Tajemnice zabójstw politycznych w Polsce

14 stycznia 2019 r. tłumy warszawiaków zebrały się pod Pałacem Kultury, by oddać hołd zamordowanemu prezydentowi Gdańska Pawłowi Adamowiczowi. Stamtąd manifestacja udała się pod budynek „Zachęty”. Dlaczego?


Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w wydarzeniach, które rozegrały się nieco ponad 92 lata temu. 16 grudnia 1922 r. Eligiusz Niewiadomski – malarz, bezrobotny urzędnik państwowy o radykalnie narodowych poglądach – w ciągu półtorej sekundy trzykrotnie wystrzelił ze swego hiszpańskiego rewolweru typu browning, celując w plecy pierwszego prezydenta II Rzeczpospolitej, Gabriela Narutowicza. Po kilku minutach prezydent, zaprzysiężony ledwie kilka dni wcześniej, skonał. Dramatyczna scena rozegrała się w sali nr 1 na pierwszym piętrze gmachu „Zachęty”, gdzie Narutowicz przyjechał, by uświetnić otwarcie nowej, sezonowej wystawy. Jak na ironię, Niewiadomski angażował się wcześniej w stworzenie tego ośrodka kultury polskiej.


Będzie truizmem stwierdzenie, że zabójstwo wywołało szok opinii publicznej. Ale tak właśnie było. Warto dodać, że do tragedii doszło w bardzo specyficznym momencie historycznym. Dokonany przez parlament wybór prezydenta Polski (nie było wtedy wyborów powszechnych) wzbudził mnóstwo kontrowersji. Wściekła była szczególnie prawica (przede wszystkim narodowa demokracja, czyli endecja), posiadająca największą reprezentację w Sejmie. Mimo to nie potrafiła przeforsować swojej kandydatury na prezydencki urząd.
Tak się złożyło, że – w wyniku wielogodzinnych, skomplikowanych głosowań – wszyscy posłowie reprezentujący centrum i lewicę, w kontrze do prawicowego pretendenta, hr. Maurycego Zamoyjskiego, poparli stosunkowo słabo znanego ministra spraw zagranicznych – Gabriela Narutowicza, który zaledwie trzy lata wcześniej przyjechał do Polski ze Szwajcarii, gdzie spędził większość życia. Do jego zwycięstwa przyczynili się również parlamentarzyści reprezentujący mniejszości etniczne, w tym żydowską.


Głównie z powodu tego ostatniego faktu sprzyjające endecji media (czyli w tych czasach przede wszystkim prasa) rozpoczęły prawdziwą nagonkę na prezydenta. Nigdy jeszcze młoda II Rzeczpospolita nie doświadczyła tak brutalnego i okrutnego ataku medialnego na najwyższego urzędnika państwowego. Bezpośrednio po wyborze tytuły endeckich gazet były jednoznaczne: „Zwycięstwo nad Polską”, „Jezus Maria!” – mogli wyczytać czytelnicy. 12 grudnia na łamach „Kuriera Warszawskiego” poseł Władysław Rabski pisał: „za jaką bądź cenę Prezydentem Rzeczypospolitej miał zostać Piłsudski. Albo we własnej osobie, albo w manekinie z ukrytymi sznurkami. Jeżeli się uda, to bez żydów. Jeżeli się nie uda, to z żydami. Wszystko jedno, jak”. Dzień później senator Bolesław Koskowski w tekście „Pan Narutowicz”, opublikowanym w „Kurierze”, przekonywał: „powołano na czoło Rzeczypospolitej człowieka, który nie posiada za sobą żadnych zasług patriotycznych, który nie reprezentuje ani doświadczenia politycznego, ani znajomości kraju, który pracował wśród nas od niedawna, a nieudolnie”.

Wyrazy szoku mieszały się z wezwaniem do działania. Już 9 grudnia, bezpośrednio po głosowaniach, parlamentarzyści endeccy w błyskawicznie przyjętej rezolucji pisali o „podeptaniu zdrowej polityki narodowej”, do jakiego doszło w trakcie wyboru głowy państwa. Nominacja Narutowicza stanowiła „ciężką zniewagę, wyrządzoną pokoleniom, które o niepodległość walczyły” oraz „gwałt zadany myśli politycznej” i „groźne znamię rozstroju”. „Warszawa nie zawiedzie!” – przekonywała z kolei niewiele później bulwarowa „Gazeta Poranna 2 grosze”, a radykalni narodowcy ze stowarzyszenia „Rozwój” w swej odezwie pisali wprost: „Obywatele! W obliczu nowej porażki narodowej zdobądźcie się na czyn!”.

11 grudnia w Warszawie doszło do antyprezydenckich rozruchów. Komentująca te protesty „Gazeta Warszawska” pisała: „z piersi młodzieży wyrwał się jeden okrzyk bojowy: nie chcemy takiego prezydenta! Nie znamy go! Okrzyk ten przeleciał przez ulice Warszawy i żywiołowo utworzył się wielki pochód, do którego przyłączyła się młodzież stojąca u wrót sejmu”. Dzielna młodzież w szlachetnym uniesieniu broniła polskości – zdawali się mówić autorzy. Ten sam dziennik wzywał również: „przetrwaliśmy niewolę obcą, potrafimy się wyzwolić i z sieci, w jakiej nas trzyma żydostwo przy pomocy, niestety, obałamuconej części własnego naszego społeczeństwa. Do czynu! Do walki!”.

13 grudnia skonfiskowano bieżący numer „Gazety Porannej” za tekst „Głód krwi”, w którym anonimowy autor ostrzegał przed „rzekami krwi”, które mogą popłynąć ulicami stolicy w odpowiedzi na rzekome prowokacje „socjalistów i wyzwoleńców”, uderzające w „ludność polską Warszawy”. W tym samym czasie wpływowy dziennikarz i poseł Stanisław Stroński, pisząc o „panu Narutowiczu”, nazywał go „zawadą”.

Strzały w „Zachęcie” można w tym kontekście uznać za kulminację antyprezydenckiej nagonki. Kontekst ten został zresztą gorliwie wykorzystany przez prasę lewicową, która w morderstwie Narutowicza dostrzegła szansę na budowę swojego kapitału politycznego i uderzenie w endecję. Lewicowa partia chłopska, PSL „Wyzwolenie”, w publicznym oświadczeniu przekonywała: „wszelkimi siłami starali się panowie endecy nie dopuścić prezydenta Narutowicza do władzy […]. A gdy się to nie udało, zamordowany został wybraniec ludu, zamordowany właśnie dlatego, że był wybrańcem ludu, a nie sytego ucisku i ciemnoty endeckiej. Dość prowokacji! Radzimy i ostrzegamy póki czas, nie budźcie wy gniewu ludu i jego karzącej ręki. My wojny nie chcemy ani zewnętrznej, ani domowej. Ale kto nas zaczepi, będzie tego żałował”. W podobnym tonie wypowiadali się socjaliści z PPS: „lud wyzyskiwany przez zgraję nielitościwych paskarzy, lud toczący coraz to cięższą walkę o byt […] zauważył nagle przed sobą olbrzymi spisek reakcji polskiej, godzący pałką i rewolwerem w większość sejmową, zabijający prezydenta Republiki, dążący do dyktatury paskarzy nad narodem […]. W tak ciężkim położeniu kraju powołujemy was, robotnicy polscy, do obrony waszego życia i waszych praw najświętszych”.

W tego typu wypowiedziach utożsamiano Eligiusza Niewiadomskiego z endecją. Prawda jest jednak bardziej złożona. Tak naprawdę Niewiadomski był outsiderem, wyrzutkiem, skłóconym nawet z narodową demokracją. W 1922 r. nie miał praktycznie żadnych związków z tym środowiskiem. Co prawda wcześniej z nim współpracował i podzielał jego poglądy, ale z czasem uznał, że i endecja jest za mało narodowa.
Dzisiaj możemy z bardzo dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że morderca był osobą niezrównoważoną psychicznie; pozbawionym empatii socjopatą, którego działania podporządkowane były chorej logice manii wielkości i tego, co psycholodzy nazywają „obłędem posłannictwa”. Fachowa definicja mówi, że jest to forma paranoi, przejawiająca się zaburzeniami znacznie przekraczającymi pojęcie idei nadwartościowych, które u osób zdrowych pozostają w normie nawet przy największym uniesieniu afektywnym. O co tu chodzi? Osoba cierpiąca na to schorzenie po prostu ma poczucie misji, które realizuje bez względu na konsekwencje. Misją Niewiadomskiego było przejście do historii i uratowanie „wielkiego narodu polskiego” przed „Piłsudskimi”, „Narutowiczami”, „Żydami”, „masonami” itp.

To wszystko nie zmienia faktu, że zabójstwo Narutowicza można określić mianem mordu politycznego. Zginął w końcu najwyższy reprezentant Państwa Polskiego – właśnie dlatego, że tym reprezentantem był. Dla Niewiadomskiego prezydent symbolizował zgniły ustrój, który należało obalić. Co więcej, niewątpliwie prasowa nagonka z dni poprzedzających wybór odegrała rolę zapalnika – impulsu, który popchnął szaleńca do radykalnego działania.

Zabójstwo Narutowicza nie było jedyną zbrodnią o charakterze politycznym w historii II RP. Oprócz niej najbardziej chyba rozpoznawalna jest historia śmierci ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego. 15 czerwca 1934 r. działacz Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Hryhorij Maciejko strzelił (trzy razy, tak jak Niewiadomski!) w głowę ministra, który właśnie wysiadł z rządowej limuzyny i kierował się w stronę Klubu Towarzyskiego przy ul. Foksal 3 w Warszawie.

W przeciwieństwie do zabójstwa Narutowicza, nie można tu mówić o czynie szaleńca „rozgrzanego” napiętą atmosferą polityczną. Maciejko działał z zimną krwią jako egzekutor, realizujący zadanie uderzenia w znienawidzone państwo polskie. Jego czyn mieściłby się raczej w kategorii aktów terrorystycznych dokonywanych przez ruchy narodowo-wyzwoleńcze (w stylu np. separatystów irlandzkich czy baskijskich). W odróżnieniu zaś od Niewiadomskiego – który został od razu złapany, błyskawicznie skazany i stracony na stokach Cytadeli w styczniu 1923 r. – Maciejce udało się zbiec i ostatecznie wyemigrować do Argentyny.

W okresie „ludowej” Polski zjawisko mordów politycznych nabrało specyficznego znaczenia. W postrzeganiu społecznym zaczęto je rozumieć z reguły jako akty terroru państwowego, przejawiające się działalnością szeroko rozumianego komunistycznego aparatu represji. Owe akty mogły mieć charakter masowy (walka z podziemiem niepodległościowym, liczne procesy polityczne kończące się karą śmierci, zabójstwa niezależnych polityków w zasadzkach i stalinowskich więzieniach, brutalne rozbijanie demonstracji i strajków itp.) lub indywidualny, wymierzony w konkretną osobę, uznaną przez aparat partyjno-rządowy za wrogą. Do najbardziej znanych ofiar tej ostatniej kategorii morderstw można zaliczyć Stanisława Pyjasa, Emila Barchańskiego, Grzegorza Przemyka czy też księży: przede wszystkim Jerzego Popiełuszkę, a także Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca czy Sylwestra Zycha. Trudno w tych działaniach znaleźć element ciągłości z II RP: wtedy zabójstwa polityczne kojarzono z atakami na przedstawicieli państwa, po 1945 r. zaś – z eliminowaniem „wrogów ludu”.

dr hab. Patryk Pleskot (ur. 1980) – historyk, politolog, doktor habilitowany nauk politycznych, prof. nadzwyczajny w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Oświęcimiu. Obecnie główny specjalista w Oddziałowym Biurze Badań Naukowych IPN w Warszawie, a także kierownik Zakładu Myśli Politycznej i Teorii Polityki PWSZ. I Autor ok. 150 artykułów naukowych, a także autor, współautor lub redaktor ponad 30 książek naukowych i popularnonaukowych (w tym Niewiadomski: Zabić prezydenta, Warszawa 2012; Zabić. Mordy polityczne w PRL, Kraków 2016).

FOT. Na zdjęciu Prezydent Gabriel Narutowicz w 1922 roku, domena publiczna.


 

2019-01-16