Mit „mniejszego zła”

Mimo upływu blisko 40 lat od wprowadzenia stanu wojennego niektóre mity na jego temat są niezwykle żywotne. Jednym z nich jest stwierdzenie, że był on „mniejszym złem”, że uchronił Polskę i Polaków przed sowiecką interwencją. Tymczasem paradoksalnie było dokładnie odwrotnie.


Wprowadzenie stanu wojennego, a dokładniej niepowodzenie tej operacji, groziło zmuszeniem Moskwy do działań, na które nie miała ochoty. Niechęć przywódców sowieckich do udzielania gwarancji „bratniej pomocy” zresztą raczej opóźniała decyzję o uderzeniu w zbuntowaną część polskiego społeczeństwa, niż ją przyspieszała. I to mimo że zza wschodniej granicy naciskano – niekiedy wręcz brutalnie – na rozprawienie się w PRL z opozycją, zwłaszcza z „Solidarnością”.

W kwestii zagrożenia sowiecką inwazją warto zresztą oddać głos I sekretarzowi Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej od września 1980 do października 1981 r., Stanisławowi Kani. W swojej mowie przed Sądem Okręgowym w Warszawie, po zakończeniu przewodu sądowego (5 stycznia 2001), mówił: „Gdy sięgam do wspomnień, to najbardziej wyraziście jawi mi się to wszystko, co jest związane z groźbą radzieckiej interwencji zbrojnej w Polsce, w grudniu 1980 r. Było to i potworne, i realne. Za sprawą różnych przyczyn, w tym i mojego przeciwdziałania, do interwencji nie doszło. Po kilku miesiącach, bo już w marcu 1981 r., to niebezpieczeństwo znowu się pojawiło, ale z trudem udało się je zażegnać. Ważne jest, że w późniejszych miesiącach taka groźba, wbrew temu, co się niekiedy pisze i mówi, nie wystąpiła już w realnym wymiarze. Jestem głęboko przekonany, że i jesienią 1981 r. zagrożenia Polski radziecką interwencją zbrojną nie było”. I dodawał: „Wydaje się pewne, że radziecka interwencja mogłaby nastąpić tylko wówczas, gdyby w Polsce dokonywał się przewrót ustrojowy i nastąpiło zerwanie więzi z Układem Warszawskim, czy też gdyby doszło do załamania operacji stanu wojennego z tragicznymi skutkami”. To ważne i cenne świadectwo. Niezależnie od tego, czy groźbę interwencji sowieckiej, czy szerzej: wojsk Układu Warszawskiego na początku 1981 r. uznamy za realną czy nie.

Z czego wynikała taka, a nie inna postawa Wielkiego Brata? Przede wszystkim – jak się wydaje – z zimnej kalkulacji politycznej. Koszty inwazji dla Związku Sowieckiego były wysokie, zbyt wysokie i na Kremlu uznano, że „polska kontrrewolucja” musi zostać zdławiona, ale polskimi rękoma. I wiedzieli o tym również przywódcy PRL. Nie tylko Kania, lecz i Wojciech Jaruzelski, który w październiku 1981 r. zastąpił go na stanowisku I sekretarza KC PZPR. Latem 1981 r. na biurko Stanisława Kani trafiło zresztą bardzo ciekawe opracowanie. Zawierało ono dwa warianty stosunków polsko-sowieckich. W pierwszym („racjonalnym”) miało dojść – przy akceptacji Moskwy – do „rekonstrukcji systemu władzy w Polsce”, w tym odbudowy osłabionej przez „solidarnościową rewolucję” partii komunistycznej. W drugim („tragicznym”) natomiast zakładano sytuację, w której rozwój wydarzeń w PRL zagrozi – zdaniem kierownictwa sowieckiego – „politycznemu status quo w części Europy pozostającej pod radziecką kontrolą”. Według autorów tego dokumentu miało to doprowadzić do interwencji, która z kolei spowodowałaby „odruchowy kontratak ze strony części polskich oddziałów wojskowych”, nawet wbrew ich dowódcom. Co więcej, wojska radzieckie – jak prognozowano – będą musiały także „przełamać zbrojny opór wielomilionowych załóg robotniczych, któremu będą towarzyszyć spontaniczne straceńcze akcje części młodzieży”. Złamanie tego oporu było oczywiście możliwe, ale miałoby oznaczać śmierć od 100 do 500 tys. osób. Zresztą jego złamanie byłoby dopiero początkiem potencjalnych problemów. Jak bowiem zakładano, „w ciągu krótkiego czasu rozwinie się cała typowa dla polskich tradycji podziemna struktura państwowa analogiczna do funkcjonującej podczas okupacji hitlerowskiej ze swymi władzami, sądownictwem, oświatą itp.”, a ruch oporu – zgodnie z tradycją – „obejmie całe społeczeństwo z dziećmi włącznie”. Co więcej, kolejne represje, zwłaszcza +eksterminacyjne+ będą go wzmacniać. Doprowadzi to do przedłużającej się okupacji, „wymagając stałej obecności w Polsce ok. 30 do 50 dywizji”.

A – o czym warto w tym miejscu przypomnieć – sowieckie doświadczenia z Afganistanu nie były najlepsze. Uznano też, że opór Polaków będzie „prowokować napięcia w krajach sąsiednich”, do których Moskwa byłaby zmuszona wysłać kolejnych od 20 do 50 dywizji. To zaś miało grozić „wzrostem niepokojów w radzieckich krajach nadbałtyckich, a następnie na Środkowym Wschodzie”, czyli efektem domina… Reasumując: interwencja oznaczałaby „długotrwałe uwikłanie wojskowe bez żadnych korzyści strategicznych”. Ponadto miała ona nieść „olbrzymie koszty polityczne i finansowe”. Tym bardziej że Zachód pod naciskiem opinii publicznej „będzie musiał zerwać wszelkie kontakty handlowe z ZSRR”, co przy słabych zbiorach oznaczałoby z kolei „groźbę szybkiego wyczerpania nagromadzonych przez ZSRR rezerw”. Do tego dochodziły skutki polityczne, czyli „prawdopodobna całkowita izolacja ZSRR w opinii światowej”, w tym „zerwanie stosunków z nim przez wpływowe partie komunistyczne Zachodu”. Co więcej, „drastyczny zwrot w całej światowej opinii publicznej ku pozycjom całkowitej wrogości wobec ZSRR”.

Doskonale zdawało sobie z tego sprawę kierownictwo Związku Sowieckiego. Podobnie jak z tego, że taki krok może doprowadzić do „atmosfery oczekiwania na totalny konflikt całego świata z ZSRR”, analogicznie zresztą, jak po aneksji Czechosłowacji przez hitlerowskie Niemcy czterdzieści lat wcześniej. Groził on w sposób oczywisty nowym wyścigiem zbrojeń, na który Związek Sowiecki nie mógł sobie – ze względów ekonomicznych i gospodarczych – pozwolić. Ponadto wysoce prawdopodobne były działania odwetowe Stanów Zjednoczonych, włącznie z zajęciem Kuby. Trudno zatem się dziwić, że wobec tak licznych zagrożeń i wysokich kosztów potencjalnej interwencji w Moskwie uznano ją za ostateczność. I postanowiono naciskać na polskich towarzyszy, aby ci sami zaprowadzili nad Wisłą porządek. Tym bardziej że plany siłowej rozprawy z „Solidarnością” były przez przywódców PRL właściwie na bieżąco konsultowane ze wschodnim sąsiadem. 

O skali tej współpracy świadczy również drobny na pozór fakt. Otóż najbardziej znany chyba dokument stanu wojennego – obwieszczenie o jego wprowadzeniu wydrukowano w Związku Sowieckim w sierpniu 1981 r. dzięki pomocy Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów ZSRS, czyli KGB. A na wyraźne sugestie towarzyszy radzieckich w obwieszczeniu wprowadzono kilkanaście poprawek dotyczących takich szczegółów, jak liternictwo czy szata graficzna. Inna sprawa, że nie byli oni skłonni – mimo starań i próśb Jaruzelskiego czynionych jeszcze w grudniu 1981 r. – dać gwarancji udzielenia mu „bratniej pomocy” w przypadku niepowodzenia operacji wprowadzenia stanu wojennego.

Koncepcja militarnego wsparcia siłowej pacyfikacji polskiego społeczeństwa, a dokładniej tej jego najbardziej niepokornej części, pojawiła się jeszcze, kiedy I sekretarzem KC PZPR był Kania, choć ten ewidentnie – w przeciwieństwie do Jaruzelskiego – nie był jej zwolennikiem. Podobnie zresztą jak był przeciwnikiem siłowego rozwiązania „polskiego kryzysu”. I dlatego zresztą musiał odejść, a zastąpił go zdecydowanie bardziej skłonny do radykalnych działań i uległy wobec Moskwy Wojciech Jaruzelski. Wracając do koncepcji pomocy sojuszniczej: po raz pierwszy pojawia się ona 15 marca 1981 r. Wtedy to, po spotkaniu kierownictwa Ministerstwa Obrony Narodowej i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, powstała „Notatka służbowa dot. gotowości wprowadzenia stanu wojennego w kraju ze względu na bezpieczeństwo państwa”. Sztabowcy z obu ministerstw przewidywali w niej trzy możliwe warianty rozwoju sytuacji po przystąpieniu do rozprawy siłowej z „Solidarnością” i innymi ugrupowaniami opozycyjnymi. W tym najbardziej niekorzystnym dla władz PRL przewidywano, że „natychmiast po wprowadzeniu stanu wojennego” w całym kraju zostanie zorganizowany strajk okupacyjny, niektóre załogi wyjdą na ulice, wydarzą się „demonstracje uliczne wraz z atakowaniem gmachów partyjnych i administracyjnych”. W reakcji na to milicja i wojsko podejmą działania w celu „przywrócenia porządku publicznego”, a „na całym terytorium PRL” zostanie wprowadzone postępowanie doraźne przed sądami powszechnymi i wojskowymi. W wariancie tym – jak stwierdzano – „nie wyklucza się pomocy wojsk Układu Warszawskiego”. Te przewidywania, wręcz obawy dotyczące rozwoju sytuacji w kraju po wprowadzeniu stan wojennego, w tym koncepcja sięgnięcia w takim przypadku po „bratnią pomoc”, pozostały aktualne także w kolejnych miesiącach. I to one właśnie skłoniły Jaruzelskiego do zabiegania o sowieckie gwarancje. 

Były to zresztą na tyle silne i natarczywe naciski, że poświęcono im sporo uwagi podczas posiedzenia Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego 10 grudnia 1981 r. I tak np. szef KGB Jurij Andropow mówił wówczas: „Towarzysze polscy wspominają o pomocy wojskowej ze strony bratnich krajów. My jednak powinniśmy trwać zdecydowanie przy naszej decyzji o niewprowadzaniu wojsk do Polski”. Wtórował mu minister spraw zagranicznych Andriej Gromyko: „Jeżeli towarzysz [Wiktor] Kulikow [głównodowodzący wojsk Układu Warszawskiego – przyp. red.] rzeczywiście mówił o wprowadzeniu wojsk, to ja uważam, że postąpił niesłusznie. Nie możemy ryzykować. Nie mamy zamiaru wprowadzać wojsk do Polski. Jest to stanowisko słuszne i musimy trzymać się tego do końca. Nie wiem, jak rozstrzygnie się sprawa, ale nawet jeżeli Polska dostanie się pod władzę +Solidarności+, to będzie to tylko tyle. Jeśli zaś przeciw ZSRR zwrócą się kraje kapitalistyczne, które już zawarły między sobą w tej sprawie porozumienie, opatrzone rozmaitymi ekonomicznymi i politycznymi sankcjami, będzie to dla nas niebezpieczne. Musimy się troszczyć o nasz kraj, o wzmocnienie Związku Sowieckiego. To jest dla nas sprawa najważniejsza”. A przewodniczący komisji Biura Politycznego KC KPZR do spraw Polski Michaił Susłow dodawał: „Jeżeli wojska wkroczą, nastąpi katastrofa. Sądzę, ze wszyscy podzielamy pogląd, że o żadnym wysłaniu wojsk nie może być mowy”. 

Gromyko zresztą na tym posiedzeniu jeszcze raz wrócił do tej kwestii: „Równocześnie jednak będziemy zmuszeni postarać się rozwiać złudzenia Jaruzelskiego i innych polskich polityków w sprawie wysłania tam wojsk. Wprowadzać wojsk do Polski nie można w żadnym razie. Myślę, że możemy polecić naszemu ambasadorowi, aby złożył Jaruzelskiemu wizytę i zakomunikował mu to”.

W latach 1980–1981 Polakom towarzyszyły obawy „wejdą, nie wejdą”, zresztą umiejętnie podsycane przez władze PRL. I tak np. – jak wynika z dokumentów enerdowskich – w marcu 1981 r. w czasie tzw. kryzysu bydgoskiego spowodowanego pobiciem przez funkcjonariuszy milicji działaczy NSZZ „Solidarność” zaproszonych na sesję Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy, to właśnie na prośbę przywódców Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej przedłużono (do 7 kwietnia) manewry wojsk Układu Warszawskiego „Sojuz 81” odbywające się na terenie Polski. Pozwalało to na użycie argumentu o zagrożeniu interwencją, podczas rozmów ze stroną solidarnościową, zakończonych tzw. ugodą warszawską. To jednak nie wszystko. Do bardzo ciekawych zabiegów doszło pod koniec 1981 r. Otóż 3 grudnia 1981 r., podczas posiedzenia Komitetu Ministrów Obrony Narodowej państw członkowskich Układu Warszawskiego, wiceminister Florian Siwicki (na polecenie Wojciecha Jaruzelskiego) zgłosił znaczącą poprawkę do projektu informacji końcowej dla prasy, radia i telewizji. Brzmiała ona: „Komitet ministrów obrony wyraził swoje zaniepokojenie rozwojem sytuacji w PRL, wytworzonej w wyniku wywrotowej działalności sił antysocjalistycznych, które stwarzają trudności w realizacji zobowiązań sojuszniczych sił zbrojnych państw członkowskich Układu Warszawskiego i stwarzają potrzebę podjęcia odpowiednich kroków w celu zapewnienia bezpieczeństwa wspólnoty w socjalistycznej Europie”. 

Wobec oporu ze strony przedstawicieli Rumunii i Węgier do sprawy tej powrócono dzień później. Siwicki przekonywał wówczas: „Sytuacja w Polsce uległa dużemu pogorszeniu. Front Porozumienia Narodowego nie może być zorganizowany. Partia ulega rozkładowi. To wszystko jest wykorzystywane przez wrogie siły popierane przez Zachód. W tej walce potrzebujemy poparcia […] towarzysz Jaruzelski prosi o zanegowanie dywersyjnych twierdzeń Zachodu, że PRL nie ma już poparcia swoich sojuszników. Uzupełnienie tekstu dla prasy byłoby zimnym prysznicem dla kontrrewolucji, a zarazem poparciem dla walki polskiego kierownictwa z reakcją”. Naciskali również Sowieci, jednak bez skutku. Nie bez znaczenia był fakt, że przywódca Rumunii Nicolae Ceaușescu uznał proponowane uzupełnienie komunikatu wręcz za zapowiedź interwencji. Tak na marginesie: kiedy poprawka Jaruzelskiego nie przeszła na forum ministrów obrony narodowej państw członkowskich Układu Warszawskiego, Moskwa zdecydowała się wydać podobny komunikat sama… 

Na zakończenie warto przypomnieć, że osiem lat później – przed ósmą, pierwszą „wolną” rocznicą „mniejszego zła”– współpracownicy Wojciecha Jaruzelskiego zabiegali o „sygnał ze strony władz radzieckich świadczący o tym, że stan wojenny uchronił Polskę od wewnętrznej interwencji”. Bezskutecznie. Pojawiły się natomiast i zapewne – w miarę otwarcia archiwów sowieckich – będą się pojawiać nadal kolejne dowody na to, że stan wojenny nie uratował Polski przed żadną interwencją.

 

Grzegorz Majchrzak

Autor jest pracownikiem Biura Badań Historycznych IPN

Dzieje.pl/MHP

Za dzieje.pl

2019-12-13