Dlaczego Polacy odzyskali niepodległość?

Spór o to, czy Polacy w 1918 r. odzyskali niepodległość ze względu na wyjątkowo sprzyjającą koniunkturę międzynarodową, czy też dlatego, że owoc przyniosły wysiłki kolejnych bohaterskich pokoleń naszych przodków jest w praktyce nierozwiązywalny.


Zdrowy rozsądek podpowiada bowiem, że prawdopodobnie zarówno czynniki zewnętrzne, jak i wewnętrzne złożyły się na wyjątkowy w dziejach świata fakt odbudowania wspólnoty politycznej, której terytorium i ludność dotąd kontrolowane było przez trzy potężne obce i wrogie jej podmioty.

Spór ten nawiasem rzecz biorąc jest często formą innego – bardziej generalnego sporu – między zwolennikami wartości reprezentowanych przez polską wspólnotę polityczną a tymi, którzy się od niej stale dystansują i uważają, że nie jesteśmy w stanie niczego samodzielnie osiągnąć, ponieważ jesteśmy zbiorowością upośledzoną, której największe sukcesy są niezależne przypadkową wypadkową koniunktur międzynarodowych.

Starając się nie wchodzić w ten jałowy spór spróbujmy jeszcze raz, ze stuletniego już dystansu, spojrzeć na okoliczności odzyskania polskiej niepodległości w 1918 r.

Zacznijmy od koniunktury międzynarodowej. Każdy niemal czytelnik podręczników do dziejów najnowszych Polski zdaje sobie sprawę, że na korzyść sprawy odzyskania przez nasz kraj niepodległości działały bez wątpienia dwa czynniki, mające swe źródło w ówczesnej polityce międzynarodowej. W trakcie I wojny światowej przeciwko sobie stanęli poważnie skłóceni zaborcy – Rosja przeciw Niemcom i Austro-Węgrom. Po drugie – w wyniku przebiegu działań wojennych wszystkie te wielkie europejskie mocarstwa, które kontrolowały ziemie polskie i ludność zostały zdruzgotane, albo przynajmniej poważnie osłabione. W wyniku rosyjskiej rewolucji upadło bowiem imperium carskie, rozpadły się Austro-Węgry, a w pokonanych w wojnie Niemczech upadła monarchia.

Gdybyśmy poprzestali na tych obserwacjach, mogłoby się wydawać, że w zasadzie Polacy nie powinni napotkać żadnych przeciwności dla swych ambicji odtworzenia własnego państwa, ponieważ tworzyli  jej niemal w politycznej próżni. Jest to jednak nieprawda.

Przyznając, że w 1918 r. koniunktura była rzeczywiście wyjątkowa, należy pamiętać o drugiej stronie medalu. Miejsce po upadających monarchiach rozbiorowych zajęły dwa podmioty polityczne, które miały bardzo agresywny stosunek do Polski. Z jednej strony była to Republika Weimarska, kształtowana przez po pierwsze przez nihilizm i rewolucję społeczną w Niemczech, a po drugie przez nacjonalizm i społeczną frustrację po wojennej porażce. Z drugiej strony zaś była to bolszewicka Rosja – jak się miało okazać – motywowane ideologicznie jedno z najbardziej agresywnych mocarstw w dziejach świata dysponujące gigantycznym potencjałem dawnej Rosji i pozbawione jakichkolwiek etycznych skrupułów.

W dodatku zarówno na wschód, jak i na zachód od Polski szerzył się ruch rewolucyjny, który ogarniał większość krajów europejskich. Rewolucja trawiła nie tylko Niemcy i Rosję, ale także Finlandię, Węgry, Włochy… Było to śmiertelnie groźne dla odradzającej się Polski, bowiem rewolucyjna atmosfera odrzucania „burżuazyjnych” instytucji publicznych i podejmowania eksperymentów społecznych uniemożliwiała budowę instytucji państwowych, których Polska jeszcze nie miała. Rewolucyjnemu kryzysowi politycznemu, towarzyszył głęboki kryzys cywilizacyjny, w trakcie którego kwestionowane były dotychczasowe hierarchie wartości i kultura, tymczasem Polacy w chwili próby potrzebowali oprzeć się na swej kulturze, aby sprostać wyzwaniom towarzyszącym odradzaniu się ich państwa.

Innym – poza falą rewolucyjnej przemocy i nihilizmu – zjawiskiem stanowiącym niezwykle trudne wyzwanie dla odradzającej się Polski była kwestia rozbudzonych ambicji politycznych innych sąsiednich narodów uciskanych i pozbawionych – podobnie jak Polacy – przed I wojną światową podmiotowości politycznej. Pod koniec I wojny światowej Litwini, Ukraińcy, Czesi, a nawet Żydzi ogłosili programy odrodzenia państwowego, które w mniejszym lub większym stopniu sprzeciwiały się potrzebom Polaków. Prowadziło to do wielu bardzo poważnych konfliktów natury nie tylko politycznej, ale także militarnej, które miały miejsce między nami a tymi narodami.

Jeszcze jednym elementem utrudniającym pozornie doskonałą sytuację polityczną była postawa zwycięskich w I wojnie światowej mocarstw, które wcale nie zajmowały pozycji jednoznacznie sprzyjających potrzebom odrodzonej Polski. Broniły one swoich własnych interesów w Europie Środkowej i Wschodniej i często opowiadały się przeciwko postulatom Polaków, którzy dopiero starali się od nowa wygospodarować dla siebie miejsce na powojennej mapie Europy. Polacy zaś, słusznie wychodząc z założenia, że albo Polska będzie silnym podmiotem politycznym albo nie będzie jej wcale, napotykali mur niezrozumienia i mentalnych przyzwyczajeń, które nakazywały zachodnim mocarstwom wciąż myśleć o naszych ziemiach, jako o przestrzeni zależnej od decyzji niemiecko-rosyjskich. Dla Polaków nie zawsze w planach mocarstw starczało więc miejsca.

Można więc powiedzieć, że koniunktura międzynarodowa była rzeczywiście wyjątkowa, ale wcale nie idealna, a wojenno-rewolucyjny wstrząs niósł ze sobą wiele wyzwań i nowych niebezpieczeństw. Były państwa – np. Ukraina i republiki kaukaskie – które tym wyzwaniom nie sprostały i nie utrzymały się na powojennej mapie politycznej.

Za niepodległością Polski przemawiało jednak także wiele czynników społecznych – często takich, które widzą historycy, a których nieraz nie widzieli współcześni obserwatorzy, zwykle bardzo sceptyczni w ocenach ówczesnego polskiego społeczeństwa.

Polacy przetrwali zabory jako społeczność świadoma swoich celów, wśród których niewątpliwie znajdowały się także cele polityczne, świadoma także swoich potrzeb. Jedną z nich była jasna świadomość ograniczeń rozwojowych, jakie Polakom stwarzali zaborcy. W Rosji i  Niemczech przed naszymi rodakami istniał po pierwsze – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – szklany sufit w wielu dziedzinach – m.in. w polityce, czy w służbie wojskowej – którego nie można było przebić, bez usamodzielnienia politycznego całej wspólnoty. Poza tym Polacy w tych zaborach zdawali sobie sprawę, że ich ziemie i oni sami są przez Petersburg i Berlin traktowane jako terytoria kolonialnej eksploatacji – tu nie powstawały kluczowe inwestycje – może poza infrastrukturą militarną, a Niemcy nie tworzyli nawet na tych ziemiach uczelni, aby nie kształcić wrogiej ludności i by musiała ona jeździć po naukę do rdzennych Niemiec.

Jednocześnie mimo wysiłków zaborców, by pozbawić społeczność polską elit, albo by je wynarodowić, Polacy w przeciwieństwie do wielu innych aspirujących do niepodległości narodów europejskich, zachowali silne elity – wykształcone, twórcze i zamożne. Przełom XIX i XX w. przyniósł dodatkowo wielką koniunkturę ekonomiczną, w czasie której Polacy zaczęli robić spore majątki. Wielu z tych ludzi nie traciło z oczu obowiązków narodowych – przypomnijmy choćby rodzinę Lutosławskich, którzy wzbogacili się na browarnictwie,  a w drugim pokoleniu, tj. w generacji walki o niepodległość, dali Polsce trzech wybitnych działaczy społecznych i nietuzinkowego filozofa.

Jednocześnie udawało się Polakom poszerzyć grupy społeczne aktywne w sferze działalności narodowej. Właśnie na początku XX wiek w znacznej mierze – choć nierównomiernie geograficznie i społecznie – i po raz pierwszy w takiej skali zaktywizowała się narodowo i politycznie warstwa chłopska. Chłopi zaczęli być obecni w polskiej polityce i nie poprzestawali na akcentowaniu haseł społecznych, ale podnosili także świadomie hasła narodowe.

W tym samym czasie zaktywizowały się także w sferze publicznej polskie kobiety. Były one obecne w wielu środowiskach  politycznych – głównie socjalistycznym oraz narodowym i katolickim. Ich aktywizacja łączyła się z rolą Polki jako strażniczki polskiej idei narodowej. Polki aktywne w polityce mniej miały więc w sobie z sufrażystek, a wiele z budzicielek duszy narodu.

Kluczową rolę wzorcotwórczą grali jednak inteligenci, którzy sami w znacznej mierze wywodząc się z ziemiaństwa, nie wykluczyli całkowicie jeszcze z tej roli warstwy ziemiańskiej, stosunkowo zamożnej i tradycyjnie aspirującej do prowadzenia aktywnej działalności na rzecz wspólnoty politycznej, choć nie mającej już w tej dziedzinie monopolu.

Jednocześnie polska kultura miała wyjątkową spoistość wewnętrzną, ale także zadziwiającą atrakcyjność. Na ziemiach polskich zachodził  bowiem wyjątkowy proces asymilacji do polskości obcych żywiołów, mimo że za polskością nie stała możliwość zrobienia kariery urzędniczej czy sądowniczej, a często nawet nie można było się w tym języku kształcić. Wielu aktywnych politycznie Polaków na początku wieku, wywodziło się z rodzin zasymilowanych niemieckich, czeskich, czy żydowskich. Przypomnijmy tu późniejszego biskupa luterańskiego Juliusza Burschego, który wychowywał się w warszawskim domu niemieckim, a sam stał się aktywnym polskim patriotą, polonizującym polski kościół ewangelicko-augsburski.

Wielu arystokratów, żyjących w rodzinach tradycyjnie wielonarodowych, opowiadało się właśnie w tym okresie jednoznacznie za polskością. Wymieńmy tylko Ledóchowskich, z pośród których wywodziła się bardzo aktywna w sprawie polskiej św. Urszula Ledóchowska oraz Hallerów (z których wywodzili się trzej polscy dowódcy wojskowi), czy Haleckich (na czele z historykiem Oskarem).

Polskie elity były twórcze i – co bardzo ważne – samodzielne intelektualnie, recypowały wprawdzie europejskie mody (np. na marksizm czy darwinizm), ale nie ulegały im bezkrytycznie, przekształcając je pod wpływem lokalnych potrzeb i doświadczeń.

Jakość tych elit widać, gdy przyglądamy się wyjątkowemu pokoleniu polskich polityków aktywnych w 1918 r. Było to pokolenie pamiętające z jednej strony o frustracji po upadku powstania styczniowego, z drugiej jednak świadome jałowości i ograniczeń pozbawionej większych ambicji politycznych pracy organicznej pokolenia popowstaniowego.

Ludzie ci, często nie mający okazji do normalnej służby publicznej – w związku z ograniczeniami narzucanymi przez władze zaborcze – byli w stanie wytworzyć i realizować poważne samodzielne programy polityczne. Zorganizowali się w dwa wielkie obozy polityczne – niepodległościowy i narodowy, opowiadając się po dwu stronach walczących w I wojnie światowej, ale nie było w tym nic wyjątkowego, bowiem podobne podziały powstawały w narodach neutralnych – np. u Włochów w 1914 r., czy u Hiszpanów.

Oba nasze główne obozy polityczne – skupione wokół wybitnych liderów, jakimi byli Piłsudski i Dmowski – były w stanie zorganizować się intelektualnie, a nawet finansowo. Obok dwu wielkich było kilkanaście innych wybitnych politycznych osobowości, które były w tanie podejmować ze sobą polityczną współpracę. Ci inteligentni i pracowici ludzie byli świadomi celu wspólnego, jakim było poszerzenie politycznej samodzielności Polaków, a wkrótce także uzyskanie pełnej samodzielności. Wszyscy też zgadzali się w tym, że Polacy tej politycznej podmiotowości nie dostaną od nikogo w prezencie i że muszą aktywnie o nią zabiegać, choć nie byli się w stanie porozumieć – często fundamentalnie – jak to robić.

Jednak polska elita polityczna mogła liczyć na wsparcie społeczeństwa, które było w stanie wiele poświęcić dla odzyskania swej politycznej samodzielności. Wielu zamożnych Polaków finansowało polskie przedsięwzięcia polityczne, a symbolem może być tutaj Maurycy Zamoyski, który nie tylko sfinansował działalności paryskiego Komitetu Narodowego Polskiego i delegacji polskiej na konferencję pokojową w Wersalu, ale także podarował swój paryski pałac dla Rzeczypospolitej na siedzibę pierwszej ambasady odrodzonego państwa. Wielu innych w skromniejszym stopniu miarę poświęcało swoje środki materialne, a jeszcze więcej poświęcało swój czas porzucając nieraz na całe lata swoją karierę dla spraw publicznych – jak Ignacy Paderewski.

Ale zdolność do poświęceń cechowała także ogół polskiego społeczeństwa. Przecież jak się miało okazać Polacy będą musieli prowadzić wojnę nie do listopada 1918 r., jak to miało miejsce na Zachodzie, ale do połowy 1921 r., gdy zakończy się III powstanie śląskie. Będzie się to wiązało z masowymi mobilizacjami, niewygodami i kosztami. I choć nie wszyscy chętnie służyli w polskiej armii czy w oddziałach powstańczych, to chętnych do służby nie zabrakło, o czym najlepiej świadczy fakt, że w połowie 1920 r. w ciągu miesiąca na wezwanie Wincentego Witosa i gen. Józefa Hallera sformowano stutysięczną armię ochotniczą, która pomogła obronić warszawy przed bolszewicką ofensywą.

Zwykli Polacy konsekwentnie też odrzucali możliwość przeszczepienia na grunt polski tego rewolucyjnego chaosu, który napierał na ziemie polskie i ze wschodu i z zachodu. Dwa razy przybrało to wyraz oczywistej demonstracji – w styczniu 1919 r. przy urnach wyborczych, gdy Polacy odrzucili partie socjalistyczne i rewolucyjne, biorąc udział w głosowaniu i wybierając centro-prawicę, a następnie w sierpniu 1920 r., gdy nie wsparli masowo zwycięskich, jak się wydawało bolszewików aktywnie walcząc przeciwko nim i broniąc świeżo odzyskanej niepodległości.

Nieprzypadkowo czytamy w relacjach świadków o euforii towarzyszącej odzyskaniu przez Polskę niepodległości, o masowych demonstracjach, festynach i spontanicznych wiecach. Polacy naprawdę uważali wolność i podmiotowość polityczną swego narodu, za coś dla nich osobiście istotnego… Między innymi dlatego, że taka była hierarchia wyznawanych przez nich wartości odzyskaliśmy ostatecznie niepodległość.

 Dr hab. Paweł Skibiński

 

2018-11-11