„Syberiada polska”


Najnowszy film Janusza Zaorskiego „Syberiada polska” jest historyczną, epicką opowieścią o dramatycznych losach Polaków deportowanych przez NKWD w latach 1940-1941 z Kresów Wschodnich na Syberię. Realizacja wchodzącego 22 lutego na ekrany kin w całej Polsce obrazu, była dla reżysera „marzeniem i wielkim wyzwaniem”. O historycznym aspekcie czterech wielkich akcji deportacyjnych w artykule „Zabrali nas jak ptaki z gniazda” pisze Wiesław Chełminiak.


„Zabrali nas jak ptaki z gniazda”
Deportacje mieszkańców Kresów Wschodnich do azjatyckiej części ZSRR w latach 1940-1941

W rezultacie paktu Ribbentrop-Mołotow, uwieńczonego wspólnym podbojem  ziem polskich, pod władzę Związku Sowieckiego trafiło 13 milionów obywateli Rzeczpospolitej. W pierwszych latach okupacji polityka Moskwy była bardziej represyjna niż Berlina. W odróżnieniu od Niemców, Sowieci całkowicie znieśli polską administrację. Rozwiązali policję i wszystkie przedwojenne instytucje oraz organizacje  – także mniejszości narodowych. Urzędowymi językami stały się rosyjski, białoruski i ukraiński. Usuwano patriotyczne pomniki, zastępując je monumentami Lenina. Zmieniano nazwy ulic, zanadto kojarzące się z „pańską Polską”. Z bibliotek znikały książki uznane za antykomunistyczne.     

   
    Kadr z filmu „Syberiada polska” (Kino Świat)

Nowa władza nie zwlekając podjęła działania, które miały upodobnić Kresy Wschodnie II RP do stalinowskiej Rosji. Najpierw odebrano ziemię „obszarnikom”. W  ślad za tym nastąpiła konfiskata majątku kościołów, upaństwowienie zakładów przemysłowych, banków i kamienic. Rozpoczęto też rozprawę z drobnym handlem i rzemiosłem. Złotówka została wycofana z obiegu (już wcześniej, po zrównaniu jej kursu z rublem straciła czterokrotnie na wartości). Oszczędności wymieniano do kwoty 300 złotych. Ceny rosły, więc pauperyzacja ludności postępowała w szybkim tempie. Beneficjentami nowych porządków byli jedynie urzędnicy, w większości przysłani z głębi ZSRR, oraz kolaboranci.

Trwałe unicestwienie dawnej struktury społecznej wymagało walki z religią i tradycją. Ateizacja, prowadzona często brutalnymi metodami (niszczenie i zamykanie świątyń, prześladowanie duchownych) była jedną z wizytówek komunistycznego reżimu. Władze organizowały kampanie  propagandowe zohydzające II RP. Przedstawiano ją jako sztuczne państwo, wysługujące się francuskim i angielskim imperialistom oraz więzienie narodów, którego specjalnością był ucisk społeczny. Natychmiast po zakończeniu działań wojennych NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) aresztował pod różnymi zarzutami ponad 100 tysięcy obywateli „byłej Polski”. Większość z nich skazano na pobyt w łagrach czyli obozach koncentracyjnych.


Kadr z filmu „Syberiada polska” (Kino Świat)

Wyłonione w atmosferze terroru Zgromadzenia Ludowe już w październiku 1939 roku poprosiły o przyłączenie zajętych  terenów do ZSRR. W następnym miesiącu wszystkim mieszkańcom Kresów hurtowo przyznano obywatelstwo radzieckie, czy tego chcieli czy nie. Akcja „paszportyzacji” czyli wydawania nowych dowodów osobistych miała ukryty cel. Świeżo upieczeni obywatele sowieccy musieli wypełniać szczegółowe kwestionariusze. Informacje, uzyskane w ten sposób, pozwoliły służbom specjalnym na zidentyfikowanie potencjalnych wrogów i podzielenie ich na kategorie. Najbardziej podejrzanym od razu kazano wyprowadzić się ze strefy przygranicznej lub na wieś.

Represjom z definicji podlegał „element kontrrewolucyjny” oraz  „wyzyskiwacze”. Przekładając ów komunistyczny żargon na język współczesny, chodziło o szeroko rozumianą elitę II Rzeczpospolitej. W „ojczyźnie światowego proletariatu” nie było miejsca dla byłych ziemian, burżujów, fabrykantów, urzędników, wojskowych, policjantów, sędziów, działaczy politycznych i społecznych, kleru, bogatych chłopów czy przedstawicieli wolnych zawodów, nie sympatyzujących z ideami Marksa i Lenina. O przynależności do prześladowanej grupy nie decydowała narodowość, lecz pozycja społeczna. W praktyce była ona zdominowana przez Polaków.


Kadr z filmu „Syberiada polska” (Kino Świat)

Karne przesiedlenia w odległe rejony kraju stosowano w Rosji od wieków. Syberia nie bez powodu nazywana była „wielkim więzieniem bez dachu”. Za carów zesłanie było jednak następstwem wyroku sądowego. W państwie Stalina wystarczała zwykła decyzja administracyjna. Zmieniła się też skala. Tylko w latach 1930-31, w ramach akcji „rozkułaczania” rosyjskiej wsi, deportowano  na wschód dwa miliony chłopów. Oprócz politycznego, istniał też motyw ekonomiczny: zagospodarowanie ziem, gdzie dobrowolne osadnictwo nie miało większych szans powodzenia.

W roku 1936 wysiedlono do Kazachstanu i na Syberię  mieszkańców Marchlewszczyzny i Dzierżyńszczyzny – dwóch polskich rejonów autonomicznych ówczesnego ZSRR. Tak skończył się eksperyment, który miał zniechęcić Stalina do stworzenia polskiej republiki rad z ziem zajętych w 1939 roku. Metody, skutecznie wypróbowane na własnych obywatelach, teraz miały posłużyć do pacyfikacji wschodnich terenów II RP. 


Kadr z filmu „Syberiada polska” (Kino Świat)

W pierwszej kolejności postanowiono rozprawić się z osadnikami rolnymi oraz pracownikami służby leśnej. Ich negatywny stosunek do komunizmu nie był żadna tajemnicą, ponadto mogli stać się ostoją dla antysowieckiej partyzantki.  Już w grudniu 1939 rząd zdecydował o wysiedleniu „wrogów ludu” wraz z rodzinami. Musieli pozostawić na miejscu cały majątek nieruchomy, inwentarz i sprzęt rolniczy. Przysługiwało im natomiast prawo do zabrania „odzieży, bielizny, obuwia, pościeli, naczyń kuchennych i zastawy stołowej, zapasu żywności, pieniędzy i rzeczy osobistych”, w sumie 500 kilogramów na rodzinę. Pakowanie mogło trwać najwyżej dwie godziny. Do miejsca przeznaczenia deportowani mieli dotrzeć koleją. Założono, że każdy pociąg będzie składał się z 55 wagonów – 49 przystosowanych do przewozu ludzi, czterech na bagaż o większych gabarytach, jednego dla eskorty oraz wagonu sanitarnego. Sowieccy planiści ocenili, że w jednym transporcie można wywieźć nie więcej, niż 1500 osób. Każdej z nich przysługiwał jeden gorący posiłek dziennie oraz 800 gramów  chleba.

Tak głosiła instrukcja, lecz praktyka wyglądała zgoła inaczej. Akcja, przeprowadzona w nocy z 9 na 10 lutego 1940 była dla wysiedlanych całkowitym zaskoczeniem. Obudzeni waleniem kolbami w drzwi, na przygotowanie do podróży dostawali od dziesięciu minut do pół godziny czasu. „Zabrali nas jak ptaki z gniazda” – oceniła Irena Biber-Krasa z Ciecierówki w powiecie grodzieńskim. Grupy operacyjne zaczynały od rewizji, która zwykle była formą kradzieży. O wszystkim decydowało widzimisię funkcjonariuszy NKWD, wspieranych przez miejscowych milicjantów. Gospodarzy okłamywano, że zostaną przewiezieni tylko kilkaset kilometrów na wschód, a na miejscu dostaną wszystko, co im będzie potrzebne. Czasem wręcz zakazywano zabierania żywności.

„Nerwy i pośpiech wykluczały jakąkolwiek systematyczność, a także przemyślenie przydatności różnych przedmiotów. W czasie podróży kilka worków skradziono, w efekcie mieliśmy liczne buty nie do pary i pokrywki bez garnków” (ze wspomnień Teresy Gwiazdy-Dłuskiej z Sarn w województwie wołyńskim). Dramat zesłańców powiększyła surowa zima. Temperatura spadła do minus 40 stopni. Deportowani nawet kilka dni czekali w zamkniętych wagonach na rozkaz odjazd . Wewnątrz znajdowały się prowizoryczne, piętrowe prycze, żelazny piecyk i wycięta w podłodze dziura, która spełniała rolę ubikacji. Panował tłok, bo do każdego wagonu wepchnięto po 50-60 osób (instrukcja przewidywała o połowę mniej). Żywność i wodę dostarczano nieregularnie. Tę ostatnią często zastępowały śnieg i sople.

Podróż trwała kilka tygodni. Brakowało opału, w najszczęśliwszym położeniu znaleźli się ci, którzy zabrali z domu pierzyny. Zimno, dramatyczne warunki sanitarne, niedożywienie i stres stały się powodem śmierci wielu dzieci i starców. Pozostali przesiedleńcy docierali na miejsce chorzy lub skrajnie wyczerpani. W większości trafili na daleką północ ZSRR: do obwodu archangielskiego, swierdłowskiego i do Kraju Krasnojarskiego. Czekały na nich baraki, pełne robactwa oraz niewolnicza praca przy wyrębie tajgi pod nadzorem NKWD.

Lutowa operacja objęła ponad 140 tysięcy ludzi. Sekretarz brzeskiego komitetu obwodowego partii meldował zwierzchnikom: „masy chłopskie biedniaków i średniaków przyjęły działania związane z wysiedlaniem leśników i osadników z gorącym entuzjazmem i aprobatą. W związku z tym wzrosła ich aktywność w pracy socjalistycznej”. Chłopi ze wsi Dubno w rejonie hajnowskim komentowali: „Te pańskie psy niemało naszej krwi wypiły i znęcały się nad nami, już dawno należało ich wysiedlić”. Wtórowali im polscy robotnicy z tartaku, którzy  pomagali w deportacji: „Żadnej litości dla wrogów ludu. Będziemy wyjaśniać, że to nie Polaków przesiedlają, tylko wrogów ludu – pańskich szpicli”. Towarzyszyły temu zapewnienia, że pragną zrzeszyć się w kołchozy, tak jak ich bracia ze wschodu. Zesłańcy inaczej zapamiętali postawę sąsiadów. Jedni cieszyli się (zapewne nie bezinteresownie) z cudzego nieszczęścia. Inni jednak dodawali im otuchy, a nawet – choć było to zakazane – obdarowywali żywnością i ubraniami.

Druga operacja wysiedleńcza miała miejsce z 12 na 13 kwietnia. Objęła rodziny jeńców wojennych, więźniów i tych co zbiegli za granicę (najczęściej do zaboru niemieckiego). W państwie stalinowskim obowiązywała bowiem odpowiedzialność zbiorowa. Tym razem zaskoczenia nie było. Ponad 60 tysięcy deportowanych spodziewało się takiego losu. Enkawudziści zachowywali się oględniej, pewnie dlatego że mieli do czynienia głównie z kobietami i dziećmi. Niektórzy pomagali nawet w pakowaniu. Mimo lepszej niż w lutym pogody, nie wszyscy przeżyli podróż. „Sowiecka procedura pogrzebowa była bardzo prosta. Dwaj strażnicy wkraczali do akcji, odpychali rodzinę zmarłego i wyrzucali zwłoki z wagonu, najchętniej w czasie jazdy pociągu. W przypadku dziecka wystarczał jeden strażnik” – wspominał Michał Giedroyć, syn senatora II RP, wywieziony wraz z matką i dwiema siostrami. Celem kwietniowych eszelonów był Kazachstan.  Kwatery przydzielano w ziemiankach i lepiankach z gliny. „Klimat był niezwykły i ciężki – latem upały dochodziły do 45 stopni, zimą mrozy do 50. Po stepie hulały stada wilków, napadając na ludzi i zwierzęta domowe”  – podkreśla rosyjska historyczka Natalia Lebiediewa.


Kadr z filmu „Syberiada polska” (Kino Świat)

Trzecia operacja z 29 na 30 czerwca najsilniej uderzyła w uchodźców z Polski centralnej. Większość spośród 80 tysięcy „bieżeńców” była pochodzenia żydowskiego. Uciekając przed niemieckimi prześladowaniami wpadli z deszczu pod rynnę. Wywieziono ich na Syberię, gdzie w ekstremalnych warunkach  musieli pracować jako drwale i górnicy. Mosze Berger z Olkusza zesłany do Jakucji (podróż trwała trzy miesiące) na miejscu dowiedział się, że nie będzie regularnych dostaw żywności, bo nie ma dróg i „dopiero gdy rzeki zamarzną, będzie można sankami dostarczać produkty”.

Ostatnia tura wywózek w maju i w czerwcu 1941 miała na celu oczyszczanie pogranicznych ziem z „elementów niepewnych”. Oprócz Ukrainy i Białorusi objęła też Litwę, Łotwę, Estonię i Mołdawię. Na politycznym horyzoncie rysował się już konflikt z Hitlerem. Liczba deportowanych jest trudna do ustalenia: szacunki wahają się od 32 do 52 tysięcy. Polacy stanowili mniej niż połowę.  Liczne transporty nie dotarły do miejsca przeznaczenia, przeszkodził temu nacierający Wehrmacht. Status prawny tych ostatnich zesłańców był najlepszy. W oficjalnej nomenklaturze nazywano ich osadnikami, teoretycznie po 20 latach mogli wrócić  do domów.

NKWD dokładało starań, aby rozdzielić rodziny z tej samej wsi czy miasteczka, obawiano się buntów. Wkrótce po przybyciu przesiedleńcy otrzymywali przydziały pracy. Henryk Kuczyński, który jako dziecko odbył przymusową podróż z Czarnej Wsi koło Rajgrodu do okręgu tobolskiego, zapamiętał bramę z napisem „Kto nie pracuje, ten nie je”. Istotnie, od wykonania wyśrubowanych norm uzależniony był przydział żywności i odzieży roboczej. Najciężej pracujący dostawali  600, a dzieci 400 gramów chleba. Limity zmniejszono po wybuchu wojny z Niemcami. W jednym z kołchozów za pierwsze spóźnienie się do pracy potrącano 25 procent zapłaty, za drugie połowę, a za trzecie groziło sześć miesięcy więzienia.

Deportowani na Syberię zwykle nie byli pilnowani. Miejscowe władze wierzyły w prawdziwość rosyjskiego porzekadła, że w razie ucieczki „tajga będzie sędzią, a niedźwiedź prokuratorem”. Głód zmuszał niektórych zesłańców do kradzieży lub żebraniny. Marian Cichy wywieziony do republiki Komi, w poszukiwaniu żywności wraz z kolegą zawędrował do osady tubylców. Już w pierwszej chacie nakarmiono ich ziemniakami i zsiadłym mlekiem, którego nie widzieli od czasu wywózki. „Wstąpiliśmy jeszcze do kilku innych domów, w których obdarowano nas tupysiami (długie bułki), kawałkami chleba, pierogami nadziewanymi grzybami, kapustą i konfiturami z jagód. Najwięcej dostaliśmy surowych ziemniaków i gotowanych w łupinach. Komiacy okazywali nam dużo serca i wzruszali się naszą niewolą.  Mówili coś do nas swoim śpiewnym językiem, z czego jednak niewiele rozumieliśmy”.

Walka o przetrwanie na „nieludzkiej ziemi” czasem wyzwalała złe instynkty. Niektórzy zesłańcy stawali się donosicielami lub demonstracyjnie nawracali się na komunizm. Można było wysyłać listy, lecz korespondencja podlegała cenzurze. W szkołach polskie dzieci poddawano agresywnej rusyfikacji i ateizacji. W przytaczanej często relacji uczniom kazano się modlić najpierw do Boga, potem do Stalina. W tym drugim wypadku przez kratkę w suficie spadały cukierki. Takie metody wychowawcze miały przekonać dziatwę, że Boga nie ma, zaś wódz „postępowej części ludzkości” jest wszechmocny.

Na podstawie dokumentów NKWD ustalono, że w latach 1940-41 z terenów przedwojennej Polski deportowano ponad 320 tysięcy osób. 80 tysięcy z nich trafiło do Kazachstanu. Tragiczną statystykę uzupełniają jeńcy wojenni (z 45 tysięcy zamordowano prawie co trzeciego) i ponad 100 tysięcy aresztowanych pod zarzutem „przestępstw kontrrewolucyjnych” (życie stracił co piąty). 25 tysięcy zmarło w obozach i na zesłaniu. Nie do pozazdroszczenia był też los 100 tysięcy młodych Polaków, wcielonych do Armii Czerwonej.


Kadr z filmu „Syberiada polska” (Kino Świat)

W sierpniu 1941, w następstwie uznania przez ZSRR emigracyjnego rządu Władysława Sikorskiego, ogłoszono amnestię. Nie objęła ona jednak ukraińskich i białoruskich obywateli II RP. Zesłańcy oraz więźniowie Gułagu dostali polskie paszporty, odzyskiwali wolność i teoretycznie swobodę poruszania się. Paradoksalnie, w rezultacie ich warunki życia często uległy pogorszeniu. Byli odtąd zdani tylko na siebie. Nie wszyscy chętni zdołali dołączyć do formującej się armii generała Władysława Andersa. Jednym brakowało zdrowia, innym pieniędzy na wyjazd, jeszcze inni chcieli najpierw odszukać rodzinę. Zarządcy kołchozów czy kopalni niechętnie pozbywali się siły roboczej. Lokalne władze piętrzyły biurokratyczne przeszkody.

Po zerwaniu przez Stalina stosunków dyplomatycznych z rządem w Londynie, jedyną szansą na szybkie wydostanie się z „nieludzkiej ziemi” był akces do armii prosowieckiego generała Zygmunta Berlinga. Umowa rządu tymczasowego z ZSRR o ewakuacji ludzi narodowości polskiej została podpisana dopiero w lipcu 1945 roku. Wielu zesłańców już tego nie doczekało. Nie skończyła się też tragedia Kresów. Jeszcze sześć lat po zakończeniu wojny deportowano, wraz z rodzinami, 888 byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy  nieopatrznie wrócili na ziemię przodków.

Wiesław Chełminiak

Więcej o filmie „Syberiada polska”:
http://www.syberiadapolska.pl/

 

Modyfikacja: 04/09/2013 17:25:37 przez ŁW
2013-01-30