Żołnierze Wyklęci, czyli chłopska Wandea

1 marca 1951 r. w więzieniu na warszawskim Mokotowie, po pokazowym procesie, rozstrzelano siedmiu członków niepodległościowego IV Zarządu Głównego Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Rocznica tej zbrodni obchodzona jest od 2011 roku jako Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych".


Z dr. Tomaszem Łabuszewskim, naczelnikiem Okręgowego Biura Edukacji Publicznej w Warszawie, badaczem powojennego podziemia antykomunistycznego, rozmawia Tomasz Wiścicki.
 
Z przyczyn oczywistych przed 1989 rokiem badania nad polskim podziemiem antykomunistycznym nie były możliwe, jeśli nie liczyć oficjalnych opowieści o „walkach z bandami”... Czy po upływie ponad dwudziestu lat możemy powiedzieć, że ta część naszej historii jest już w jakimś stopniu przebadana?

W roku 1989 nie startowaliśmy z pozycji zerowej – braku wiedzy na temat „żołnierzy wyklętych” – ale z poziomu ujemnego. Przez te 45 lat narosły stereotypy tworzone przez historyków w służbie komunistycznej propagandy, które ugruntowały w sporej części społeczeństwa obraz „bandytów” albo w najlepszym razie ludzi nierozumiejących przemian dziejowych po drugiej wojnie światowej. Te stereotypy dotyczyły zwłaszcza środowisk lokalnych na terenach, na których powojenna partyzantka miała masowe poparcie i trwała wiele lat. Komunistom w wielu przypadkach udało się zniszczyć te środowiska, a zwłaszcza ich warstwy oświecone, i w ich miejsce zbudować społeczności „socjalistyczne”, gdzie bandytów nazywano bohaterami, a bohaterów – bandytami.

Powstało bardzo wiele publikacji dotyczących spraw jednostkowych, prezentujących materiały źródłowe czy opartych na wspomnieniach, natomiast do dzisiaj nie powstała monografia żadnej z podstawowych organizacji konspiracji powojennej, w tym Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj, Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”, Narodowych Sił Zbrojnych czy Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Nie mamy również publikacji dotyczących wielu struktur lokalnych, choćby Konspiracyjnego Wojska Polskiego, Wielkopolskiej Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Warta” i wielu innych. Choć pisano o Józefie Kurasiu „Ogniu”, całościowego spojrzenia na temat dowodzonego przez niego zgrupowania również brak.

To oczywiście nie znaczy, że nie zrobiono nic. Podstawową publikacją o charakterze popularyzatorskim, która przełamała stereotyp myślenia o konspiracji powojennej jako o efemerydzie o ograniczonym zasięgu, jest niewątpliwie „Atlas podziemia powojennego”. On pokazał, że mamy do czynienia z ogólnopolskim zjawiskiem niezwykle istotnym z punktu najnowszej historii Polski, które na drodze do odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1989 konkuruje jedynie z wybuchem „Solidarności”. Kilkaset tysięcy ludzi, którzy się przewinęli przez szeregi konspiracji powojennej, stanowi najliczniejszy udział Polaków w działaniach antysystemowych. Dopiero wybuch „Solidarności” przewyższa skalą działania konspiracji powojennej.

Jaki był jej zasięg terytorialny?

Gdy popatrzymy na mapy ze wspomnianego „Atlasu”, w sposób oczywisty nasuwa się skojarzenie z aktywnością oddziałów powstańczych z roku 1863. Mamy do czynienia z emanacją tradycji insurekcyjnych, niepodległościowych tych samych środowisk,  społeczności lokalnych nie tylko o rdzeniu drobnoszlacheckim, jak na Podlasiu, ale także chłopskim, jak w przypadku Kurpiów. Obejmuje ono nie tylko tereny obecnej Polski, ale również tereny północno-wschodnie II Rzeczypospolitej, gdzie również w Powstaniu Styczniowym ta aktywność była niezwykle silna. Walka w obronie społeczności polskiej, opór przeciwko sowietyzacji na Grodzieńszczyźnie, na Nowogródczyźnie, częściowo na Wileńszczyźnie, to zresztą dosyć zapomniana historia.

Mamy do czynienia ze zjawiskiem obejmującym całą obecną Polskę plus tereny północno-wschodnie II RP, ze szczególnym nasileniem na obszarze obecnej „ściany wschodniej”, czyli od Podkarpacia po Białostocczyznę, przez Lubelszczyznę, Podlasie i północne Mazowsze, a mniejszym w Wielkopolsce, nie mówiąc o terenach Ziem Zachodnich, aczkolwiek warto zwrócić uwagę, że między innymi te tereny stały się obszarem działań Eksterytorialnych Okręgów Kresowych, które trafiły tam razem z ludnością wysiedloną z terenów wschodnich Rzeczypospolitej. Myślę o okręgach WiN Jelenia Góra Zachód i Wrocławskim, tworzonych przez konspiratorów z Okręgu Tarnopolskiego i Lwowskiego AK.

To szczególne nasilenie działań na „ścianie wschodniej” wynikało również z doświadczeń ludzi, którzy znaleźli się pod okupacją sowiecką do lata roku 1944. Tutaj jesień tego roku jest okresem niebywałych pod względem skali i liczby ofiar represji ze strony sowieckiego aparatu bezpieczeństwa, który wykorzystywał obecność na terenach obecnej wschodniej Polski blisko dwóch milionów żołnierzy Armii Czerwonej do złamania kręgosłupa podziemia niepodległościowego. Chodziło o przygotowanie terenu do tego, żeby komunistyczne władze polskie mogły w ogóle zacząć działać. Te doświadczenia końca roku 1944 niewątpliwie przyczyniły się do tak gwałtownej reakcji ludzi związanych z konspiracją niepodległościową na wiosnę roku następnego.

Jest taka hipoteza, że do lasu po wojnie w mniejszym stopniu szło się dobrowolnie, a w większym stopniu było to wymuszone represjami: szli tam ludzie, którzy nie mieli innego wyjścia. Czy badania potwierdzają tę hipotezę?

I tak, i nie. Z jednej strony mamy do czynienia z celowymi działaniami bezpieki komunistycznej, która z założenia dążyła do fizycznego wyeliminowania tej najbardziej zdeterminowanej, antykomunistycznej grupy społeczeństwa polskiego. Chciała wypchnąć tych ludzi poza nawias, ażeby ich po prostu fizycznie wyniszczyć w wyniku pacyfikacji i innych represji. W związku z tym dla wielu ludzi paradoksalnie najbezpieczniejszym miejscem były oddziały leśne.

Z drugiej strony, udział w konspiracji powojennej był konsekwencją wyborów dokonywanych na początku drugiej wojny światowej. Większość dowódców służy w konspiracji niepodległościowej od roku 1939, 1940, 1941. Dla nich to, co zdarzyło się w Polsce w roku 1944–1945, było po prostu początkiem nowej okupacji, sowieckiej, w przypadku terenów zagarniętych przez Związek Sowiecki w 1939 – drugiej. Moim zdaniem zasadnicza część zarówno szeregowych członków, jak i przede wszystkim kadry dowódczej dokonała świadomego wyboru walki o niepodległość – pomimo skrajnie niekorzystnej sytuacji geopolitycznej, pomimo narastającej świadomości, że jest to ofiara całopalna. Mimo że nie było szans na konflikt zbrojny Zachodu z Sowietami, uważali, że trzeba dawać świadectwo. Dla społeczności lokalnych to świadectwo nawet ostatnich partyzantów miało znaczenie – wyznaczało standardy postępowania. Jeżeli nie kwestionujemy ofiary księdza Brzóski, który walczył już po upadku Powstania Styczniowego, dlaczego mamy kwestionować ofiarę owych ludzi działających jeszcze w latach pięćdziesiątych czy ostatniego – Józefa Franczaka „Lalka”, który ginie 21 października 1963 roku.

Jak wyglądała chronologia powojennej partyzantki?

Pierwszy okres – masowości – kończy się niewątpliwie w roku 1947. Po sfałszowanych przez komunistów wyborach wielu się załamuje, widząc, że zawodzi wszystko, na co jeszcze liczyli – na jakikolwiek głos sprzeciwu Zachodu oraz jego wpływ na to, co dzieje się w Polsce. Widać było, że władza komunistyczna ugruntowuje się na nie wiadomo jak długo i jest w stanie zrobić wszystko nie ponosząc żadnych konsekwencji. Dlatego ponad pięćdziesiąt  tysięcy ludzi decyduje się wówczas na ujawnienie w ramach tzw. ustawy amnestyjnej. Ta akcja nie miała bynajmniej na celu umożliwienia im legalnego funkcjonowania w ówczesnym systemie. Władzy chodziło o wykorzystanie załamania morale dla ostatecznego złamania ducha tych ludzi, ażeby móc ich rozgrywać operacyjnie.

Po roku 1947 spośród kilkudziesięciu tysięcy ludzi w oddziałach leśnych pozostaje około tysiąca oraz kilkanaście do dwudziestu tysięcy w strukturach konspiracyjnych. Są oni systematycznie eliminowani. Rok 1948 nazywam „rokiem wielkich polowań” – pacyfikacji obejmujących naraz teren kilku województw, likwidujących ostatnie struktury o zasięgu wojewódzkim. W następnym roku ginie wielu dowódców polowych, likwidowane są struktury ponadpowiatowych i powiatowych. Po roku 1949 pozostają pojedyncze oddziały, opierające się na resztkach siatek terenowych, takich wyspach jeszcze nieodkrytych przez resort bezpieczeństwa, i są sukcesywnie eliminowane. Rok 1952 – rok uchwalenia konstytucji PRL – resort uświetnił likwidując wiele takich oddziałów. Później mamy do czynienia z grupami przetrwania, nastawionymi wyłącznie na ratowanie życia, i pojedynczymi ukrywającymi się żołnierzami. Rok 1956 rok nie stanowi tu żadnej cezury. Dopiero śmierć Józefa Franczaka „Lalka”, w konspiracji od początku lat czterdziestych, żołnierza AK–WiN z Okręgu Lubelskiego, w roku 1963 symbolicznie kończy etap konspiracji zbrojnej.

Bliżej nieokreślona grupa żołnierzy podziemia powojennego ukrywała się pod fałszywymi nazwiskami. Byli poszukiwani aż do końca PRL, wciąż uznawani za wrogów ustroju, mimo że mieli po siedemdziesiąt – osiemdziesiąt lat. Sam widziałem dokumenty z roku 1984 roku, kiedy SB szczegółowo badała kontakty dowódcy oddziału z obwodu Wołkowysk, bo nie mogła się doliczyć jednego z jego podkomendnych, ukrywającego się aż do końca PRL. Ci ludzie umierali pod fałszywymi nazwiskami, noszą je ich dzieci. Ci, którzy dożyli, pierwszy kontakt z rodziną gdzieś na drugim końcu Polski nawiązywali w roku 1989. Historia Żołnierzy Wyklętych symbolicznie zamyka się dopiero wtedy.

Można sądzić, że większość konspiratorów z okresu wojny i okupacji niemieckiej nie różniła się specjalnie co do oceny sytuacji w powojennej Polsce, a jednak jedni usiłowali odnaleźć się w życiu, tak jak byli w stanie i jak im na to pozwalano, a inni pozostawali w lesie. Jakie czynniki o tym decydowały?

Rozwiązanie Armii Krajowej 19 stycznia 1945 roku, podyktowane względami politycznymi, dawało możliwość kierowania swoim losem zarówno dowódcom, jak szeregowym żołnierzom. Wydaje mi się, że w przypadku kadry dowódczej decydowało przede wszystkim poczucie odpowiedzialności za ludzi, zwłaszcza gdy widzieli represje spadające na ujawniających się w ramach akcji „Burza” towarzyszy broni.

Weźmy też pod uwagę aspekt psychologiczny. Pamiętajmy, że ci ludzie mają za sobą doświadczenia pięciu lat wojny, co powoduje ich zużycie psychiczne, wypalenie. Przykładem może być środowisko batalionów harcerskich z Powstania Warszawskiego. Część z nich jest zaangażowana w konspirację powojenną, ale ich działania mają charakter efemeryczny. Po roku 1945 wykonują jedną nieudaną akcję: po aresztowaniu „Radosława” usiłują  przechwycić sowieckiego generała koło Powsina, co im się nie udaje, ale za przechowaną broń oraz za to, byli członkami Kedywu Komendy Głównej AK i tak podlegają represjom.

Do tego dodajmy niezwykle istotny aspekt narastającej beznadziei. To, że Niemcy przegrają wojnę, było jasne dla wszystkich w 1943 roku. Tymczasem choć jeszcze w 1945 roku jest nadzieja na konflikt pomiędzy byłymi sojusznikami, to już w roku 1946 te nadzieje maleją. Sfałszowanie referendum 30 czerwca ’46, a później wyborów powoduje, że ludzie zaczynają uświadamiać sobie, że Zachód nie kiwnie palcem, znaleźliśmy się pod okupacja sowiecką i Sowieci są w stanie zrobić wszystko, co zechcą.

Na czym polegała działalność antykomunistycznej partyzantki?

Po pierwsze, prowadzono działania o charakterze propagandowym. Informowano społeczeństwo o tym, co się naprawdę dzieje, co wobec monopolu propagandowego komunistów miało wyjątkowe znaczenie. W zasadzie każda struktura obwodowa, czyli na szczeblu powiatu, wydawała jakieś pisemko, a pisma w rodzaju „Orła Białego” WiN ukazywały się w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy. Skala tej działalności była tak wielka, że dorównał jej dopiero drugi obieg w latach osiemdziesiątych.

Po drugie, prowadzono działania zbrojne. Ich ogromna większość służyła samoobronie – reagowaniu na działania resortu bezpieczeństwa. Nawet akcje o największym ciężarze gatunkowym, jak opanowywanie więzień czy obozów, rozbijanie siedzib powiatowych urzędów bezpieczeństwa, miały charakter samoobrony. Uwalniano współtowarzyszy broni, atakowano grupy operacyjne, dokonujące pacyfikacji, czy posterunki milicji, stanowiące zagrożenie dla konspiracji, wreszcie likwidowano agenturę. Oczywiście wojna na poziomie lokalnym miała charakter niebywale zacięty i okrutny. Agentura stanowiła największe zagrożenie dla członków konspiracji i ich rodzin, ale również dla zwykłych ludzi. Akcje likwidacyjne prowadziły właściwie wszystkie organizacje konspiracji powojennej, również WiN.

Oczywiście, mamy tutaj do czynienia z walka bratobójczą. Pamiętajmy tylko, kto te podziały powoduje – komunistyczna bezpieka, najokrutniejszymi środkami doprowadzając do tego, że ojciec wydawał syna, matka donosiła na córkę, a siostra na brata.

Komunistyczna propaganda utrzymywała, że mieliśmy do czynienia z wojną domową w Polsce. Miało to zakłamywać polską rzeczywistość powojenną. Oznaczało uznanie, że komuniści w powojennej Polsce stanowili równoprawną grupę polityczną, która po prostu miała inna wizję Polski. W moim mniemaniu jest to twierdzenie nieprawdziwe. Komunistów należy uznać za zdrajców idei niepodległego państwa polskiego, a to, co się zdarzyło w Polsce w latach 1944–1945, to była po prostu agresja obcego państwa, które – na nasze nieszczęście – było chwilowo sojusznikiem naszych sojuszników. Reakcją na tę agresję było powstanie antykomunistyczne. W tym okresie czynnik sowiecki jest dominujący, stabilizując obecność komunistów na terenie obecnej Polski.

Przez pierwsze dwa i pół roku podziemie stanowiło główny problem dla władz komunistycznych. W niektórych powiatach władza komunistyczna kończyła się na rogatkach miasta powiatowego. Co by się działo, gdyby tego podziemia nie było? Czy kolektywizacja rolnictwa i rozprawa z Kościołem katolickim nie nastąpiłyby kilka lat wcześniej? I czy finał tych dwóch zabiegów dokonywanych na społeczeństwie polskim nie byłby inny? Na to pytanie nie ma pewnej odpowiedzi, ale warto przynajmniej je postawić. Podziemie było emanacją dążeń niepodległościowych społeczeństwa polskiego, które mimo zmęczenia wojną i represji jednak je podtrzymywało.

Jaki był cel działań władzy komunistycznej wobec podziemia?

Doprowadzenie do jak najszybszego wyeliminowania tego przeciwnika wszelkimi dostępnymi sposobami. W okresie 1944–1945 dokonywano tego rękami Sowietów. Do stycznia 1945 z terenów Polski pod rządami komunistów wywieziono do łagrów około pięćdziesięciu tysięcy ludzi, a są to dane niepełne. Większość z nich to ludzie związani ze strona niepodległościową. Okręg Lubelski AK traci około dziesięciu tysięcy członków,  Białostocki około czterech tysięcy. Nie wiemy, ile osób zostało zabitych i wątpię, czy się kiedykolwiek dowiemy. Do grudnia roku 1944 na terenach północno-wschodnich II RP, czyli województwa poleskiego, nowogródzkiego, wileńskiego i części białostockiego – powiatów grodzieńskiego i wołkowyskiego – zostaje zabitych około trzech tysięcy żołnierzy AK. To są straty kolosalne.

W roku 1945 mamy kilkumiesięczne uspokojenie. Wraz z odsunięciem się frontu na zachód odchodzą również wojska ochrony tyłów NKWD. Władze komunistyczne sądzą, że podziemiu przetrącono kręgosłup i po rozkazie z 19 stycznia 1945 o rozwiązaniu AK ludzie się rozejdą do domów. Ale się nie rozeszli. Następuje więc reakcja i już wiosną 1945 na teren Polski ponownie napływają jednostki NKWD. W lecie jest ich już 30 tysięcy – trzy dywizje. Najbardziej spektakularnym przykładem ich działań jest obława w Puszczy Augustowskiej z lipca 1945, z udziałem wycofywanych z Niemiec jednostek 1. Frontu Białoruskiego. Cała puszcza została otoczona, wszystkich ludzi spotkanych poza obejściem schwytano i po prostu zamordowano. Dopiero w latach osiemdziesiątych komitet poszukujący ofiar doliczył się od sześciuset kilkudziesięciu do ośmiuset ofiar, ale mogło ich być nawet półtora tysiąca.  Pacyfikacje odbywają się zresztą i na Grodzieńszczyźnie. Tych w Polsce dokonuje już polska bezpieka, która stale zwiększa swój potencjał bojowy. Dysponuje – wzorem sowieckim – własną armią, czyli Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ale to nie wystarcza – stąd udział ludowego Wojska Polskiego. Jeden z pododdziałów 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki bierze udział w obławie w Puszczy Augustowskiej. Brygada im. Bohaterów Westerplatte, którą znamy z Czterech pancernych, pacyfikuje Podlasie. To w walce z pododdziałem tej brygady rany odnosi Lech Leon Beynar, czyli Paweł Jasienica.

Później, kiedy siły podziemia słabną, resort bezpieczeństwa ma dość sił w ramach swoich struktur. Na początku lat pięćdziesiątych to jest około 320 tysięcy funkcjonariuszy i żołnierzy. Im podziemie słabsze, tym resort silniejszy... Na początku lat pięćdziesiątych, gdzie w ocenie samego resortu siły zbrojnego podziemia liczą około dwustu ludzi w skali ogólnopolskiej, organizuje się pacyfikacje z udziałem kilku tysięcy żołnierzy, obejmujące tereny po kilku powiatów naraz. Chodzi o złamanie kręgosłupa społecznościom lokalnym, które trwają w oporze i tym ludziom pomagają. Do dzisiaj nie znamy liczby osób, które straciły życie w wyniku tych działań.

Nawet nie jesteśmy w stanie tego oszacować?

Wiemy, że w więzieniach zmarło i zostało zamordowanych w pierwszej dekadzie komunizmu około 21 tysięcy ludzi. Odejmując kryminalnych, pozostaje 19–20 tysięcy ludzi represjonowanych za przestępstwa polityczne. Wiemy też, że sądy wojskowe skazały na karę śmierci ponad pięć tysięcy osób, do tego trzeba dodać bliżej nieokreśloną liczbę skazanych przez sądy powszechne.


Nadal bliżej nieokreśloną?

Ja tej liczby nie znam.
Komunistyczni historycy w latach siedemdziesiątych określili liczbę osób poległych w wyniku pacyfikacji w terenie na ponad osiem tysięcy. Wydaje się ona mocno zaniżona, jeśli porównamy to z wynikami naszych badań dotyczących historii poszczególnych powiatów województwa mazowieckiego, gdzie liczba ofiar w poszczególnych powiatach wynosi po kilkaset osób – nawet jeśli uwzględnimy, że te powiaty nie są reprezentatywne dla całej Polski.

Jak szerokie było wsparcie podziemia ze strony ludności cywilnej?

Siły podziemia zbrojnego szacujemy w szczytowym okresie, czyli lata roku 1945, na maksimum 20 tysięcy żołnierzy. Ta liczba się sukcesywnie zmniejsza, ale przez cały rok 1946 w lesie jest ponad dziesięć tysięcy ludzi. Moim zdaniem w roku 1945 w konspiracji było około 250 tysięcy osób, do czego musimy dodać ludzi związanych z konspiracją w sposób pośredni, którzy dostarczali informacji wywiadowczych, żywili, kwaterowali. Uwzględniając fluktuację kadr, czyli to, że ludzie przychodzili i odchodzili, z konspiracją powojenną było związanych może nawet pół miliona ludzi.

Na czym Pan opiera te szacunki?

Na tym, że zaplecze kilkuosobowego oddziału musiało stanowić kilkaset osób. Taki zresztą był zasięg aresztowań towarzyszących rozbijaniu kilkuosobowych oddziałów na początku lat pięćdziesiątych.

Komunistyczna propaganda utrzymywała, że w lesie walczyli przedstawiciele „klas posiadających”, którzy stracili w wyniku powstania „Polski Ludowej”. Czy to prawda?

Podziemie powojenne to jest chłopska irredenta, Wandea. Odsetek ziemian, zawodowych oficerów, ludzi wolnych zawodów jest niewielki. 90 proc. stanowią chłopi i szlachta zaściankowa, którą od chłopów różniło wyłącznie pochodzenie, natomiast nie status materialny.

Zdjęcie w tle, źródło: Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej.

2016-03-01