Ks. Jerzy Popiełuszko, „Solidarność” i kawałek wolnej Polski

    Od śmierci ks. Jerzego Popiełuszki, który został beatyfikowany 6 czerwca, minęło tyle lat, że urosło już całe pokolenie, dla którego historią są lata 80. – czas, kiedy skromny kapłan z warszawskiego Żoliborza stał się symbolem i kiedy poniósł męczeńską śmierć z rąk funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa.


Kazania ks. Jerzego mogą sprawiać wrażenie zbioru oczywistości. Ktoś, kto tych czasów nie pamięta, może z niedowierzaniem zapytać: to te słowa ściągały nieprzebrane tłumy do kościoła św. Stanisława Kostki? I to te słowa wywołały taką wściekłość rządzących PRL, że skończyło się na okrutnym mordzie na głosicielu tych oczywistości?
   
     Nie sposób pojąć fenomenu ks. Jerzego Popiełuszki bez zrozumienia, czym dla Polaków była „Solidarność” lat 1980-1981 i czym było zgniecenie tego ruchu – stan wojenny. W czasach pierwszej „S” miliony ludzi uwierzyły – wbrew wszechobecnej propagandzie oraz starannie dozowanej, ale ciągle powracającej przemocy – że Polska może być inna. Nawet jeśli odebranie władzy komunistom powszechnie uchodziło za nierealne w przewidywalnej przyszłości – uwierzono, że wolności może być więcej, że możliwe są oficjalne, jawne działania samorzutne, a nie z nadania i pod kontrolą władz, a także – że można będzie wreszcie głośno mówić prawdę. Może nie całą – zwłaszcza nie tę jej część, która „godzi w sojusze”, to znaczy odsłania zbrodniczy i imperialistyczny charakter władzy sowieckiej, ale całą resztę – jak najbardziej.
 
   Ta powszechna nadzieja była śmiertelnym zagrożeniem dla komunistycznej władzy, opierającej się właśnie na kłamstwie, na powszechnym zastraszeniu, wreszcie – na przekonaniu, że innej władzy w Polsce być nie może. Nic dziwnego, że zareagowały stanem wojennym, z jego nagą przemocą, represjami, a przede wszystkim – wszechobecną propagandą, która miała odebrać ducha, zohydzić to, co w „S” było najpiękniejsze. Zbiorowy wybuch odwagi i nadziei miał się okazać wybrykiem ludzi otumanionych przez garstkę politykierów na żołdzie CIA. Kto ośmielił się z tym głośno nie zgodzić – tracił co najmniej pracę, często – wolność, a bywało, że nawet życie.

    I oto niepozorny ksiądz z warszawskiego kościoła głośno mówi prawdę, pełnym głosem demaskuje kłamstwa władzy. Mówi oczywistości? – tak, ale takie, za które tysiące ludzi spotykały rozmaite szykany. Jak mówił ks. Jan Sikorski, Msza za Ojczyznę u św. Stanisława Kostki to były „dwie godziny wolnej Polski”. A było to w czasach, kiedy powszechnie uświadomiono sobie, że Polska pod rządami komunistów wolna nie jest, jak łudziło się wcześniej wielu, przekonanych przez propagandę, że „innej Polski niż PRL nie ma”. „S” pokazała, że jak najbardziej może być. W stanie wojennym ks. Jerzy i jemu podobni (choć bynajmniej nie aż tak liczni...) pokazywali, że takie „kawałki wolnej Polski” można stworzyć – trzeba się tylko na to odważyć. Rzecz była nie tylko w słowach, choć w starciu z morzem podłości lejącej się z oficjalnych mediów słowo prawdy miało moc niezwykłą. Ks. Popiełuszko jednak także organizował konkretną pomoc – chodził na procesy sądzonych nie za uczynione zło, ale przeciwnie – za odwagę i szlachetność, pomagał rodzinom więzionych, także w sposób materialny. Nade wszystko zaś – gromadził ludzi, spotykał ich ze sobą, odbudowywał więzy między nimi, które komunistyczna władza – najzupełniej słusznie – uznała za śmiertelne zagrożenie i które, nie bez sukcesów, niestety, starała się niszczyć.
 
   Ks. Jerzy Popiełuszko uosabiał to, co w tej pierwszej „S”, z lat 1980-1981, było najpiękniejsze: nadzieję na przezwyciężenie podziałów, społecznych, ideowych, narodowościowych. Starał się doprowadzić do pojednania zwaśnionych. Nawet jeśli takie pojednania nie okazały się, niestety, trwałe, nawet jeśli ci, którzy kiedyś spotykali się w żoliborskim kościele, dziś nie podają sobie ręki – ta nadzieja to jedno z najważniejszych i najpiękniejszych przesłań „Solidarności”.

    Męczennik – dziś błogosławiony – pokazał też głęboki, daleko wykraczający poza politykę sens „S”. Owszem, był to ruch tworzony przez zwyczajnych, bardzo nieraz odległych od ideału ludzi, ze wszelkimi tego konsekwencjami. Jednak u podstaw tego ruchu stały wartości fundamentalne dla wspólnoty: prawda, wolność, solidarność wreszcie. O tym łatwo zapomnieć patrząc na nader przyziemne zachowania związkowców. Jednak ks. Jerzy trafnie odczytywał to, co w tym ruchu było najważniejsze. Nic dziwnego, że według niego miejscem naturalnym dla Kościoła jest być razem z „Solidarnością” – nie z powodów politycznych, ale właśnie najgłębiej moralnych i duchowych. Nie było to jednak skierowane przeciw tym, którzy byli po drugiej stronie. Przeciwnie: to właśnie w imię tych samych wartości głosił miłość nieprzyjaciół.

    W przejmującej mowie na procesie morderców księdza mec. Edward Wende powiedział: „Tragedią, tak, tragedią oskarżonych jest i to, że im się to zabójstwo tak udało. Odebrali i sobie szansę. Bo gdybyśmy na tej sali mogli usłyszeć głos księdza Jerzego, to usłyszelibyśmy słowa miłosierdzia i wybaczenia. Ale Go tu nie ma”. Dziś, po latach, możemy powiedzieć, że te słowa miłosierdzia i wybaczenia – prawdziwego, nie zmanipulowanego i zinstrumentalizowanego – to najważniejsza i najpiękniejsza część przesłania „Solidarności”. Okazało się, że mają one moc obalania totalitarnych systemów. Świadectwem historycznego znaczenia słów i czynów, które mogą się wydawać bezsilne w starciu z przemocą i kłamstwem, jest życie i śmierć kapłana z warszawskiego kościoła św. Stanisława Kostki.

Tomasz Wiścicki

Fotografia pochodzi z Wikipedii. Zdjęcie pochodzi z domeny publicznej.

2010-05-31