Kanonizacja św. Stanisława

Z dr. Krzysztofem Skwierczyńskim
rozmawia Ewa Zientara

Dlaczego kanonizacja Stanisława nastąpiła tak późno, ponad 170 lat po jego śmierci?

Rozważania na temat przyczyn późnej kanonizacji, a przede wszystkim śmierci św. Stanisława, należy rozpocząć od słów wybitnego polskiego historyka przełomu XIX i XX w. Stanisława Smolki, który napisał: "ignoramus, ignorabimus", czyli "nie wiemy i nie będziemy wiedzieć". Dopóki nie zostaną odkryte nowe źródła pisane dotyczące wczesnośredniowiecznej Polski - co jest bardzo mało prawdopodobne - dopóty nadal "nie będziemy wiedzieć".
 
Rekapitulując fakty możemy stwierdzić, że Stanisław umarł albo został zamordowany w 1079 roku, prawdopodobnie 11 kwietnia, natomiast jego oficjalnej kanonizacji dokonał papież Innocenty IV dopiero 8 września 1253 roku w Asyżu - bulla kanonizacyjna datowana jest na 17 września. Jak wiemy, biskup krakowski Prędota wystąpił o kanonizację w roku 1249. Sprawa toczyła się cztery lata, ponieważ postulat ten nie wzbudził entuzjazmu Stolicy Apostolskiej. Tak zwany Żywot większy św. Stanisława, spisany przez Wincentego z Kielczy, podaje, że jednym z głównych przeciwników kanonizacji Stanisława był kardynał Rajnald, biskup Ostii, późniejszy papież Aleksander IV. Dlaczego Stolica Apostolska miała opory w tej sprawie? Otóż w średniowieczu uważano, że oznaki świętości, czyli cuda, występują zaraz po śmierci kandydata na ołtarze, a często pojawiają się jeszcze za jego życia. Kiedy Kościół krakowski wystąpił z prośbą o kanonizację Stanisława, wraz z petycją wysłano do Rzymu spis cudów, które nastąpiły dopiero na początku XIII wieku.

Dlatego papiestwo słusznie zastanawiało się, co takiego działo się ze św. Stanisławem, że przez ponad sto lat nie manifestował swojej świętości poprzez czynienie cudów. Na opory Rzymu wpływ miała także - nazwijmy to - moda religijna. W XI wieku, kiedy Stanisław został zamordowany, bardzo popularnym typem świętego był męczennik, a więc osoba, która oddaje życie za wiarę nawracając pogan albo nawołując swoje owieczki do moralnej poprawy. Natomiast w XIII wieku, po wielkiej rewolucji religijności, kiedy powstają nowe zakony kaznodziejskie, franciszkanie i dominikanie, ulubionym przez Stolicę Apostolską typem świętego staje się biskup-dobry pasterz, który najpierw jest mnichem w klasztorze, najlepiej franciszkańskim, a potem zostaje powołany na biskupstwo. Następnie pełniąc posługę opiekuje się swoimi owieczkami, jest dobrym kaznodzieją, rozdaje jałmużnę, wspiera wdowy, sieroty etc.

Trzecią przyczynę pewnej wstrzemięźliwości Stolicy Apostolskiej wobec św. Stanisława znamy z kroniki Wincentego Kadłubka. W 1252 r. papież wysłał do Polski delegację z franciszkaninem Jakubem z Velletri na czele w celu zbadania cudów, jakich miał dokonywać św. Stanisław, polecając swym wysłannikom, aby zapoznali się przy okazji z Kroniką Wincentego Kadłubka, przechowywaną na dworze w Krakowie. Kronikarz ten był jednym z pierwszych promotorów kultu św. Stanisława, ale musiał także rozprawić się z dawną tradycją, sięgającą jeszcze wieku XI i mówiącą, że to król Bolesław Szczodry miał rację w sporze z biskupem, a Stanisław był zdrajcą. Mistrz Wincenty pisał, że zarzucano późniejszemu świętemu przywództwo w spisku, chęć zamordowania króla, mówiono, że był potworem, który chciał zniszczyć ojczyznę, nie dbał o wiernych, tylko o pieniądze, a na dodatek był rozpustnikiem. Oczywiście Kadłubek nie wierzy w te wszystkie zarzuty i chce je ośmieszyć. Niemniej należy sobie zdawać sprawę, że ośmiesza się zwykle takie poglądy, które są w obiegu. Świadczy to o tym, że do czasów Kadłubka, a więc do początku XIII wieku, istniały w Polsce dwie tradycje. Nazwijmy je w skrócie tradycją kościelną - uznająca świętość i racje Stanisława - oraz tradycję dworską - reprezentowaną przez dynastię i część możnych, która twierdziła, że to król w tym sporze dochodził swych praw. Tak ostre zarzuty, które pojawiły się na kartach dzieła Mistrza Wincentego, mogły wywołać pewną rezerwę Stolicy Apostolskiej.

Co wiemy na temat tak zwanej tradycji dworskiej?

Otóż bardzo długo, ponad sto lat po śmierci Stanisława, istniało przekonanie, że król mógł mieć rację w tym tragicznym sporze. Weźmy także pod uwagę kilka innych faktów. Mianowicie po wygnaniu Bolesława Szczodrego władzę w Polsce przejął jego brat Władysław Herman, który kiedy w końcu doczekał się syna, nadał mu imię Bolesław. Nie tylko na cześć Bolesława Chrobrego, lecz także swojego brata Bolesława Szczodrego. Z Kroniki Galla Anonima dowiadujemy się też, że Władysław Herman po śmierci Szczodrego na wygnaniu sprowadził z Węgier jego syna - Mieszka Bolesławowica. Najprawdopodobniej książę uznawał, że prawowitym królem był Bolesław Szczodry, a więc tron powinien przejąć jego syn Mieszko.

Kolejna przesłanka wynika z wykopalisk archeologicznych w Tyńcu. Otóż uważa się, że jeśli nawet nie fundatorem, to najważniejszym dobrodziejem klasztoru tynieckiego pod Krakowem był Bolesław Szczodry. W średniowieczu istniał zwyczaj, że jeśli władca czy biskup bardzo ukochał jakąś fundację, na przykład kościół, katedrę czy klasztor - chciał być w niej pochowany. Badania archeologiczne potwierdziły, że w Tyńcu pod koniec XI wieku dokonano pochówku na środku kościoła, a więc w miejscu przeznaczonym dla fundatora. Wiemy, że zmarły leżał w trumnie, ponieważ znaleziono jej okucia. A w tym okresie nawet władców nie chowano w trumnach. Wyjątkiem była na przykład sytuacja, gdy ciało transportowano z daleka. Wynika z tego, że najprawdopodobniej Władysław Herman sprowadził do Tyńca ciało Bolesława Szczodrego i z wszelkimi honorami pochował w najbardziej godnym miejscu kościoła. Wiemy, że tam spoczywało ciało, ponieważ znaleziono dwa czy trzy kawałeczki kostek, ale po kanonizacji Stanisława grób został opróżniony, zasypany ziemią i pokryty nową posadzką. Wydaje się więc, że od swej śmierci do czasu kanonizacji św. Stanisława król Bolesław spoczywał w honorowym miejscu kościoła tynieckiego. Potem, gdy biskup krakowski został wyniesiony na ołtarze, uznano za niestosowne, żeby morderca - bo tak na początku XIII wieku widziano Bolesława - spoczywał w kościele.

Warto także zwrócić uwagę na to, że w średniowiecznych instytucjach kościelnych istniał specjalny typ księgi liturgicznej nazywany nekrologiem, gdzie pod datami dziennymi wpisywano śmierć najważniejszych dobroczyńców, aby się potem za nich modlić. Pod datą 3 kwietnia zarówno w katedrze krakowskiej, jak i w różnych klasztorach benedyktyńskich w Europie zapisana jest data śmierci Bolesława Szczodrego. Wynika z tego, że w katedrze, na której czele stał biskup krakowski Stanisław, miejscowy kler modlił się za duszę jego niby-mordercy, czyli króla Bolesława. Oznacza to, że pod koniec XI wieku i na początku XII także ludzie Kościoła nie widzieli w Bolesławie Szczodrym zwyrodniałego mordercy. W takich okolicznościach, kiedy nie uznaje się winy Bolesława, a Stanisława oskarża się o przewinienia wobec państwa i króla, nie mógł rozwinąć się kult świętego. Od końca wieku XI do końca XII o żadnym kulcie św. Stanisława nie wiemy. Późniejsze źródła przekazują, że z kościoła na Skałce, gdzie został pochowany biskup, przeniesiono jego ciało do katedry krakowskiej. Nastąpiło to prawdopodobnie dopiero pod koniec XII wieku, kiedy zaczęto myśleć o kanonizacji św. Stanisława.

Wyłącznie papież kanonizuje świętych dopiero od roku 1234. Wcześniej istniała możliwość kanonizacji przez miejscowego biskupa. Wystarczyło, że on albo też kilku miejscowych biskupów wyjmował z ziemi szczątki świętego i przenosił je na ołtarze. Dlatego czynność ta nazywała się elevatio, czyli podniesienie. Zresztą do tej pory synonimem słowa "kanonizacja" w języku polskim jest fraza "wyniesienie na ołtarze".  Jest to wyniesienie z ziemi, położenie kości, szczątków na ołtarzu, ponad ziemią. To było uznanie, że mamy do czynienia ze świętym czy błogosławionym. Gdyby Kościół krakowski od połowy XII wieku rzeczywiście uznawał biskupa Stanisława za świętego, to na pewno jego ciało nie byłoby złożone w ziemi, tylko na ołtarzu. Kości św. Stanisława zostały wyjęte z ziemi i złożone na ołtarzu bardzo późno - dopiero bezpośrednio przed decyzją o staraniach kanonizacyjnych z 1249 roku.

Kiedy w takim razie powstała idea kanonizacji Stanisława?

W średniowieczu istniało bardzo ważne przekonanie, że prestiż diecezji jest tym większy, im ważniejszy święty jest jej patronem. Przez całe średniowiecze istniała rywalizacja o relikwie, żeby na nich budować prestiż danego kościoła. Jak wiemy, XII wiek to okres rozbicia dzielnicowego. Książę zwierzchni urzęduje w Krakowie, natomiast arcybiskupstwo znajduje się w Gnieźnie, czyli w zupełnie innej dzielnicy - Wielkopolsce, gdzie panuje inny władca. Dodatkowo w Gnieźnie spoczywa ciało św. Wojciecha, patrona Polski. Siłą rzeczy biskupstwo krakowskie czuło się poszkodowane, ponieważ patronem katedry krakowskiej był św. Wacław, władca czeski, który nie cieszył się w Polsce wielkim kultem. Przypominam, że w siedzibie księcia krakowskiego urzędował tylko biskup, a w siedzibie księcia dzielnicowego, podległego seniorowi - arcybiskup, zwierzchnik całego Kościoła w Polsce. Wówczas biskup krakowski Getko oraz książę Kazimierz Sprawiedliwy postanowili, że Kraków powinien mieć ważniejszego patrona. Dlatego poprosili papieża o relikwie, ponieważ to Stolica Apostolska była i jest ich dysponentem, i w 1184 roku sprowadzono do Krakowa ciało św. Floriana. Jednak kult tego świętego nigdy właściwie mocno się nie przyjął. Właściwie dziś, gdy św. Florian jest patronem strażaków, czci się go bardziej niż wtedy w średniowieczu... Starania o ważnego świętego patrona miały też z pewnością na celu przekształcenie biskupstwa krakowskiego w arcybiskupstwo.

Skąd się wówczas wzięła ogromna popularność św. Stanisława?

Wiek XII i początek XIII to okres, kiedy - mówiąc w uproszczeniu - rodzi się świadomość narodowa. Mieszkańcy królestwa utożsamiają się już nie tylko z władcą i państwem, ale także z własnym narodem. Pod koniec XII wieku świadomość narodowa jest już na tyle silna, że kult św. Floriana w Polsce się nie przyjmuje, ponieważ jest to obcy święty, który nie miał nic wspólnego z Polską - jakżeż więc mógłby być dobrym opiekunem Polaków i mieszkańców Krakowa? Natomiast w roku 1170 został zabity arcybiskup Canterbury Tomasz Becket, którego przy ołtarzu rozsiekali królewscy siepacze. W 1173 roku dokonano już jego kanonizacji, a kult świętego stał się w Europie bardzo popularny. Wiemy, że żywoty św. Tomasza Becketa bardzo szybko trafiły do Polski. Zapewne zetknął się z nimi, studiujący w Paryżu, promotor kultu św. Stanisława Wincenty Kadłubek.

Wtedy przypomniano sobie o przekazie Galla Anonima, który na początku XII wieku spisał dzieje królów i książąt polskich, wspominając o zatargu jakiegoś biskupa krakowskiego z królem Bolesławem Szczodrym. Z Galla nie wynika nawet, jak ten biskup się nazywał. Wiadomo, że został poddany karze obcięcia członków, co łatwo skojarzono z rozsiekaniem Tomasza Becketa. Podkreślam, że zamordowany biskup krakowski był Polakiem. Wincenty Kadłubek przedstawia św. Stanisława jako dobrego pasterza, który napomina króla. Rozjuszony monarcha poszedł do kościoła na Skałce, gdzie biskup odprawiał mszę, i kazał swoim sługom pojąć biskupa Stanisława. Wtedy dokonuje się cud - nikt nie może się zbliżyć do Stanisława, wówczas król osobiście rozsiekuje biskupa. A więc mamy tutaj bardzo wyraźną analogię do martyrium Tomasza Becketa. Jak bardzo ważna była polskość Stanisława, niech świadczy Żywot świętego, który przy opisie kanonizacji w rozdziale zatytułowanym "Pochwała Polaków" umieszcza takiej zdanie: "Raduj się więc, Polsko, ponieważ zasłużyłaś sobie na to, aby mieć sprawcę wszelkiej świętości i szczęścia w synu swoim, przez ciebie wychowanym".
 
Co wiemy na temat konfliktu między biskupem krakowskim a królem Bolesławem Szczodrym?

Nie wiemy prawie nic. Znana jest data śmierci Stanisława, czyli rok 1079. Wiadomo też, że wkrótce potem król Bolesław został wygnany z kraju. Szczodry umarł na obczyźnie, a władzę w Polsce przejął jego brat. Tyle wiemy na pewno. Źródłem najbliższym wydarzeniom jest Kronika Galla Anonima, pisana kilkadziesiąt lat po śmierci Stanisława. Swoje dzieło Anonim pisał na dworze Bolesława Krzywoustego, czyli bratanka króla Bolesława Szczodrego. Pamiętajmy też, że Bolesław Krzywousty nie byłby władcą, gdyby nie śmierć Bolesława Szczodrego i potem jego syna Mieszka Bolesławowica. To bardzo ważny fakt.

W czasach, kiedy powstawała Kronika Galla Anonima, żyli jeszcze naoczni świadkowie zatargu między biskupem i królem. Wsparcia w pracy nad jego dziełem oraz informacji o dziejach Polski dostarczali kronikarzowi członkowie polskiego episkopatu. Te zastrzeżenia są ważne, ponieważ musimy przyjąć założenie, że relacja Galla Anonima jest wiarygodna, choć bardzo szczątkowa. Kronikarz nie mógł kłamać, ponieważ naraziłby się albo księciu, albo episkopatowi, zwłaszcza że żyli jeszcze naoczni świadkowie. W Kronice Galla Anonima jest bardzo krótki fragment zaczynający się znamiennie: "Jak zaś doszło do wypędzenia króla Bolesława z Polski, długo byłoby o tym mówić, tyle wszakże można powiedzieć...". Jeśli są jakieś drażliwe sprawy w jego narracji, to Gall często pokrywa je stwierdzeniem, że nie ma co się nad nimi rozwodzić. Po tym zdaniu następuje bardzo szczątkowy opis konfliktu między królem a biskupem i na tym zdarzeniu koncentrują się historycy. Ja natomiast chciałbym skupić się na zdaniu, które przytoczyłem. Kronikarz zapowiada w nim, o czym będzie jego opowieść: nie o śmierci żadnego biskupa, tylko o tym, jak doszło do wygnania króla. Wnioskuję z tego, że sprawa zatargu z biskupem krakowskim Stanisławem była właściwie jedną z mniej ważnych przyczyn wygnania władcy. Gall opowiada o zatargu z jakimś biskupem, ponieważ musiał coś napisać. Tak jak powiedziałem, nie wiemy nawet, że miał on na imię Stanisław i czy był biskupem krakowskim. W literaturze bardzo często uznaje się, że śmierć Stanisława była przyczyną wygnania króla. Nic bardziej mylnego. Była to jedna z przyczyn, ale z całą pewnością nie najważniejsza.

Skąd w takim razie znamy imię biskupa  Stanisława?

Z innych źródeł, na przykład zapisek rocznikarskich. Oczywiście przetrwało ono w tradycji krakowskiej, ponieważ był to biskup tej diecezji; pojawia się także w źródłach późniejszych, na przykład u Wincentego Kadłubka. Wracając do Galla, pisze on dalej o tym zatargu, że nie powinien chrystus na chrystusa podnosić ręki. Chrystus to jest oczywiście pomazaniec. Chodzi o to, że zarówno król w czasie obrzędu koronacji, jak i biskup w momencie wyświęcenia byli namaszczani tym samym olejem. Dlatego obaj byli pomazańcami i żaden z nich nie powinien karać cieleśnie drugiego za jakikolwiek grzechy. Wynika z tego, że biskup popełnił jakiś występek. Dalej dowiadujemy się, że chodzi o zdradę. Trzeba zaznaczyć, że w średniowiecznej kronice słowo to oznaczało co innego niż w naszych czasach. Zdrajcą niekoniecznie był ten, który spiskował z obcymi. U Galla Anonima termin "zdrada" oznacza nieposłuszeństwo wobec władcy, bunt, ponieważ wszyscy poddani, łącznie z biskupami, składali królowi czy księciu przysięgę wierności. Według Galla, król miał prawo ukarać biskupa za grzech, ale nie cieleśnie. Nie należy też utożsamiać ze sobą dwóch kar: śmierci i obcięcia członków. Opisane przez Galla Anonima truncatio membrorum, czyli obcięcie członków, mogło skończyć się śmiercią, na przykład w wyniku wdania się gangreny. Ale z drugiej strony z wykopalisk archeologicznych wiemy, że wielu żołnierzy, którzy stracili rękę czy nogę na polu bitwy, żyło potem jeszcze wiele lat. W tamtym czasie obcięcie członków było podstawową i popularną karą za zdradę. Rodzaj kary wymierzonej Stanisławowi potwierdza słowa kronikarza, że biskup dopuścił się zdrady, czyli złamał przysięgę wierności.

Jak powyższe  stwierdzenia oceniają  zwolennicy świętości Stanisława?

Trudno mówić, by wśród historyków byli zwolennicy świętości Stanisława lub jej braku. To nie jest nasza sprawa. Wszelkie badania historyczne nie są w opozycji do jego świętości, nie chcą zrzucić św. Stanisława z ołtarzy. To jest zupełnie inna kwestia. Natomiast powiedziałbym, że istnieją zwolennicy racji króla oraz zwolennicy racji biskupa krakowskiego Stanisława, niezależnie od tego, że biskup ten został później świętym. Ci ostatni budują swoje opinie na bardzo późnych źródłach, przede wszystkim na Kronice Wincentego Kadłubka.


Dr Krzysztof Skwierczyński - historyk średniowiecza, adiunkt w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się historią Polski wczesnopiastowskiej, dziejami Kościoła średniowiecznego, kultem świętych. Autor m.in. książki Recepcja idei gregoriańskich w Polsce do początku XIII wieku (2005). 

Ilustracja: św. Stanisław na szesnastowiecznym malowidle, Wikimedia Commons, CC BY-SA.