40 lat temu do portfeli Polaków trafiły kartki na mięso

Przez wieki mięso było symbolem zamożności. Symbolem dość szczególnym, bo takim, na który niemal każdy mógł sobie pozwolić. Najbogatsi mięso jadali na co dzień, pominąwszy oczywiście okresy postów. Na stoły biedniejszych trafiało ono tylko w wyjątkowych dniach świąt i rodzinnych uroczystości. Stąd właśnie zwiększenie obecność mięsa w diecie rodziny było najszybciej zauważalnym miernikiem wzrostu jej zamożności.


Intensyfikacja produkcji rolnej i przebudowa struktury ekonomiczno-społecznej stopniowo zmieniały ten stan rzeczy. Ludzie powoli przenosili się do miast, a żywność zamiast produkować – kupowali. Sprzyjało to zwiększaniu udziału mięsa w diecie. Jeszcze w 1929 r., a więc u progu wielkiego kryzysu, statystyczny mieszkaniec II Rzeczpospolitej zjadał rocznie 18,5 kg mięsa. Dekadę później było to już 22 kg. Spożycie mięsa spadło w okresie wojny – co było związane z racjonowaniem wprowadzonym przez Niemców i dość wysokimi cenami na czarnym rynku. Po wojnie owe spożycie stopniowo, choć nieregularnie, rosło. Licząc mięso i podroby łącznie, statystyczny obywatel Polski Ludowej spożywał ich w 1950 r. 36,5 kg, w 1960 r. – 42,5 kg. W 1970 r. było to już 53 kg, a w końcu dekady Gierka – 74 kg. Oznacza to, że średnie spożycie mięsa w trakcie 50 lat wzrosło prawie czterokrotnie!

Łapać spekulanta!

Jeżeli było tak dobrze, to dlaczego było tak źle? Dlaczego przed sklepami mięsnymi ustawiały się kolejki, do miast docierały z prowincji legendarne „baby z cielęciną”, a dla partyjnych organizowano specjalne, dobrze zaopatrzone sklepy „za żółtymi firankami”? To wszystko było konsekwencją wprowadzenia w Polsce gospodarki centralnie planowanej. Zamiast rynku, regulatorem został urzędnik decydujący kto, kiedy, za ile i gdzie kupi potrzebny towar. W drugiej połowie lat 40. władze wydały prywatnym sklepikarzom „bitwę o handel”, niemal całkowicie rugując ich z rynku. Rządzący chyba do końca nie zdawali sobie sprawy, jak wielkie brzemię wzięli na siebie. Wszelkie błędy w polityce gospodarczej odbijały się na sklepowych półkach, a możliwość zakupu chleba, kiełbasy i mleka stała się kwestią polityczną. Dla władz Polski Ludowej najbardziej niebezpiecznym zgromadzeniem stały się sklepowe kolejki. W dziesiątkach tysięcy kolejek stały setki tysięcy ludzi, komentując rzeczywistość, przeklinając na nieudolność i korupcję władzy, a – co było najbardziej niebezpieczne – opowiadając wyśmiewające ją polityczne kawały. Na początku lat 50. PZPR organizowała nawet specjalne grupy agitatorów, które wysyłane były do takich kolejek aby bronić partyjnych racji. Były to jednak misje straceńcze, a kilku partyjniaków zostało dość dotkliwie poturbowanych.

Władzom trudno było pogodzić się z tym, że gospodarka planowa ma w genach zapisany niedobór. Dlatego wciąż padało pytanie: dlaczego w sklepach mięsa nie ma, choć statystycznie jego produkcja wciąż rośnie? Szukano złodziei, „chomikarzy”, spekulantów. W 1965 r. za malwersacje w handlu mięsem skazano na śmierć Stanisława Wawrzeckiego – jednego z dyrektorów stołecznego przedsiębiorstwa handlowego. Sądzeni z nim współpracownicy otrzymali kary od 9 lat więzienia do dożywocia. Władze próbowały ratować sytuację także na inne sposoby – np. ograniczając spożycie mięsa w żywieniu zbiorowym. „Potrawy półmięsne, łączone bądź z produktami mącznymi jak makaron, ciasto, kasza, fasola, bądź z jarzynami, są daniami, które ze wszech miar należy propagować i polecać konsumentom” – wskazywało Ministerstwo Handlu Wewnętrznego. W prasie kobiecej ze zdwojoną siłą promowano jarskie przepisy kuchenne. Odgórnie wprowadzano też dni bezmięsne – czyli określone dni w tygodniu, w których stołówki i restauracje nie serwowały dań mięsnych. Od lutego 1946 r. dniami bezmięsnymi w gastronomii były wtorki, środy i czwartki. W te dni zakazany był też handel mięsem i wyrobami mięsnymi. Za złamanie zakazu groziło 500 tys. zł grzywny lub 6 miesięcy aresztu. W 1959 r. bezmięsnymi stały się poniedziałki. Owe dni bezmięsne zmieniały się, czasami znikały z kalendarza, aby później znowu do niego wrócić. Nigdy jednak bezmięsnym nie stał się piątek. Ten dzień tygodnia, jako tradycyjnie postny u katolików, traktowano jako dodatkowy zysk w dziele oszczędzania „masy mięsnej”.

W latach PRL były jednak okresy, w których półki w sklepach mięsnych zapełniały się towarem. Był to najbardziej spektakularny i widoczny znak sukcesu gospodarczego aktualnie rządzącej ekipy partyjno-rządowej. Tak było w pierwszej połowie lat 70., gdy Edward Gierek i Piotr Jaroszewicz położyli duży nacisk na zaspokojenie aspiracji konsumpcyjnych Polaków. Ceny żywności zostały zamrożone, a płace systematycznie rosły. W sklepach, obok coca-coli, jako symbol dobrobytu pojawiła się szynka konserwowa Krakusa. Wcześniej ten polski hit eksportowy trafiał na stoły nad Wisłą najczęściej przysyłany w paczkach od mieszkających na Zachodzie polonusów. Dobrobyt gierkowski był jednak sukcesem na kredyt – zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Już w połowie dekady półki sklepowe zaczęły być puste, a w 1976 r. doszło do próby podwyższenia cen żywności. Skończyła się ona kompletną klapą – w Ursusie i Radomiu oraz innych miastach doszło do strajków i manifestacji przeciwników nowych cen. Władze szybko wycofały się z podwyżki, jednocześnie nie mając recepty na ratunek zaopatrzenia. Sklepy pustoszały. „Więc tak, handel nie może, skup nie może, no to co robić?” –w styczniu 1977 r. na posiedzeniu rządu pytał przerażony premier Jaroszewicz. „A może wprowadzić kartki na mięso?” – proponowano coraz częściej.

Kartki na życie

Kartki żywnościowe nie były obce ówczesnym Polakom. Niektórzy z nich pamiętali je jeszcze z okresu I wojny światowej i wojny polsko-bolszewickiej. Wielu zapamiętało reglamentację kartkową z czasów drugiej wojny oraz lat 1945-1953. Wreszcie – co najważniejsze w tym kontekście – Polacy epoki Gierka żyli z kartkami w kieszeniach od końca sierpnia 1976 r. To wówczas władze, nie mogąc poradzić sobie z wykupem cukru, objęły jego sprzedaż częściową reglamentacją. I rzeczywiście – pojawienie się kartek na cukier sprawiło, że zagościł on na sklepowych półkach. Dlaczego tego samego rozwiązania nie zastosować w przypadku sprzedaży mięsa? – pytano.

Sprawa jednak nie była taka prosta. Władza żonglowała dostawami mięsa i wędlin. Proporcjonalnie więcej – nawet o 50 % - tego atrakcyjnego towaru trafiało do Warszawy, Katowic, Wrocławia, Krakowa i innych metropolii niż do Radomia, Łomży czy Ostrołęki. Wprowadzenie kartek oznaczałoby, że każdy z uprawnionych musiałby otrzymać konkretny przydział, a to byłby koniec z uprzywilejowaniem metropolii. Oznaczałoby to realny spadek ich zaopatrzenia w mięso i groziłoby strajkami. Dlatego władze ze wszystkich sił zwalczały pomysły wprowadzenia karek na mięso. Dziennikarze otrzymali polecenia, aby w radiu, telewizji i prasie zniechęcać do takich żądań. Wydawało się, że ten pomysł udało się utrącić…

Żądamy kartek!

W nocy z 16 na 17 sierpnia 1980 roku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina strajkujący zredagowali listę żądań, która ostatecznie przyjęła formę 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. W punkcie jedenastym zapisano: „Wprowadzić na mięso i przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku)”. Zapomina się, że podobny postulat już w lipcu 1980 r. zgłoszono podczas strajku w Świdniku. Robotnicy nie chcieli mglistych obietnic poprawy zaopatrzenia, a realnych gwarancji zakupu mięsa. Władza, podpisując porozumienie ze strajkującymi, na takie gwarancje zgodziła się…

Wprowadzenie tego postulatu nie było jednak łatwe. Władza zwlekała – po prostu nie była w stanie zagwarantować możliwości zrealizowania przydziałów na oczekiwanym poziomie. W tym samym czasie załamanie na rynku pogłębiało się. Ludzie stali w kolejkach już nie tylko w dzień, ale nawet nocą. Pojawiły się próby okupowania sklepów, powoływania społecznych komisji kontroli dostaw, komitetów kolejkowych. Przed Bożym Narodzeniem 1980 r. w wielu miastach lokalne władze spontanicznie wprowadziły regionalne kartki na mięso. Najważniejszym ich zadaniem było wykluczenie możliwości zakupu mięsa przez przyjezdnych z prowincji.

W tej sytuacji władze przygotowały ogólnopolski system, który miał ruszyć 1 lutego 1981 r. Nawet wydrukowano kartki na mięso z tą datą. Ostateczniej decyzji wciąż jednak nie podjęto – NSZZ „Solidarność” próbowała walczyć o większe przydziały. Wreszcie 20 lutego rząd zdecydował, że kartki na mięso pojawią się w portfelach od 1 kwietnia 1981 r. Aby wykorzystać wydrukowane już wcześniej miliony blankietów, zarządzono aby w kwietniu posługiwano się blankietami z napisem „luty”.

Decyzja o wprowadzeniu kartek oznaczała pilną konieczność stworzenia mechanizmu biurokratycznego, zdolnego do opanowania systemu kontroli zaopatrzenia dla kilkudziesięciu milionów Polaków. Skomplikowany system przydziałów uwzględniał nie tylko wiek uprawnionego, ale też wykonywany przez niego zawód, a nawet miejsce zamieszkania. Inne kartki otrzymały dzieci, inne dorośli pracujący w biurach, a jeszcze inne kobiety w ciąży. Robotnicy fabryczni dostali wyższe normy niż nauczyciele, ale niższe niż górnicy. Z kolei rolnikom odmówiono przydziałów mięsa. Członkowie Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce, zamiast na wieprzowinę mogli otrzymać kartki na wołowinę. To tylko nieliczne unormowania. Do tego trzeba było stworzyć system organizacji dostaw, kontroli sprzedaży, jej rozliczania. Bardzo szybko pojawiły się liczne próby wyłudzania kartek na mięso, a nawet ich fałszowania. Kartki kradziono nie mniej chętnie niż pieniądze, handlowano nimi na bazarach, używano ich jako łapówek. Z tym władza też musiała dać sobie radę.

Formalnie kartki na mięso zostały wprowadzone tylko na trzy miesiące. Okazało się, że nie zadziałały one tak, jak oczekiwano. W sklepach wciąż brakowało towaru, kolejki nie zniknęły, napięcie społeczne rosło. Co więcej, w lipcu władze ogłosiły zmniejszenie dotychczasowych przydziałów. Wywołało to jedne z najpotężniejszych manifestacji ulicznych w powojennej historii Polski. Przeszły one do historii jako „marsze głodowe”. System reglamentowanej sprzedaży mięsa powoli jednak krzepł, i od 1 stycznia 1982 r. funkcjonował już w docelowym kształcie. W styczniu 1983 r. 53 proc. ankietowanych twierdziło jednak, że w sklepach mięso jest „nie do nabycia”. Dwa lata później oficjalne spożycie mięsa było o 19 proc. mniejsze, niż jeszcze w 1980 r. Z czasem Polacy przyzwyczaili się do kartek, uzupełniając zaopatrzenie na czarnym rynku.

Wprowadzenie reglamentacji mięsa otworzyło „worek z kartkami”. W następnych miesiącach wydrukowano kartki na masło, mąkę pszenną, kasze, płatki zbożowe, ryż, proszek do prania, podstawowe artykuły dla niemowląt, cukierki, czekoladę, alkohol, papierosy, mydło toaletowe, mleko, smalec i wiele innych artykułów. System ten był stopniowo likwidowany od 1983 r. Jako ostatnie zniknęły kartki mięso – stało się to dopiero 1 sierpnia 1989 r. Oznaczało to, że towarzyszyły one Polakom przez ponad osiem lat.

 

 

dr hab. Andrzej Zawistowski, prof. SGH – pracownik Katedry Historii Gospodarczej i Społecznej SGH oraz Ośrodka Badań nad Totalitaryzmami Instytutu Pileckiego. Opublikował m.in. książkę Bilety do sklepu. Handel reglamentowany w PRL 1944-1989.

2021-04-01