczne. Nie podjęto adekwatnych do wagi sprawy działań, chociaż należy pamiętać, że możliwości polskie były ograniczone. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że polskie podziemie - cywilne i ZWZ - które udatnie działało na terenie okupacji niemieckiej, pod okupacją sowiecką było bardzo szybko i głęboko infiltrowane przez NKWD. Polacy podejmowali na przykład akcje zmierzające do oszacowania liczby Polaków wywożonych na wschód, ale nawet tu wiarygodność wyników była niska. Zlecano także misje specjalne, jak na przykład misja Aleksandra Klotza z ZWZ-2, który miał zdobyć na Wschodzie informacje o losie Polaków przetrzymywanych w głębi ZSRS. Jednak ani ta akcja, ani żadne inne działania nie pozwoliły przeniknąć tajemnicy.

Również Wielka Brytania, która jako sprzymierzeniec Polski powinna starać się reprezentować jej interesy w Moskwie, w okresie od 17 września 1939 do lipca 1941 roku, kiedy Polska nie miała żadnych kontaktów dyplomatycznych ze Związkiem Sowieckim, nie podjęła działań na rzecz polskich jeńców. Trzeba pamiętać, że w tym samym okresie, kiedy wyznaczano cel toczonej z Niemcami wojny, strona brytyjska już wyraźnie odżegnywała się od zagwarantowania granicy wschodniej naszego kraju. Brytyjczycy byli wobec Polski jako swojego sprzymierzeńca nieuczciwi i nielojalni. Po uderzeniu niemieckim na Związek Sowiecki alianci zyskali w nim bardzo cennego nowego sprzymierzeńca, a sprawa zaginionych jeńców polskich była dla nich tym mniej istotna, a nawet - należałoby powiedzieć - kłopotliwa.

Czy można więc powiedzieć, że amoralność porządku pojałtańskiego ma swój początek już przy okazji sprawy katyńskiej?

Istotnie, można tu mówić o stosowaniu podwójnych standardów. Wychodzono tu z założenia, że zbrodnie sowieckie nie mogą być traktowane w ten sam sposób co zbrodnie niemieckie. Nie podlegały tym samym kryteriom osądu, a w praktyce zostały spod niego całkiem wyłączone.

Jakie były losy sprawy zbrodni katyńskiej na procesie w Norymberdze?

W Norymberdze Sowieci spróbowali formalnie, na drodze sądowej, obciążyć odpowiedzialnością za zbrodnię katyńską Niemców. Główną rolę odegrał tutaj prokurator sowiecki Roman Rudenko, choć formalnie - o czym się często zapomina - wszystkie oskarżenia pracującego w latach 1945-1946 Trybunału były oskarżeniami wszystkich państw alianckich przeciwko Niemcom. Machina propagandy rosyjskiej pracowała nad udowodnieniem winy niemieckiej w sprawie katyńskiej już od kwietnia 1943 roku. NKWD podjął szereg działań operacyjnych na zajmowanych przez Armię Radziecką terenach Europy Środkowej. Przejmowano osoby, które znały prawdę o Katyniu, jak i dowody związane z tą zbrodnią, aby w ten sposób spreparować materiał dowodowy dla przeprowadzenie przed sądem kłamliwej wersji, przedstawionej w styczniu 1944 roku raporcie sowieckiej komisji Nikołaja Burdenki do spraw zbadania okoliczności zbrodni. NKWD i służby specjalne zmuszały osoby pracujące w międzynarodowej komisji lekarskiej w Katyniu w 1943 r., takie jak dr František Hájek z Pragi czy dr Marko Markow z Sofii, do zmiany ich wersji wydarzeń. Dysponujemy telegramami Wsiewołoda Mierkułowa, kierującego operacją mordowania Polaków w Katyniu, w których zalecał on delegaturze NKWD w Sofii, aby "dopilnowała sprawy Markowa" w 1945 roku. Jeszcze w 1943 roku zmuszono do zmiany zeznań chłopów z okolic Katynia.

Sowieci popełnili jednak zbyt wiele błędów, aby kłamstwo mogło zostać wzięte za prawdę. Pomylili między innymi numer niemieckiej jednostki, która jakoby miała dokonać zbrodni, a okazała się niewielką jednostką łączności, a także nazwisko oficera, który miał rzekomo dowodzić operacją mordowania jeńców w Katyniu. Oficer ściągnięty na rozprawę przed Trybunałem Norymberskim popsuł misterny plan Rudenki. Ostatecznie anglosascy uczestnicy procesu poznali się na rosyjskim kłamstwie. Sprawę zdjęto z wokandy i w ostatecznym orzeczeniu Trybunału w ogóle się ona nie pojawiła. Można uznać, że w tej sytuacji był to mimo wszystko pozytyw. Gdyby w Norymberdze obarczono zbrodnią katyńską Niemców, to później walczyć z kłamstwem byłoby daleko trudniej. Świadczy to jednocześnie o podwójnych standardach w rozliczaniu tego, co stało się w czasie wojny. Było bowiem jasne, że jeśli tego mordu nie dokonali Niemcy, o czym przekonali się sędziowie alianccy, to musieli się go dopuścić Sowieci. Ale sprawa nie miała dalszego ciągu.

Jaki jest aktualny status zbrodni katyńskiej?

Postępowanie w sprawie zbrodni, prowadzone przez Generalną Wojskową Prokuraturę Federacji Rosyjskiej w latach dziewięćdziesiątych jako Ugołownoje dieło nr 159, czyli "Sprawa karna/kryminalna nr 159", zostało — pomimo zgromadzenia dużego materiału w okresie prezydentury Borysa Jelcyna — w okresie rządów Władimira Putina zakończone bez żadnych konkluzji. Najpierw odmówiono podania do wiadomości publicznej wyników śledztwa; później stwierdzono, że do sprawy nie stosuje się żadna znana w rosyjskim prawodawstwie kwalifikacji mordu zbiorowego. Wedle tego stanowiska, Katyń nie był ani zbrodnią przeciwko ludzkości, ani przestępstwem, które określa się jako represję stalinowską czy ludobójstwo. Można powiedzieć, że Moskwa każe traktować zbrodnię katyńską jako serię zabójstw pospolitych - albo coś, czego... nie było.

Śledztwo wszczęte przez Instytut Pamięci Narodowej jest w toku.
 
 
Dr Witold Wasilewski - historyk, specjalista w dziedzinie historii najnowszej, pracownik centrali Biura Edukacji Publicznej IPN, autor m.in.: Marian Zdziechowski wobec myśli rosyjskiej XIX i XX wieku (2005).

K. G.

Fotografia: pierwsza strona polskojęzycznego Nowego Kuriera Warszawskiego z 15 kwietnia 1943 r. z informacjami na temat odkrycia masowych grobów w Katyniu, Polona, CC-BY-NC.